Lubelska Scena Poetycka. Tutaj ciepła nie mierzy się termometrem

Tort, wata cukro­wa i pącz­ki gra­ły pierw­sze skrzyp­ce na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym z oka­zji pię­cio­le­cia Lubel­skiej Sce­ny Poetyc­kiej. Orga­ni­za­tor­ki, zwią­za­ne z Fun­da­cją Heu­re­sis, nie były­by sobą, gdy­by tor­tu nie upie­kły wła­sno­ręcz­nie (bisz­kopt o pół­no­cy, resz­ta przed pra­cą), a do jed­no­ra­zo­wych kub­ków na lemo­nia­dę nie przy­go­to­wa­ły ozdob­nych nakle­jek z poezją. Impre­za jak co roku odby­ła się w Muzeum Józe­fa Cze­cho­wi­cza. Przy­po­mnia­ła nam o tym, że wier­sze to przede wszyst­kim wspól­no­ta.

„Mam nadzie­ję, że się pań­stwo wyspa­li” – tymi sło­wa­mi koń­czy się kon­cert Szy­mo­na Bryz­ka nie bez powo­du nazwa­ny „drzem­ką poetyc­ką”. Choć tuż przed nią nastro­je bynaj­mniej nie były sen­ne: z ewen­tu­al­ną sen­no­ścią po godzi­nach spę­dzo­nych w wygod­nym leża­ku z wiel­ką podu­chą i pod cie­płym kocem natych­miast roz­pra­wia się pogo­da. Bły­ska­wic nie ma, ale jest deszcz – i to wystar­czy, żeby z patio bły­ska­wicz­nie prze­nieść event gdzie indziej – do kory­ta­rza. Wie­le rąk mości sobie gniaz­do, część nóg już spo­koj­nie opar­ta na pod­ło­dze, para uszu nasłu­chu­je, czy w tym nagłym nowym miej­scu dźwię­ki roz­cho­dzą się tak samo dobrze. Sama nato­miast myślę, że to już pią­ta Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka, ale pierw­sza, w cza­sie któ­rej kory­tarz nie jest tyl­ko kory­ta­rzem. Jesz­cze zanim zadam swo­je pyta­nia i stwier­dzę: „było mu to pisa­ne”, domy­ślam się, że to nie może być przy­pa­dek: z lamp zwi­sa­ją poma­rań­czo­we kur­tyn­ki, pod­ło­ga usła­na jest sztucz­ną tra­wą. To nie tajem­ni­ca, że pro­gi sal Muzeum Józe­fa Cze­cho­wi­cza są gościn­ne, ale nie­ła­two współ­two­rzą lek­ki i let­ni kli­mat festi­wa­lu. Kory­tarz spraw­dza się świet­nie i jako sce­na, i jako spal­nia: jed­ne gło­wy wyso­ko na podu­chach, inne nisko w zwi­sie, ale więk­szość oczu przy­mknię­ta. Na ambien­to­wą mate­rię dźwię­ków od cza­su do cza­su Bry­zek nawle­ka fra­zy: poje­dyn­cze, roz­la­ne, nie­re­gu­lar­ne. W tym even­cie nie cho­dzi o samą poezję, w tym even­cie cho­dzi o brzmie­nie. I o drzem­kę. Mario­la Mikul­ska mówi:

Już dzię­ki samej nazwie wie­dzia­łam, że to będzie coś dla mnie. I było. Wylu­zo­wa­łam się i odpły­nę­łam, byłam w sta­nie pomię­dzy snem a jawą, bar­dzo podob­nym do tego, w któ­ry wcho­dzę przy jodze nidrze. W sumie dla mnie to była wła­śnie taka nidra.

Joga nidra to tak zwa­ny jogicz­ny sen, a Mario­la to oso­ba, któ­ra będzie pró­bo­wa­ła wpro­wa­dzić w nie­go oso­by zapi­sa­ne na poetyc­ką jogę następ­ne­go dnia. Wte­dy jesz­cze nie wie, że ta misja się nie powie­dzie i że nie będzie w tym jej winy.

Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska
Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska.

