Tort, wata cukrowa i pączki grały pierwsze skrzypce na przyjęciu urodzinowym z okazji pięciolecia Lubelskiej Sceny Poetyckiej. Organizatorki, związane z Fundacją Heuresis, nie byłyby sobą, gdyby tortu nie upiekły własnoręcznie (biszkopt o północy, reszta przed pracą), a do jednorazowych kubków na lemoniadę nie przygotowały ozdobnych naklejek z poezją. Impreza jak co roku odbyła się w Muzeum Józefa Czechowicza. Przypomniała nam o tym, że wiersze to przede wszystkim wspólnota.
„Mam nadzieję, że się państwo wyspali” – tymi słowami kończy się koncert Szymona Bryzka nie bez powodu nazwany „drzemką poetycką”. Choć tuż przed nią nastroje bynajmniej nie były senne: z ewentualną sennością po godzinach spędzonych w wygodnym leżaku z wielką poduchą i pod ciepłym kocem natychmiast rozprawia się pogoda. Błyskawic nie ma, ale jest deszcz – i to wystarczy, żeby z patio błyskawicznie przenieść event gdzie indziej – do korytarza. Wiele rąk mości sobie gniazdo, część nóg już spokojnie oparta na podłodze, para uszu nasłuchuje, czy w tym nagłym nowym miejscu dźwięki rozchodzą się tak samo dobrze. Sama natomiast myślę, że to już piąta Lubelska Scena Poetycka, ale pierwsza, w czasie której korytarz nie jest tylko korytarzem. Jeszcze zanim zadam swoje pytania i stwierdzę: „było mu to pisane”, domyślam się, że to nie może być przypadek: z lamp zwisają pomarańczowe kurtynki, podłoga usłana jest sztuczną trawą. To nie tajemnica, że progi sal Muzeum Józefa Czechowicza są gościnne, ale niełatwo współtworzą lekki i letni klimat festiwalu. Korytarz sprawdza się świetnie i jako scena, i jako spalnia: jedne głowy wysoko na poduchach, inne nisko w zwisie, ale większość oczu przymknięta. Na ambientową materię dźwięków od czasu do czasu Bryzek nawleka frazy: pojedyncze, rozlane, nieregularne. W tym evencie nie chodzi o samą poezję, w tym evencie chodzi o brzmienie. I o drzemkę. Mariola Mikulska mówi:
Już dzięki samej nazwie wiedziałam, że to będzie coś dla mnie. I było. Wyluzowałam się i odpłynęłam, byłam w stanie pomiędzy snem a jawą, bardzo podobnym do tego, w który wchodzę przy jodze nidrze. W sumie dla mnie to była właśnie taka nidra.
Joga nidra to tak zwany jogiczny sen, a Mariola to osoba, która będzie próbowała wprowadzić w niego osoby zapisane na poetycką jogę następnego dnia. Wtedy jeszcze nie wie, że ta misja się nie powiedzie i że nie będzie w tym jej winy.
Pięć lat i dużo liczb
Drzemka poetycka to jedno z czternastu wydarzeń w programie festiwalu Fundacji Heuresis (i jedno z czterech piątkowych). Ale cyferek – zwłaszcza kiedy mamy do czynienia z jubileuszem – jest więcej: pięć edycji to ponad sześćdziesiąt punktów w harmonogramie imprezy i jeszcze więcej zaproszonych na scenę osób. Ile dokładnie? Trudno policzyć. Same spotkania autorskie zgromadziły ich ponad sześćdziesiąt, a trzeba doliczyć jeszcze koncerty (dziewięć), wystawy, warsztaty, performanse i wydarzenia nietypowe oraz slamy i open majki, które gromadzą nie tylko największą publiczność, ale również osoby występujące.
Myśląc o festiwalu, warto zajrzeć za kulisy i zerknąć na finanse. W ostatnich trzech latach budżet Lubelskiej Sceny Poetyckiej wynosił niespełna czterdzieści tysięcy złotych, przy czym pierwsze edycje nie przekraczały nawet połowy tej kwoty. Pieniądze pochodzą z miejskich grantów. Imprezę realizuje organizacja pozarządowa – Fundacja Heuresis, w której wolontariacko działa kilka osób, żadna niezatrudniona na stałe. Dla porównania: w mieście odbywają się jeszcze dwa festiwale stricte literackie: od 2008 roku (z przerwą) Miasto Poezji i od 2025 roku Lublin Miasto Literatury. Oba są organizowane przez instytucje miejskie. Miasto Poezji, realizowane przez Dom Słów (działający w ramach Bramy Grodzkiej – Teatru NN), trwa cztery dni; na jego organizację twórcy w 2025 roku otrzymali grant ministerialny w wysokości dziewięćdziesięciu jeden tysięcy złotych. Drugą imprezę powołały do życia osoby związane z księgarnią Dosłowną w Centrum Kultury – to wydarzenie również trwa cztery dni, a Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznało na jego organizację dwieście siedemdziesiąt siedem tysięcy złotych.
