Książka Michała Nikodema Dentomachia. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki u dentysty w pewnym stopniu może wydawać się ekscentryczna, ponieważ przedstawia – najkrócej mówiąc – literaturoznawczy przegląd dentystyczny. Dotyczy problemów somatycznych (co już akurat nie jest dziwne w badaniach literackich), ale skupia się na osobliwej „konfrontacji szczęk”. Jak wyjaśnia autor:
Przedmiotem zainteresowania uczyniono to, jak [obaj poeci – M.Ł.] znosili ich [zębów – M.Ł.] ból i brak, co o nich mówili, pisali, myśleli. Przy tych dociekaniach nie zostaną zlekceważone materialne, medyczne i anatomiczne konkrety. Przedstawione zostaną losy realnego uzębienia, materialnych zębów i szczęk, oraz to, jak traktowali je ich posiadacze, a nawet w jakim stanie dotrwały do naszych czasów1.
Nikodem, podążając tropem Aleksandra Nawareckiego2, powołuje do życia nową subdyscyplinę, opartą na nieco może bezczelnym i prowokacyjnym, a na pewno niecodziennym geście zajrzenia w przestwór cudzej jamy ustnej. I to nie byle czyjej, bo narodowych wieszczów. Stomatopoetyka, definiowana transdziedzinowo na przecięciu literaturoznawstwa i medycyny, pozwala więc z jednej strony napisać na nowo fragmenty biografii obu poetów, z wykorzystaniem nikogo dotychczas nieinteresujących wzmianek o zębach, z drugiej – umożliwia przeczytanie ich liryki w inny sposób: oparty na poszukiwaniu w niej tego, co łączy się z „funkcją szczęki”, czyli jedzeniem, gryzieniem, przeżuwaniem, mówieniem, ale także z zaciskaniem zębów i zgrzytaniem zębami (co stanowi literacki synonim medycznego bruksizmu)3. Choć znam tekst Dentomachii… od dawna, to powrót do książki i ta krótka rekonstrukcja przedmiotu dociekań autora uzmysławiają mi, jak nowoczesne i odważne jest to podejście badawcze. W niniejszym eseju nie odtworzę poetologicznej drogi Nikodema, zdołam jedynie zarysować temat obecności zajmującego go motywu w literaturze XX i XXI wieku. Ten krótki przegląd dentystyczny, zainspirowany jego myślą i ciekawą nadobecnością elementu zębowego w przypadku dwóch romantycznych poetów, pozwoli zajrzeć za inne drzwi/kotary gabinetów dentystycznych i w otchłanie innych jam ustnych.
Ikoniczny obraz pochodzi z jednej z najsłynniejszych sag rodzinnych początku XX wieku. Przyczyna śmierci Thomasa Buddenbrooka, bohatera powieści Thomasa Manna, nie jest co prawda jednoznacznie określona, ale jasne są jej okoliczności oraz fakt, że poprzedzał ją uporczywy ból zęba:
[Thomas – M.Ł.] [s]zedł z głową starannie podniesioną do góry, a wyglądał jak po źle przespanej nocy. Ludzie dostrzegali w przejściu, że w jego zaczerwienionych oczach kręciły się łzy, a wargi zamknięte były w sposób szczególny, jak gdyby ostrożnie skrzywione. Czasem przełykał, jakby usta jego napełniały się płynem; i wówczas widać było po ruchach mięśni na policzkach i skroniach, że zaciskał szczęki4.
Cierpienie mężczyzny jest tak dojmujące, że aby opisać jego stan, narrator posługuje się niezwykle ekspresywnymi i wartościującymi określeniami – ból jest więc „szalony”, „dziki, palący i wiercący”5. W takiej kondycji, ze stanem zapalnym rozlanym na lewą stronę dolnej szczęki, z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, Thomas Buddenbrook trafia do gabinetu dentysty Brechta. Nie myli się ten, kto sądzi, że fotel dentystyczny stanowi tutaj miejsce spodziewanego wybawienia. Ciekawe, że narrator ujawnia raczej lęk dentysty przed pacjentem oraz wykonaniem skomplikowanego zabiegu niż obawę cierpiącego Buddenbrooka; ten drugi konieczność wyrwania zęba postrzega jako apogeum bólu, po którym musi przyjść wyczekiwana ulga:
Zaledwie odczuł założenie i uchwyt szczypiec, potem jednak poznał po zgrzycie w ustach, jak również po wzrastającym coraz bardziej bolesnym i wściekłym ucisku w całej głowie, że wszystko jest na najlepszej drodze. „Wola boska! – pomyślał. – Teraz już pójdzie. To wzrasta i wzrasta do potworności, do niemożliwości, aż do samej katastrofy, aż do szalonego trzeszczącego, nieludzkiego bólu, który rozszarpuje cały mózg… a potem już po wszystkim; trzeba tylko przeczekać”6.
