Jestem totalną ptasiarą

Mał­go­rza­ta Bugaj: Kim jesteś z wykształ­ce­nia?

Elż­bie­ta Łap­czyń­ska: Z wykształ­ce­nia jestem filo­zof­ką. W liceum myśla­łam o psy­cho­lo­gii, ale mia­łam też wyuczo­ną bez­rad­ność, choć w bez­tro­skiej wer­sji waga­ro­wicz­ki; sądzi­łam, że i tak się nie dosta­nę na ten kie­ru­nek, więc nawet nie pró­bo­wa­łam. Filo­zo­fia wyda­wa­ła mi się wystar­cza­ją­co „odkle­jo­na”, żeby do mnie paso­wać.

Pamię­tam, że w liceum mie­li­śmy spo­tka­nie z psy­cho­loż­ką. Zapy­ta­ła, co chcie­li­by­śmy robić w życiu. Powie­dzia­łam, że chcia­ła­bym sie­dzieć i myśleć. Odpo­wie­dzia­ła: „To może zosta­niesz copyw­ri­ter­ką”. Naj­pierw to wypar­łam, a potem jakoś tak wyszło, że rze­czy­wi­ście nią zosta­łam.

Stu­dia odpo­wia­da­ły two­im wyobra­że­niom o filo­zo­fii?

Nie mia­łam żad­nych wyobra­żeń. Nie szłam tam z pla­nem, więc trud­no było mi się roz­cza­ro­wać. Dosta­łam nato­miast narzę­dzia, któ­re do dziś uwa­żam za waż­ne.

Jakie?

Logi­kę, seman­ty­kę, myśle­nie ana­li­tycz­ne i rozu­mie­nie nauki. Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy widzę jed­nak, że te stu­dia były sła­be, jeśli cho­dzi o współ­cze­sną myśl. Żywot­ne dys­kur­sy wła­ści­wie się tam nie poja­wia­ły. Jedy­nym obsza­rem, któ­ry miał w sobie coś aktu­al­ne­go, była kogni­ty­wi­sty­ka. To mnie napraw­dę zacie­ka­wi­ło.

Pamię­tasz moment, w któ­rym poczu­łaś się już pew­nie w pisa­niu?

Czu­łam się ogrom­nie pew­nie, gdy zaczy­na­łam. Pierw­sze rze­czy pisa­łam jesz­cze w gim­na­zjum. Wte­dy byłam pozba­wio­na tego kry­tycz­ne­go gło­su, któ­ry z cza­sem się poja­wił. Pisa­łam jakieś popie­przo­ne opo­wia­da­nia, dru­ko­wa­łam je i roz­da­wa­łam kole­gom. Mia­łam z tego ogrom­ny fan – że tekst idzie w świat, że ktoś to w ogó­le czy­ta.

Potem, im byłam star­sza, tym ostroż­niej poka­zy­wa­łam cokol­wiek. Na stu­diach myśla­łam: „Teraz maga­zy­nu­ję pomy­sły, stu­diu­ję, nie mam cza­su pisać, ale kie­dyś to wyko­rzy­stam”. Po stu­diach, kie­dy zaczę­łam pra­co­wać, mówi­łam sobie podob­nie. Rów­no­cze­śnie coraz mniej wie­rzy­łam, że w ogó­le mam do pisa­nia pra­wo.

Miałam silne poczucie braku przyzwolenia społecznego na pisanie. Kim jestem, żeby napisać książkę? To pytanie wracało bardzo często.

W pra­cy ktoś wie­dział, że piszesz?

Nie. Mia­łam wewnętrz­ne zało­że­nie, że dopó­ki nie będę mia­ła debiu­tu książ­ko­we­go, nie będę o tym mówić. Jak­by każ­da pró­ba przed debiu­tem była z defi­ni­cji nie­uda­na. To okrut­ne wobec sie­bie myśle­nie i nie­ste­ty dość typo­we, zwłasz­cza dla kobiet.

Jak się z tego wycho­dzi? Z tego „kim jestem, żeby napi­sać książ­kę”?

Nie wycho­dzi się jed­nym ruchem. To raczej wie­le małych prze­su­nięć. Pomo­gła mi też coraz sil­niej­sza per­spek­ty­wa femi­ni­stycz­na. Pamię­tam sytu­ację z warsz­ta­tów pisar­skich: bły­sko­tli­wy kole­ga czy­ta opo­wia­da­nie o pijac­kich przy­go­dach. Wszy­scy słu­cha­ją, śmie­ją się. A potem ja czy­tam te moje dziw­ne zda­nia i nikt nie reagu­je. Mój pisar­ski głos nie musi być spek­ta­ku­lar­ny. Może być cich­szy, bar­dziej w ryzach, lecz to nie czy­ni go mniej war­to­ścio­wym.

