Ludzkość poprawiona?

Jak brzmi muzy­ka pły­ną­ca w naszych żyłach? W wizji Gre­ga Beara z jego Pie­śni krwi w zasa­dzie nie jest to „pieśń” z goto­wym tek­stem, lecz skom­pli­ko­wa­ny zbiór dźwię­ków, któ­rych może­my nigdy w peł­ni nie pojąć. Ta „muzy­ka krwi” (ory­gi­nal­ny tytuł powie­ści to Blo­od Music) towa­rzy­szy nam od zawsze, ale nasze ludz­kie poję­cia ryt­mu czy har­mo­nii mogą do niej zupeł­nie nie paso­wać.

Czę­sto prze­ce­nia­my nasze doko­na­nia i moż­li­wo­ści poj­mo­wa­nia. Tym­cza­sem nawet lądo­wa­nie na Księ­ży­cu, któ­re dum­nie nazy­wa­my za Neilem Arm­stron­giem „wiel­kim kro­kiem ludz­ko­ści”, z kosmicz­nej per­spek­ty­wy może się oka­zać zale­d­wie nic nie­zna­czą­cym drgnie­niem. Ta skłon­ność do sta­wia­nia czło­wie­ka w cen­trum to prze­jaw naszej aro­gan­cji. Chce­my wła­dać natu­rą, ale nasza pew­ność sie­bie rzad­ko idzie w parze z umie­jęt­no­ścią prze­wi­dy­wa­nia skut­ków wła­snych czy­nów. Kie­dy taka krót­ko­wzrocz­ność zde­rza się z potęż­ną tech­no­lo­gią, życie zmie­nia się w kosz­mar zna­ny z Fran­ken­ste­ina czy Ter­mi­na­to­ra.

Czy histo­rie w rodza­ju wyżej wymie­nio­nych opo­wia­da­my sobie tyl­ko po to, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że obec­ny świat jest naj­lep­szy i nale­ży go chro­nić przed każ­dą zmia­ną? Być może nasz opór przed „kro­kiem naprzód” to jedy­nie lęk przed nie­zna­nym. War­to zadać sobie pyta­nie: co nas cze­ka, jeśli odwa­ży­my się prze­ła­mać ten sche­mat i pozwo­li­my ewo­lu­cji toczyć się wła­snym ryt­mem? Może wła­śnie to, co pro­po­nu­je Greg Bear w Pie­śni krwi?

W pierw­szej czę­ści powie­ści pozna­je­my Ver­gi­la Ula­ma genial­ne­go bio­tech­no­lo­ga, któ­ry „chce po pro­stu cze­goś doko­nać”1. W swo­im geniu­szu jed­nak sku­pia się tak bar­dzo na odkry­wa­nych moż­li­wo­ściach, że nie dostrze­ga nie­sio­ne­go przez nie zagro­że­nia. Czy to już lek­ko­myśl­ność? Pró­ba sta­nia się nad­czło­wie­kiem? Może po pro­stu cie­ka­wość?

W tajem­ni­cy przed swo­im pra­co­daw­cą, kor­po­ra­cją Gene­tron, Ulam prze­pro­gra­mo­wu­je lim­fo­cy­ty, aby sta­ły się bio­lo­gicz­nym pro­ce­so­rem (noocy­ta­mi). Dopó­ki spra­wa pozo­sta­je wewnątrz labo­ra­to­rium, nic się nie dzie­je. Kie­dy jed­nak Ver­gil Ulam zosta­je zwol­nio­ny za igno­ro­wa­nie ety­ki i obo­wią­zu­ją­cych go pro­ce­dur , posta­na­wia wynieść noocy­ty z pla­ców­ki we wła­snym orga­ni­zmie. Zaba­wa w pana sytu­acji trwa w naj­lep­sze.

Co złe­go może się wyda­rzyć?

To, co dzie­je się dalej, daje się stre­ścić w krót­kiej wypo­wie­dzi jed­ne­go z boha­te­rów powie­ści : Wyna­la­zek Ver­gi­la. Inte­li­gent­na zara­za. Nie sądzę, by moż­na było opa­no­wać myślą­cą cho­ro­bę ”2. Te sło­wa poka­zu­ją jed­no­cze­śnie, że Pieśń krwi nie zatrzy­mu­je się na gro­że­niu pal­cem wszyst­kim naukow­com („Naukow­cy… wy zawsze jeste­ście odpo­wie­dzial­ni!”)3, któ­rzy chcie­li­by zaba­wić się w Boga czy – ogra­nicz­my ludz­ką dumę – nad­czło­wie­ka. Nad­czło­wie­kiem jed­nak Ver­gil Ulam dopie­ro się sta­nie. Tyl­ko może nie takim, jakie­go się spo­dzie­wa­my. I czy będzie jesz­cze wte­dy Ver­gi­lem Ula­mem?

