Dominika Gracz-Moskwa: Nasza rozmowa rozpoczęła się na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi od tematu promocji twojego Zardzewiałego Tankowca. Komiks doczekał się recenzji, a ty wywiadów w mainstreamowych mediach – były „Polityka”, „naTemat”, „Onet”, „Super Express”. Mało który polski komiks spotyka się z tak wielkim zainteresowaniem, ale ono, jak wiemy, nie bierze się znikąd. Ile tu twojej zasługi i pracy okołopromocyjnej, a ile działań i wsparcia wydawcy, czyli Best Comics?
Ottoich: Promocja ma spełniać swoje zadanie – nic więcej, z całą prostotą. Czasy, w których artysta czekał, aż zostanie odkryty, już minęły – i bardzo dobrze. Kiedyś postanowiłem, że moje życie nie będzie zależało od decyzji pojedynczych osób. To, co widać w mediach, jest efektem ciężkiej pracy – mojej, mojego wydawcy i ludzi, którzy postanowili mi pomóc. Na szczęście Zardzewiały Tankowiec sam się broni: jeśli już dotrze do osób, które mogą o nim coś opowiedzieć, ma bardzo dobry odbiór.
Czy od początku miałeś plan na promocję? Jak przebiegała? Jakie były twoje założenia?
Tak, promocja była planowana od samego początku. Starałem się podejść do niej jak najbardziej profesjonalnie. Sporo czasu poświęciłem na mapowanie potencjalnych recenzentów – analizowałem ich zasięgi, poruszaną przez nich tematykę, ich styl pisania i to, do kogo trafiają ich teksty. Podobnie działałem w przypadku mediów, oceniając ich wpływ i grupy odbiorców. Założenie było proste: dotrzeć do jak największej liczby osób spoza środowiska komiksowego. Zardzewiały Tankowiec to dzieło filozoficzne, które porusza też wątki obyczajowe – samotność, choroby psychiczne, samobójstwo. Ta eklektyczność pozwala na znalezienie nowych odbiorców, także wśród osób, które na co dzień nie sięgają po komiksy.
Czy polscy wydawcy – nie pytam tu stricte o Best Comics – potrafią promować komiksy?
Mój wydawca bardzo pomógł mi przy tym przedsięwzięciu. A jeśli chodzi o promocję w ogóle – to chyba nie jest obowiązek samych wydawców. Wydawcy komiksów działają w ramach rynku komiksowego, gdzie – jak zakładam – uzyskują odpowiednie wyniki. Poszerzanie tego rynku, czyli zdobywanie nowych czytelników, to już zupełnie inna praca. Jeden wydawca reprezentuje kilka czy kilkanaście tytułów, a budowanie przestrzeni dla całego medium to zadanie wspólne – dla wszystkich wydawców, twórców, a może nawet instytucji kultury.
Czy działania promocyjne wpłynęły na sprzedaż komiksu? A może mówimy jedynie o wzroście popularności – zarówno twojej, jak i samego tytułu?
Nie znam wyników sprzedaży – to już tajemnica wydawcy. Z własnych obserwacji mogę powiedzieć, że Tankowiec… znika, gdy tylko pojawiam się z nim na festiwalach. Sporo osób przychodzi po podpis, a jeszcze więcej mówi, że już czytało i bardzo im się podobał.
W środowisku komiksowym dużo się ostatnio mówi o przebijaniu szklanego sufitu. Ukazuje się coraz więcej tytułów, w zalewie premier trudno przyciągnąć uwagę odbiorców, a ceny komiksów, również na scenie komiksu niezależnego, są coraz wyższe, co z pewnością wynika nie tylko z takich czynników jak wzrost kosztów produkcji, ale i z profesjonalizacji sceny zinowej. Wydawcy i autorzy mówią o konieczności wyjścia ze swoimi publikacjami poza komiksowe środowisko. Dlaczego więc – tu nieco generalizuję – inni nie mają takiego podejścia do promocji jak ty? Przecież nie korzystasz z marketingowej wiedzy tajemnej – mówimy raczej o pewnej konsekwencji w działaniach. Trudno odpowiadać za wszystkich, ale w czym upatrujesz trudności środowiska związanych z poruszaną kwestią?