Pięć lat i dużo liczb

Drzem­ka poetyc­ka to jed­no z czter­na­stu wyda­rzeń w pro­gra­mie festi­wa­lu Fun­da­cji Heu­re­sis (i jed­no z czte­rech piąt­ko­wych). Ale cyfe­rek – zwłasz­cza kie­dy mamy do czy­nie­nia z jubi­le­uszem – jest wię­cej: pięć edy­cji to ponad sześć­dzie­siąt punk­tów w har­mo­no­gra­mie impre­zy i jesz­cze wię­cej zapro­szo­nych na sce­nę osób. Ile dokład­nie? Trud­no poli­czyć. Same spo­tka­nia autor­skie zgro­ma­dzi­ły ich ponad sześć­dzie­siąt, a trze­ba doli­czyć jesz­cze kon­cer­ty (dzie­więć), wysta­wy, warsz­ta­ty, per­for­man­se i wyda­rze­nia nie­ty­po­we oraz sla­my i open maj­ki, któ­re gro­ma­dzą nie tyl­ko naj­więk­szą publicz­ność, ale rów­nież oso­by wystę­pu­ją­ce.

Myśląc o festi­wa­lu, war­to zaj­rzeć za kuli­sy i zer­k­nąć na finan­se. W ostat­nich trzech latach budżet Lubel­skiej Sce­ny Poetyc­kiej wyno­sił nie­speł­na czter­dzie­ści tysię­cy zło­tych, przy czym pierw­sze edy­cje nie prze­kra­cza­ły nawet poło­wy tej kwo­ty. Pie­nią­dze pocho­dzą z miej­skich gran­tów. Impre­zę reali­zu­je orga­ni­za­cja poza­rzą­do­wa – Fun­da­cja Heu­re­sis, w któ­rej wolon­ta­riac­ko dzia­ła kil­ka osób, żad­na nie­za­trud­nio­na na sta­łe. Dla porów­na­nia: w mie­ście odby­wa­ją się jesz­cze dwa festi­wa­le stric­te lite­rac­kie: od 2008 roku (z prze­rwą) Mia­sto Poezji i od 2025 roku Lublin Mia­sto Lite­ra­tu­ry. Oba są orga­ni­zo­wa­ne przez insty­tu­cje miej­skie. Mia­sto Poezji, reali­zo­wa­ne przez Dom Słów (dzia­ła­ją­cy w ramach Bra­my Grodz­kiej – Teatru NN), trwa czte­ry dni; na jego orga­ni­za­cję twór­cy w 2025 roku otrzy­ma­li grant mini­ste­rial­ny w wyso­ko­ści dzie­więć­dzie­się­ciu jeden tysię­cy zło­tych. Dru­gą impre­zę powo­ła­ły do życia oso­by zwią­za­ne z księ­gar­nią Dosłow­ną w Cen­trum Kul­tu­ry – to wyda­rze­nie rów­nież trwa czte­ry dni, a Mini­ster­stwo Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go przy­zna­ło na jego orga­ni­za­cję dwie­ście sie­dem­dzie­siąt sie­dem tysię­cy zło­tych.

Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska
Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska

Szukanie oddechu w Lublinku

Celem tego­rocz­nej odsło­ny Lubel­skiej Sce­ny Poetyc­kiej było szu­ka­nie odde­chu i fraz, któ­re poma­ga­ją zacho­wać rów­no­wa­gę. W pro­gra­mie gęsto od nazwisk osób „robią­cych dużą robo­tę” w poezji. Jakub Skur­tys, kry­tyk lite­rac­ki i czło­nek jury w kon­kur­sie Reflek­tor, mówi:

Żar­to­wa­li­śmy, że wła­ści­wie prze­wi­nę­ła się tu cała śmie­tan­ka mło­dej sce­ny, i to taka śmie­tan­ka, któ­ra by się czę­sto nie spo­tka­ła. I to two­rzy kli­mat, zwłasz­cza że odby­wa się to w zupeł­nie nie­na­chal­ny spo­sób. Skon­den­so­wa­na for­ma, pro­gram bar­dzo gęsty, dobry arty­stycz­nie. Nie ma koniunk­tu­ral­nych gestów, co jest bar­dzo cie­ka­we. Mam wra­że­nie, że dobie­ra się zapro­szo­nych podług klu­cza, czy to i to zagra ze sobą, czy to są dobre książ­ki, czy odnaj­dą się one w mło­do­li­te­rac­kich dyk­cjach. Nie­oczy­wi­ste.

