Pieśni pogrzebowe zielonego raju

Apo­ka­lip­sa przy­cho­dzi swo­im zwy­cza­jem, pysz­niąc się poprze­dza­ją­cy­mi ją zna­ka­mi i unie­waż­nia­jąc dotych­cza­so­we regu­ły życia. Zagu­bio­na w lesie war­miń­ska wieś Sko­wy­cze zawo­dzi swo­je pie­śni pogrze­bo­we. Koń­czy się świat, choć nie wia­do­mo na pew­no, czy w ska­li glo­bal­nej czy jedy­nie w rze­czy­wi­sto­ści wyzna­czo­nej przez drze­wa na hory­zon­cie. Mimo to ludzie pozo­sta­ją ludź­mi: ktoś kocha, ktoś zdra­dza, jesz­cze inny robi naj­lep­sze inte­re­sy, wyko­rzy­stu­jąc koniunk­tu­rę stra­chu i roz­pa­sa­nia, dotych­cza­so­wy odlu­dek zosta­je lide­rem wspól­no­ty, ofia­ry zaś skła­da­ne są na coraz wymyśl­niej­sze spo­so­by. Tyl­ko kro­wy spo­koj­nie żują tra­wę, cze­ka­jąc na śmierć, ponie­waż życie kro­wy zawsze prze­cież koń­czy się śmier­cią – z ręki ludz­kiej albo wsku­tek apo­ka­lip­sy. Sło­wem: stan­dar­do­wy koniec świa­ta roz­pi­sa­ny zgod­nie z uni­wer­sal­nym sce­na­riu­szem. Swo­ją odręb­ną ścież­kę w tym wszyst­kim pró­bu­je wyty­czyć Łukasz Sta­ni­szew­ski w powie­ści Pie­śni łacia­tych krów.

Wiejski Noe z łomem w dłoni

Głów­ny boha­ter, Ber­nard Wit­ten, jest peł­no­krwi­stym anty­bo­ha­te­rem. Poryw­czy, by nie rzec: bru­tal­ny; jego pię­ści dys­ku­tu­ją szyb­ciej niż sło­wa. Uko­je­nie znaj­du­je jedy­nie wów­czas, gdy prze­by­wa wśród swo­ich krów. Doglą­da ich tro­skli­wie, wyci­sza się przy nich, ale tyl­ko po to, aby sprze­dać je rzeź­ni­ko­wi. Jeśli czy­tel­nik widzi tu brak kon­se­kwen­cji, to trze­ba powie­dzieć: tak, Wit­ten jest skon­flik­to­wa­ny wewnętrz­nie. Jego z tru­dem budo­wa­ny spo­kój (prze­cież nic tak nie koi ner­wów jak pobi­cie kogoś albo zaszlach­to­wa­nie zwie­rzę­cia) burzy duch zmar­łe­go ojca, któ­ry wyzna­cza nasze­go boha­te­ra na wiej­skie­go Noego. Na podwó­rzu swo­je­go gospo­dar­stwa Wit­ten sta­wia olbrzy­mi zbior­nik z wodą. Po ulew­nych desz­czach i pla­dze śli­ma­ków nad­cho­dzą upał i susza. Odlu­dek z pręd­ki­mi ręka­mi zosta­je zmu­szo­ny do przy­ję­cia roli patriar­chy wśród sza­le­ją­cej zara­zy. Żaden jed­nak z nie­go Moj­żesz czy Noe; Wit­ten z umie­ra­ją­cy­mi Sko­wy­cza­mi i powra­ca­ją­cy­mi z zaświa­tów posta­cia­mi tar­gu­je się zarów­no o pie­nią­dze, jak i o same­go sie­bie, swój świat i miłość – ta ostat­nia dwój­ka ma być usta­no­wio­na na jego wła­snych zasa­dach.