Nie chciałbym wypowiadać się za całe środowisko – i nie sądzę, że robię coś wyjątkowego. Jest wielu bardziej rozpoznawalnych twórców odnoszących większe sukcesy. Dla mnie kluczowa jest osobowość artysty. Nie można zatrzymać się na samym tworzeniu komiksów, trzeba ciągle sprawdzać swoje granice, próbować nowych technik, technologii, idei. Działania promocyjne traktuję jak kolejne pole ekspresji artystycznej. Planowanie promocji, kontakt z ludźmi – to także część mojego przekazu. Zależy mi, by zarówno same wywiady, jak i miejsca, w których się pojawiam, były ciekawe i spójne, żeby osoby śledzące moją twórczość miały poczucie: „tak, to ten gość, czytam jego komiksy, mówi fajne rzeczy”. Dlatego często uczestniczę w festiwalach, targach, konwentach – bezpośredni kontakt z czytelnikami i dyskusje panelowe to ważna część mojej działalności. Staram się też integrować środowisko komiksowe. Mamy nieformalne stowarzyszenie twórców Polish Indie, do którego stale zapraszam nowych członków. Zainicjowałem również nasz wspólny zin „Trzecia Faza”, w którym razem możemy się prezentować. Naszą siłą jest różnorodność.
Czyli komiksiarze powinni budować marki osobiste i stawać się specjalistami od marketingu? Czy to nie zbyt obciążające dla autorów, którzy i tak zazwyczaj tworzą po godzinach i łączą działalność artystyczną z inną pracą zarobkową?
Nie wiem, czy komiksiarze p o w i n n i budować marki osobiste. Myślę, że raczej warto się zastanowić, co właściwie chcemy osiągnąć przez naszą twórczość. Jeśli największą satysfakcję daje nam proces tworzenia, to może być on celem samym w sobie. Jeśli jednak zależy nam, by dotrzeć do jak największej liczby odbiorców, wtedy budowanie własnej marki i pewien rodzaj autorskiego marketingu stają się częścią procesu twórczego. Z mojej perspektywy nie jest to kwestia wymogów, ale świadomej decyzji. Jeśli dążysz do rozpoznawalności i chcesz, by twoja sztuka docierała do ludzi, musisz poświęcić dodatkowy czas na kontakt z odbiorcami, promocję i obecność w przestrzeni publicznej.
Czy na wyprowadzenie komiksu poza „Komiksowo” mogą wpływać przyznawane twórcom nagrody? Na przykład Paszport „Polityki” dla Jacka Świdzińskiego? Czy jednak nie wiązałbyś z podobnymi wyróżnieniami wielkich nadziei, a docenienie Festiwalu traktujesz nie jako jaskółkę zwiastującą wiosnę, lecz raczej jako zjawisko wyizolowane?
Na pewno to dobry znak – i bardzo się cieszę, że polski komiks został w ten sposób doceniony. Moim celem nie jest jednak wyprowadzenie komiksu poza „Komiksowo”, ale sprawienie, by został on uznany za literaturę. Nie widzę powodu, dla którego komiks miałby być traktowany inaczej niż pozostałe książki. Czytelnik szukający nowych treści i doświadczeń może sięgnąć zarówno po książkę w tradycyjnym rozumieniu, jak i po komiks. Jako środowisko trochę się zamknęliśmy – zbytnio skupiliśmy się na tym, że tworzymy komiksy. A to jest ważne tylko dla nas, nie dla odbiorcy.
Ale komiks nie jest tekstem literackim w sensie ścisłym: jest komiksem. Nie zmienia to faktu, że oba te wytwory kultury często trafiają do podobnych grup odbiorców. Czy żeby komiksiarze mogli odnosić sukcesy rynkowe, muszą zacząć ukrywać termin „komiks” pod płaszczykiem jakiegoś marketingowego hasła? Na czym polega hermetyczność tego środowiska i jak mogłoby się ono otworzyć?