Na festi­wa­lu jest po raz czwar­ty i jak sam przy­zna­je, bar­dzo lubi tę impre­zę, a na dowód sym­pa­tii zapew­nia, że przy­je­chał dzień wcze­śniej, niż musiał. Naj­bar­dziej prze­szka­dza mu, że „Lublin jest na koń­cu świa­ta” i że tem­pe­ra­tu­ra jest tu o kil­ka stop­ni niż­sza niż we Wro­cła­wiu. Skur­ty­so­wi nie prze­szka­dza z kolei tra­dy­cyj­ny układ pro­gra­mu, któ­re­go punk­tem doj­ścia zawsze jest slam (choć kry­tyk uwa­ża, że to „two­rzy pęk­nię­cie”).

Z Aga­tą Puwal­ską na Lubel­skiej Sce­nie Poetyc­kiej spo­ty­ka­my się po raz dru­gi. Poprzed­nim razem uczest­ni­czy­ła w secie poetyc­kim, teraz sama opo­wia­da o naj­now­szej książ­ce, a pyta­nia ponow­nie zada­je Ola Kanar. Jako słu­chacz­ka uczest­ni­czy też we wcze­śniej­szych spo­tka­niach. Mówi:

Zawsze cie­ka­wy dobór osób. Tu nie decy­du­je jeden klucz, bo gło­sy poetyc­kie są bar­dzo róż­no­rod­ne. Wyda­je mi się, że Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka jest może bar­dziej kame­ral­na niż inne festi­wa­le lite­rac­kie i bar­dziej słu­cha nowych gło­sów. Tym, co jesz­cze mi się tutaj bar­dzo podo­ba, jest to, że oprócz śro­do­wi­ska sla­mo­we­go, któ­re też się tu prze­wi­ja, przy­cho­dzą po pro­stu czy­tel­ni­cy. A to nie zda­rza się na każ­dym festi­wa­lu.

Gro­no publicz­no­ści impre­zy rośnie z każ­dym rokiem. To pozy­tyw­nie zaska­ku­je orga­ni­za­tor­ki, któ­re zdą­ży­ły już się przy­zwy­cza­ić, że w cza­sie wyda­rzeń doty­czą­cych mło­dej poezji uczest­ni­cy zaj­mu­ją nie­kie­dy tyl­ko kil­ka krze­seł. Tym razem w trak­cie więk­szo­ści wyda­rzeń zaję­te są wszyst­kie i coraz czę­ściej uda­je się spo­tkać oso­by spo­za Lubli­na.

Ola Kolan­kie­wicz przy­je­cha­ła do mia­sta w czwar­tek o sie­dem­na­stej, pierw­sze­go dnia festi­wa­lu, i jesz­cze tego same­go wie­czo­ru pozna­li ją wszy­scy sta­li bywal­cy i wszyst­kie sta­łe bywal­czy­nie festi­wa­lo­wych wyda­rzeń. Ola stu­diu­je kry­ty­kę lite­rac­ką na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim i chęt­nie spraw­dza, co zwią­za­ne­go z poezją dzie­je się w innych mia­stach. O Lubel­skiej Sce­nie Poetyc­kiej usły­sza­ła rok temu w Kra­ko­wie, kie­dy na kon­fe­ren­cji, któ­rą orga­ni­zo­wa­ła, pozna­ła Olę Kanar i Iza­be­lę Majew­ską z Heu­re­sis. Opo­wia­da:

Wte­dy nie mogłam przy­je­chać przez sesję i inne spraw­ki, ale odno­to­wa­łam to sobie i oglą­da­jąc rela­cję na Insta­gra­mie, pomy­śla­łam, że – kur­czę! – faj­nie było­by wpaść. Wszyst­ko wyglą­da­ło bar­dzo zachę­ca­ją­co. Tego­rocz­ny pro­gram też się cał­kiem nie­źle zapo­wia­dał: to nie takie typo­we spo­tka­nia autor­skie, tyl­ko na przy­kład joga poetyc­ka czy drzem­ka. Byłam cie­ka­wa, jak to będzie tak napraw­dę. Za rok też przy­ja­dę, i to może ze zna­jo­my­mi, bo gdy cokol­wiek się dzia­ło, fot­ki lecia­ły do pię­ciu róż­nych grup.