Tak w olbrzy­mim skró­cie wyglą­da zarys Pie­śni łacia­tych krów. Zagła­da doty­czy wsi, więc nie­mal na rów­nych pra­wach w powie­ści Sta­ni­szew­skie­go poja­wia się cały sze­reg posta­ci, któ­re kon­ku­ru­ją o uwa­gę czy­tel­ni­ków. Wyróż­nia­ją­cym się boha­te­rem jest tu dok­tor Pie­cho­wicz – mia­sto­wy, któ­ry przy­jeż­dża jak co roku, aby pie­lę­gno­wać swo­ją tajem­ni­cę. Na tle innych miesz­kań­ców wsi wyraź­nie odzna­cza się rów­nież ksiądz Pie­czon­ka, szu­ka­ją­cy pocie­sze­nia pośród piw­nicz­ne­go zbio­ru win. Ponie­waż apo­ka­lip­sa przy­cho­dzi do małej miej­sco­wo­ści, Sta­ni­szew­ski zaglą­da wszyst­kim w twa­rze. Pro­blem w tym, że nie­któ­re posta­cie są znacz­nie cie­kaw­sze od głów­ne­go (anty)bohatera. Powieść zysku­je zwłasz­cza w momen­tach, gdy Wit­te­no­wi zosta­je ode­bra­ny głos, a nar­ra­cję przej­mu­je ktoś inny. Bra­wu­ro­we są tu mono­lo­gi żony Ber­nar­da, Anny – na przy­kład ten frag­ment:

Sko­ro moja wola, to napisz, Kubuś, tak: Anna Wit­ten, zawód: kobie­ta prze­zna­czo­na do posłu­gi. Tak ma być. Słu­ży Bogu i mężo­wi. Żaden z nich jesz­cze do niej nie prze­mó­wił. Obaj muszą mieć też pro­ble­my z ocza­mi, bo nigdy nie dostrze­gli mojej krzyw­dy1.

Gdy­by obda­rzyć posta­cie dru­go­pla­no­we nie­co głęb­szym rysem psy­cho­lo­gicz­nym oraz oddać im głos, zapew­ne było­by cie­ka­wiej. W poli­fo­nicz­nej nar­ra­cji, któ­rą wpro­wa­dza Sta­ni­szew­ski, panu­je cha­os: nie wie­dzieć cze­mu Wit­ten w dru­giej czę­ści książ­ki mówi znacz­nie mniej, do gło­su docho­dzi Anna, za to posta­cie dok­to­ra i księ­dza jak­by zasty­ga­ją w bez­ru­chu. Ple­ja­da boha­te­rów zamiesz­ku­ją­cych Sko­wy­cze spra­wia wra­że­nie sta­ty­stów towa­rzy­szą­cych nad­cho­dzą­cej apo­ka­lip­sie, co jest nie­wia­ry­god­ne w małej miej­sco­wo­ści, gdzie wszy­scy się zna­ją i wszyst­ko o sobie wie­dzą. Bra­ku­je tak­że wyja­śnie­nia przy­czyn nad­cho­dzą­cej zagła­dy, przed któ­rą drży cała lokal­na spo­łecz­ność. Jedy­nym wytłu­ma­cze­niem jest frag­ment:

W nie­dzie­lę we Mły­nie gospo­da­rze się zasta­na­wia­li, czym mogli tak roz­gnie­wać swo­ją uko­cha­ną War­mię. Być może za czę­sto myśle­li tyl­ko o sobie. Od poko­leń razi­li meta­lo­wy­mi płu­ga­mi jej mięk­kie łono, dusi­li ją i topi­li w gów­nie. Zabi­ja­li bez opa­mię­ta­nia rośli­ny i sia­li coś, co w takiej ilo­ści ani w jed­nym miej­scu nigdy nie rosło. Hodo­wa­li zwie­rzę­ta, żeby je zjeść albo wyko­rzy­stać. Bez cie­nia lito­ści ani zro­zu­mie­nia, śle­pi na zwie­rzę­cą roz­pacz2.

Powra­ca­ją­cy motyw apo­ka­lip­sy z powta­rza­nym pyta­niem „za jakie grze­chy?” jakoś trud­no potrak­to­wać poważ­nie. Zastrze­że­nia budzą sprzecz­ność logicz­na w nar­ra­cji (gospo­da­rze tak kocha­li swo­ją kra­inę, że zaora­li ją na śmierć) oraz banal­nie wszę­do­byl­ski opis wyrzą­dzo­nej krzyw­dy. Tak dzie­je się wszę­dzie, więc nie wia­do­mo, dla­cze­go jedy­nie War­mia pod­nio­sła rękę na swój lud, a Mazow­sze, Wiel­ko­pol­ska i Śląsk już nie.