Szukanie oddechu w Lublinku
Celem tegorocznej odsłony Lubelskiej Sceny Poetyckiej było szukanie oddechu i fraz, które pomagają zachować równowagę. W programie gęsto od nazwisk osób „robiących dużą robotę” w poezji. Jakub Skurtys, krytyk literacki i członek jury w konkursie Reflektor, mówi:
Żartowaliśmy, że właściwie przewinęła się tu cała śmietanka młodej sceny, i to taka śmietanka, która by się często nie spotkała. I to tworzy klimat, zwłaszcza że odbywa się to w zupełnie nienachalny sposób. Skondensowana forma, program bardzo gęsty, dobry artystycznie. Nie ma koniunkturalnych gestów, co jest bardzo ciekawe. Mam wrażenie, że dobiera się zaproszonych podług klucza, czy to i to zagra ze sobą, czy to są dobre książki, czy odnajdą się one w młodoliterackich dykcjach. Nieoczywiste.
Na festiwalu jest po raz czwarty i jak sam przyznaje, bardzo lubi tę imprezę, a na dowód sympatii zapewnia, że przyjechał dzień wcześniej, niż musiał. Najbardziej przeszkadza mu, że „Lublin jest na końcu świata” i że temperatura jest tu o kilka stopni niższa niż we Wrocławiu. Skurtysowi nie przeszkadza z kolei tradycyjny układ programu, którego punktem dojścia zawsze jest slam (choć krytyk uważa, że to „tworzy pęknięcie”).
Z Agatą Puwalską na Lubelskiej Scenie Poetyckiej spotykamy się po raz drugi. Poprzednim razem uczestniczyła w secie poetyckim, teraz sama opowiada o najnowszej książce, a pytania ponownie zadaje Ola Kanar. Jako słuchaczka uczestniczy też we wcześniejszych spotkaniach. Mówi:
Zawsze ciekawy dobór osób. Tu nie decyduje jeden klucz, bo głosy poetyckie są bardzo różnorodne. Wydaje mi się, że Lubelska Scena Poetycka jest może bardziej kameralna niż inne festiwale literackie i bardziej słucha nowych głosów. Tym, co jeszcze mi się tutaj bardzo podoba, jest to, że oprócz środowiska slamowego, które też się tu przewija, przychodzą po prostu czytelnicy. A to nie zdarza się na każdym festiwalu.
Grono publiczności imprezy rośnie z każdym rokiem. To pozytywnie zaskakuje organizatorki, które zdążyły już się przyzwyczaić, że w czasie wydarzeń dotyczących młodej poezji uczestnicy zajmują niekiedy tylko kilka krzeseł. Tym razem w trakcie większości wydarzeń zajęte są wszystkie i coraz częściej udaje się spotkać osoby spoza Lublina.
Ola Kolankiewicz przyjechała do miasta w czwartek o siedemnastej, pierwszego dnia festiwalu, i jeszcze tego samego wieczoru poznali ją wszyscy stali bywalcy i wszystkie stałe bywalczynie festiwalowych wydarzeń. Ola studiuje krytykę literacką na Uniwersytecie Jagiellońskim i chętnie sprawdza, co związanego z poezją dzieje się w innych miastach. O Lubelskiej Scenie Poetyckiej usłyszała rok temu w Krakowie, kiedy na konferencji, którą organizowała, poznała Olę Kanar i Izabelę Majewską z Heuresis. Opowiada:
Wtedy nie mogłam przyjechać przez sesję i inne sprawki, ale odnotowałam to sobie i oglądając relację na Instagramie, pomyślałam, że – kurczę! – fajnie byłoby wpaść. Wszystko wyglądało bardzo zachęcająco. Tegoroczny program też się całkiem nieźle zapowiadał: to nie takie typowe spotkania autorskie, tylko na przykład joga poetycka czy drzemka. Byłam ciekawa, jak to będzie tak naprawdę. Za rok też przyjadę, i to może ze znajomymi, bo gdy cokolwiek się działo, fotki leciały do pięciu różnych grup.
