Literacki przegląd dentystyczny

Książ­ka Micha­ła Niko­de­ma Den­to­ma­chia. Adam Mic­kie­wicz i Juliusz Sło­wac­ki u den­ty­sty w pew­nym stop­niu może wyda­wać się eks­cen­trycz­na, ponie­waż przed­sta­wia – naj­kró­cej mówiąc – lite­ra­tu­ro­znaw­czy prze­gląd den­ty­stycz­ny. Doty­czy pro­ble­mów soma­tycz­nych (co już aku­rat nie jest dziw­ne w bada­niach lite­rac­kich), ale sku­pia się na oso­bli­wej „kon­fron­ta­cji szczęk”. Jak wyja­śnia autor:

Przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia uczy­nio­no to, jak [obaj poeci – M.Ł.] zno­si­li ich [zębów – M.Ł.] ból i brak, co o nich mówi­li, pisa­li, myśle­li. Przy tych docie­ka­niach nie zosta­ną zlek­ce­wa­żo­ne mate­rial­ne, medycz­ne i ana­to­micz­ne kon­kre­ty. Przed­sta­wio­ne zosta­ną losy real­ne­go uzę­bie­nia, mate­rial­nych zębów i szczęk, oraz to, jak trak­to­wa­li je ich posia­da­cze, a nawet w jakim sta­nie dotrwa­ły do naszych cza­sów1.

Niko­dem, podą­ża­jąc tro­pem Alek­san­dra Nawa­rec­kie­go2, powo­łu­je do życia nową sub­dy­scy­pli­nę, opar­tą na nie­co może bez­czel­nym i pro­wo­ka­cyj­nym, a na pew­no nie­co­dzien­nym geście zaj­rze­nia w prze­stwór cudzej jamy ust­nej. I to nie byle czy­jej, bo naro­do­wych wiesz­czów. Sto­ma­to­po­ety­ka, defi­nio­wa­na trans­dzie­dzi­no­wo na prze­cię­ciu lite­ra­tu­ro­znaw­stwa i medy­cy­ny, pozwa­la więc z jed­nej stro­ny napi­sać na nowo frag­men­ty bio­gra­fii obu poetów, z wyko­rzy­sta­niem niko­go dotych­czas nie­in­te­re­su­ją­cych wzmia­nek o zębach, z dru­giej – umoż­li­wia prze­czy­ta­nie ich liry­ki w inny spo­sób: opar­ty na poszu­ki­wa­niu w niej tego, co łączy się z „funk­cją szczę­ki”, czy­li jedze­niem, gry­zie­niem, prze­żu­wa­niem, mówie­niem, ale tak­że z zaci­ska­niem zębów i zgrzy­ta­niem zęba­mi (co sta­no­wi lite­rac­ki syno­nim medycz­ne­go bruk­si­zmu)3. Choć znam tekst Den­to­ma­chii… od daw­na, to powrót do książ­ki i ta krót­ka rekon­struk­cja przed­mio­tu docie­kań auto­ra uzmy­sła­wia­ją mi, jak nowo­cze­sne i odważ­ne jest to podej­ście badaw­cze. W niniej­szym ese­ju nie odtwo­rzę poeto­lo­gicz­nej dro­gi Niko­de­ma, zdo­łam jedy­nie zary­so­wać temat obec­no­ści zaj­mu­ją­ce­go go moty­wu w lite­ra­tu­rze XX i XXI wie­ku. Ten krót­ki prze­gląd den­ty­stycz­ny, zain­spi­ro­wa­ny jego myślą i cie­ka­wą nado­bec­no­ścią ele­men­tu zębo­we­go w przy­pad­ku dwóch roman­tycz­nych poetów, pozwo­li zaj­rzeć za inne drzwi/kotary gabi­ne­tów den­ty­stycz­nych i w otchła­nie innych jam ust­nych.

Iko­nicz­ny obraz pocho­dzi z jed­nej z naj­słyn­niej­szych sag rodzin­nych począt­ku XX wie­ku. Przy­czy­na śmier­ci Tho­ma­sa Bud­den­bro­oka, boha­te­ra powie­ści Tho­ma­sa Man­na, nie jest co praw­da jed­no­znacz­nie okre­ślo­na, ale jasne są jej oko­licz­no­ści oraz fakt, że poprze­dzał ją upo­rczy­wy ból zęba:

[Tho­mas – M.Ł.] [s]zedł z gło­wą sta­ran­nie pod­nie­sio­ną do góry, a wyglą­dał jak po źle prze­spa­nej nocy. Ludzie dostrze­ga­li w przej­ściu, że w jego zaczer­wie­nio­nych oczach krę­ci­ły się łzy, a war­gi zamknię­te były w spo­sób szcze­gól­ny, jak gdy­by ostroż­nie skrzy­wio­ne. Cza­sem prze­ły­kał, jak­by usta jego napeł­nia­ły się pły­nem; i wów­czas widać było po ruchach mię­śni na policz­kach i skro­niach, że zaci­skał szczę­ki4.