Kto zna historię rodziny Buddenbrooków, ten wie, że oczekiwane ukojenie nie nadeszło. Dentystyczny przypadek Thomasa Buddenbrooka okazał się nie tylko bardziej skomplikowany, niż mogli przewidzieć i pacjent, i jego dentysta, ale także – co gorsza – w narracyjnej wolcie został bezpośrednio skojarzony ze śmiercią: „Z powodu zęba… Senator Buddenbrook umarł z powodu zęba, mówiono w mieście. Ależ do stu diabłów, przecież na to się nie umiera!”7. W statecznym mieszczańskim świecie tego rodzaju śmierć wydawała się nieprawdopodobna, mimo że nawet współcześnie z medycznego punktu widzenia – wskutek znacznych zaniedbań – stan zapalny zęba może się przecież rozszerzyć, doprowadzając do sepsy i zgonu. Sądzę jednak, że trzeba porzucić warunki dziewiętnastowiecznej Lubeki, aby odkryć kulturowy i społeczny potencjał tej sceny. Widać go po pierwsze w hiperbolicznym ujęciu samego bólu, który – mimo coraz bardziej zaawansowanych technik leczenia i możliwości znieczulenia – jest nieodłącznym elementem wizyty w gabinecie dentystycznym. Tak więc najpierw boli nas ząb, potem (a czasem wcześniej i równolegle) boimy się – irracjonalnie – bólu zadanego przez stomatologa. Po drugie, przejmujący ból zęba (wedle wielu niedający się z niczym porównać) budzi w nas odruchy atawistyczne, jakby echem odzywały się traumy naszych przodków, ufundowane na realnym związku chorych zębów ze śmiercią. Przekonująco pisze o tym James Wynbrandt w Bolesnej historii stomatologii:
Gdyby przyszło im [współczesnym pacjentom – M.Ł.] odwiedzić gabinet stomatologiczny nieco wcześniej – powiedzmy w pierwszej połowie XX wieku – mogliby zostać potraktowani niebezpieczną dawką promieniowania albo też stracić kilka zupełnie zdrowych zębów na rzecz poprawy ogólnego stanu zdrowia. Jeśliby natomiast wizyta […] została przesunięta o kilka wieków wstecz, pacjent liczący na ukojenie bólu mógłby doświadczyć puszczenia krwi albo zabiegu przyżegania prowadzącego do powstania pęcherzy lub poważnych poparzeń. Innym, równie prawdopodobnym scenariuszem byłoby zaaplikowanie przez dentystę śmiertelnej dawki arszeniku […]8.
Najpewniej arszeniku nikt nam już nie poda, ale obraz demonicznego dentysty, częstego bohatera horrorów, wydaje się wciąż popularnym motywem w popkulturze i literaturze. W konwencji horroru można na przykład czytać opowiadanie Luci Berlin Dr H.A. Moynihan9. Znienawidzony jako człowiek, ale szanowany jako dentysta, bohater tekstu jest mistrzem robienia sztucznych szczęk w osobliwie wyglądającej pracowni, przedstawionej jak zaprzeczenie dzisiejszych sterylnych gabinetów:
Okna były czarne od brudu, gipsu i wosku. Jedyne światło pochodziło z dwóch migoczących palników Bunsena. Gips wysypywał się z wielkich worków opartych o ściany na podłogę pełną kawałków popękanych odcisków i słoików z pojedynczymi zębami. […] Półki pełne były zardzewiałych narzędzi i rzędów szczęk, w uśmiechu albo do góry nogami, skrzywionych jak teatralne maski10.
Ale to nie upiorność wystroju jest tutaj decydująca, a makabryczna procedura wyrwania wszystkich zębów, w której współuczestniczy narratorka (równocześnie małoletnia wnuczka dentysty):
Pierwsze trzy zęby wyszły łatwo. […] Z siekaczami było trudniej, szczególnie z jednym. Dziadek dławił się przez chwilę, korzeń wciąż tkwił w dziąśle. Dziadek wydał zabawny dźwięk i wcisnął mi obcęgi w dłoń11.