Jej top­ka to czwart­ko­wy kon­cert Rzę­dzia­na Wąsa­ka, Moni­ki Kowal­czyk i Miko­ła­ja Koło­dziej­czy­ka i wymy­ka­ją­ce się wszel­kim kate­go­riom piąt­ko­we spo­tka­nie Iva­na Davy­den­ki z Paw­łem Sta­sie­wi­czem.

Roz­ma­wiam jesz­cze z dwie­ma przy­jezd­ny­mi uczest­nicz­ka­mi. Moni­ka z Rze­szo­wa łączy udział w Lubel­skiej Sce­nie Poetyc­kiej z wizy­tą u przy­ja­ciół­ki. Przed przy­jaz­dem uzna­ła, że takich imprez jest mało. Docie­ra ostat­nie­go dnia, ale za to uczest­ni­czy we wszyst­kich wyda­rze­niach, począw­szy od jogi (jak twier­dzi, bar­dzo relak­sa­cyj­nej), a skoń­czyw­szy na sla­mie, w któ­rym – choć sama też pisze poezję – nie chce wystą­pić. Nie uwa­ża, że to coś dla niej.

Dzień wcze­śniej nato­miast pro­sto z War­sza­wy na przy­ję­cie uro­dzi­no­we Sce­ny przy­by­wa Ola Lewan­dow­ska-Ferenc. Na festi­wa­lu jest po raz dru­gi; w zeszłym roku była gości­nią setu poetyc­kie­go (z Sonią Nowac­ką i Adrian­ną Ole­jar­ką, pro­wa­dzą­ca: Ola Kanar). Tym razem zasia­da po stro­nie publicz­no­ści. Kie­dy pytam Olę, co ją skło­ni­ło do przy­jaz­du, odpo­wia­da krót­ko: „Kocham Lubli­nek”. W dłuż­szej wypo­wie­dzi rów­nież posłu­gu­je się zdrob­nia­łą nazwą mia­sta:

Rok temu naj­więk­sze wra­że­nie zro­bi­ło na mnie to, że gdy tyl­ko przy­je­cha­łam, zoba­czy­łam deko­ra­cję i pozna­łam ludzi, nie czu­łam się – tak jak zwy­kle bywa na festi­wa­lach, na któ­rych jestem po raz pierw­szy – obcą oso­bą, tyl­ko zosta­łam bar­dzo cie­pło ugosz­czo­na. Duża otwar­tość i brak sno­bi­zmu. Kli­mat tego wyda­rze­nia też jest bar­dzo cie­pły, cudow­nie nie­zo­bo­wią­zu­ją­cy, a jed­no­cze­śnie mery­to­rycz­ny. Tę gościn­ność, któ­rą poczu­łam rów­nież w tym roku, cenię chy­ba naj­bar­dziej, bo śro­do­wi­sko poetyc­kie potra­fi być bar­dzo her­me­tycz­ne. W Lublin­ku wyda­je się, że wszy­scy się zna­ją i sobą ze sobą bli­sko. Chcia­ła­bym przy­na­le­żeć do tego śro­do­wi­ska.

Ola Lewan­dow­ska-Ferenc przy­zna­je, że sta­ra­ła się uczest­ni­czyć w jak naj­więk­szej licz­bie wyda­rzeń. Bar­dzo podo­ba­ły jej się warsz­ta­ty two­rze­nia haiku z krzy­żó­wek pano­ra­micz­nych, pro­wa­dzo­ne przez Micha­ła Toka­rza z Kolek­ty­wu [ZOBACZ JAK], oraz slam. Moja roz­mów­czy­ni jed­nak zauwa­ża, że poziom wystę­pów w porów­na­niu do ubie­gło­rocz­nych nie­co spadł.

Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska
Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska.

Teatr absurdu i joga poetycka

Z odby­wa­nych roz­mów wyni­ka, że naj­wię­cej emo­cji w oso­bach uczest­ni­czą­cych w festi­wa­lu budzą dwa wyda­rze­nia: spo­tka­nie z Paw­łem Sta­sie­wi­czem pro­wa­dzo­ne przez Iva­na Davy­den­kę i joga poetyc­ka z Mario­lą Mikul­ską.

Według Iva­na spo­tka­nie autor­skie to bar­dzo cie­ka­wa for­ma wyda­rze­nia, nie­po­zba­wio­na jed­nak pew­nych barier. Ponie­waż jed­nak Davy­den­ko uwa­ża, że te barie­ry są sztucz­ne i nale­ży je nie tyl­ko prze­kra­czać, ale rów­nież zwal­czać, pod­czas roz­mo­wy z auto­rem Prze­mó­wień, cove­rów i featu­rin­gów co kil­ka minut wycią­ga kró­li­ka z kape­lu­sza i wydo­by­wa kolej­ne sal­wy śmie­chu z brzu­chów publicz­no­ści. Dość szyb­ko dwa byty sce­nicz­ne roz­mna­ża­ją się w pięć (poja­wia­ją się Mar­le­na Nie­miec, Gustaw Owczar­ski i Kamil Kawa­lec, któ­rzy tak jak Ivan wid­nie­ją na okład­ce jako oso­by współ­au­tor­skie), przy czym nie do koń­ca wia­do­mo, ile z nich zaj­mu­je się zada­wa­niem pytań, a ile odpo­wia­da­niem i czy za chwi­lę jakiś siód­my byt z publicz­no­ści nie zosta­nie popro­szo­ny o prze­czy­ta­nie z książ­ki frag­men­tu swo­je­go autor­stwa, bo szó­sty (Jakub Skur­tys) musiał to spon­ta­nicz­nie zro­bić już na wstę­pie. Po impre­zie Paweł opo­wia­da:

Nie usta­la­li­śmy z Iva­nem for­my roz­mo­wy. Roz­ma­wia­li­śmy chwi­lę wcze­śniej na temat mojej kon­cep­cji książ­ki, choć jako jeden ze współ­twór­ców znał zało­że­nia od począt­ku. Zale­ży mi na roz­sz­czel­nia­niu (choć tro­szecz­kę) baniecz­ki, więc taka for­ma spo­tka­nia bar­dzo mi odpo­wia­da. I wycho­dzi na to, że odpo­wia­da nie tyl­ko mnie, bo po spo­tka­niu pod­cho­dzi­li ludzie, przy­bi­ja­li piąt­ki i przy­kla­ski­wa­li takiej for­mu­le. Mam wra­że­nie, że Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka też doda­je swo­je trzy gro­sze do zmia­ny para­dyg­ma­tu spo­tka­nia poetyc­kie­go i w ogól­no­ści festi­wa­lu lite­rac­kie­go.

Ivan z kolei zapew­nia, że lubi histo­rie i aneg­dot­ki, a to spo­tka­nie z pew­no­ścią sta­nie się jed­ną z nich. Mówi:

Waż­ne jest, żeby spo­tka­nie było zapa­mię­ta­ne. I oczy­wi­ście żeby autor nie poczuł się wyśmia­ny, za to żeby się zorien­to­wał, że dalej gra­my w jakąś grę. Bo lite­ra­tu­ra jest dla mnie wła­śnie zaba­wą. Jeśli wyłą­czy­my z niej ele­ment ludycz­ny, jaki jest sens robie­nia tego?