Czy poprzez zaba­wę komór­ka­mi i maj­stro­wa­nie przy DNA może­my zmie­nić nasz gatu­nek? Czy homo sapiens sta­nie się jesz­cze bar­dziej sapiens?

Wydaw­nic­two Vesper zde­cy­do­wa­ło się wró­cić do powie­ści Gre­ga Beara po czter­dzie­stu latach od pre­mie­ry ory­gi­na­łu (1965) i ponad trzy­dzie­stu od pierw­sze­go pol­skie­go wyda­nia (1992).

Czy przez ten czas Pieśń krwi zacho­wa­ła aktu­al­ność? Powieść poru­sza tema­ty pod­le­ga­ją­ce bar­dzo dyna­micz­nym zmia­nom. Jej pro­ble­ma­ty­kę moż­na by ująć w mniej wię­cej takim wyli­cze­niu : odpo­wie­dzial­ność etycz­na naukow­ców, gra­ni­ce czło­wie­czeń­stwa, ewo­lu­cja antro­po­ge­nicz­na, trans­hu­ma­nizm, samot­ność jed­nost­ki, infor­ma­cja czy nowa meta­fi­zy­ka. Powyż­szym dzie­dzi­nom poświę­co­no przez deka­dy licz­ne dzie­ła lite­rac­kie i fil­mo­we, ponad­to były przed­mio­tem badań nauko­wych, któ­re tu i ówdzie rzu­ci­ły cał­kiem nowe świa­tło. Mimo wszyst­ko książ­ki Beara nie czy­ta się jak archa­icz­nej ramo­ty uwa­ża­nej za kla­sy­kę tyl­ko przez fana­ty­ków. Nadal moż­na zna­leźć w niej dużo inte­re­su­ją­cych reflek­sji snu­tych przez boha­te­rów, jak i wie­le wyda­rzeń, któ­re skła­nia­ją czy­tel­ni­ka do prze­my­śleń.

Co cie­ka­we, fabu­ła też nie razi sztam­po­wo­ścią. Skon­stru­owa­na zosta­ła w spo­sób, któ­ry nie­ła­two naśla­do­wać. Kto ocze­ku­je łatwej i przy­jem­nej czy­tel­ni­czej podró­ży od wyda­rze­nia do wyda­rze­nia, pew­nie poczu­je się zawie­dzio­ny. W cza­sie lek­tu­ry moż­na bowiem odnieść wra­że­nie, że ska­cze­my od jed­ne­go boha­te­ra do dru­gie­go niczym z kwiat­ka na kwia­tek. Czy­tel­nik musi pod­dać się tej stra­te­gii, by podą­żać za wyobraź­nią auto­ra. Nie­któ­rym pew­nie będzie to prze­szka­dzać. Ja jed­nak odnio­słem wra­że­nie, że ten pozor­nie cha­otycz­ny układ to kon­se­kwen­cja zbu­do­wa­ne­go przez Gre­ga Beara świa­ta. Potwier­dza to dia­log dwóch boha­te­rów:

– A więc nie ist­nie­je sta­ła rze­czy­wi­stość?
– Naj­wy­raź­niej nie4.

Podob­nie jest z przy­po­rząd­ko­wa­niem gatun­ko­wym Pieśń krwi. Powieść zaczy­na się jak thril­ler medycz­ny, żeby po kil­ku roz­dzia­łach prze­obra­zić się w opo­wieść o pan­de­mii rodem z pierw­szych roz­dzia­łów Bastio­nu Ste­phe­na Kin­ga. Czy­tel­nik jed­nak i do tego nie powi­nien się przy­zwy­cza­jać. Cza­sa­mi książ­ka nabie­ra cech sta­re­go dobre­go dia­lo­gu filo­zo­ficz­ne­go, co wypa­da naj­cie­ka­wiej, gdy jest on pro­wa­dzo­ny mię­dzy czło­wie­kiem a noocy­ta­mi. Czy moż­li­we jest takie poro­zu­mie­nie, sko­ro nasze doświad­cze­nia wyra­sta­ją z zupeł­nie innych cie­le­sno­ści, z innej obec­no­ści w świe­cie? Spójrz­my na dwa przy­kła­dy.