Gdy dziewczynka kończy wykonywanie zabiegu, znajduje się w centrum upiornego spektaklu: fotel z omdlałym dziadkiem wiruje, krew wsiąka w ręcznik w ustach i kapie na podłogę, a bezzębna już twarz starca wygląda „jak czaszka, białe kości nad jasnoczerwonym gardłem”12. „Straszny potwór”,13 myśli przerażona dziewczynka. W finale tej sceny czeka jednak nagroda: okaleczony dziadek wkłada przygotowaną przez siebie sztuczną szczękę, odlew wyglądający jak idealna replika prawdziwych zębów. Właściwie nawet lepsza od nich, ponieważ jako praca własnych rąk przypomina dzieło sztuki oddające w pełni pigmentację, wypełnienia i pęknięcia zębów naturalnych. Odlew zdaje się wręcz doskonalszy niż garnitur zębów naturalnych, a demoniczny dentysta zamienia się w szalonego artystę tworzącego arcydzieło i niewahającego się doświadczyć skrajnego bólu i okaleczenia, żeby z tego arcydzieła skorzystać.
Opowiadanie Berlin podważa powszechne przekonania dotyczące sztucznej szczęki – obiektu kpin i pogardy, w pierwszej chwili wzbudzającego obrzydzenie (sztuczna szczęka w szklance!). James Wynbrandt przewiduje jednak, że los sztucznych szczęk niebawem się odmieni:
Społeczeństwo hołduje dziś wszystkiemu, co sztuczne, od wartości począwszy, na rozmaitych […] częściach ciała skończywszy, prędzej czy później nauczymy się szczerze doceniać te sztuczne cuda14.
Arcydzieło doktora Moynihana to jednak Święty Graal poszukiwany od wieków! Proteza jako idea towarzyszyła niemal od początku wypadaniu i usuwaniu zębów, nic więc dziwnego, że równolegle z rozwojem technik dentystycznych trwały prace nad sztuczną szczęką i jej mocowaniem, łączące techniki inżynieryjne z materiałami wykorzystywanymi w sztukach pięknych. Protezy stały się popularne dopiero w XVII wieku; kusiły rzekomą trwałością i efektem estetycznym. Rozwój protez również miał swoje ciemne momenty, związane choćby z wykorzystywaniem ludzkich zębów. Nieetyczne procedery, ujawniające chciwość i nadużycia, dotyczyły z jednej strony wykorzystywania ciał poległych żołnierzy, z drugiej – nielegalnych działań hien cmentarnych i pracowników domów pogrzebowych. Równolegle trwały zaś eksperymenty z zębami z kości słoniowej, porcelany i złota oraz z coraz nowszymi materiałami do wytwarzania bazy protez. Testy tego rodzaju doprowadziły do sytuacji paradoksalnej. Otóż im bardziej widoczne było dążenie do niemal całkowitej (choć wciąż pozornej) imitacji zębów prawdziwych, tym częściej z protez oraz ich właścicieli drwiono15. Z czasem – wraz z badaniami nad próchnicą i znaczeniem fluoru oraz rozwojem rynku dentystyczno-kosmetycznego – zęby „stały się symbolem pozycji i luksusu, czyniąc z ust samych w sobie najwspanialszy możliwy dodatek stanowiący ozdobę każdej stylizacji”16. Piękny i coraz doskonalszy uśmiech okazywał się kwestią nie tyle dentystyczną, ile kosmetyczną, a w obu przypadkach pozostawał dostępnym do spełnienia marzeniem przeciętnego obywatela. Oczywiście podsycające iluzję perfekcji uśmiechy hollywoodzkie17 czy współczesne „zęby tureckie” znów obnażają wieloznaczną sieć powinności, wymagań i oczekiwań społecznych związanych z zębami i dentystami. Ci ostatni – mimo że coraz rzadziej kojarzą się z bólem – wciąż mają na podorędziu system elementów, niekoniecznie symbolicznych, nieprzerwanie wywołujących gęsią skórkę, jak choćby sam zapach panujący w gabinetach czy zabieg określany jako leczenie kanałowe. Ktoś chętny? Fobia dentystyczna trwa więc nieprzerwanie:
Na pewno nie pomaga tu negatywny obraz stomatologów jako zawodowych sprawców bólu, niezmordowanie powielany przez media, jednak wiele tego typu przypadków ma charakter jatrogenny – to znaczy, że przyczyną strachu jest samo leczenie. Zdarza się, że jedno traumatyczne przeżycie na fotelu dentystycznym potrafi ciągnąć się za nami przez całe życie. Lęk może również wynikać z poczucia utraty kontroli czy bezradności wywołanej faktem, że ktoś umieszcza nas w pozycji półleżącej i penetruje nasze ciało. Zawarty w tej fobii może być ponadto strach przed uduszeniem lub zakrztuszeniem się czy też lęk przed ostrymi narzędziami18.