Debiut książ­ko­wy przy­szedł w 2020 roku, potem otrzy­ma­łaś nagro­dy. Coś zmie­ni­ły?

Nagro­da Con­ra­da nie przy­nio­sła mi pre­sji. Raczej poczu­cie, że to, jak piszę, jest w porząd­ku. Że mogę iść dalej tą dro­gą. Dała mi przy­zwo­le­nie na kolej­ny krok, na eks­pe­ry­ment. Z kolei po Nagro­dzie Lite­rac­kiej Gdy­nia przez kil­ka dni mia­łam syn­drom oszust­ki. To minę­ło, ale pierw­szy odruch był wła­śnie taki. Sta­ram się ten głos wyłą­czać i po pro­stu się cie­szyć.

Na co dzień pra­cu­jesz jako copyw­ri­ter­ka. To pra­ca, któ­rą da się polu­bić?

Obiek­tyw­nie nie pasu­je do moje­go tem­pe­ra­men­tu. Agen­cja rekla­mo­wa, rekla­my do tele­wi­zji, inten­syw­ne tem­po, duże pro­jek­ty, pra­ca zespo­ło­wa, dużo bodź­ców i pre­sji. Oka­za­ło się jed­nak, że jestem w tym dobra. Po latach zna­la­złam spo­sób, żeby się w tym odna­leźć. Trak­tu­ję to jak sztu­kę użyt­ko­wą.

Naj­więk­szy pro­blem pole­ga na tym, że ta pra­ca czę­ścio­wo wyma­ga korzy­sta­nia z tych samych struk­tur mózgu co pisa­nie lite­rac­kie. Z tego same­go obsza­ru, odpo­wie­dzial­ne­go za wymy­śla­nie, język, łącze­nie sko­ja­rzeń (choć na pew­no przy pisa­niu dla sie­bie neu­ro­ny iskrzą jakoś ina­czej). Po ośmiu godzi­nach jestem prze­pa­lo­na inte­lek­tu­al­nie, może naj­bar­dziej ze wzglę­du na czyn­nik ludz­ki. Bar­dzo trud­no mi potem usiąść do wła­sne­go pisa­nia.

Nie demonizuję etatu. Stabilizacja ma swoje zalety. Nie wiem też, czy życie wyłącznie z pisania nie zabiłoby mnie w inny sposób. Ale marzenie o tym, żeby mieć więcej czasu na literaturę, oczywiście jest.

Ostat­nio byłaś na rezy­den­cji w Korei. Jak to wyglą­da­ło?

To była rezy­den­cja w Buche­onie, Mie­ście Lite­ra­tu­ry UNESCO, powią­za­nym sie­cią z Kra­ko­wem. Mia­sto zapew­nia­ło prze­lot, miesz­ka­nie i die­tę. W zamian mia­łam napi­sać krót­ki tekst inspi­ro­wa­ny poby­tem, był to wymóg for­mal­ny. Decy­zja zapa­dła szyb­ko, więc cza­su na przy­go­to­wa­nia nie było. Nigdy wcze­śniej nie byłam w Azji. Jestem oso­bą, któ­ra lubi mieć wszyst­ko poukła­da­ne, więc per­spek­ty­wa prze­siad­ki w Stam­bu­le, nowe­go alfa­be­tu, obcej kuch­ni, trans­por­tu, mnie stre­so­wa­ła. Na lot­ni­sku cze­ka­ła na mnie Soy­oung, opie­kun­ka z lokal­nej insty­tu­cji. W mojej gło­wie funk­cjo­no­wał ste­reo­typ azja­tyc­kiej powścią­gli­wo­ści. A Soy­oung po pro­stu do mnie pod­bie­gła, ska­ka­ła, macha­ła, wpa­dła mi w obję­cia. To od razu roz­bro­iło część nie­po­ko­ju. Miesz­ka­łam w dużym miesz­ka­niu w kom­plek­sie zwią­za­nym z bran­żą komik­so­wą. Mini­ma­li­stycz­ne, suro­we wnę­trze, dwa poko­je i salon, mnó­stwo szaf. Na pię­trze wspól­na kuch­nia i pral­nia. Dokład­nie tyle, ile potrze­ba. Po takich rezy­den­cjach wra­cam do domu z poczu­ciem, że mam za dużo przed­mio­tów.

Naj­więk­sze zasko­cze­nie?