Cier­pie­nie męż­czy­zny jest tak doj­mu­ją­ce, że aby opi­sać jego stan, nar­ra­tor posłu­gu­je się nie­zwy­kle eks­pre­syw­ny­mi i war­to­ściu­ją­cy­mi okre­śle­nia­mi – ból jest więc „sza­lo­ny”, „dzi­ki, palą­cy i wier­cą­cy”5. W takiej kon­dy­cji, ze sta­nem zapal­nym roz­la­nym na lewą stro­nę dol­nej szczę­ki, z wypie­ka­mi na twa­rzy i ze łza­mi w oczach, Tho­mas Bud­den­bro­ok tra­fia do gabi­ne­tu den­ty­sty Brech­ta. Nie myli się ten, kto sądzi, że fotel den­ty­stycz­ny sta­no­wi tutaj miej­sce spo­dzie­wa­ne­go wyba­wie­nia. Cie­ka­we, że nar­ra­tor ujaw­nia raczej lęk den­ty­sty przed pacjen­tem oraz wyko­na­niem skom­pli­ko­wa­ne­go zabie­gu niż oba­wę cier­pią­ce­go Bud­den­bro­oka; ten dru­gi koniecz­ność wyrwa­nia zęba postrze­ga jako apo­geum bólu, po któ­rym musi przyjść wycze­ki­wa­na ulga:

Zale­d­wie odczuł zało­że­nie i uchwyt szczy­piec, potem jed­nak poznał po zgrzy­cie w ustach, jak rów­nież po wzra­sta­ją­cym coraz bar­dziej bole­snym i wście­kłym uci­sku w całej gło­wie, że wszyst­ko jest na naj­lep­szej dro­dze. „Wola boska! – pomy­ślał. – Teraz już pój­dzie. To wzra­sta i wzra­sta do potwor­no­ści, do nie­moż­li­wo­ści, aż do samej kata­stro­fy, aż do sza­lo­ne­go trzesz­czą­ce­go, nie­ludz­kie­go bólu, któ­ry roz­szar­pu­je cały mózg… a potem już po wszyst­kim; trze­ba tyl­ko prze­cze­kać”6.

Kto zna histo­rię rodzi­ny Bud­den­bro­oków, ten wie, że ocze­ki­wa­ne uko­je­nie nie nade­szło. Den­ty­stycz­ny przy­pa­dek Tho­ma­sa Bud­den­bro­oka oka­zał się nie tyl­ko bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny, niż mogli prze­wi­dzieć i pacjent, i jego den­ty­sta, ale tak­że – co gor­sza – w nar­ra­cyj­nej wol­cie został bez­po­śred­nio sko­ja­rzo­ny ze śmier­cią: „Z powo­du zęba… Sena­tor Bud­den­bro­ok umarł z powo­du zęba, mówio­no w mie­ście. Ależ do stu dia­błów, prze­cież na to się nie umie­ra!”7. W sta­tecz­nym miesz­czań­skim świe­cie tego rodza­ju śmierć wyda­wa­ła się nie­praw­do­po­dob­na, mimo że nawet współ­cze­śnie z medycz­ne­go punk­tu widze­nia – wsku­tek znacz­nych zanie­dbań – stan zapal­ny zęba może się prze­cież roz­sze­rzyć, dopro­wa­dza­jąc do sep­sy i zgo­nu. Sądzę jed­nak, że trze­ba porzu­cić warun­ki dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Lube­ki, aby odkryć kul­tu­ro­wy i spo­łecz­ny poten­cjał tej sce­ny. Widać go po pierw­sze w hiper­bo­licz­nym uję­ciu same­go bólu, któ­ry – mimo coraz bar­dziej zaawan­so­wa­nych tech­nik lecze­nia i moż­li­wo­ści znie­czu­le­nia – jest nie­od­łącz­nym ele­men­tem wizy­ty w gabi­ne­cie den­ty­stycz­nym. Tak więc naj­pierw boli nas ząb, potem (a cza­sem wcze­śniej i rów­no­le­gle) boimy się – irra­cjo­nal­nie – bólu zada­ne­go przez sto­ma­to­lo­ga. Po dru­gie, przej­mu­ją­cy ból zęba (wedle wie­lu nie­da­ją­cy się z niczym porów­nać) budzi w nas odru­chy ata­wi­stycz­ne, jak­by echem odzy­wa­ły się trau­my naszych przod­ków, ufun­do­wa­ne na real­nym związ­ku cho­rych zębów ze śmier­cią. Prze­ko­nu­ją­co pisze o tym James Wyn­brandt w Bole­snej histo­rii sto­ma­to­lo­gii:

Gdy­by przy­szło im [współ­cze­snym pacjen­tom – M.Ł.] odwie­dzić gabi­net sto­ma­to­lo­gicz­ny nie­co wcze­śniej – powiedz­my w pierw­szej poło­wie XX wie­ku – mogli­by zostać potrak­to­wa­ni nie­bez­piecz­ną daw­ką pro­mie­nio­wa­nia albo też stra­cić kil­ka zupeł­nie zdro­wych zębów na rzecz popra­wy ogól­ne­go sta­nu zdro­wia. Jeśli­by nato­miast wizy­ta […] zosta­ła prze­su­nię­ta o kil­ka wie­ków wstecz, pacjent liczą­cy na uko­je­nie bólu mógł­by doświad­czyć pusz­cze­nia krwi albo zabie­gu przy­że­ga­nia pro­wa­dzą­ce­go do powsta­nia pęche­rzy lub poważ­nych popa­rzeń. Innym, rów­nie praw­do­po­dob­nym sce­na­riu­szem było­by zaapli­ko­wa­nie przez den­ty­stę śmier­tel­nej daw­ki arsze­ni­ku […]8.