Niewiele pomaga także zmiana specjalizacji, ponieważ jeśli na miejscu dentysty/dentystki postawimy ortodontę/ortodontkę, sytuacja spotkania w gabinecie wywoła identyczne afekty. Przekonuje o tym esej Doroty Kotas Ortodontka. Autorka opisuje w nim „remont, który przeprowadzano na [jej – M.Ł.] szczęce”19. Comiesięczne wizyty u lekarki zapamiętane przez dziewczynkę-pacjentkę kojarzą się ze sferą zakazów (głównie dotyczących jedzenia i picia), wyolbrzymionych jednak aż do stanu całkowitej utraty woli i podmiotowości. Dziewczynka we własnych wyobrażeniach słyszy ostateczny zakaz jedzenia i picia, stając się „suchą dziewczynką o pięknych zębach”, umieszczoną w gipsowej formie20. W ironicznym tekście Kotas walka o prosty zgryz jest uwikłana w skomplikowane zależności: z jednej strony do głosu dochodzi aspekt finansowy („Moja matka chodziła do pracy, żeby zarabiać pieniądze na zęby dla swoich dzieci – aby jej dzieci nie musiały nigdy pracować tak ciężko jak ona”), z drugiej pojawia się problem (samo)oceny („«Chcesz, żeby szpecił cię krzywy uśmiech?» – pytała matka. Ale ja znałam już rozwiązanie proste i tanie: z łatwością mogłam się nie uśmiechać. Nigdy nie prosiłam o ładne zęby”)21. W słusznym podejrzeniu dorastającej dziewczynki aparat ortodontyczny miał w sobie więc coś dyscyplinującego, z kolei w zamyśle jej rodziców – moc zapewniającą późniejszy sukces i powodzenie. We wspomnieniach Kotas wizyty ortodontyczne stają się znakiem zniewolenia, a „metal na zębach” okazuje się „całkowicie bezużyteczny” w jej walce o siebie22. Nie dziwi więc, że prosty uśmiech nie jest tutaj przedstawiany jako nagroda, na którą się czeka23. Ważniejsze niż on jest przecież samodzielne wyzwolenie się z ograniczeń aparatu, przedstawiane jak odzyskanie sprawczości oraz usankcjonowana dorosłość. Wzięcie kwestii „zębów we własne ręce” (za pomocą śrubokręta) oznacza dojrzałość i decyzyjność. „[M]ożesz gryźć, co chcesz”24 – słyszy lub wymyśla słowa ortodontki pacjentka. W gotowości do gryzienia, czyli stawania do walki ze światem, kryje się sens aparatu ortodontycznego. Chodzi przecież o (z)gryz.
Dzieje się tak również w powieści Zęby Joanny Wilengowskiej – książce określanej przez wydawcę jako „spowiedź na fotelu dentystycznym”. Przypadłość bohaterki, tym razem osoby dorosłej, skazuje ją na wędrówkę po gabinetach dentystycznych i ortodontycznych, by zaradzić nie tyle samemu problemowi stomatologicznemu, ile – jak w eseju Kotas – wynikającym z niego problemom tożsamościowym. Narracja Zębów, chociaż meandryczna, anegdotyczna i zbaczająca z głównego tematu, koncentruje się na osobliwości:
Szok. Dewiacja. Narodziny mutanta. Nie co dzień człowiek dowiaduje się, że jest anatomicznie niestandardowy. Nie co dzień chcą mu wyrwać osiem przednich zębów25.