Jej topka to czwartkowy koncert Rzędziana Wąsaka, Moniki Kowalczyk i Mikołaja Kołodziejczyka i wymykające się wszelkim kategoriom piątkowe spotkanie Ivana Davydenki z Pawłem Stasiewiczem.
Rozmawiam jeszcze z dwiema przyjezdnymi uczestniczkami. Monika z Rzeszowa łączy udział w Lubelskiej Scenie Poetyckiej z wizytą u przyjaciółki. Przed przyjazdem uznała, że takich imprez jest mało. Dociera ostatniego dnia, ale za to uczestniczy we wszystkich wydarzeniach, począwszy od jogi (jak twierdzi, bardzo relaksacyjnej), a skończywszy na slamie, w którym – choć sama też pisze poezję – nie chce wystąpić. Nie uważa, że to coś dla niej.
Dzień wcześniej natomiast prosto z Warszawy na przyjęcie urodzinowe Sceny przybywa Ola Lewandowska-Ferenc. Na festiwalu jest po raz drugi; w zeszłym roku była gościnią setu poetyckiego (z Sonią Nowacką i Adrianną Olejarką, prowadząca: Ola Kanar). Tym razem zasiada po stronie publiczności. Kiedy pytam Olę, co ją skłoniło do przyjazdu, odpowiada krótko: „Kocham Lublinek”. W dłuższej wypowiedzi również posługuje się zdrobniałą nazwą miasta:
Rok temu największe wrażenie zrobiło na mnie to, że gdy tylko przyjechałam, zobaczyłam dekorację i poznałam ludzi, nie czułam się – tak jak zwykle bywa na festiwalach, na których jestem po raz pierwszy – obcą osobą, tylko zostałam bardzo ciepło ugoszczona. Duża otwartość i brak snobizmu. Klimat tego wydarzenia też jest bardzo ciepły, cudownie niezobowiązujący, a jednocześnie merytoryczny. Tę gościnność, którą poczułam również w tym roku, cenię chyba najbardziej, bo środowisko poetyckie potrafi być bardzo hermetyczne. W Lublinku wydaje się, że wszyscy się znają i sobą ze sobą blisko. Chciałabym przynależeć do tego środowiska.
Ola Lewandowska-Ferenc przyznaje, że starała się uczestniczyć w jak największej liczbie wydarzeń. Bardzo podobały jej się warsztaty tworzenia haiku z krzyżówek panoramicznych, prowadzone przez Michała Tokarza z Kolektywu [ZOBACZ JAK], oraz slam. Moja rozmówczyni jednak zauważa, że poziom występów w porównaniu do ubiegłorocznych nieco spadł.
Teatr absurdu i joga poetycka
Z odbywanych rozmów wynika, że najwięcej emocji w osobach uczestniczących w festiwalu budzą dwa wydarzenia: spotkanie z Pawłem Stasiewiczem prowadzone przez Ivana Davydenkę i joga poetycka z Mariolą Mikulską.
Według Ivana spotkanie autorskie to bardzo ciekawa forma wydarzenia, niepozbawiona jednak pewnych barier. Ponieważ jednak Davydenko uważa, że te bariery są sztuczne i należy je nie tylko przekraczać, ale również zwalczać, podczas rozmowy z autorem Przemówień, coverów i featuringów co kilka minut wyciąga królika z kapelusza i wydobywa kolejne salwy śmiechu z brzuchów publiczności. Dość szybko dwa byty sceniczne rozmnażają się w pięć (pojawiają się Marlena Niemiec, Gustaw Owczarski i Kamil Kawalec, którzy tak jak Ivan widnieją na okładce jako osoby współautorskie), przy czym nie do końca wiadomo, ile z nich zajmuje się zadawaniem pytań, a ile odpowiadaniem i czy za chwilę jakiś siódmy byt z publiczności nie zostanie poproszony o przeczytanie z książki fragmentu swojego autorstwa, bo szósty (Jakub Skurtys) musiał to spontanicznie zrobić już na wstępie. Po imprezie Paweł opowiada:
Nie ustalaliśmy z Ivanem formy rozmowy. Rozmawialiśmy chwilę wcześniej na temat mojej koncepcji książki, choć jako jeden ze współtwórców znał założenia od początku. Zależy mi na rozszczelnianiu (choć troszeczkę) banieczki, więc taka forma spotkania bardzo mi odpowiada. I wychodzi na to, że odpowiada nie tylko mnie, bo po spotkaniu podchodzili ludzie, przybijali piątki i przyklaskiwali takiej formule. Mam wrażenie, że Lubelska Scena Poetycka też dodaje swoje trzy grosze do zmiany paradygmatu spotkania poetyckiego i w ogólności festiwalu literackiego.