Z kolei według Mario­li Mikul­skiej, dziś nauczy­ciel­ki jogi, w prze­szło­ści autor­ki wier­szy, sens w jodze poetyc­kiej jest, ale raczej w przy­pad­ku prak­ty­ko­wa­nia jej oka­zjo­nal­nie na festi­wa­lach lite­rac­kich, nie na co dzień:

Uwa­żam, że joga jed­nak słu­ży zej­ściu do sie­bie, do wnę­trza, i wyco­fa­niu się ze świa­ta zmy­słów. Z tej per­spek­ty­wy czy­ta­nie poezji w trak­cie prak­ty­ki jest kolej­nym roz­pra­sza­czem, bodź­cem zewnętrz­nym, któ­ry nas ucze­pia na zewnątrz. Co inne­go joga nidra, w któ­rej sło­wo pra­cu­je ina­czej i wła­śnie ono kie­ru­je do wewnątrz.

Przy­go­to­wać odpo­wied­nią sekwen­cję nie było łatwo, jak to zwy­kle bywa, gdy szu­ka się balan­su. Trze­ba zna­leźć rów­no­wa­gę mię­dzy peł­no­praw­ną prak­ty­ką jogi a prze­strze­nią do peł­no­praw­ne­go obco­wa­nia z wier­sza­mi; poczuć pozy­cję, ale i poczuć poezję. Pomysł na to, by warsz­ta­ty podzie­lić na dwie czę­ści – rucho­wą i leżą­cą – poja­wił się póź­niej. Jesz­cze póź­niej w rękach Mario­li poja­wi­ły się Dopły­wy, drga­nia, powi­do­ki i pie­śni na brze­gach Mał­go­rza­ty Leb­dy. Mario­la od razu dozna­ła olśnie­nia: Leb­da napi­sa­ła poetyc­ką nidrę.

Kie­dy roz­ma­wia­my z Mario­lą dwa dni po festi­wa­lu, przez więk­szość cza­su w jej gło­sie sły­chać eks­cy­ta­cję wyni­ka­ją­cą ze zna­le­zie­nia rów­no­wa­gi i prze­pro­wa­dze­nia uczest­ni­czek przez pomost relak­sa­cyj­nej, głę­bo­kiej prak­ty­ki i poezji, ale też z nowe­go spoj­rze­nia na tek­sty i pra­cę nad nimi.

Nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że wyda­rze­nie „zosta­ło spa­lo­ne”. Mario­la się żali:

Wszyst­ko prze­bie­ga­ło zgod­nie z moim wyobra­że­niem aż do momen­tu, kie­dy poja­wi­ła się tele­wi­zja [TVP 3 Lublin – J.J.]. Doszło do nie­po­ro­zu­mie­nia: pani redak­tor z panem kame­rzy­stą weszli na salę. To była nie­za­po­wie­dzia­na wizy­ta, dosta­li pozwo­le­nie, żeby fil­mo­wać tyl­ko z zewnątrz, ale weszli do środ­ka. Mnie to spe­cjal­nie nie wybi­ło, pró­bo­wa­łam trzy­mać się pla­nu, ale z roz­mów z uczest­nicz­ka­mi wiem, że mia­ły zepsu­te to doświad­cze­nie. Ludzie leżą, są bez­bron­ni, prze­ży­wa­ją bar­dzo intym­ne doświad­cze­nie, mają zakry­te oczy, nie wie­dzą, co się wokół nich dzie­je, a cią­gle sły­szą hała­sy i szep­ty eki­py i nie wie­dzą, czy ktoś nagry­wa czy nie. Rozu­miem chęć poka­za­nia tego wszyst­kie­go kame­rą. Sama też poka­zu­ję, bo robię „socja­le”, ale za każ­dym razem zada­ję sobie pyta­nie: gdzie jest gra­ni­ca? Ile moż­na poka­zać? Tutaj tego zabra­kło.

Eki­pa tele­wi­zyj­na wcho­dzi na salę pod koniec rucho­wej czę­ści jogi i nie wycho­dzi przez kolej­ne kil­ka­dzie­siąt minut. Każ­da z osób, z któ­rą roz­ma­wiam po zaję­ciach, mówi, że było to bar­dzo nie­kom­for­to­we.

Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska
Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska.