Kłopot narratorki – ujawnione w dorosłości mleczaki, czyli tak zwane zęby przetrwałe – ma w powieści przede wszystkim wyjaśnienie fantazmatyczne. Oto mała dziewczynka zakopuje ukradkiem mleczaki w doniczce; zdarzenie o mocy prefiguracji, które powołuje do życia dorosłą bohaterkę. Kim ona jednak jest? „Strzyga z podwójnym rzędem zębów czy wampir w fazie poczwarki”26 – zastanawia się bohaterka, siedząc na kolejnym fotelu dentystycznym. Obrazowanie w powieści Wilengowskiej jest prawdziwie wojenne: niezamierzające ustąpić ostatnie mleczaki toczą walkę z czającymi się w drugim szeregu (widocznymi na zdjęciu rentgenowskim) zębami stałymi jak w klasycznym konflikcie pokoleń. Ignorowanie problemu okazuje się rozwiązaniem połowicznym i tymczasowym, ponieważ ból przypomina bohaterce o „sekretnym życiu”, jakie toczą jej zęby. „Wtórne ząbkowanie”, „karygodne spóźnienie ciała”, „hekatomba, która wydarza się w […] jamie ustnej”27, prowadzi wreszcie do gubienia mleczaków. To doświadczenie jest jak powrót do dzieciństwa, do zatrzymanego niegdyś rytuału. Tyle że szczerbaty uśmiech z dzieciństwa wspomina się z sentymentem; zupełnie inaczej ogląda się taki niepełny obraz siebie w wieku lat trzydziestu. Następuje więc kolejna wizyta u dentystki:
[…] buzia się otwarła, kości zostały rzucone, a mleczaki śmiało podrzucone, prawie w oczy dentystki. Ona wgapiła się fachowo, widziałam, jak jej źrenice się zwężają, jakby składając w dwa malutkie teleskopy. Reflektor nad jej głową rzygał hojnie luksami. Trzymałam gębę otwartą i siedziałam nieruchomo, chociaż w pośladkach i łydkach czaiły się ledwie odczuwalne mikrodrgania – zaproszenie do ucieczki. Zatem gęba otwarta. […] Brak zęba świecił różową jamką. I tam to, za miękkim mięsem dziąseł, w drugim rzędzie krzeseł, siedział sobie ząb normalny, kiepski aktorzyna grający rolę drugoplanową, która nagle, po ucieczce czy śmierci aktora z pierwszego planu, staje się rolą główną. Czemu ja? Czemu to mnie przydarzają się takie rzeczy?28
Narracja Wilengowskiej toczy się z rytmem lat, pór roku (dlaczego zęby nie wychodzą na wiosnę?) i najpierw niemrawo wypadających mleczaków, potem równie niemrawo rosnących zębów stałych. Z pomocą przychodzą kolejni dentyści, ortodonci i chirurdzy szczękowi, oferując komplet usług w zakresie ekstrakcji, założenia aparatu lub umieszczenia implantów. I znów – odnosi się wrażenie, jakby w większej mierze przekonujący był opis zmagań i towarzyszącego im bólu – tyle rzeczywistego, co literacko podkręconego i podanego w oparach absurdu – niż nagroda: pełne uzębienie.
Trzeba było mnie widzieć, jak lezę i lezę do tych moich dentystów, jak zanurzam się w luksusowym poszyciu fotela, jak cierpię… A im w to graj i zaglądają mi w szczęki, i cmokają, raz z aprobatą, a innym razem wprost przeciwnie. I po coraz to nowy chromowany oręż sięgają ich wyspecjalizowane dłonie. I coraz to wymyślniejsze tortury pączkują w ich mózgach. I wiercą, dłubią… I znieczulają. Znieczulają mnie do bólu. A potem, po wszystkim, zwlekam się jak ścierka z fotela, człapię zdrętwiałymi nogami po podłodze, coś tam bulgocę w indyczym języku, zamykam za sobą drzwi, schodzę schodami, idę, idę, idę, idę, głowę trzymam nisko, że niby w depresji albo zgubiłam klucze, dowlekam się do swojej kawalerki na Kołobrzeskiej […]. No więc szkoda, że nie możecie tego zobaczyć, jak wdrapuję się na schody, klucz, drzwi, łóżko, koc na głowę, amen29.
Opowieść bohaterki zdaje się zresztą do końca zafiksowana na zębach, ponieważ nawet wtedy, gdy określane są one jako „radość i duma”, to ich obecności towarzyszą sny, a jak wszyscy wiedzą (zwłaszcza autorzy senników), sny o zębach zwykle nie zwiastują niczego dobrego. Narratorce śnią się więc zęby kiełkujące, wydłużające się w wampirze kły-implanty lub zamieniające jej ciało w cyborga. I mieć zęby ciężko, i nie mieć zębów nędzna pociecha – chciałoby się sparafrazować znany cytat.