Ivan z kolei zapewnia, że lubi historie i anegdotki, a to spotkanie z pewnością stanie się jedną z nich. Mówi:
Ważne jest, żeby spotkanie było zapamiętane. I oczywiście żeby autor nie poczuł się wyśmiany, za to żeby się zorientował, że dalej gramy w jakąś grę. Bo literatura jest dla mnie właśnie zabawą. Jeśli wyłączymy z niej element ludyczny, jaki jest sens robienia tego?
Z kolei według Marioli Mikulskiej, dziś nauczycielki jogi, w przeszłości autorki wierszy, sens w jodze poetyckiej jest, ale raczej w przypadku praktykowania jej okazjonalnie na festiwalach literackich, nie na co dzień:
Uważam, że joga jednak służy zejściu do siebie, do wnętrza, i wycofaniu się ze świata zmysłów. Z tej perspektywy czytanie poezji w trakcie praktyki jest kolejnym rozpraszaczem, bodźcem zewnętrznym, który nas uczepia na zewnątrz. Co innego joga nidra, w której słowo pracuje inaczej i właśnie ono kieruje do wewnątrz.
Przygotować odpowiednią sekwencję nie było łatwo, jak to zwykle bywa, gdy szuka się balansu. Trzeba znaleźć równowagę między pełnoprawną praktyką jogi a przestrzenią do pełnoprawnego obcowania z wierszami; poczuć pozycję, ale i poczuć poezję. Pomysł na to, by warsztaty podzielić na dwie części – ruchową i leżącą – pojawił się później. Jeszcze później w rękach Marioli pojawiły się Dopływy, drgania, powidoki i pieśni na brzegach Małgorzaty Lebdy. Mariola od razu doznała olśnienia: Lebda napisała poetycką nidrę.
Kiedy rozmawiamy z Mariolą dwa dni po festiwalu, przez większość czasu w jej głosie słychać ekscytację wynikającą ze znalezienia równowagi i przeprowadzenia uczestniczek przez pomost relaksacyjnej, głębokiej praktyki i poezji, ale też z nowego spojrzenia na teksty i pracę nad nimi.
Nie zmienia to jednak faktu, że wydarzenie „zostało spalone”. Mariola się żali:
Wszystko przebiegało zgodnie z moim wyobrażeniem aż do momentu, kiedy pojawiła się telewizja [TVP 3 Lublin – J.J.]. Doszło do nieporozumienia: pani redaktor z panem kamerzystą weszli na salę. To była niezapowiedziana wizyta, dostali pozwolenie, żeby filmować tylko z zewnątrz, ale weszli do środka. Mnie to specjalnie nie wybiło, próbowałam trzymać się planu, ale z rozmów z uczestniczkami wiem, że miały zepsute to doświadczenie. Ludzie leżą, są bezbronni, przeżywają bardzo intymne doświadczenie, mają zakryte oczy, nie wiedzą, co się wokół nich dzieje, a ciągle słyszą hałasy i szepty ekipy i nie wiedzą, czy ktoś nagrywa czy nie. Rozumiem chęć pokazania tego wszystkiego kamerą. Sama też pokazuję, bo robię „socjale”, ale za każdym razem zadaję sobie pytanie: gdzie jest granica? Ile można pokazać? Tutaj tego zabrakło.
Ekipa telewizyjna wchodzi na salę pod koniec ruchowej części jogi i nie wychodzi przez kolejne kilkadziesiąt minut. Każda z osób, z którą rozmawiam po zajęciach, mówi, że było to bardzo niekomfortowe.
Więzi, przecięcia i drobiazgi
Lubelska Scena Poetycka od początku jest organizowana w Muzeum Józefa Czechowicza. Aleksandrowi Wójtowiczowi, który nim kieruje, zadaję niewygodne pytania, na przykład o to, czy poetyckie joga i drzemka licują z powagą instytucji. Mój rozmówca odpowiada, że powaga instytucji to bardzo szerokie określenie. Po chwili dodaje:
Jesteśmy przyzwyczajeni, że muzea oprócz tego, że prezentują zbiory, w pewien sposób organizują też życie kulturalne. I to jest ich najważniejsza misja. Jako muzeum literackie jesteśmy bardzo otwarci na wszystkie inicjatywy, które są na przecięciu literatury, sztuki i innych dziedzin aktywności. Na przykład dwa lata temu mieliśmy warsztaty dla młodych mam inspirowane kołysankami Czechowicza. Relacja między samopoczuciem, takim wellbeingowym spankiem Szymona Bryzka a literaturą jest dla nas bardzo inspirująca. Dlatego otwieramy się od razu na rzeczy, w których widzimy potencjał, a w takich pomysłach potencjał jest. Zresztą w przypadku tego typu kameralnych festiwali ważny jest wymiar wspólnotowy: budowanie relacji i więzi zarówno lokalnych, jak i ogólnopolskich. Tutaj spędza się razem czas i to odróżnia Lubelską Scenę Poetycką od dużych festiwali, które są często ciągami spotkań autorskich połączonych z podpisywaniem książek.