Więzi, przecięcia i drobiazgi

Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka od począt­ku jest orga­ni­zo­wa­na w Muzeum Józe­fa Cze­cho­wi­cza. Alek­san­dro­wi Wój­to­wi­czo­wi, któ­ry nim kie­ru­je, zada­ję nie­wy­god­ne pyta­nia, na przy­kład o to, czy poetyc­kie joga i drzem­ka licu­ją z powa­gą insty­tu­cji. Mój roz­mów­ca odpo­wia­da, że powa­ga insty­tu­cji to bar­dzo sze­ro­kie okre­śle­nie. Po chwi­li doda­je:

Jeste­śmy przy­zwy­cza­je­ni, że muzea oprócz tego, że pre­zen­tu­ją zbio­ry, w pewien spo­sób orga­ni­zu­ją też życie kul­tu­ral­ne. I to jest ich naj­waż­niej­sza misja. Jako muzeum lite­rac­kie jeste­śmy bar­dzo otwar­ci na wszyst­kie ini­cja­ty­wy, któ­re są na prze­cię­ciu lite­ra­tu­ry, sztu­ki i innych dzie­dzin aktyw­no­ści. Na przy­kład dwa lata temu mie­li­śmy warsz­ta­ty dla mło­dych mam inspi­ro­wa­ne koły­san­ka­mi Cze­cho­wi­cza. Rela­cja mię­dzy samo­po­czu­ciem, takim wel­l­be­in­go­wym span­kiem Szy­mo­na Bryz­ka a lite­ra­tu­rą jest dla nas bar­dzo inspi­ru­ją­ca. Dla­te­go otwie­ra­my się od razu na rze­czy, w któ­rych widzi­my poten­cjał, a w takich pomy­słach poten­cjał jest. Zresz­tą w przy­pad­ku tego typu kame­ral­nych festi­wa­li waż­ny jest wymiar wspól­no­to­wy: budo­wa­nie rela­cji i wię­zi zarów­no lokal­nych, jak i ogól­no­pol­skich. Tutaj spę­dza się razem czas i to odróż­nia Lubel­ską Sce­nę Poetyc­ką od dużych festi­wa­li, któ­re są czę­sto cią­ga­mi spo­tkań autor­skich połą­czo­nych z pod­pi­sy­wa­niem ksią­żek.

Kie­dy roz­ma­wiam z Mag­da­le­ną Kra­su­ską i Sarą Akram z Fun­da­cji Heu­re­sis, obie mówią, że oprócz samej poezji i kla­sycz­nych form obco­wa­nia z nią zawsze szu­ka­ją jej prze­cięć i sty­ku z inny­mi gałę­zia­mi sztu­ki czy aktyw­no­ści. Sara opo­wia­da:

Wyda­je mi się, że pierw­sza edy­cja to była taka tro­chę „wer­sja beta”. Póź­niej się­gnę­ły­śmy po róż­ne for­ma­ty, na przy­kład set poetyc­ki, któ­re­go nie było na począt­ku, a któ­ry się spraw­dził i został sta­łym kom­po­nen­tem pro­gra­mu. Oprócz tego szu­ka­my róż­nych rze­czy, któ­re łączą poezję z czymś innym: z dźwię­kiem, obra­zem. W tym roku też z ruchem – bo joga. Poza wymy­śla­niem nowych form prio­ry­te­tem jest dla mnie też dobór zapra­sza­nych osób. Tu kie­ru­ję się głów­nie myślą, żeby pod­czas spo­tkań publicz­ność mogła słu­chać po pro­stu cie­ka­wych wier­szy.

