Rzeka pełna duchów

Głod­ne duchy to dosko­na­le skon­stru­owa­na powieść Kevi­na Jare­da Hose­ina, uro­dzo­ne­go w 1986 roku kara­ib­skie­go pisa­rza, auto­ra mię­dzy inny­mi Lit­tle­town Secrets, The Repen­ters, The Beast of Kukuyo, nie­tłu­ma­czo­nych na pol­ski powie­ści dla dzie­ci i mło­dzie­ży. Głod­ne duchy zosta­ły w 2024 roku nagro­dzo­ne pre­sti­żo­wą The Wal­ter Scott Pri­ze for Histo­ri­cal Fic­tion i uzna­ne za „wie­lo­po­zio­mo­wą opo­wieść, utka­ną ze zręcz­no­ścią i alche­mią wła­ści­wą praw­dzi­we­mu gawę­dzia­rzo­wi”1. Tytuł powie­ści odno­si się mię­dzy inny­mi do sta­rych hin­du­istycz­nych wie­rzeń, zgod­nie z któ­ry­mi ludzie po śmier­ci zamie­nia­ją się w pre­ta – isto­ty o nie­wiel­kich ustach i ogrom­nym ape­ty­cie.

Hose­in osa­dził swój utwór w Try­ni­da­dzie lat czter­dzie­stych XX wie­ku. To czas, w któ­rym domi­na­cja kolo­nial­na zaczy­na ero­do­wać, a wła­dza – mię­dzy inny­mi po fali straj­ków robot­ni­czych sta­no­wią­cych efekt zamie­szek – zosta­je prze­ka­za­na miesz­kań­com wyspy, nie­po­tra­fią­cym odna­leźć się w nowych realiach. Jed­no­cze­śnie kolo­nial­na sce­no­gra­fia pozo­sta­je, rzecz jasna, nie do rusze­nia: fla­gi modli­tew­ne jhan­di nadal są stop­nio­wo zastę­po­wa­ne przez krzy­że i igli­ce, dzie­ci w szko­le wciąż uczą się na pamięć Ele­gii napi­sa­nej na wiej­skim cmen­ta­rzu Tho­ma­sa Graya, żony plan­ta­to­rów wypo­czy­wa­ją przy dźwię­kach ame­ry­kań­skie­go słu­cho­wi­ska The Gre­en Hor­net, mał­żeń­stwa zawar­te „sta­rym hin­du­skim zwy­cza­jem”2 w świe­tle pra­wa oka­zu­ją się nie­waż­ne, ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze mogą bez­kar­nie mor­do­wać pra­cow­ni­ce sek­su­al­ne, a wnę­trza zamoż­nych domów zdo­bi „zle­pek przy­pad­ko­wych przed­mio­tów – były wśród nich rze­czy impor­to­wa­ne, kolo­nial­ne, post­ko­lo­nial­ne, przed­wo­jen­ne, ład­ne, zło­te, czer­wo­ne, błysz­czą­ce. Wszyst­ko to razem wyglą­da­ło nie­zbor­nie i odra­ża­ją­co”3. O atmos­fe­rze lat 40. XX wie­ku wspo­mi­na mię­dzy inny­mi V.S. Naipaul w Podró­ży kara­ib­skiej:

Nacjo­na­lizm był na Try­ni­da­dzie nie­moż­li­wy. W spo­łe­czeń­stwie kolo­nial­nym każ­dy musiał wal­czyć sam o swo­je, każ­dy musiał chwy­tać się tej god­no­ści i wła­dzy, na jaką mu pozwa­la­no; nie poczu­wał się do lojal­no­ści wobec swo­jej gru­py. Żeby to zro­zu­mieć, trze­ba sobie uzmy­sło­wić poli­tycz­ną nędzę, jaka zapa­no­wa­ła na Try­ni­da­dzie w 1946 roku, kie­dy bez uprzed­niej agi­ta­cji spo­łecz­nej wpro­wa­dzo­no powszech­ne pra­wo wybor­cze. Przy­wi­lej zasko­czył lud­ność. Sta­re posta­wy prze­trwa­ły; rząd był czymś odle­głym, lokal­ne zaszczy­ty mia­no w pogar­dzie. […] Nie było par­tii, tyl­ko jed­nost­ki. Korup­cja, jak moż­na się spo­dzie­wać, wzbu­dza­ła tyl­ko roz­ba­wie­nie, a nawet pew­ną apro­ba­tę: Try­ni­dad zawsze podzi­wiał „ostry cha­rak­ter”, któ­re­mu, niczym szes­na­sto­wiecz­ne­mu łotrzy­ko­wi z hisz­pań­skiej lite­ra­tu­ry, dzię­ki spry­to­wi uda­je się prze­żyć i zwy­cię­żyć w miej­scu, gdzie panu­je prze­ko­na­nie, że wybić się moż­na tyl­ko nie­uczci­wą dro­gą4.