Jedze­nie i sen. Jestem wegan­ką, a do tego mam dziw­ne nawy­ki. Brak mię­sa to jed­no, ale ukry­te skład­ni­ki to dru­gie: sos ryb­ny, ikra na dnie miski, cia­sto ryb­ne uda­ją­ce tofu. Cza­sa­mi jadłam coś, co wyda­wa­ło się wegań­skie, a na koń­cu odkry­wa­łam, że takie nie było. Szu­ka­nie skład­ni­ków w skle­pach tak­że nie było łatwe, czę­sto cho­dzi­łam głod­na. Fru­stru­ją­ce doświad­cze­nie, ale rów­no­cze­śnie cie­ka­we pod wzglę­dem poznaw­czym.

Sen z kolei był poszat­ko­wa­ny z powo­du jet lagu i zmia­ny miej­sca. Bywa­ły noce, kie­dy dzia­ła­ła mela­to­ni­na, a bywa­ły takie, kie­dy nie dzia­ła­ło nic.

Pole­cia­łaś do Korei z pro­jek­tem pro­za­tor­skim. Do jakie­go stop­nia ten kraj wnik­nął w two­ją książ­kę?

Prak­tycz­nie wca­le, jeśli cho­dzi o temat. To nie jest książ­ka o Korei. Rezy­den­cja dała mi przede wszyst­kim czas i wyci­sze­nie. Naj­lep­szy­mi dnia­mi były takie, w któ­rych wycho­dzi­łam tyl­ko na obiad do kan­ty­ny obok miesz­ka­nia i na krót­ki spa­cer do par­ku. Resz­tę dnia spę­dza­łam w poko­ju. Czy­ta­łam, myśla­łam, robi­łam notat­ki, powo­li roz­krę­ca­łam język.

Para­doks pole­ga na tym, że w pierw­szym tygo­dniu w Korei napi­sa­łam bar­dzo dużo, ale nie tego, co zamie­rza­łam. Nie wiem, w jaki spo­sób, ale tak się zło­ży­ło, że napi­sa­łam w sumie oko­ło trzy­dzie­stu wier­szy. Cho­ciaż wier­szy nie piszę. To było chy­ba narzę­dzie oswa­ja­nia bodź­ców i codzien­nych mikro­ab­sur­dów, któ­re bawi­ły tyl­ko mnie, ponie­waż nie mia­łam z kim się nimi dzie­lić. Kie­dy pro­za zaczę­ła się roz­krę­cać, wier­sze zeszły na dal­szy plan. Język potrze­bo­wał już inne­go rodza­ju sku­pie­nia.

Rezy­den­cje i sty­pen­dia to też wnio­ski, tabel­ki, język urzę­do­wy. Jak się w tym odnaj­du­jesz?

To jest trud­ne. W Korei tra­fił się ter­min skła­da­nia wnio­sków o sty­pen­dia i pomy­śla­łam, że wyko­rzy­stam czas. Po zło­że­niu pierw­sze­go wnio­sku czu­łam się fatal­nie, jak­bym opi­sa­ła nie swo­ją książ­kę. Ponie­waż two­rzę rze­czy tro­chę dziw­ne, kie­dy pró­bu­ję je przed­sta­wić w for­mu­la­rzu, brzmią idio­tycz­nie. Napi­sa­łam mejl, że chcę wyco­fać ten wnio­sek. Sys­tem wyma­ga har­mo­no­gra­mów. Trzy mie­sią­ce rese­ar­chu, dzie­więć – pisa­nia i tak dalej. Lite­ra­tu­ra ma na to kom­plet­nie wywa­lo­ne. Oczy­wi­ście wypeł­niam tabel­ki, ale wiem, że książ­ka będzie się rodzić w swo­im ryt­mie.

Wszyscy, jak sądzę, trochę udajemy, że świat Excela da się połączyć ze światem prozy.

Jeste­śmy w cyklu „Kie­dy nie piszą”. Od powro­tu z Korei piszesz czy nie piszesz?

Jeśli mówi­my o powie­ści… nie piszę. I to jest dla mnie przy­kra praw­da. Od razu po powro­cie wpa­dłam w spra­wy, pra­cę, zle­ce­nia.

Za to robię spo­ro rze­czy oko­ło­pi­sar­skich. Napi­sa­łam dla Radia Kra­ków adap­ta­cję Nie­zna­nych baśni bra­ci Grimm na potrze­by słu­cho­wi­ska w tech­no­lo­gii dźwię­ku prze­strzen­ne­go.

Współ­pra­cu­ję z Mie­sięcz­ni­kiem „Znak” jako redak­tor­ka: zama­wiam tek­sty, reda­gu­ję je, bio­rę udział w innych pra­cach redak­cji. Zabie­ram się tak­że do pisa­nia dra­ma­tu na kon­kurs „Stre­fa Kon­tak­tu” Teatru Współ­cze­sne­go we Wro­cła­wiu. To pisa­nie na zamó­wie­nie, za któ­re orga­ni­za­to­rzy pła­cą, co rów­nież jest waż­ne.