Literatura podsuwa jeszcze jedno rozwiązanie, wręcz ostateczne, które pozwoliłoby pokonać fobię dentystyczną. Zostało ono wykorzystane w sztuce Dentist story albo znieczulacze Michała Łukowicza. Otóż dramat toczący się na fotelu dentystycznym kończy się wbiciem igły w serce Doktora. Sztuka, czerpiąca z konwencji balladowej, oprócz nieczułego Doktora i jego asystentki, zwanej Kijaną, przedstawia także dokonujący się za ich sprawą emocjonalny splot: władzy, odebrania mowy (przecież pacjenci na fotelu są pod tym względem w żałosnym położeniu) i zadawania/uśmierzania bólu. Mroczne gabinety dentystyczne, w których leje się krew, nie tracą aktualności:
Jest taka placówka dentystyczna
na skraju drogi
i skraju miasta
i tam pracuje
Monika Żabińska
pseudonim Kijana
ciągnie się ten pseudonim
za nią od lat
tak jak pewna historia
tak jak pewna historia
Monika Ż.
Monika Ż.
Monika Ż.
pseudonim Kijana
od dziś
tak o niej mówić będą
Monika Ż.
tak mówić będą od dziś
bo dziś
dentysty fotel
zaleje się krwią
krwią
krwią
zaleje się30.
Kilka zebranych tu migawek z lektur okołodentystycznych nie wyczerpuje rzecz jasna całej ich listy. Wszystkie mają swój początek w tym wrażliwym, podatnym na ból miejscu, „w którym korzeń dotyka żywego ciała”31; wszystkie budzą nasze traumy z dzieciństwa lub z dorosłości, a także lęki i obawy o przyszłość naturalnych i w razie konieczności sztucznych szczęk; wszystkie powodują, że z trwogą trzymamy się brzegów fotela (dentystycznego). Przesadzam? Być może. Oswajamy przecież dentystyczną fobię z pomocą Wróżki Zębuszki, wręcz posługujemy się tą postacią zapobiegawczo, żeby milusińscy gubiący mleczaki nie zdołali wzbudzić w sobie antypatii do dentysty. Liczba książek tematycznie związanych z zębami i adresowanych do najmłodszych czytelniczek i czytelników przekonuje, że wtajemniczenie w „sekretne życie zębów” niemal od kołyski staje się częścią procesu edukacyjnego, w którym tak samo ważne są zachowania profilaktyczne, przedstawienie naturalności procesów zmiany uzębienia oraz ocieplenie wizerunku stomatologów32. Czy to się uda? Czy kolejne pokolenia czytających i piszących odczarują obraz dentystów, a bolesna opowieść stanie się jedynie częścią historii, zwłaszcza: historii medycyny i literatury? Czy oswoimy sztuczne szczęki? Czy – jak w podobnym duchu pytał Michał Nikodem – „ludzie ze sztucznymi szczękami, implantami będą zgrzytali?”33. Czas pokaże. Na razie jednak niech wam się nie udzieli obsesja narratorki książki Wilengowskiej:
Zęby, zęby, zęby. Nic, tylko zęby. Wszędzie widziałam zęby. Świat przypominał otwartą gębę z odrzuconymi na boki szczękami horyzontu. Ja siedziałam w środku tej gęby, prowadząc niby to normalne życie, o ile w ogóle można prowadzić normalne życie, ale ciągle łaziło mi po głowie jedno – zęby, zęby, zęby. Ruch myśli odbywał się jednokierunkowo, mózg staczał się na bezdroża jałowych mantr – zęby, zęby. I nawet jak pomyślałam „wagina”, to zaraz dodawało mi się automatycznie „dentata”. Tak było34.
1 M. Nikodem, Dentomachia. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki u dentysty, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2024, s. 9.
2 „Stomatopetyka to neologizm łączący dwa wyrazy: «stoma» i «poetyka». Oba mają greckie pochodzenie: pierwszy oznacza usta, mowę, twarz, drugi – sztukę pisania, tworzenie (poetikos – twórczy) […]. [Stomatopoetyka – M.Ł.] usta i zęby traktuje jako organ mowy i jej twórczych możliwości […], zachęca do badawczego wglądu zarówno w głąb jamy ustnej, jak w stronę poetyki. Reasumując, jej zadaniem byłoby przemyślenie nieoczywistej relacji pomiędzy instrumentarium mowy a sztuką twórczego myślenia i pisania, czyli literaturą”. A. Nawarecki, Stomatopoetyka (projekt, koszmar, marzenie) [w:] Fragmenty dyskursu maladycznego, red. M. Ganczar, I. Gielata, M. Ładoń, Gdańsk: Fundacja Terytoria Książki, 2019, s. 53–54.