Absolutnie nie trzeba nic ukrywać. Przecież wybieramy medium komiksu dlatego, że najlepiej pasuje ono do treści, którą chcemy przekazać. Po prostu uważam, że medium samo w sobie nie powinno ograniczać odbiorcy. Dlaczego jako czytelnik, który ma ochotę przeczytać biografię, mogę w księgarni znaleźć półkę z książkami biograficznymi, ale jeśli chcę przeczytać k o m i k s o w ą b i o g r a f i ę, to muszę jej szukać na zupełnie innej półce, opisanej po prostu jako „komiksy”? W ten sposób sam komiks staje się hermetyczny. Potencjalny czytelnik nie musi być przecież ograniczony przez formę utworu, który zamierza przeczytać. Komiksy biograficzne i książki biograficzne w księgarniach czy bibliotekach mogłyby stać obok siebie, zamiast być sztucznie oddzielane ze względu na rodzaj medium. A jeśli chodzi o samo środowisko, czasem chyba jesteśmy trochę z b y t z a p a l c z y w i w podkreślaniu, że tworzymy komiksy. I że jesteśmy z tego dumni – co jest oczywiście wspaniałe. Ale czy to dla potencjalnego odbiorcy ma aż tak duże znaczenie? Czy w ten sposób nie budujemy wokół siebie muru?
Zaobserwowana przez ciebie hermetyczność środowiska twórców wpływa na mniejszą obecność komiksu w kulturowym obiegu: rynkowym, krytycznym. Czy odbija się również na jakości publikacji, na poziomie, jaki reprezentują? Lubisz czytać polskie komiksy?
Obecnie mamy wielu wspaniałych twórców. Komiks w Polsce jest niezwykle zróżnicowany, publikowane są zarówno dzieła gatunkowe, jak i eksperymentalne. Właściwie można powiedzieć, że odpowiada on dziś wszystkim kierunkom literatury. Jakość poszczególnych wydań oczywiście bywa różna: obok rzeczy absolutnie wybitnych znajdziemy też mniej udane, ale wszystkie łączy jedno: są świadectwem przemożnej chęci tworzenia. Lubię czytać polskie komiksy, tak jak lubię czytać w ogóle. Lubię się uczyć i odkrywać nowe rzeczy.
Gdybyś miał wymienić trzy godne uwagi polskie komiksy, które tytuły byś wskazał i dlaczego?
Zavka, Promienie Xi
Artystka o absolutnie unikalnym stylu, zarówno graficznym, jak i narracyjnym. Promienie Xi to postapokaliptyczny sen o nieosiągalnym raju, komiks niezwykle eksperymentalny, wychodzący daleko poza tradycyjne ramy formy komiksowej. Zavka to twórczyni odważna, świadoma języka medium, którym się posługuje, i doskonale operująca różnymi stylami narracji.
Mar Bogdanis, I Have a Dog
Niepozorne dzieło, które na pierwszy rzut oka przypomina książkę dla dzieci, a w rzeczywistości porusza bardzo ważne tematy – tolerancji i otwartości. W krótkiej formie Mar pokazuje, jak wiele rzeczy może mieć znaczenie i jak wiele nie musi go mieć wcale. Całość utrzymana jest w niezwykłym stylu, łączącym bajkowość kreski z ciężarem narracji.
Asia Wardzyńska, Skarb
Komiks bez dialogów, traktujący o poszukiwaniu tytułowego skarbu. To historia wielowarstwowa, otwarta na różne interpretacje, narysowana w charakterystycznym, melancholijno-euforycznym stylu. Eksperyment, który pozostaje przystępny w odbiorze, a jednocześnie ma głębokie przesłanie.
Dwa z wymienionych przez ciebie komiksów to tytuły opublikowane w ramach polskiej sceny niezależnej. Rodzime ziny komiksowe cały czas są w ostrym natarciu, na „niezalowej” scenie wydaje się dużo, mamy swoje imprezy i nagrody, mamy wspomniane przez ciebie Polish Indie. Czy polski komiks niezależny wciąż jest na fali czy może apogeum zainteresowania mamy już za sobą? Warto porównać chociażby obecność zinów na festiwalu w Łodzi w tym roku i dwa, trzy lata temu.
Scena niezależna rośnie i będzie rosnąć. Mówię to z pełnym przekonaniem, bo obserwuję, co się dzieje na festiwalach – pojawia się mnóstwo nowych autorów, coraz więcej osób dołącza do Polish Indie. Udało nam się też stworzyć społeczność, w której artyści realnie sobie pomagają: przy publikowaniu, transporcie na festiwale, promocji czy po prostu w codziennej komunikacji. Komiks niezależny ma się dobrze, a nowe pokolenie stawia na indywidualizm i szczerość artystyczną. Z niecierpliwością czekam na to, co jeszcze pokażą młodzi twórcy.
Skąd ten silny zwrot ku zinom w twórczości polskich artystów? Na zinową scenę wkraczają coraz częściej autorzy uznani, mający za sobą wiele współprac z wydawcami.