Powieść do mnie wró­ci. Potrze­bu­ję osob­ne­go pasma cza­su, któ­re nie jest poszat­ko­wa­ne inny­mi zobo­wią­za­nia­mi. Muszę sobie zro­bić miej­sce w gło­wie.

Jak wyglą­da zwy­kły dzień, kie­dy nie piszesz książ­ki?

Dzi­siaj na przy­kład wsta­łam, zja­dłam swo­je płat­ki, któ­re jem od dwu­dzie­stu lat. Włą­czy­łam lam­pę prze­ciw­de­pre­syj­ną, któ­rej uży­wam pierw­szy sezon, i przez pół godzi­ny patrzy­łam w świa­tło. Cza­sem wte­dy medy­tu­ję, cza­sem po pro­stu sie­dzę i myślę.

O dzie­wią­tej zaczę­łam pra­cę. Pra­cu­ję z domu, w teo­rii do sie­dem­na­stej. Dzi­siej­sza pro­duk­tyw­ność nie była naj­lep­sza. Po pra­cy zdrzem­nę­łam się pół godzi­ny i przy­szłam na roz­mo­wę.

No i w tle są koty. One bar­dzo dba­ją o to, żebym nie robi­ła za dużo naraz. Potra­fią siąść mi na kla­wia­tu­rze i po pro­stu zakoń­czyć mój dzień pra­cy.

Czy­tasz cały czas?

Cały czas. Kie­dy piszę, czy­tam jesz­cze wię­cej, bo jestem wte­dy głod­na języ­ka, struk­tur, roz­wią­zań. Teraz czy­tam Lek­tu­rę uprosz­czo­ną, książ­kę, któ­rą dłu­go omi­ja­łam, aż kole­ga zachwy­cił się nią tak bar­dzo, że w koń­cu ścią­gnę­łam ją na czyt­nik. Słod­ki Jezu, jakie to pięk­ne! Jeśli coś jest mi przy­dat­ne do książ­ki, robię notat­ki. Jeśli nie, po pro­stu czy­tam.

A resz­ta kul­tu­ry?

Teatr i kino w moim przy­pad­ku są w try­bie „chcia­ła­bym, ale”. Net­flix jest bar­dziej obec­ny, niż chcia­ła­bym przy­znać, ale nie uda­ję, że żyję tyl­ko w świe­cie papie­ru. Dzi­siaj idzie­my do kina na Ter­mi­na­to­ra 1 z oka­zji czter­dzie­stej rocz­ni­cy pre­mie­ry. To mnie cie­szy.

Tań­czysz afro. Od kie­dy i po co?

Od oko­ło czte­rech lat. Zaczy­na­łam jako total­na sztyw­nia­ra. Wymy­śli­łam sobie, że afro mnie roz­ru­sza i nauczy swo­bo­dy w ruchu, któ­rej bar­dzo potrze­bu­ję. I to się potwier­dzi­ło. Afro mnie roz­ru­sza­ło, dosłow­nie i meta­fo­rycz­nie. Nie jestem w tym super­do­bra, ale wyda­je mi się, że to koniecz­ne: robić coś, w czym głu­pio wyglą­dasz i nie masz ambi­cji.

Cho­dzę tak­że na zaję­cia impro­wi­za­cyj­ne: taniec i ruch jako narzę­dzie przy­glą­da­nia się cia­łu w kon­tek­ście spo­łecz­nym. Na przy­kład temu, jak cia­ło jest inter­na­li­zo­wa­ne przez patriar­chat.

Co robisz, kie­dy napraw­dę nic nie piszesz?

Myślę o pisa­niu. Uczę się nie umniej­szać temu, co już zro­bi­łam. Zda­rza mi się pisać wier­sze, choć uwa­żam, że ich „nie piszę”. Wymy­ślam słu­cho­wi­ska albo dra­ma­ty, reda­gu­ję cudze tek­sty, tań­czę afro, żeby dobrze się bawić. Aha, i obser­wu­ję pta­ki, dużo o nich czy­tam.

Jak mogłam nie wspomnieć wcześniej o ptakach? Jestem totalną ptasiarą.

Roz­mo­wa zosta­ła prze­pro­wa­dzo­na w paź­dzier­ni­ku 2025 roku.

Elżbieta Łapczyńska

– prozaiczka, dramatopisarka, scenarzystka.

więcej →

– polonistka, dziennikarka i podkasterka.

więcej →

Powiązane teksty