Brak poczu­cia wspól­no­ty wią­że się w Głod­nych duchach z rażą­cy­mi nie­rów­no­ścia­mi zarów­no mię­dzy poszcze­gól­ny­mi kla­sa­mi, jak i obrę­bie tej samej gru­py spo­łecz­nej. Boha­te­ra­mi są tu z jed­nej stro­ny głod­ni inne­go życia miesz­kań­cy bara­ków w slum­sach nie­opo­dal fik­cyj­nej, nad­rzecz­nej miej­sco­wo­ści Bell Vil­la­ge, z dru­giej zaś – zamoż­ni wła­ści­cie­le góru­ją­cej nad slum­sa­mi far­my, a tak­że inspek­tor poli­cji czy nasto­lat­ko­wie z tak zwa­nej lep­szej oko­li­cy. W jed­nym z wywia­dów Hose­in wspo­mi­na, że chciał „stwo­rzyć histo­rię z per­spek­ty­wy bara­ku, nie o bry­tyj­skim kolo­nia­li­zmie, lecz o tym, co sami sobie robi­my w jego następ­stwie”5. W tym celu poka­zu­je dys­pro­por­cje mię­dzy poszcze­gól­ny­mi gru­pa­mi, zarów­no w makro‑, jak i mikro­ska­li. Ludzie z bara­ków przed­sta­wia­ni są nie­mal jak człon­ko­wie rodzi­ny Kim z Para­si­te Bon­ga Joon-ho (2019), pomi­mo dzie­lą­ce­go tych boha­te­rów znacz­ne­go dystan­su cza­so­we­go i prze­strzen­ne­go: mówi się, że „wcie­ra­ją w skó­rę plu­skwy i kro­wie siki”6, a w szko­le zara­ża­ją wsza­wi­cą. Zza bla­sza­nych ścian sły­chać bez prze­rwy ich wymio­tu­ją­cą cię­żar­ną sąsiad­kę. Woda kapie z sufi­tu nawet przy naj­mniej­szym desz­czu. Świe­żo wypcha­ne włók­nem koko­so­wym mate­ra­ce szyb­ko zaczy­na­ją gnić. To „[m]iejsce egzy­sten­cji niż­sze­go rzę­du”7. Ci, któ­rzy mie­li tro­chę wię­cej szczę­ścia, słu­cha­ją w wol­nych chwi­lach Elli Fit­zge­rald, parzą cej­loń­ską her­ba­tę, dosta­ją na świę­ta Boże­go Naro­dze­nia od misjo­na­rzy z Nowej Szko­cji zestaw do szy­cia Lit­tle Tra­ve­lers oraz loko­mo­ty­wę, prze­cha­dza­ją się po plu­szo­wych dywa­nach w kwie­ci­ste wzo­ry i mogą – nie nara­ża­jąc się na peł­ne obrzy­dze­nia spoj­rze­nie – kupo­wać obsy­pa­ne cukrem bułecz­ki cyna­mo­no­we.

Okładka książki Kevina Jareda Hoseina pod tytułem „Głodne duchy”.
Kevin Jared Hosein, „Głodne duchy”, tłum. Zofia Szachnowska-Olesiejuk, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2025.