Naj­pew­niej arsze­ni­ku nikt nam już nie poda, ale obraz demo­nicz­ne­go den­ty­sty, czę­ste­go boha­te­ra hor­ro­rów, wyda­je się wciąż popu­lar­nym moty­wem w popkul­tu­rze i lite­ra­tu­rze. W kon­wen­cji hor­ro­ru moż­na na przy­kład czy­tać opo­wia­da­nie Luci Ber­lin Dr H.A. Moy­ni­han9. Znie­na­wi­dzo­ny jako czło­wiek, ale sza­no­wa­ny jako den­ty­sta, boha­ter tek­stu jest mistrzem robie­nia sztucz­nych szczęk w oso­bli­wie wyglą­da­ją­cej pra­cow­ni, przed­sta­wio­nej jak zaprze­cze­nie dzi­siej­szych ste­ryl­nych gabi­ne­tów:

Okna były czar­ne od bru­du, gip­su i wosku. Jedy­ne świa­tło pocho­dzi­ło z dwóch migo­czą­cych pal­ni­ków Bun­se­na. Gips wysy­py­wał się z wiel­kich wor­ków opar­tych o ścia­ny na pod­ło­gę peł­ną kawał­ków popę­ka­nych odci­sków i sło­ików z poje­dyn­czy­mi zęba­mi. […] Pół­ki peł­ne były zardze­wia­łych narzę­dzi i rzę­dów szczęk, w uśmie­chu albo do góry noga­mi, skrzy­wio­nych jak teatral­ne maski10.

Ale to nie upior­ność wystro­ju jest tutaj decy­du­ją­ca, a maka­brycz­na pro­ce­du­ra wyrwa­nia wszyst­kich zębów, w któ­rej współ­uczest­ni­czy nar­ra­tor­ka (rów­no­cze­śnie mało­let­nia wnucz­ka den­ty­sty):

Pierw­sze trzy zęby wyszły łatwo. […] Z sie­ka­cza­mi było trud­niej, szcze­gól­nie z jed­nym. Dzia­dek dła­wił się przez chwi­lę, korzeń wciąż tkwił w dzią­śle. Dzia­dek wydał zabaw­ny dźwięk i wci­snął mi obcę­gi w dłoń11.

Gdy dziew­czyn­ka koń­czy wyko­ny­wa­nie zabie­gu, znaj­du­je się w cen­trum upior­ne­go spek­ta­klu: fotel z omdla­łym dziad­kiem wiru­je, krew wsią­ka w ręcz­nik w ustach i kapie na pod­ło­gę, a bez­zęb­na już twarz star­ca wyglą­da „jak czasz­ka, bia­łe kości nad jasno­czer­wo­nym gar­dłem”12. „Strasz­ny potwór”,13 myśli prze­ra­żo­na dziew­czyn­ka. W fina­le tej sce­ny cze­ka jed­nak nagro­da: oka­le­czo­ny dzia­dek wkła­da przy­go­to­wa­ną przez sie­bie sztucz­ną szczę­kę, odlew wyglą­da­ją­cy jak ide­al­na repli­ka praw­dzi­wych zębów. Wła­ści­wie nawet lep­sza od nich, ponie­waż jako pra­ca wła­snych rąk przy­po­mi­na dzie­ło sztu­ki odda­ją­ce w peł­ni pig­men­ta­cję, wypeł­nie­nia i pęk­nię­cia zębów natu­ral­nych. Odlew zda­je się wręcz dosko­nal­szy niż gar­ni­tur zębów natu­ral­nych, a demo­nicz­ny den­ty­sta zamie­nia się w sza­lo­ne­go arty­stę two­rzą­ce­go arcy­dzie­ło i nie­wa­ha­ją­ce­go się doświad­czyć skraj­ne­go bólu i oka­le­cze­nia, żeby z tego arcy­dzie­ła sko­rzy­stać.

Opo­wia­da­nie Ber­lin pod­wa­ża powszech­ne prze­ko­na­nia doty­czą­ce sztucz­nej szczę­ki – obiek­tu kpin i pogar­dy, w pierw­szej chwi­li wzbu­dza­ją­ce­go obrzy­dze­nie (sztucz­na szczę­ka w szklan­ce!). James Wyn­brandt prze­wi­du­je jed­nak, że los sztucz­nych szczęk nie­ba­wem się odmie­ni:

Spo­łe­czeń­stwo hoł­du­je dziś wszyst­kie­mu, co sztucz­ne, od war­to­ści począw­szy, na roz­ma­itych […] czę­ściach cia­ła skoń­czyw­szy, prę­dzej czy póź­niej nauczy­my się szcze­rze doce­niać te sztucz­ne cuda14.