Kiedy rozmawiam z Magdaleną Krasuską i Sarą Akram z Fundacji Heuresis, obie mówią, że oprócz samej poezji i klasycznych form obcowania z nią zawsze szukają jej przecięć i styku z innymi gałęziami sztuki czy aktywności. Sara opowiada:
Wydaje mi się, że pierwsza edycja to była taka trochę „wersja beta”. Później sięgnęłyśmy po różne formaty, na przykład set poetycki, którego nie było na początku, a który się sprawdził i został stałym komponentem programu. Oprócz tego szukamy różnych rzeczy, które łączą poezję z czymś innym: z dźwiękiem, obrazem. W tym roku też z ruchem – bo joga. Poza wymyślaniem nowych form priorytetem jest dla mnie też dobór zapraszanych osób. Tu kieruję się głównie myślą, żeby podczas spotkań publiczność mogła słuchać po prostu ciekawych wierszy.
Każda z osób, które widzą, jak wygląda Lubelska Scena Poetycka – na własne oczy lub na zdjęciach – może łatwo zauważyć, że „miejsce” jest dla organizatorek czymś więcej niż adresem Muzeum Józefa Czechowicza przy ulicy Złotej. Znak rozpoznawczy festiwalu to dekorowanie i uprzytulnianie przestrzeni: od kurtynek przez girlandy, światełka, kolor przewodni aż po specjalnie stworzoną instalację. Dwie z moich rozmówczyń, które zaglądają tu co roku, wspominają pracę sprzed dwóch lat: lustro ozdobione wielkimi kwiatami i cytatem „Poezja to sekta, ale trochę mafia” Joanny Mueller. Imponującą pracę wykonała lubelska artystka Ola Artyszuk. Była to jej pierwsza kwietna instalacja, a dziś w całym mieście kojarzona jest właśnie z wielkoformatowymi kwiatami. Ale Lubelska Scena Poetycka to także ładne detale, na przykład coroczne tatuaże z frazami albo tegoroczne poetyckie naklejki. Właśnie tego rodzaju upiększanie jest jednym z priorytetów Magdaleny Krasuskiej. Jak sama mówi:
Rozszerzamy pojęcia i kategorie, a z roku na rok mamy coraz większą swobodę również w wymyślaniu „szaleństw”, co uważam za największy sukces. Najbardziej lubimy „rzeczy pomiędzy”, takie, które wynikają z fajnych współprac. Zawsze bardzo miłe jest, kiedy okaże się, że ktoś z lubelskich, ale nie tylko, twórców ma ochotę zrobić coś z poezją. Oprócz tego szczególnie ważne są też drobiazgi, których nie ma w programie ani we wniosku o grant, na przykład impreza urodzinowa z tortem i watą cukrową. Sporo jest różnych imprez literackich i myślę, że często robi się je sztampowo: są jakieś pieniądze do wydania, zwykle duże, kogoś trzeba zaprosić, ktoś przyjdzie posłuchać, bo da się duże pieniądze na reklamę. Lubelska Scena Poetycka to nie jest kolejne takie wydarzenie, że ktoś miał pieniądze i je wydał na zaproszenie poetów i poetek. Naszym sposobem jest robienie tego festiwalu tak jak przyjęcia dla przyjaciół, którym chcesz sprawić przyjemność i ugościć ich w wyjątkowy sposób w swoim domu. To się później tak kończy, że po całym pierwszym dniu wracam, o północy robię biszkopt, a ósmej rano przekładam go kremem i ozdabiam [śmiech]. Kosztuje nas to szalenie dużo, ale nie widzę sensu robienia innego festiwalu.
Festiwal Lubelska Scena Poetycka co roku odbywał się mniej więcej w połowie czerwca. W tej chwili nie jest pewne, czy będzie miał kolejne edycje.