Fabu­ła jest więc nie­skom­pli­ko­wa­na, a wyj­ście z sytu­acji (lub jego brak) zale­ży od inter­pre­ta­cji czy­tel­ni­ka: pod tym wzglę­dem tekst Sta­ni­szew­skie­go jest dość otwar­ty. Inter­pre­ta­cję roli tytu­ło­wych krów (czyż­by meta­fo­ra ludzi potul­nie idą­cych na rzeź? ucie­le­śnie­nie ducho­wej siły przy­ro­dy idą­cej cał­kiem dosłow­nie na rzeź? zanik sacrum, sko­ro nie raz i nie dwa poja­wia się odnie­sie­nie do świę­to­ści krów?) autor rów­nież zosta­wił czy­ta­ją­ce­mu. Podob­nie finał – albo prze­ko­na czy­tel­ni­ka, albo nie, sam w tym miej­scu muszę zawie­sić swój głos recen­zenc­ki, aby nicze­go nie zdra­dzić.

Warmia jaka jest, każdy widzi

Ponie­waż całość zmie­rza do koń­ca świa­ta, a tajem­nic wyja­wić nie mogę, war­to zwró­cić uwa­gę na wszę­do­byl­skie­go boha­te­ra, czy­li War­mię. Sta­ni­szew­ski przed­sta­wia ją dwo­ja­ko: poda­jąc zda­nia-defi­ni­cje war­miń­sko­ści oraz korzy­sta­jąc z bogac­twa wie­rzeń i podań ludo­wych. Opi­sy­wa­nie genius loci to zada­nie kar­ko­łom­ne, łatwo tu o potknię­cie. Defi­ni­cji War­mii w Pie­śniach… jest bar­dzo wie­le. Już na pierw­szych stro­nach znaj­du­je­my opis:

War­mia nie ma jasno wyzna­czo­nych gra­nic, cho­ciaż wszy­scy są świa­do­mi, kie­dy prze­kra­cza­ją gra­ni­ce. A każ­dy w niej zako­cha­ny nie wie, za co ją kocha3.

To pięk­ne sło­wa, w swo­jej enig­ma­tycz­no­ści wyra­ża­ją­ce, że nie spo­sób opi­sać Kra­iny Tysią­ca Jezior. I może gdy­by Sta­ni­szew­ski pozo­stał przy tej tajem­ni­czo­ści wypo­wie­dzi, było­by lepiej. Im dłu­żej jed­nak czy­ta­my, tym wię­cej znaj­du­je­my defi­ni­cji. Poni­żej przy­ta­czam kil­ka wybra­nych:

War­mia jest tak­że zawsze nie­zmien­na. Tak jak kro­pla wody, któ­ra może zmie­nić swój kolor i kształt, ale ani przez chwi­lę nie prze­sta­je być sobą4.

 

Ludzie na War­mii mają dusze ule­pio­ne z gli­ny. Ta, któ­ra nale­ża­ła do Anny Wit­ten, była zwar­ta i nie prze­pusz­cza­ła świa­tła5.

 

Cza­sa­mi na War­mii wyklu­je się takie pisklę, któ­re oka­że się ptasz­kiem bar­dziej kolo­ro­wym i zgrab­niej­szym od innych. Tym razem War­mia wybra­ła sobie do tego Mir­kę6.

 

Na szczę­ście uro­dził się na War­mii, tu do narze­ka­nia zawsze znaj­dzie się powód7.

Przy­kła­dy tego rodza­ju moż­na wymie­niać jesz­cze dłu­go. Im jed­nak wię­cej takich dookre­śleń, tym mniej­sza jest ich siła wyra­zu, a ta mia­ła prze­cież wyróż­niać opi­sy­wa­ną kra­inę spo­śród pozo­sta­łych. Zresz­tą żeby nie być goło­słow­nym, pro­po­nu­ję eks­pe­ry­ment: zamień­my sło­wo „War­mia” na nazwę dowol­nej kra­iny geo­gra­ficz­no-histo­rycz­nej, a oka­że się, że cyto­wa­ne frag­men­ty rów­nie dobrze pasu­ją do Kujaw, Mało­pol­ski, a może nawet do odle­głych tere­nów zamor­skich.

Okładka książki Łukasza Staniszewskiego pod tytułem „Pieśni łaciatych krów”.
Łukasz Staniszewski, „Pieśni łaciatych krów”, Kraków: Znak, 2025.