3 M. Nikodem, Dentomachia…, s. 10–12.
4 T. Mann, Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny, t. 2, tłum. E. Librowiczowa, Warszawa: Czytelnik, 1971, s. 297.
5 Tamże, s. 298–299.
6 Tamże, s. 300.
7 Tamże, s. 311.
8 J. Wynbrandt, Bolesna historia stomatologii albo płacz i zgrzytanie zębów od starożytności po czasy współczesne, tłum. Z. Szachnowska-Olesiejuk, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2020, s. 5–6.
9 L. Berlin, Dr H.A. Moynihan [w:] tejże, Instrukcja dla pań sprzątających. Opowiadania, red. i wstęp S. Emerson, przedmowa L. Davis, tłum. D. Jankowska, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2023.
10 Tamże, s. 37.
11 Tamże, s. 41–42.
12 Tamże, s. 43.
13 Tamże.
14 J. Wynbrandt, Bolesna historia stomatologii…, s. 253.
15 Zob. tamże, s. 253–294.
16 Tamże, s. 371.
17 Wynbrandt przytacza historię dziecięcej gwiazdy filmowej, Shirley Temple, której zakładano korony, „aby stała się jeszcze bardziej fotogeniczna. Wiele lat później opowiadała o tym, jak w wyniku kichnięcia odpadły jej korony z dwóch przednich zębów, co wstrzymało produkcję jej filmu na czas ich wymiany”. Tamże, s. 373.
18 Tamże, s. 396.
19 D. Kotas, Ortodontka, „Idiomy. Psychoanaliza i życie społeczne” 2024, nr 3.
20 Tamże, s. 60.
21 Tamże, s. 61.
22 Tamże.
23 W tym kontekście towarzyszące publikacji zdjęcie autorki (choć oczywiście już z wieku dojrzałego), na którym się nie uśmiecha, należy uznać za niezwykle adekwatne. A gdyby rozszerzyć ów trop, warto wspomnieć o Virginii Woolf. Badacze jej twórczości, dociekając, dlaczego na większości zdjęć pisarka się nie uśmiecha, sugerują, że jedną z przyczyn mogły być barbarzyńskie praktyki jej lekarzy, którzy zalecali jej usuwanie zębów: „Wyrywanie zębów – nie do wiary! – przepisywano jej jako środek na utrzymującą się wysoką gorączkę oraz na «neurastenię»” – pisze H. Lee we wstępie do: V. Woolf, O chorowaniu, tłum. M. Heydel, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2010, s. 7.
24 Tamże, s. 62.
25 J. Wilengowska, Zęby, Kraków: Korporacja Ha!art, 2006, s. 13.
26 Tamże, s. 18.
27 Tamże, s. 40, 57.
28 Tamże, s. 77–78.
29 Tamże, s. 102.
30 M. Łukowicz, Dentist story albo znieczulacze, „Dialog” 2024, nr 6, s. 149. Między innymi o wykorzystanej w tekście tradycji Łukowicz rozmawia z Barbarą Klicką: Bruksizm, romantyzm i sadomaso, „Dialog” 2024, nr 6, s. 185–189.
31 J. Wilengowska, Zęby, s. 7.
32 W książce Nawet potwory myją zęby toczy się następujący dialog między Potworem a dziewczynką niechętnie myjącą zęby: „jest ktoś, kto może pokonać Dziurawego Potwora: Tą osobą jest lekarz dentysta! – O nie! Tylko nie dentysta! To on jest potworem! – zawołałam. – To nieprawda! Zdradzę ci sekret: dentysta zakłada maseczkę, żeby dziury go nie rozpoznały, kiedy je naprawia. Jest więc superbohaterem!”. J. Martinello, G. Mabire, Nawet potwory myją zęby, tłum. N. Mętrak-Ruda, Wrocław: Wydawnictwo Esteri, 2020.
33 M. Nikodem, Dentomachia…, s. 139.
34 J. Wilengowska, Zęby, s. 20.