Pierw­szy:

 – Ja jestem Ber­nar­dem.
Jest wie­lu BERNARDÓW 5.

I dru­gi:

 – Nie. Nie jestem Bogiem.
Nie rozu­mie­my Boga6.

„Pieśń krwi” jest opo­wie­ścią o naszych ludz­kich przy­zwy­cza­je­niach – kto wie, czy nie głów­nie o nich. To wła­śnie one spra­wia­ją, że do pozna­nia praw­dzi­wej natu­ry rze­czy­wi­sto­ści zbli­ża­my się nie­zwy­kle powo­li, zwłasz­cza że „czło­wiek jako jed­nost­ka może znieść tyl­ko pew­ną ilość zmian”7. Ten opór czę­sto wyni­ka z instynk­tow­ne­go mecha­ni­zmu obron­ne­go, któ­ry każe nam trak­to­wać sta­bil­ność bio­lo­gicz­ną jako jedy­ną dopusz­czal­ną nor­mę i nie­zby­wal­ne pra­wo jed­nost­ki do bycia taką samą. W rezul­ta­cie kur­czo­wo trzy­ma­my się gra­nic wła­sne­go „ja”, postrze­ga­jąc roz­pusz­cze­nie toż­sa­mo­ści w kolek­ty­wie jako prze­ra­ża­ją­cą zagła­dę, a nie – jak suge­ru­je autor – jako koniecz­ny etap ewo­lu­cyj­nej trans­cen­den­cji.

Okładka książki Grega Beara pod tytułem „Pieśń krwi”
Greg Bear, „Pieśń krwi”, tłum. Krzysztof Sokołowski, Czerwonak: Wydawnictwo Vesper, 2026.

Czy powin­ni­śmy zostać zastą­pie­ni przez inne byty? Może przez mał­py jak w powie­ści Pierre’a Boulle’a? Albo sztucz­ne inte­li­gen­cje jak u Isa­aca Asi­mo­va lub Wil­lia­ma Gib­so­na?

Naj­czę­ściej, gdy roz­wa­ża­my takie sce­na­riu­sze, towa­rzy­szy nam lęk. Uwa­ża­my, że musi­my bro­nić swo­je­go gatun­ku przed zagła­dą. Ale może to tyl­ko nasze przy­zwy­cza­je­nia, ewo­lu­cyj­ny mecha­nizm obron­ny. Czy boha­te­ro­wie Gre­ga Beara z Pie­śni krwi potra­fią się wyła­mać z tego sche­ma­tu? Na to pyta­nie czy­tel­nik sam musi spró­bo­wać odpo­wie­dzieć. Autor już na wstę­pie zazna­cza, że kie­dyś w histo­rii ludz­ko­ści pewien zwrot myślo­wy będzie musiał nastą­pić. To, co wewnątrz nas, ta muzy­ka gra­na przez krew w koń­cu będzie musia­ła zostać przez nas wysłu­cha­na.

Książ­ka Gre­ga Beara jest nie­wąt­pli­wie pro­duk­tem swo­ich cza­sów. Opo­wia­da­nie, któ­re sta­ło się pod­sta­wą więk­sze­go utwo­ru, powsta­ło w 1983 roku. Do wer­sji powie­ścio­wej autor roz­bu­do­wał je dwa lata póź­niej. To deka­da, kie­dy rodzi­ła się inży­nie­ria gene­tycz­na i bio­tech­no­lo­gicz­na (z lęków przed nią już w 1976 roku powsta­li Chłop­cy z Bra­zy­lii Iry Levi­na). To wte­dy dys­ku­to­wa­no na temat kon­cep­cji auto­ma­tów komór­ko­wych, zgod­nie z któ­rą zbiór pro­stych, powta­rzal­nych ele­men­tów, dzia­ła­ją­cych według pro­stych reguł, mógł­by spon­ta­nicz­nie wyge­ne­ro­wać zło­żo­ne, zor­ga­ni­zo­wa­ne i inte­li­gent­ne struk­tu­ry (kon­cep­cja żywa w scien­ce fic­tion od Lema i jego Nie­zwy­cię­żonego po Per­fek­cyj­ną nie­do­sko­na­łość Duka­ja). To wte­dy ostrze­ga­no przed apo­ka­lip­są wywo­ła­ną sza­rą mazią (ang. grey goo) zgod­nie z teo­rią, według któ­rej mikro­sko­pij­ne, samo­re­pli­ku­ją­ce się nano­ro­bo­ty mogą wymknąć się spod kon­tro­li i skon­su­mo­wać całą bios­fe­rę Zie­mi, aby budo­wać kolej­ne kopie samych sie­bie (praw­do­po­dob­nie to Greg Bear jako pierw­szy wyko­rzy­stał ten kon­cept lite­rac­ko).