Czy straszy to, co straszy?

Sta­ni­szew­ski zapeł­nia swo­ją powieść posta­cia­mi fan­ta­stycz­ny­mi, któ­re wywo­dzą się z folk­lo­ru war­miń­skie­go. Pierw­sze skrzyp­ce gra­ją tu dydu­ki (wyda­je mi się, że jest to jakaś odmia­na dybu­ka), zmar­li, Jajo­żer pory­wa­ją­cy dzie­ci (czy­tel­nik nie­raz zadrży przy lek­tu­rze opi­su tej posta­ci). Kata­log tych istot jest obszer­ny, w rezul­ta­cie wybór sta­je się dowol­ny. Zasta­na­wiać może brak tak cha­rak­te­ry­stycz­nych dla folk­lo­ru stwo­rzeń, jak kło­buk, smę­tek czy top­nik (topich). Nie­mniej demo­no­lo­gia ludo­wa na War­mii jest nie­zmier­nie roz­wi­nię­ta, dla­te­go niech każ­dy ma swo­ich ulu­bień­ców – aku­rat o to nie ma sen­su kru­szyć kopii.

Dydu­ki na kar­tach powie­ści wcho­dzą w boha­te­rów, a cza­sem przej­mu­ją nad nimi kon­tro­lę. Tak przy­naj­mniej wyda­je się posta­ciom stwo­rzo­nym przez Sta­ni­szew­skie­go. Jest tu pole do roz­wa­żań nad tym, czy czło­wiek pono­si odpo­wie­dzial­ność ze swo­je czy­ny czy może jest mario­net­ką w rękach sił ducho­wych. I choć znaj­du­je­my w książ­ce przej­mu­ją­cą sce­nę uka­zu­ją­cą wypę­dza­nie dydu­ka, to odno­szę wra­że­nie, że obec­ność duchów (podob­nie jak dia­błów wiszą­cych na sutan­nie księ­dza) w rze­czy­wi­sto­ści nie­wie­le zmie­nia. Boha­te­ro­wie i tak zro­bią to, co mie­li zro­bić, zwłasz­cza że nie roz­ma­wia­ją ani z dydu­ka­mi, ani z dia­bła­mi, nie sza­mo­czą się z nimi, a towa­rzy­stwo owych nie­zwy­kłych istot trak­tu­ją raczej jak objaw gry­py z powi­kła­nia­mi niż prze­strzeń moral­nych zapa­sów o duszę.

Z Małych Gróz do Skowycz i z powrotem

Pie­śni łacia­tych krów pozo­sta­wia­ją czy­tel­ni­ka w roz­dar­ciu. Być może oce­na była­by łatwiej­sza, gdy­by nie nad­gor­li­wość wydaw­cy. Chęć jak naj­lep­sze­go wypro­mo­wa­nia i sprze­da­nia książ­ki osta­tecz­nie poskut­ko­wa­ła niedź­wie­dzią przy­słu­gą wyświad­czo­ną pisa­rzo­wi. Prze­do­brzo­ny dobór blur­bów wpły­wa nega­tyw­nie na odbiór powie­ści. Auto­ra­mi ręczą­cy­mi za jakość dzie­ła olsz­tyń­skie­go pisa­rza są tutaj Mał­go­rza­ta Leb­da8 oraz Radek Rak. Pisa­rze feno­me­nal­ni, bez cie­nia wąt­pli­wo­ści. Pro­blem w tym, że ile­kroć będzie­my czy­tać Pie­śni łacia­tych krów, tyle­kroć – siłą rze­czy – będzie­my porów­ny­wać je z Łako­my­mi czy choć­by z Baśnią o wężo­wym ser­cu… W trak­cie lek­tu­ry ten dyso­nans zacznie coraz wyraź­niej się umac­niać, nie­ja­ko auto­ma­tycz­nie pro­wa­dząc do roz­wa­żań o tym, gdzie na mapie lite­rac­kiej znaj­du­ją się Leb­da i Rak, a gdzie Sta­ni­szew­ski. Kolej­na niedź­wie­dzia przy­słu­ga to opis wydaw­cy, pró­bu­ją­ce­go wylan­so­wać nowe okre­śle­nie, jakim jest „war­miń­sko-magicz­na” powieść. W tym rado­snym sło­wo­twór­stwie uda­ło się zawrzeć wszyst­kie moż­li­we błę­dy. Jest tu wyczu­wal­na pró­ba lite­rac­kie­go żon­glo­wa­nia nazwą War­mii i Mazur: wpraw­dzie dru­ga część owej nazwy zosta­je zastą­pio­na czło­nem odsy­ła­ją­cym do nie­sa­mo­wi­to­ści, ale nie­zmien­nie roz­po­czy­na się od lite­ry „m”. Jest to więc zupeł­nie sztucz­ny twór języ­ko­wy, podob­nie jak sfor­mu­ło­wa­nia „lite­ra­tu­ra war­szaw­sko-kry­mi­nal­na”, „ślą­sko-gór­ni­cza” czy „czę­sto­chow­sko-dewo­cyj­na”. Pozwo­li­łem sobie wymy­ślić powyż­sze nazwy, podą­ża­jąc tą samą dro­gą co wydaw­ca książ­ki i ubi­ja­jąc ścież­kę ste­reo­ty­pu. Tak naj­czę­ściej „cen­tra­la lite­rac­ka” postrze­ga War­mię i Mazu­ry – jako nie­śmier­tel­ny topos drew­nia­ne­go domu nad cichym roz­le­wi­skiem.