Arcy­dzie­ło dok­to­ra Moy­ni­ha­na to jed­nak Świę­ty Gra­al poszu­ki­wa­ny od wie­ków! Pro­te­za jako idea towa­rzy­szy­ła nie­mal od począt­ku wypa­da­niu i usu­wa­niu zębów, nic więc dziw­ne­go, że rów­no­le­gle z roz­wo­jem tech­nik den­ty­stycz­nych trwa­ły pra­ce nad sztucz­ną szczę­ką i jej moco­wa­niem, łączą­ce tech­ni­ki inży­nie­ryj­ne z mate­ria­ła­mi wyko­rzy­sty­wa­ny­mi w sztu­kach pięk­nych. Pro­te­zy sta­ły się popu­lar­ne dopie­ro w XVII wie­ku; kusi­ły rze­ko­mą trwa­ło­ścią i efek­tem este­tycz­nym. Roz­wój pro­tez rów­nież miał swo­je ciem­ne momen­ty, zwią­za­ne choć­by z wyko­rzy­sty­wa­niem ludz­kich zębów. Nie­etycz­ne pro­ce­de­ry, ujaw­nia­ją­ce chci­wość i nad­uży­cia, doty­czy­ły z jed­nej stro­ny wyko­rzy­sty­wa­nia ciał pole­głych żoł­nie­rzy, z dru­giej – nie­le­gal­nych dzia­łań hien cmen­tar­nych i pra­cow­ni­ków domów pogrze­bo­wych. Rów­no­le­gle trwa­ły zaś eks­pe­ry­men­ty z zęba­mi z kości sło­nio­wej, por­ce­la­ny i zło­ta oraz z coraz now­szy­mi mate­ria­ła­mi do wytwa­rza­nia bazy pro­tez. Testy tego rodza­ju dopro­wa­dzi­ły do sytu­acji para­dok­sal­nej. Otóż im bar­dziej widocz­ne było dąże­nie do nie­mal cał­ko­wi­tej (choć wciąż pozor­nej) imi­ta­cji zębów praw­dzi­wych, tym czę­ściej z pro­tez oraz ich wła­ści­cie­li drwio­no15. Z cza­sem – wraz z bada­nia­mi nad próch­ni­cą i zna­cze­niem flu­oru oraz roz­wo­jem ryn­ku den­ty­stycz­no-kosme­tycz­ne­go – zęby „sta­ły się sym­bo­lem pozy­cji i luk­su­su, czy­niąc z ust samych w sobie naj­wspa­nial­szy moż­li­wy doda­tek sta­no­wią­cy ozdo­bę każ­dej sty­li­za­cji”16. Pięk­ny i coraz dosko­nal­szy uśmiech oka­zy­wał się kwe­stią nie tyle den­ty­stycz­ną, ile kosme­tycz­ną, a w obu przy­pad­kach pozo­sta­wał dostęp­nym do speł­nie­nia marze­niem prze­cięt­ne­go oby­wa­te­la. Oczy­wi­ście pod­sy­ca­ją­ce ilu­zję per­fek­cji uśmie­chy hol­ly­wo­odz­kie17 czy współ­cze­sne „zęby turec­kie” znów obna­ża­ją wie­lo­znacz­ną sieć powin­no­ści, wyma­gań i ocze­ki­wań spo­łecz­nych zwią­za­nych z zęba­mi i den­ty­sta­mi. Ci ostat­ni – mimo że coraz rza­dziej koja­rzą się z bólem – wciąż mają na podo­rę­dziu sys­tem ele­men­tów, nie­ko­niecz­nie sym­bo­licz­nych, nie­prze­rwa­nie wywo­łu­ją­cych gęsią skór­kę, jak choć­by sam zapach panu­ją­cy w gabi­ne­tach czy zabieg okre­śla­ny jako lecze­nie kana­ło­we. Ktoś chęt­ny? Fobia den­ty­stycz­na trwa więc nie­prze­rwa­nie:

Na pew­no nie poma­ga tu nega­tyw­ny obraz sto­ma­to­lo­gów jako zawo­do­wych spraw­ców bólu, nie­zmor­do­wa­nie powie­la­ny przez media, jed­nak wie­le tego typu przy­pad­ków ma cha­rak­ter jatro­gen­ny – to zna­czy, że przy­czy­ną stra­chu jest samo lecze­nie. Zda­rza się, że jed­no trau­ma­tycz­ne prze­ży­cie na fote­lu den­ty­stycz­nym potra­fi cią­gnąć się za nami przez całe życie. Lęk może rów­nież wyni­kać z poczu­cia utra­ty kon­tro­li czy bez­rad­no­ści wywo­ła­nej fak­tem, że ktoś umiesz­cza nas w pozy­cji pół­le­żą­cej i pene­tru­je nasze cia­ło. Zawar­ty w tej fobii może być ponad­to strach przed udu­sze­niem lub zakrztu­sze­niem się czy też lęk przed ostry­mi narzę­dzia­mi18.

Okładka książki Michała Nikodema pod tytułem „Dentomachia. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki u dentysty”.
Michał Nikodem, „Dentomachia. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki u dentysty”, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2024.

Nie­wie­le poma­ga tak­że zmia­na spe­cja­li­za­cji, ponie­waż jeśli na miej­scu dentysty/dentystki posta­wi­my ortodontę/ortodontkę, sytu­acja spo­tka­nia w gabi­ne­cie wywo­ła iden­tycz­ne afek­ty. Prze­ko­nu­je o tym esej Doro­ty Kotas Orto­dont­ka. Autor­ka opi­su­je w nim „remont, któ­ry prze­pro­wa­dza­no na [jej – M.Ł.] szczę­ce”19. Comie­sięcz­ne wizy­ty u lekar­ki zapa­mię­ta­ne przez dziew­czyn­kę-pacjent­kę koja­rzą się ze sfe­rą zaka­zów (głów­nie doty­czą­cych jedze­nia i picia), wyol­brzy­mio­nych jed­nak aż do sta­nu cał­ko­wi­tej utra­ty woli i pod­mio­to­wo­ści. Dziew­czyn­ka we wła­snych wyobra­że­niach sły­szy osta­tecz­ny zakaz jedze­nia i picia, sta­jąc się „suchą dziew­czyn­ką o pięk­nych zębach”, umiesz­czo­ną w gip­so­wej for­mie20. W iro­nicz­nym tek­ście Kotas wal­ka o pro­sty zgryz jest uwi­kła­na w skom­pli­ko­wa­ne zależ­no­ści: z jed­nej stro­ny do gło­su docho­dzi aspekt finan­so­wy („Moja mat­ka cho­dzi­ła do pra­cy, żeby zara­biać pie­nią­dze na zęby dla swo­ich dzie­ci – aby jej dzie­ci nie musia­ły nigdy pra­co­wać tak cięż­ko jak ona”), z dru­giej poja­wia się pro­blem (samo)oceny („«Chcesz, żeby szpe­cił cię krzy­wy uśmiech?» – pyta­ła mat­ka. Ale ja zna­łam już roz­wią­za­nie pro­ste i tanie: z łatwo­ścią mogłam się nie uśmie­chać. Nigdy nie pro­si­łam o ład­ne zęby”)21. W słusz­nym podej­rze­niu dora­sta­ją­cej dziew­czyn­ki apa­rat orto­don­tycz­ny miał w sobie więc coś dys­cy­pli­nu­ją­ce­go, z kolei w zamy­śle jej rodzi­ców – moc zapew­nia­ją­cą póź­niej­szy suk­ces i powo­dze­nie. We wspo­mnie­niach Kotas wizy­ty orto­don­tycz­ne sta­ją się zna­kiem znie­wo­le­nia, a „metal na zębach” oka­zu­je się „cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­ny” w jej wal­ce o sie­bie22. Nie dzi­wi więc, że pro­sty uśmiech nie jest tutaj przed­sta­wia­ny jako nagro­da, na któ­rą się cze­ka23. Waż­niej­sze niż on jest prze­cież samo­dziel­ne wyzwo­le­nie się z ogra­ni­czeń apa­ra­tu, przed­sta­wia­ne jak odzy­ska­nie spraw­czo­ści oraz usank­cjo­no­wa­na doro­słość. Wzię­cie kwe­stii „zębów we wła­sne ręce” (za pomo­cą śru­bo­krę­ta) ozna­cza doj­rza­łość i decy­zyj­ność. „[M]ożesz gryźć, co chcesz”24 – sły­szy lub wymy­śla sło­wa orto­dont­ki pacjent­ka. W goto­wo­ści do gry­zie­nia, czy­li sta­wa­nia do wal­ki ze świa­tem, kry­je się sens apa­ra­tu orto­don­tycz­ne­go. Cho­dzi prze­cież o (z)gryz.