Wszyst­ko to moż­na odna­leźć w Pie­śni krwi. Ale nie jest to wyłącz­nie melo­dia nie zawsze har­mo­nij­nie zło­żo­na ze zna­nych moty­wów i teo­rii. To nadal – czter­dzie­ści lat póź­niej – cie­ka­wy głos, któ­re­mu wszyst­kie te dźwię­ki akom­pa­niu­ją. I dla­te­go pomysł na jej wzno­wie­nie wyda­je się słusz­ny.

Redak­to­rzy Vesper posta­no­wi­li przy­bli­żyć dzi­siej­sze­mu czy­tel­ni­ko­wi nie tyl­ko powieść Beara, ale tak­że tłu­ma­cze­nie Krzysz­to­fa Soko­łow­skie­go. W latach 90. uka­za­ło się ono w wydaw­nic­twie Alfa, któ­re­go książ­ki obec­nie – podob­nie jak wie­lu wydaw­nictw z tam­te­go okre­su – moż­na kupić jedy­nie w anty­kwa­ria­tach. Teraz może­my nacie­szyć nim oko w opra­wie gra­ficz­nej, któ­rą otrzy­mu­ją książ­ki z serii „Wymia­ry”. Czy war­to było­by po latach prze­tłu­ma­czyć powieść na nowo? Żeby to oce­nić, trze­ba by doko­nać dokład­nej ana­li­zy porów­naw­czej z ory­gi­na­łem. Przy zwy­kłej lek­tu­rze tłu­ma­cze­nie się bro­ni. Nie­raz wra­ca­ło jed­nak do mnie pyta­nie, czy zmia­na tytu­ło­wej „muzy­ki” na „pieśń” nie­sie ze sobą poważ­ne kon­se­kwen­cje. Czy dla wybrzmie­nia final­nych akor­dów powie­ści, do wej­ścia w nowy rodzaj har­mo­nii, któ­ry sta­je się udzia­łem żyją­cych na Zie­mi boha­te­rów, potrzeb­na jest wznio­słość pie­śni? Czy fak­tycz­nie – jak moż­na na ten temat prze­czy­tać w inter­ne­cie – fra­za wybra­na przez pol­skie­go tłu­ma­cza brzmi natu­ral­niej w naszym języ­ku? Może mimo wszyst­ko wpro­wa­dza zna­cze­nia obce pier­wot­nym zało­że­niom? Czy tytuł powie­ści ma u Beara zna­cze­nie? Może jest po pro­stu efek­tow­nym zabie­giem sty­li­stycz­nym?

Żeby same­mu wyro­bić sobie zda­nie na ten temat, trze­ba się­gnąć po Pieśń krwi. Ale to – jak, mam nadzie­ję, uda­ło mi się udo­wod­nić – nie jedy­ny powód, dla któ­re­go war­to. Powieść Gre­ga Beara zasłu­ży­ła na wszel­kie otrzy­ma­ne nagro­dy (dosta­ła mię­dzy inny­mi Nagro­dę Nebu­la, Nagro­dę Hugo, Prix Apol­lo) i już daw­no zyska­ła sta­tus kla­sy­ka hard scien­ce fic­tion.

 

1 G. Bear, Pieśń krwi, Czer­wo­nak: Vesper, 2026, s. 67.

2 Tam­że, s. 140.

3 Tam­że, s. 181.

4 Tam­że, s. 348.

5 Tam­że, s. 290.

6 Tam­że, s. 239.

7 Tam­że, s. 129.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

06.09.2026 Hiperteksty

Karuzela z morderstwami

Narracja powieści jest polifoniczna, rozciągnięta w czasie na piętnaście lat i podzielona pomiędzy Kingston, Montego Bay, Miami i Nowy Jork, a mimo że niemal bez przerwy ktoś kogoś morduje i wszyscy mówią do nas naraz, nie mamy poczucia zagubienia: rządzi nią żelazna dyscyplina – o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa pisze Elżbieta Bińczycka-Gacek.

04.09.2026 Prasówka

Prasówka (4 września 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.