Falistość i krętość to cechy krajobrazu Suwalszczyzny, który tworzą łagodne wzniesienia, obłe pagórki, zakola meandrujących rzek i linie leśnych ścieżek przecinające rozległą Puszczę Augustowską. Nawet skoszone siano, sprasowane w belach i porozrzucane jakby od niechcenia po polach, wpisuje się w powszechną tu krągłość. Przestrzeń tę wypełniają kolory – w połowie sierpnia nadal dominuje zieleń: od jej ciemnego odcienia, którym nasycony jest Wigierski Park Narodowy, przez jaśniejsze plamy rozległych łąk aż po pastelową niemal barwę jeziornych szuwarów. Kojące są tutaj także błękit nieba i jezior, lekko spłowiała żółć zbóż i głęboki brąz nagiej ziemi. Na zmysłowość pejzażu wpływa również zapach. W ciągu dnia w powietrzu można wyczuć słodycz przejrzałych już mirabelek, mieszankę polnych ziół i suchej trawy, wieczorem i nocą – wilgoć wody i mgły, a jeśli mamy przyjemność wędrować wówczas przez las – ziemisto-drzewną nutę.
Pośród tego całego bogactwa, na terenie ukształtowanym kilkanaście tysięcy lat temu przez topniejący lodowiec, znajduje się mała wieś (poniżej stu mieszkańców) – Buda Ruska. Została założona w XVIII wieku przez staroobrzędowców uciekających przed prześladowaniami z Imperium Rosyjskiego. To tutaj odbywa się Festiwal literacki „Patrząc na Wschód”. Właśnie zaczyna się jego dwunasta edycja.
Do celu docieram etapami – najpierw pociągiem z Krakowa do Suwałk, później małym busem do miejscowości Żubrówka i stamtąd pieszo do Burdeniszek, by wypożyczyć rower, dzięki któremu łatwiej będzie mi codziennie kursować między miejscem festiwalu a wsią Mikołajewo, gdzie nocuję. Ten drobiazgowy zapis nie jest podyktowany nadmierną skrupulatnością sprawozdawczą. W pewnym sensie rzuca światło na czterodniowe, odbywające się w samym środku sierpnia wydarzenie, mówi też sporo o odwadze i nieskrępowanej wyobraźni organizatorów. Na dalekim, północno-wschodnim krańcu Polski, pośród pól i lasów udało im się stworzyć festiwal, który przyciąga ludzi z każdego zakątka kraju. Żeby się o tym przekonać, wystarczy rzucić okiem na rejestracje samochodów ustawionych przy festiwalowym polu namiotowym.
Zaczęło się od Galerii Fotografii, którą w 2001 roku na swoim prywatnym podwórku w Budzie Ruskiej założył Piotr Malczewski, fotograf, podróżnik, jeden z organizatorów festiwalu. Odbywały się tam cykliczne pokazy fotografii, połączone z opowieściami o wystawach – około piętnastu, dwudziestu każdego lata. Naturalnym rozwinięciem przedsięwzięcia okazały się spotkania z udziałem zaproszonych przez Malczewskiego przyjaciół – czasem ktoś sam proponował prelekcję czy inne wydarzenie tematyczne. Od początku częstym gościem był Krzysztof Snarski, etnograf z Muzeum Okręgowego w Suwałkach. Prowadził wykłady o staroobrzędowcach (w czasie tegorocznej edycji festiwalu poprowadził spacer śladami starowierców). Stopniowo organizowano coraz więcej wykładów z różnych obszarów: psychologii, przyrody, literatury.
Znaczącym momentem był ten, w którym Malczewski trafił na książkę Piotra Brysacza Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm. Nawiązał kontakt z autorem i znalazł z nim wspólny język. Malczewski i Brysacz zaczęli razem tworzyć festiwal – początkowo pod nazwą „Spotkania z książką. Patrząc na Wschód”. Skala wydarzenia rosła; najpierw organizatorzy gościli kilku autorów, następnie kilkunastu, by podczas ostatnich trzech edycji dobić do niemal czterdziestu spotkań (w tym: warsztatów, spacerów tematycznych, paneli dyskusyjnych). Brysacz wycofał się w tym roku, żeby całkowicie poświęcić się wydawnictwu Paśny Buriat, ale od samego początku aż do dziś na pokładzie jest też trzeci członek załogi – Radek Nowacki.