Każ­da z osób, któ­re widzą, jak wyglą­da Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka – na wła­sne oczy lub na zdję­ciach – może łatwo zauwa­żyć, że „miej­sce” jest dla orga­ni­za­to­rek czymś wię­cej niż adre­sem Muzeum Józe­fa Cze­cho­wi­cza przy uli­cy Zło­tej. Znak roz­po­znaw­czy festi­wa­lu to deko­ro­wa­nie i uprzy­tul­nia­nie prze­strze­ni: od kur­ty­nek przez gir­lan­dy, świa­teł­ka, kolor prze­wod­ni aż po spe­cjal­nie stwo­rzo­ną insta­la­cję. Dwie z moich roz­mów­czyń, któ­re zaglą­da­ją tu co roku, wspo­mi­na­ją pra­cę sprzed dwóch lat: lustro ozdo­bio­ne wiel­ki­mi kwia­ta­mi i cyta­tem „Poezja to sek­ta, ale tro­chę mafia” Joan­ny Muel­ler. Impo­nu­ją­cą pra­cę wyko­na­ła lubel­ska artyst­ka Ola Arty­szuk. Była to jej pierw­sza kwiet­na insta­la­cja, a dziś w całym mie­ście koja­rzo­na jest wła­śnie z wiel­ko­for­ma­to­wy­mi kwia­ta­mi. Ale Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka to tak­że ład­ne deta­le, na przy­kład corocz­ne tatu­aże z fra­za­mi albo tego­rocz­ne poetyc­kie naklej­ki. Wła­śnie tego rodza­ju upięk­sza­nie jest jed­nym z prio­ry­te­tów Mag­da­le­ny Kra­su­skiej. Jak sama mówi:

Roz­sze­rza­my poję­cia i kate­go­rie, a z roku na rok mamy coraz więk­szą swo­bo­dę rów­nież w wymy­śla­niu „sza­leństw”, co uwa­żam za naj­więk­szy suk­ces. Naj­bar­dziej lubi­my „rze­czy pomię­dzy”, takie, któ­re wyni­ka­ją z faj­nych współ­prac. Zawsze bar­dzo miłe jest, kie­dy oka­że się, że ktoś z lubel­skich, ale nie tyl­ko, twór­ców ma ocho­tę zro­bić coś z poezją. Oprócz tego szcze­gól­nie waż­ne są też dro­bia­zgi, któ­rych nie ma w pro­gra­mie ani we wnio­sku o grant, na przy­kład impre­za uro­dzi­no­wa z tor­tem i watą cukro­wą. Spo­ro jest róż­nych imprez lite­rac­kich i myślę, że czę­sto robi się je sztam­po­wo: są jakieś pie­nią­dze do wyda­nia, zwy­kle duże, kogoś trze­ba zapro­sić, ktoś przyj­dzie posłu­chać, bo da się duże pie­nią­dze na rekla­mę. Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka to nie jest kolej­ne takie wyda­rze­nie, że ktoś miał pie­nią­dze i je wydał na zapro­sze­nie poetów i poetek. Naszym spo­so­bem jest robie­nie tego festi­wa­lu tak jak przy­ję­cia dla przy­ja­ciół, któ­rym chcesz spra­wić przy­jem­ność i ugo­ścić ich w wyjąt­ko­wy spo­sób w swo­im domu. To się póź­niej tak koń­czy, że po całym pierw­szym dniu wra­cam, o pół­no­cy robię bisz­kopt, a ósmej rano prze­kła­dam go kre­mem i ozda­biam [śmiech]. Kosz­tu­je nas to sza­le­nie dużo, ale nie widzę sen­su robie­nia inne­go festi­wa­lu.

Lubelska Scena Poetycka 2026. Harmonogram
Lubelska Scena Poetycka 2026. Harmonogram.

Festi­wal Lubel­ska Sce­na Poetyc­ka co roku odby­wał się mniej wię­cej w poło­wie czerw­ca. W tej chwi­li nie jest pew­ne, czy będzie miał kolej­ne edy­cje.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska Lubelska Scena Poetycka 2026, fot. Magdalena Krasuska

Czytaj także

16.07.2026 Laba

Pocztówka ze skweru na Grzegórzkach

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Agaty Napiórskiej.

15.07.2026 Interferencje

Wiralowe Wzgórza

„Emily Brontë zmarła na gruźlicę sto siedemdziesiąt siedem lat temu, a ta adaptacja i tak jest najgorszym, co ją spotkało” – gdy tylko zobaczyłam ten komentarz, jeden z wielu krążących w sieci w momencie premiery najnowszej ekranizacji Wichrowych Wzgórz, wiedziałam, że rozpocznę od niego swój tekst – o filmowych adaptacjach powieści Emily Brontë pisze Aleksandra Kumala.

14.07.2026 Laba

Po stronie ciszy

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z polarniczką i pisarką Dagmarą Bożek rozmawia Małgorzata Bugaj.