Z pew­no­ścią Sta­ni­szew­ski jest świet­ny w dia­lo­gach (choć­by sce­ny z wizyt lekar­skich iskrzą się życiem). Tutaj czuć wyjąt­ko­wy słuch auto­ra, z powo­dze­niem two­rzą­ce­go sce­na­riu­sze słu­cho­wisk radio­wych i przed­sta­wień teatral­nych. Powieść rzą­dzi się jed­nak inny­mi pra­wa­mi: wyma­ga utrzy­ma­nia tem­pa, roz­wo­ju posta­ci, zacho­wa­nia spój­no­ści nar­ra­cji. Po lek­tu­rze odno­si się wra­że­nie, że to, co uda­ło się w debiu­tanc­kich Małych Gro­zach – lek­kość, baj­ko­wość, natu­ral­ność opi­su – nie zmie­ści­ło się w Pie­śniach łacia­tych krów. Czy jest to sku­tek gra­nia tymi samy­mi kar­ta­mi, czy­li moty­wa­mi dosko­na­le już zna­ny­mi? Raczej nie; wyda­je się, że for­ma krót­sza jest tą, nad któ­rą Sta­ni­szew­ski panu­je nie­po­dziel­nie, szczo­drze roz­da­jąc humor, para­doks, ele­ment zasko­cze­nia i nie­ba­nal­ną nutę reflek­sji. Z tego wła­śnie wzglę­du opusz­czam Sko­wy­cze i uda­ję się do Małych Gróz – wieś niby sąsied­nia, ale jak­by zupeł­nie inna.

 

1 Ł. Sta­ni­szew­ski, Pie­śni łacia­tych krów, Kra­ków: Znak, 2025, s. 332.

2 Tam­że, s. 50–51.

3 Tam­że, s. 15.

4 Tam­że.

5 Tam­że, s. 83.

6 Tam­że, s. 103.

7 Tam­że, s. 168.

8 W recen­zjach rzad­ko poświę­ca się miej­sce na omó­wie­nie jako­ści – wła­śnie tak – lite­rac­kich blur­bów. Czy mają one war­tość (prze­sła­nie) czy są tyl­ko opi­nia­mi, któ­re nabie­ra­ją war­to­ści dzię­ki wid­nie­ją­cym pod nimi nazwi­skom? Zasta­na­wiam się, czy kry­ty­ka lite­rac­ka powin­na się­gać do zdań wid­nie­ją­cych na okład­kach. Mał­go­rza­ta Leb­da pisze o książ­ce Sta­ni­szew­skie­go: „Oto pre­cy­zyj­ny spis czło­wie­czych sił, sła­bo­ści, żądz i lęków”. Nie trze­ba być szcze­gól­nie oczy­ta­nym, by wie­dzieć, że spis tego rodza­ju nigdy nie będzie pre­cy­zyj­ny.

 

– poeta i eseista.

więcej →

Fallback Avatar

– pisarz, dramaturg i autor słuchowisk radiowych.

więcej →

Powiązane teksty