Organizatorzy festiwalu do udziału w przedsięwzięciu zapraszają przyrodników, fotografów, pasjonatów danego tematu. Dużą popularnością cieszą się spacery związane z poszerzaniem wiedzy o ziołach, motylach czy dzikich osach i pszczołach. Dzieci, które stanowią sporą grupę uczestników festiwalu, mogą liczyć na różnorodne warsztaty (cyjanotypii, ilustracji książkowej, przyrodnicze) i na mnóstwo innych atrakcji (takich jak choćby ścianka wspinaczkowa). Malczewski podkreśla:
Bardzo istotne w myśleniu o tym wydarzeniu było to, by przybliżać uczestnikom specyfikę regionu: Podlasia, Warmii i Mazur oraz Suwalszczyzny. Staram się, żeby te elementy były obecne podczas każdej edycji festiwalu. Duża część osób przyjeżdża z dalekich stron Polski i głównie z myślą o nich zapewniamy tego rodzaju spotkania. Chcemy pokazywać piękno, różnice historyczne i kulturowe tych terenów.
Początkowo Malczewski finansował wspomniane przedsięwzięcia ze środków prywatnych, czasem na zasadzie wymiany barterowej: spotkanie za spotkanie. Dziś organizatorzy mogą liczyć na wsparcie instytucji państwowych, dzięki czemu program „Patrząc na Wschód” z roku na rok staje się coraz bardziej rozbudowany, a jego odbiorcy czerpią z bogactwa przekazu intelektualnego festiwalu oraz – co nie mniej ważne – cieszą się tutejszą atmosferą życzliwości, otwartości i charakterystycznej dla tego zakątka kraju bezpośredniości. Niezwykłą aurę niezaprzeczalnie tworzą ludzie, ale wydaje się, że naprawdę rozkwitnąć pozwala im miejsce, w którym jest zlokalizowany festiwal: prywatne podwórko małżeństwa Malczewskich – wspomnianego już Piotra i jego żony Agnieszki (dobrej duszy tego przedsięwzięcia). Ta prywatność przestrzeni wpływa na charakter wydarzenia – gdy przekraczam bramę, nie mam poczucia, że zaraz będę musiała oswajać się z czymś nowym, obcym. Nie muszę skrupulatnie badać terenu, by nabrać przekonania, że mogę się tu poczuć bezpieczna i mile widziana. Jest gwarno, spora część zgromadzonych zna się od dawna, a ci z uczestników, którzy dopiero poznają to miejsce, wydają się przejmować niewymuszoną swobodę gestów i naturalność pozostałych osób.
Festiwal jest organizowany w trzech planach. Na pierwszym znajduje się między innymi ponad stuletni drewniany dom z pięknym gankiem i sporą przestrzenią, gdzie ustawione są ławy i długi stół, zachęcający do chwili relaksu przy kawie. Naprzeciwko, w dawnym budynku gospodarczym, mieści się Galeria Fotografii, zawierająca prace Malczewskiego z jego podróży nad Bajkał, do Mongolii, ale też zdjęcia przedstawiające Czarną Hańczę czy artystę niezwykle ważnego dla regionu Suwalszczyzny – Andrzeja Strumiłłę. Wchodząc po zewnętrznych schodach, można dojść do jedynego w Polsce Muzeum Mongolii (po którym spontanicznie oprowadza Jędrzej Łukowski, na co dzień związany z biurem podróży Szerokie Tory, a w czasie festiwalu występujący również w roli prowadzącego spotkania). Najmniejsze pomieszczenie to pracownia Malczewskiego, wypełniona książkami, fotografiami i całym kramem, który sprawia, że nie mam ochoty opuszczać tego miejsca. Pomiędzy budynkami rozlokowane są mniejsze i większe stoły z dostępnymi do zakupu książkami festiwalowymi, rękodziełem czy świeckimi ikonami (jak je określa ich twórczyni Katia Shramko).
Plan pierwszy to także miejsce, gdzie znajdziemy lokalne specjały kulinarne: sękacz, domowe bułeczki, litewski chleb i kwas chlebowy. Ale specjalna uwaga należy się serwowanej tu zupie albańskiej, za której przygotowanie odpowiedzialny jest Rigels Halili, antropolog kultury, filolog, historyk, na co dzień pracujący w Studium Europy Wschodniej na Uniwersytecie Warszawskim. Swoją przygodę z festiwalem rozpoczął w 2020 roku, gdy poprowadził spotkanie z Małgorzatą Rejmer na temat jej książki Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii. Jak sam mówi:
Następnego dnia po spotkaniu stwierdziłem, że może coś ugotuję, padło na zupę z soczewicy czerwonej, cieszyła się dużym zainteresowaniem i zniknęła dość szybko, a Agnieszka Malczewska zaproponowała, żebym w kolejnym roku powtórzył ten precedens. Tak się zaczęło, a od kilku lat zupa albańska stanowi już tradycję festiwalową. Teraz uczę nowe pokolenie [śmiech – red.].