Myślę, że to przede wszystkim kwestia szybkiego procesu wydawniczego. Wszystko zależy od ciebie: sam dbasz o druk, skład i sprzedaż. To daje wyjątkowe poczucie kontroli nad przedsięwzięciem, gwarantuje też bezpośredni kontakt z odbiorcą. Dodatkowo własne stoisko to coś w rodzaju centrum dowodzenia: masz swoje miejsce, ludzie wiedzą, gdzie cię znaleźć, możesz obserwować, co się dzieje, porozmawiać z innymi twórcami i czytelnikami.
Co cenisz sobie najbardziej w self-publishingu, a co daje ci współpraca z wydawcą?
Paradoksalnie – nie dostrzegam wielkich różnic. Wydawcy zazwyczaj nie ingerują w samo dzieło, raczej wspierają cały proces jego powstawania. Ich doświadczenie daje mi poczucie bezpieczeństwa i pewność, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Oficyny organizują też profesjonalny skład, redakcję i dystrybucję – to bardzo cenne wsparcie. Oczywiście każda instytucja sama decyduje o tym, czy chce z tobą współpracować, więc siłą rzeczy twoje dzieło musi wpisywać się w jej profil, spełniać pewne oczekiwania. W self-publishingu etap poszukiwania wydawcy w ogóle nie istnieje, ale za to wszystkim trzeba zająć się samemu. Nie oceniam tego w kategoriach „lepsze – gorsze”. To po prostu dwa różne sposoby dystrybucji komiksu. Dziś self-publishing jest tak profesjonalny, że granica między samodzielnym wydawaniem a współpracą z wydawnictwem właściwie się zatarła.
Jak oceniasz komiksową publicystykę? Od lat toczy się środowiskowa dyskusja w stylu „Nie ma kogo czytać/słuchać”, ale jej zakres często obejmuje osoby, które nigdy nie pretendowały do miana krytyków, a zajmują się raczej fanowskim blogowaniem. Co oferuje dzisiaj komiksowa krytyka? Czego ci w niej brakuje i czy jest to problem jednostki czy może złożone, systemowe zjawisko?
Trudno oczekiwać od fanów twórczości komiksowej prowadzących blogi czy podcasty tego samego podejścia, które prezentują profesjonalni krytycy. Siłą naszego środowiska są właśnie pasjonaci – ich energia, zaangażowanie i spontaniczność. Dlatego staram się nie oceniać jakości ich działań: jeśli coś do mnie nie trafia, po prostu tego nie czytam ani nie słucham. Na szczęście jest wiele miejsc, które wyrastają ponad przeciętność. Świetną robotę wykonują choćby Marta Kostecka, „Wypisz, wymaluj – subiektywnie o komiksach” czy „Death to the Zins”. To autorzy i autorki naprawdę zaangażowani, co stanowi zarówno ich siłę, jak i słabość. Wszyscy jesteśmy częścią jednego środowiska, znamy się i często spotykamy przy różnych okazjach. W komiksowej publicystyce brakuje mi spojrzenia z zewnątrz – porównań do innych mediów, analiz kulturowych, które mogłyby nas osadzić w szerszym kontekście. To jednak nie zarzut wobec kogokolwiek konkretnego, raczej cecha systemowa, wynikająca z pewnej hermetyczności naszej sceny.
Dużo się mówi na temat tego, jak długą drogę przeszedł polski komiks przez ostatnie ćwierćwiecze, jak podniósł się po wielkiej smucie lat 90. Zapewne wiele osób zgodzi się ze stwierdzeniem, że nigdy nie było tak dobrze, jak jest teraz. Mam jednak wrażenie, że kiedy mówimy o przyszłości polskiego komiksu, równie często jak o nadziejach wspominamy o obawach – czy to związanych z osiągnięciem pewnego przesytu, masy krytycznej w zakresie przyswajanych przez nas treści, czy też dotyczących rozwoju sztucznej inteligencji i jej wpływu na wszelkie obszary pracy kreatywnej, w tym na komiks. Jaka według ciebie będzie przyszłość polskiego komiksu?