Dzie­je się tak rów­nież w powie­ści Zęby Joan­ny Wilen­gow­skiej – książ­ce okre­śla­nej przez wydaw­cę jako „spo­wiedź na fote­lu den­ty­stycz­nym”. Przy­pa­dłość boha­ter­ki, tym razem oso­by doro­słej, ska­zu­je ją na wędrów­kę po gabi­ne­tach den­ty­stycz­nych i orto­don­tycz­nych, by zara­dzić nie tyle same­mu pro­ble­mo­wi sto­ma­to­lo­gicz­ne­mu, ile – jak w ese­ju Kotas – wyni­ka­ją­cym z nie­go pro­ble­mom toż­sa­mo­ścio­wym. Nar­ra­cja Zębów, cho­ciaż mean­drycz­na, aneg­do­tycz­na i zba­cza­ją­ca z głów­ne­go tema­tu, kon­cen­tru­je się na oso­bli­wo­ści:

Szok. Dewia­cja. Naro­dzi­ny mutan­ta. Nie co dzień czło­wiek dowia­du­je się, że jest ana­to­micz­nie nie­stan­dar­do­wy. Nie co dzień chcą mu wyrwać osiem przed­nich zębów25.

Kło­pot nar­ra­tor­ki – ujaw­nio­ne w doro­sło­ści mle­cza­ki, czy­li tak zwa­ne zęby prze­trwa­łe – ma w powie­ści przede wszyst­kim wyja­śnie­nie fan­ta­zma­tycz­ne. Oto mała dziew­czyn­ka zako­pu­je ukrad­kiem mle­cza­ki w donicz­ce; zda­rze­nie o mocy pre­fi­gu­ra­cji, któ­re powo­łu­je do życia doro­słą boha­ter­kę. Kim ona jed­nak jest? „Strzy­ga z podwój­nym rzę­dem zębów czy wam­pir w fazie poczwar­ki”26 – zasta­na­wia się boha­ter­ka, sie­dząc na kolej­nym fote­lu den­ty­stycz­nym. Obra­zo­wa­nie w powie­ści Wilen­gow­skiej jest praw­dzi­wie wojen­ne: nie­za­mie­rza­ją­ce ustą­pić ostat­nie mle­cza­ki toczą wal­kę z cza­ją­cy­mi się w dru­gim sze­re­gu (widocz­ny­mi na zdję­ciu rent­ge­now­skim) zęba­mi sta­ły­mi jak w kla­sycz­nym kon­flik­cie poko­leń. Igno­ro­wa­nie pro­ble­mu oka­zu­je się roz­wią­za­niem poło­wicz­nym i tym­cza­so­wym, ponie­waż ból przy­po­mi­na boha­ter­ce o „sekret­nym życiu”, jakie toczą jej zęby. „Wtór­ne ząb­ko­wa­nie”, „kary­god­ne spóź­nie­nie cia­ła”, „heka­tom­ba, któ­ra wyda­rza się w […] jamie ust­nej”27, pro­wa­dzi wresz­cie do gubie­nia mle­cza­ków. To doświad­cze­nie jest jak powrót do dzie­ciń­stwa, do zatrzy­ma­ne­go nie­gdyś rytu­ału. Tyle że szczer­ba­ty uśmiech z dzie­ciń­stwa wspo­mi­na się z sen­ty­men­tem; zupeł­nie ina­czej oglą­da się taki nie­peł­ny obraz sie­bie w wie­ku lat trzy­dzie­stu. Nastę­pu­je więc kolej­na wizy­ta u den­tyst­ki:

[…] buzia się otwar­ła, kości zosta­ły rzu­co­ne, a mle­cza­ki śmia­ło pod­rzu­co­ne, pra­wie w oczy den­tyst­ki. Ona wga­pi­ła się facho­wo, widzia­łam, jak jej źre­ni­ce się zwę­ża­ją, jak­by skła­da­jąc w dwa malut­kie tele­sko­py. Reflek­tor nad jej gło­wą rzy­gał hoj­nie luk­sa­mi. Trzy­ma­łam gębę otwar­tą i sie­dzia­łam nie­ru­cho­mo, cho­ciaż w poślad­kach i łyd­kach cza­iły się led­wie odczu­wal­ne mikro­dr­ga­nia – zapro­sze­nie do uciecz­ki. Zatem gęba otwar­ta. […] Brak zęba świe­cił różo­wą jam­ką. I tam to, za mięk­kim mię­sem dzią­seł, w dru­gim rzę­dzie krze­seł, sie­dział sobie ząb nor­mal­ny, kiep­ski akto­rzy­na gra­ją­cy rolę dru­go­pla­no­wą, któ­ra nagle, po uciecz­ce czy śmier­ci akto­ra z pierw­sze­go pla­nu, sta­je się rolą głów­ną. Cze­mu ja? Cze­mu to mnie przy­da­rza­ją się takie rze­czy?28

Nar­ra­cja Wilen­gow­skiej toczy się z ryt­mem lat, pór roku (dla­cze­go zęby nie wycho­dzą na wio­snę?) i naj­pierw nie­mra­wo wypa­da­ją­cych mle­cza­ków, potem rów­nie nie­mra­wo rosną­cych zębów sta­łych. Z pomo­cą przy­cho­dzą kolej­ni den­ty­ści, orto­don­ci i chi­rur­dzy szczę­ko­wi, ofe­ru­jąc kom­plet usług w zakre­sie eks­trak­cji, zało­że­nia apa­ra­tu lub umiesz­cze­nia implan­tów. I znów – odno­si się wra­że­nie, jak­by w więk­szej mie­rze prze­ko­nu­ją­cy był opis zma­gań i towa­rzy­szą­ce­go im bólu – tyle rze­czy­wi­ste­go, co lite­rac­ko pod­krę­co­ne­go i poda­ne­go w opa­rach absur­du – niż nagro­da: peł­ne uzę­bie­nie.

Trze­ba było mnie widzieć, jak lezę i lezę do tych moich den­ty­stów, jak zanu­rzam się w luk­su­so­wym poszy­ciu fote­la, jak cier­pię… A im w to graj i zaglą­da­ją mi w szczę­ki, i cmo­ka­ją, raz z apro­ba­tą, a innym razem wprost prze­ciw­nie. I po coraz to nowy chro­mo­wa­ny oręż się­ga­ją ich wyspe­cja­li­zo­wa­ne dło­nie. I coraz to wymyśl­niej­sze tor­tu­ry pącz­ku­ją w ich mózgach. I wier­cą, dłu­bią… I znie­czu­la­ją. Znie­czu­la­ją mnie do bólu. A potem, po wszyst­kim, zwle­kam się jak ścier­ka z fote­la, czła­pię zdrę­twia­ły­mi noga­mi po pod­ło­dze, coś tam bul­go­cę w indy­czym języ­ku, zamy­kam za sobą drzwi, scho­dzę scho­da­mi, idę, idę, idę, idę, gło­wę trzy­mam nisko, że niby w depre­sji albo zgu­bi­łam klu­cze, dowle­kam się do swo­jej kawa­ler­ki na Koło­brze­skiej […]. No więc szko­da, że nie może­cie tego zoba­czyć, jak wdra­pu­ję się na scho­dy, klucz, drzwi, łóż­ko, koc na gło­wę, amen29.

Opo­wieść boha­ter­ki zda­je się zresz­tą do koń­ca zafik­so­wa­na na zębach, ponie­waż nawet wte­dy, gdy okre­śla­ne są one jako „radość i duma”, to ich obec­no­ści towa­rzy­szą sny, a jak wszy­scy wie­dzą (zwłasz­cza auto­rzy sen­ni­ków), sny o zębach zwy­kle nie zwia­stu­ją nicze­go dobre­go. Nar­ra­tor­ce śnią się więc zęby kieł­ku­ją­ce, wydłu­ża­ją­ce się w wam­pi­rze kły-implan­ty lub zamie­nia­ją­ce jej cia­ło w cybor­ga. I mieć zęby cięż­ko, i nie mieć zębów nędz­na pocie­cha – chcia­ło­by się spa­ra­fra­zo­wać zna­ny cytat.

Lite­ra­tu­ra pod­su­wa jesz­cze jed­no roz­wią­za­nie, wręcz osta­tecz­ne, któ­re pozwo­li­ło­by poko­nać fobię den­ty­stycz­ną. Zosta­ło ono wyko­rzy­sta­ne w sztu­ce Den­tist sto­ry albo znie­czu­la­cze Micha­ła Łuko­wi­cza. Otóż dra­mat toczą­cy się na fote­lu den­ty­stycz­nym koń­czy się wbi­ciem igły w ser­ce Dok­to­ra. Sztu­ka, czer­pią­ca z kon­wen­cji bal­la­do­wej, oprócz nie­czu­łe­go Dok­to­ra i jego asy­stent­ki, zwa­nej Kija­ną, przed­sta­wia tak­że doko­nu­ją­cy się za ich spra­wą emo­cjo­nal­ny splot: wła­dzy, ode­bra­nia mowy (prze­cież pacjen­ci na fote­lu są pod tym wzglę­dem w żało­snym poło­że­niu) i zadawania/uśmierzania bólu. Mrocz­ne gabi­ne­ty den­ty­stycz­ne, w któ­rych leje się krew, nie tra­cą aktu­al­no­ści:

Jest taka pla­ców­ka den­ty­stycz­na
na skra­ju dro­gi
i skra­ju mia­sta
i tam pra­cu­je
Moni­ka Żabiń­ska
pseu­do­nim Kija­na
cią­gnie się ten pseu­do­nim
za nią od lat
tak jak pew­na histo­ria
tak jak pew­na histo­ria
Moni­ka Ż.
Moni­ka Ż.
Moni­ka Ż.

pseu­do­nim Kija­na
od dziś
tak o niej mówić będą
Moni­ka Ż.
tak mówić będą od dziś
bo dziś
den­ty­sty fotel
zale­je się krwią

krwią
krwią
zale­je się30.