Od dwóch lat w przygotowaniach i sprzedaży ciepłego wywaru uczestniczy Antoni, syn Malczewskich. Zupa jest przepyszna, sprawdziłam osobiście, a ustawiające się po nią kolejki tylko wzmacniają moje przekonanie o jej zaletach.
Przepisy są domowe, od moich dwóch babć, a szczególnie babci Kateriny – z okolic Gjirokastry. Zupy powstają na bazie soczewicy, a odmiana wytrawna z dodatkiem ziemniaków, octu i czosnku. Dodaję też ser feta, żeby wzmocnić smak. W Turcji podobna zupa funkcjonuje pod nazwą mercimek, jest bardzo popularna i charakterystyczna dla tamtego obszaru Bałkanów.
Jak dowiaduję się z dalszej rozmowy, do przygotowywania składników angażowani są także autorzy – w sobotę dyżur obierania ziemniaków pełnił Grzegorz Kasdepke. To przenikanie się ról gościa i domownika jest zresztą powszechne w czasie festiwalu. Choć podczas tegorocznej edycji „Patrząc na Wschód” najczęściej można zobaczyć Rigelsa z chochlą w dłoni, bierze on również udział w rozmowie z Adamem Balcerem o polskiej spuściźnie na Bałkanach Zachodnich i prowadzi spotkanie z Markiem Jeziorskim na temat jego książki Hotel Dajti. Albania w czasie przeszłym. Podobnie jest w przypadku Barbary Kowalewskiej, twórczyni filmu o Andrzeju Strumille, prowadzącej spotkanie filmowe – a chwilę wcześniej zapewniającej gościom kawę. Radek Nowacki, współtwórca festiwalu od jego pierwszej edycji, podkreśla, że chciałby utrzymać obecną atmosferę wydarzenia.
Życzyłbym sobie, żeby klimat tych kilku dni nie zniknął – rodzinny, podwórkowy, bezpretensjonalny wymiar festiwalu. Mieliśmy możliwości przekształcenia „Patrząc na Wschód” w coś bardziej komercyjnego, ale tego nie chcieliśmy. Postanowiliśmy, że będziemy działać odwrotnie: postawimy na jeszcze większą lokalność.
Duże zainteresowanie festiwalem Nowacki tłumaczy odczuwaną przez coraz liczniejszą grupę społeczeństwa tęsknotą za nieśpiesznością, za spokojem, który nie jest luksusem w krótkim okresie wakacji, ale czymś, co tworzy naszą codzienność, a czego można jeszcze doświadczyć w niektórych rejonach kraju. Historia Nowackiego to zresztą najlepsze potwierdzenie jego słów – współorganizator „Patrząc na Wschód” wyjechał z rodzinnej Wielkopolski, by po studiach we Wrocławiu i Glasgow osiąść na niedalekich od Suwalszczyzny Mazurach. Do Budy Ruskiej od dwunastu lat przyjeżdża z dwiema córkami, które również tworzą społeczność festiwalową, dorastają i rozwijają się razem z tym wydarzeniem. Z Radkiem rozmawiam w miejscu stanowiącym drugi plan festiwalu – to dalsza część podwórka, gdzie proste namioty służą jako zadaszenie, a scena na podwyższeniu jest przykryta dywanami, na których stoją dwa czerwone drewniane krzesła i pieńki pełniące funkcję stolików. To tutaj bije serce spotkań literackich, a słuchacze i słuchaczki prowadzonych rozmów zajmują miejsca na leżakach, kocach, pniach różnej wielkości lub bezpośrednio na trawie. Silnie odczuwana jest tu także bliskość Czarnej Hańczy, wyznaczającej z kolei ostatni, trzeci plan tego literackiego święta. Ścieżka, która biegnie obok sceny i prowadzi od brzegu rzeki do węższego przesmyku w głąb podwórka Malczewskich, to coś w rodzaju osobliwego wakacyjnego traktu. W ciągu kilku dni obserwuję ją z różnych punktów trawiastej widowni – tak szerokiej palety wzorów na ręcznikach i strojach kąpielowych nie widziałam na żadnym festiwalu literackim. Wspomnianą ścieżką bezustannie, a więc i w czasie spotkań, wędrują również czworonogi, których jest tu całkiem sporo (i które niekiedy głośno się ze sobą komunikują, ale wydaje się, że nikomu to nie przeszkadza). Zwierząt jest zresztą więcej. Na wysokości sceny po prawej stronie znajduje się staw, lekko ukryty za drzewami. Jak wspomina Piotr Malczewski, bywało, że wydarzeniom akompaniowały rechoczące żaby albo bóbr pałaszujący gałęzie – mieszkańcy oczka wodnego. „Ktoś z publiczności poprosił kiedyś, by zwiększyć nagłośnienie, ponieważ dźwięk kumkania zagłuszał trwające wówczas spotkanie” – dodaje ze śmiechem.