Jestem w tej kwestii wielkim optymistą. Nie sądzę, żebyśmy osiągnęli jakąś masę krytyczną – nie wszystkie komiksy muszą być przecież czytane przez wszystkich. Każdy z nas ma własne preferencje dotyczące gatunku czy stylu. Im większa różnorodność, tym większa szansa, że każdy znajdzie coś dla siebie. Dlatego wrócę tu do mojej wcześniejszej myśli – nie powinniśmy oceniać dzieła przez pryzmat medium, ale przez pryzmat treści. Niech komiksy, książki i filmy istnieją obok siebie, podzielone wyłącznie według kryterium gatunku. Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, wiem, że budzi ona wiele obaw i kontrowersji, ale osobiście ich nie podzielam. Algorytmy z natury rzeczy przyczyniają się do powstawania uśrednień – generują obrazy i teksty stanowiące kompilację tego, co już istnieje. Ich twory są więc najczęściej „bezpieczne”, estetycznie poprawne, pozbawione ostrych krawędzi. To ogromna szansa dla artystów o wyrazistym stylu, którzy wiedzą, co chcą przekazać. Ich autentyczność, indywidualny głos i wrażliwość staną się jeszcze bardziej wartościowe. A tego rodzaju twórców w Polsce zdecydowanie nie brakuje.
Mam wrażenie, że to w środowisku dość odosobniony głos. Myślę o twojej odpowiedzi w kontekście tego, co mówiłeś o promocji Zardzewiałego Tankowca i o naiwnej wierze w to, że dobra praca sama zagwarantuje artyście sukces. Twórczość AI jest – z wydawniczego punktu widzenia – o wiele tańsza niż twórczość ludzka. Będzie jej dużo (w niektórych obszarach już jest), więc być może zaoszczędzone na honorariach pieniądze zostaną zainwestowane w działania promocyjne. Wyłania nam się tu obraz dość trudnej konkurencji.
Nie wiem, czy kiedykolwiek w historii było tak, że dobra praca sama się obroniła. Jeśli spojrzymy na sztukę, to za wielkimi dziełami zawsze stały wielkie osobowości – Egon Schiele, Frida Kahlo, Paul Gauguin, Caravaggio. Sztuka jest emanacją osobowości, a osobowość to także siła służąca do promocji. Dla mnie jest bardzo ważne, żebyśmy się nie bali, żebyśmy kształtowali świat takim, jakim chcemy go oglądać – to kwintesencja bycia twórcą. Cała reszta przyjdzie z czasem. Praca nad nowym komiksem jest tak samo ważna jak praca nad poznawaniem i eksplorowaniem siebie. W kontekście AI wspomniałaś o kosztach i oszczędnościach wynikających z wyeliminowania z procesu twórczego osoby autora. Nie sądzę, żeby to w ogóle dawało realne oszczędności. Komiks stworzony wyłącznie przez AI wymaga odpowiednich algorytmów, szkolenia modeli, korzystania z ogromnych baz danych. Koszty takiego procesu w wielu przypadkach są wielokrotnie wyższe niż jakiekolwiek honoraria. Wydaje mi się, że z jednej strony przeceniamy AI, przypisując jej cechy, których nie ma – na przykład zdolność samodzielnego tworzenia sztuki – a z drugiej strony nie doszacowujemy jej możliwości w innych obszarach. To narzędzie, które potrafi skrócić czas uciążliwych zadań: planowania, przygotowywania wersji roboczych, porządkowania pomysłów. Ewolucja tej technologii zmierza w kierunku częściowej automatyzacji, nie zastąpienia twórcy. Ostatnio byłem na Occulture Conference, gdzie poznałem osoby eksplorujące filozofię Williama Sewarda Burroughsa, autora Nagiego lunchu. Burroughs uważał, że ludzkość została uwięziona przez wirusa, którym jest język. Według pisarza istnieje tylko to, co umiemy nazwać – więc język tworzy naszą rzeczywistość. Gdyby udało się nam wyeliminować język, moglibyśmy zobaczyć „prawdę”. Stąd eksperymenty Burroughsa z losowym łączeniem słów, tworzeniem książek z przypadkowych zdań i szukaniem w nich przekazu. Pisarz zmarł w 1997 roku, ale dziś jego idee wracają. Ludzie zainspirowani jego myślą wykorzystują starsze modele AI do generowania losowych tekstów i odkrywania ukrytych w nich znaczeń. Dziwne, ale też bardzo kreatywne zastosowanie tej technologii. Nie bójmy się więc – jako twórcy. Wierzmy, że nasze prace są czymś ważnym. Mówmy o tym, pokazujmy to światu, a nasza sztuka przetrwa.