Kil­ka zebra­nych tu miga­wek z lek­tur oko­ło­den­ty­stycz­nych nie wyczer­pu­je rzecz jasna całej ich listy. Wszyst­kie mają swój począ­tek w tym wraż­li­wym, podat­nym na ból miej­scu, „w któ­rym korzeń doty­ka żywe­go cia­ła”31; wszyst­kie budzą nasze trau­my z dzie­ciń­stwa lub z doro­sło­ści, a tak­że lęki i oba­wy o przy­szłość natu­ral­nych i w razie koniecz­no­ści sztucz­nych szczęk; wszyst­kie powo­du­ją, że z trwo­gą trzy­ma­my się brze­gów fote­la (den­ty­stycz­ne­go). Prze­sa­dzam? Być może. Oswa­ja­my prze­cież den­ty­stycz­ną fobię z pomo­cą Wróż­ki Zębusz­ki, wręcz posłu­gu­je­my się tą posta­cią zapo­bie­gaw­czo, żeby milu­siń­scy gubią­cy mle­cza­ki nie zdo­ła­li wzbu­dzić w sobie anty­pa­tii do den­ty­sty. Licz­ba ksią­żek tema­tycz­nie zwią­za­nych z zęba­mi i adre­so­wa­nych do naj­młod­szych czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków prze­ko­nu­je, że wta­jem­ni­cze­nie w „sekret­ne życie zębów” nie­mal od koły­ski sta­je się czę­ścią pro­ce­su edu­ka­cyj­ne­go, w któ­rym tak samo waż­ne są zacho­wa­nia pro­fi­lak­tycz­ne, przed­sta­wie­nie natu­ral­no­ści pro­ce­sów zmia­ny uzę­bie­nia oraz ocie­ple­nie wize­run­ku sto­ma­to­lo­gów32. Czy to się uda? Czy kolej­ne poko­le­nia czy­ta­ją­cych i piszą­cych odcza­ru­ją obraz den­ty­stów, a bole­sna opo­wieść sta­nie się jedy­nie czę­ścią histo­rii, zwłasz­cza: histo­rii medy­cy­ny i lite­ra­tu­ry? Czy oswo­imy sztucz­ne szczę­ki? Czy – jak w podob­nym duchu pytał Michał Niko­dem – „ludzie ze sztucz­ny­mi szczę­ka­mi, implan­ta­mi będą zgrzy­ta­li?”33. Czas poka­że. Na razie jed­nak niech wam się nie udzie­li obse­sja nar­ra­tor­ki książ­ki Wilen­gow­skiej:

Zęby, zęby, zęby. Nic, tyl­ko zęby. Wszę­dzie widzia­łam zęby. Świat przy­po­mi­nał otwar­tą gębę z odrzu­co­ny­mi na boki szczę­ka­mi hory­zon­tu. Ja sie­dzia­łam w środ­ku tej gęby, pro­wa­dząc niby to nor­mal­ne życie, o ile w ogó­le moż­na pro­wa­dzić nor­mal­ne życie, ale cią­gle łazi­ło mi po gło­wie jed­no – zęby, zęby, zęby. Ruch myśli odby­wał się jed­no­kie­run­ko­wo, mózg sta­czał się na bez­dro­ża jało­wych mantr – zęby, zęby. I nawet jak pomy­śla­łam „wagi­na”, to zaraz doda­wa­ło mi się auto­ma­tycz­nie „den­ta­ta”. Tak było34.

 

1 M. Niko­dem, Den­to­ma­chia. Adam Mic­kie­wicz i Juliusz Sło­wac­ki u den­ty­sty, Gdańsk: słowo/obraz tery­to­ria, 2024, s. 9.

2 „Sto­ma­to­pe­ty­ka to neo­lo­gizm łączą­cy dwa wyra­zy: «sto­ma» i «poety­ka». Oba mają grec­kie pocho­dze­nie: pierw­szy ozna­cza usta, mowę, twarz, dru­gi – sztu­kę pisa­nia, two­rze­nie (poeti­kos – twór­czy) […]. [Sto­ma­to­po­ety­ka – M.Ł.] usta i zęby trak­tu­je jako organ mowy i jej twór­czych moż­li­wo­ści […], zachę­ca do badaw­cze­go wglą­du zarów­no w głąb jamy ust­nej, jak w stro­nę poety­ki. Reasu­mu­jąc, jej zada­niem było­by prze­my­śle­nie nie­oczy­wi­stej rela­cji pomię­dzy instru­men­ta­rium mowy a sztu­ką twór­cze­go myśle­nia i pisa­nia, czy­li lite­ra­tu­rą”. A. Nawa­rec­ki, Sto­ma­to­po­ety­ka (pro­jekt, kosz­mar, marze­nie) [w:] Frag­men­ty dys­kur­su mala­dycz­ne­go, red. M. Gan­czar, I. Gie­la­ta, M. Ładoń, Gdańsk: Fun­da­cja Tery­to­ria Książ­ki, 2019, s. 53–54.

3 M. Niko­dem, Den­to­ma­chia…, s. 10–12.

4 T. Mann, Bud­den­bro­oko­wie. Dzie­je upad­ku rodzi­ny, t. 2, tłum. E. Libro­wi­czo­wa, War­sza­wa: Czy­tel­nik, 1971, s. 297.