Obfitość wydarzeń literackich imponuje. Poza wspomnianym wcześniej blokiem tematycznym poświęconym historii, przyrodzie i kulturze Suwalszczyzny, Podlasia i Mazur w programie znalazły się również rozmowy o kwestiach związanych z obszarem Wschodu, między innymi z Kirgistanem, Kazachstanem, Iranem czy Bałkanami.
Dorota Filipiak, jedna z osób prowadzących spotkania, podróżniczka i autorka książek między innymi o Rumunii i Podlasiu Nadbużańskim, mówi:
Od kilku już lat przyjazd na festiwal właściwie stanowi dla mnie rytuał. Przyjeżdżamy z przyjaciółmi, żeby pobyć na Suwalszczyźnie i odwiedzić „Patrząc na Wschód”. To wspaniałe miejsce i nie potrafię sobie wyobrazić lepszej scenerii takiego wydarzenia. Wschód jest tutaj osią, celem, tematem – w czasie spotkań obracamy się wokół tego na rozmaite sposoby. Czasami ten Wschód trochę się nam przesuwa – rozmawialiśmy przecież choćby o Amazonii. Widzę ideę festiwalu, może się tu realizować szerokie spojrzenie na współczesny świat przez pryzmat kilku głównych wątków: historii, tradycji, podróży, ale też wyzwań współczesnego świata, takich jak zmiany klimatyczne, których temat był obecny w moich rozmowach.
Emilia Busłowicz opowiada, że do Budy Ruskiej przyjechała z niedalekiego Białegostoku. O festiwalu dowiedziała się siedem lat temu, a w tym roku po raz pierwszy zdecydowała się na uczestnictwo. Przyznaje, że przyciągnęła ją między innymi różnorodność zainteresowań i działań zapraszanych tu gości: podróżników, pisarzy. Zapytana o to, które ze spotkań zrobiło na niej największe wrażenie, Busłowicz stwierdza, że trudno wybrać jedno konkretne – wyróżnia rozmowę z Karoliną Cieślik-Jakubiak na temat Iranu czy tę dotyczącą książki Puszcza Augustowska… autorstwa Doroty i Grzegorza Zawadzkich.
To na pewno festiwal dla osób, które lubią dowiadywać się nowych rzeczy i cenią literaturę. Ze względów osobistych jest mi bliski – odbyłam sporo podróży: do Kazachstanu, Kirgistanu, Armenii, Azerbejdżanu. Jestem zachwycona poziomem prelegentów, autorów. Zainteresowanie festiwalem pokazuje, że mimo wszelkich możliwości, znajomości języków, mimo praktycznie nieograniczonego dostępu do materiałów internetowych czujemy głód spotkań na żywo. Sama chętnie słucham o miejscach, w których nie byłam, a do których chciałabym pojechać. Wysłuchane na żywo relacje przybliżają mnie do realizacji tych planów.
Podobnych głosów jest więcej – powtarzają się zwłaszcza te podkreślające różnorodność wydarzeń, ich potencjał rozbudzania w ludziach chęci do samodzielnego eksplorowania świata. Moi rozmówcy zwracają także uwagę na konieczność doceniania piękna przyrody i popularyzowania wiedzy o niej – o ochronie środowiska i korzyściach z niej płynących. Natura jest tutaj pełnoprawną bohaterką, nie tylko ze względu na oś tematyczną festiwalu.
Każdy dzień „Patrząc na Wschód” kończy się koncertem lub pokazem filmu korespondującego (kulturowo czy geograficznie) z północno-wschodnim zakątkiem kraju. Występy Oli Bilińskiej i Izy Lamik, Remigiusza Olszewskiego, a także Małgorzaty Makowskiej – która w fantastycznym stylu pokazuje, jak piękno Suwalszczyzny odzwierciedla się w muzyce ludowej – to spotkania pozostawiające uczestników i uczestniczki wydarzenia ze swoistym festiwalowym powidokiem emocjonalnym. Wracam do domu późną sierpniową nocą (chyba nigdzie nie ma tak gwiaździstego nieba jak tu!) i niosę w myślach żywe wspomnienie tej przygody. Fundament „Patrząc na Wschód” tworzą niezwykła wyobraźnia, ciekawość i rzadko spotykana dziś skromność – i to wydaje mi się najpiękniejsze.