5 Tam­że, s. 298–299.

6 Tam­że, s. 300.

7 Tam­że, s. 311.

8 J. Wyn­brandt, Bole­sna histo­ria sto­ma­to­lo­gii albo płacz i zgrzy­ta­nie zębów od sta­ro­żyt­no­ści po cza­sy współ­cze­sne, tłum. Z. Szach­now­ska-Ole­sie­juk, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Mar­gi­ne­sy, 2020, s. 5–6.

9 L. Ber­lin, Dr H.A. Moy­ni­han [w:] tej­że, Instruk­cja dla pań sprzą­ta­ją­cych. Opo­wia­da­nia, red. i wstęp S. Emer­son, przed­mo­wa L. Davis, tłum. D. Jan­kow­ska, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2023.

10 Tam­że, s. 37.

11 Tam­że, s. 41–42.

12 Tam­że, s. 43.

13 Tam­że.

14 J. Wyn­brandt, Bole­sna histo­ria sto­ma­to­lo­gii…, s. 253.

15 Zob. tam­że, s. 253–294.

16 Tam­że, s. 371.

17 Wyn­brandt przy­ta­cza histo­rię dzie­cię­cej gwiaz­dy fil­mo­wej, Shir­ley Tem­ple, któ­rej zakła­da­no koro­ny, „aby sta­ła się jesz­cze bar­dziej foto­ge­nicz­na. Wie­le lat póź­niej opo­wia­da­ła o tym, jak w wyni­ku kich­nię­cia odpa­dły jej koro­ny z dwóch przed­nich zębów, co wstrzy­ma­ło pro­duk­cję jej fil­mu na czas ich wymia­ny”. Tam­że, s. 373.

18 Tam­że, s. 396.

19 D. Kotas, Orto­dont­ka, „Idio­my. Psy­cho­ana­li­za i życie spo­łecz­ne” 2024, nr 3.

20 Tam­że, s. 60.

21 Tam­że, s. 61.

22 Tam­że.

23 W tym kon­tek­ście towa­rzy­szą­ce publi­ka­cji zdję­cie autor­ki (choć oczy­wi­ście już z wie­ku doj­rza­łe­go), na któ­rym się nie uśmie­cha, nale­ży uznać za nie­zwy­kle ade­kwat­ne. A gdy­by roz­sze­rzyć ów trop, war­to wspo­mnieć o Vir­gi­nii Woolf. Bada­cze jej twór­czo­ści, docie­ka­jąc, dla­cze­go na więk­szo­ści zdjęć pisar­ka się nie uśmie­cha, suge­ru­ją, że jed­ną z przy­czyn mogły być bar­ba­rzyń­skie prak­ty­ki jej leka­rzy, któ­rzy zale­ca­li jej usu­wa­nie zębów: „Wyry­wa­nie zębów – nie do wia­ry! – prze­pi­sy­wa­no jej jako śro­dek na utrzy­mu­ją­cą się wyso­ką gorącz­kę oraz na «neu­ra­ste­nię»” – pisze H. Lee we wstę­pie do: V. Woolf, O cho­ro­wa­niu, tłum. M. Hey­del, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2010, s. 7.

24 Tam­że, s. 62.

25 J. Wilen­gow­ska, Zęby, Kra­ków: Kor­po­ra­cja Ha!art, 2006, s. 13.

26 Tam­że, s. 18.

27 Tam­że, s. 40, 57.

28 Tam­że, s. 77–78.

29 Tam­że, s. 102.

30 M. Łuko­wicz, Den­tist sto­ry albo znie­czu­la­cze, „Dia­log” 2024, nr 6, s. 149. Mię­dzy inny­mi o wyko­rzy­sta­nej w tek­ście tra­dy­cji Łuko­wicz roz­ma­wia z Bar­ba­rą Klic­ką: Bruk­sizm, roman­tyzm i sado­ma­so, „Dia­log” 2024, nr 6, s. 185–189.

31 J. Wilen­gow­ska, Zęby, s. 7.

32 W książ­ce Nawet potwo­ry myją zęby toczy się nastę­pu­ją­cy dia­log mię­dzy Potwo­rem a dziew­czyn­ką nie­chęt­nie myją­cą zęby: „jest ktoś, kto może poko­nać Dziu­ra­we­go Potwo­ra: Tą oso­bą jest lekarz den­ty­sta! – O nie! Tyl­ko nie den­ty­sta! To on jest potwo­rem! – zawo­ła­łam. – To nie­praw­da! Zdra­dzę ci sekret: den­ty­sta zakła­da masecz­kę, żeby dziu­ry go nie roz­po­zna­ły, kie­dy je napra­wia. Jest więc super­bo­ha­te­rem!”. J. Mar­ti­nel­lo, G. Mabi­re, Nawet potwo­ry myją zęby, tłum. N. Mętrak-Ruda, Wro­cław: Wydaw­nic­two Este­ri, 2020.

33 M. Niko­dem, Den­to­ma­chia…, s. 139.

34 J. Wilen­gow­ska, Zęby, s. 20.

Monika Ładoń

– polonistka, literaturoznawczyni, profesorka Uniwersytetu Śląskiego.

więcej →

Michał Nikodem

– doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie literaturoznawstwa.

więcej →

Powiązane teksty

02.02.2026
Szkice

Zapaść sensów, powrót mitu i stany splątane fantastyki

Mimo że oba utwory dotyczą osobnych zjawisk, ich interpretacje prowadzą ku podobnym polom problemowym. Można je określić jako opowieść o kryzysie wielkich narracji, o nierozerwalnej więzi mitu z ludzką egzystencją oraz o katastrofizmie wpisanym w ludzkie doświadczenie – o najnowszych książkach Jacka Soboty i Jakuba Walickiego pisze Łukasz Kucharczyk.