Na tym tle zawią­zu­je się akcja powie­ści: pew­ne­go dnia nie­mal bez śla­du zni­ka Dal­ton Chan­go­or, lokal­ny bogacz z „ostrym cha­rak­te­rem” (miej­sco­wi są prze­ko­na­ni, że mają­tek jest „ochrzczon[y] czy­stym złem. Ale jakim kon­kret­nie – złem baro­nów nar­ko­ty­ko­wych ze stocz­ni, prze­myt­ni­ków zza Zato­ki, ducha bacoo z rze­ki Bur­ro-Bur­ro w Guja­nie – tego nikt nie potra­fił powie­dzieć”8). Jego żona, Mar­lee Chan­go­or, fem­me fata­le z tajem­ni­czą prze­szło­ścią, oba­wia­jąc się o swo­je życie, pro­po­nu­je jed­ne­mu z zaufa­nych ludzi Dal­to­na, Han­so­wi Saro­opo­wi, pra­cę w cha­rak­te­rze stró­ża noc­ne­go. Męż­czy­zna, miesz­ka­niec bara­ku, przyj­mu­je ofer­tę, mimo pew­nych obiek­cji Szu­ety, jego żony: przy­pływ gotów­ki ma pozwo­lić rodzi­nie Saro­opów na kup­no wła­snej dział­ki i wypro­wadz­kę ze slum­sów. Marze­nie o wła­snym domu sta­no­wi zresz­tą jeden z częst­szych moty­wów w lite­ra­tu­rze kara­ib­skiej9. Judy Ray­mond wią­że je z „tęsk­no­tą za przy­na­leż­no­ścią”10. W Głod­nych duchach ta nie­win­na tęsk­no­ta uru­cha­mia, niczym w tra­ge­dii grec­kiej, lawi­nę potwor­nych zda­rzeń, któ­re mają szcze­gól­ny wpływ na miesz­ka­ją­cych w bara­kach nasto­lat­ków: Krysz­nę Saro­opa, syna Szu­ety i Han­sa, jego kuzy­na – Tara­ka oraz zaprzy­jaź­nio­nych z nimi szem­ra­nych Rudrę i Rusta­ma Lakha­nów, a tak­że ich sąsiad­kę Latę. Powieść roz­po­czy­na się od przy­się­gi krwi Krysz­ny, Tara­ka, Rudry i Rusta­ma, któ­rzy swo­je­mu przy­mie­rzu nada­ją nazwę cor­be­au, od „wiel­kie­go kru­ka padli­no­żer­cy, pta­ka, któ­ry by prze­trwać, kar­mi się tym, co mar­twe”11. Cor­be­au powra­ca zresz­tą niczym posęp­ny refren: peł­ni tu funk­cję sym­bo­lu tego, co odrzu­ca­ją­ce i odrzu­co­ne.

Hose­in nakła­da ten mrocz­ny kra­jo­braz socjo­kul­tu­ro­wy12 na dosko­na­le opi­sa­ny, jed­no­cze­śnie raj­ski i pie­kiel­ny kra­jo­braz natu­ral­ny, gwał­tow­nie zanu­rza­jąc (topiąc) w nim czy­tel­ni­ków już w pierw­szym roz­dzia­le powie­ści:

Wyobraź sobie „en ple­in air” – mówi nar­ra­tor – wszyst­kie odcie­nie zie­le­ni prze­siąk­nię­tej cyno­brem, czer­wie­nią, fio­le­tem i ochrą. Wyobraź sobie to, co dobrzy ludzie nazy­wa­ją tra­wą cytry­no­wą, gorz­kim melo­nem, bzem pie­przo­wym, mimo­zą wsty­dli­wą, bigno­nią, czar­nym drze­wem oliw­nym, drze­wem trą­bo­wym, kol­czo­chem […]. Wyobraź sobie spi­ra­le liści cur­ry, namo­rzy­ny krzy­żu­ją­ce swo­je korze­nie w wyschnię­tym bagnie, bastio­ny trzci­ny cukro­wej, gną­cej się i cią­gną­cej rów­no­mier­nie aż po hory­zont, odór siar­cza­nu amo­nu uno­szą­cy się w powie­trzu, różo­we ser­ca kala­dium, biją­ce i koły­szą­ce się pomię­dzy spa­lo­ny­mi słoń­cem strze­cha­mi magno­lii ogór­ko­wej […]13.

Głod­nych duchach nie­zli­czo­ne14 nazwy (w więk­szo­ści) nie­wy­stę­pu­ją­cych w Euro­pie roślin pro­wo­ku­ją do two­rze­nia lite­rac­kie­go try­ni­dadz­kie­go her­ba­rium i spo­wal­nia­ją lek­tu­rę: trud­no powstrzy­mać się od spraw­dza­nia, jak wyglą­da­ją owo­ce śliw­ca słod­kie­go (jak świe­że orze­chy wło­skie), jak brzmi pra­wi­dło­wa nazwa drze­wa desz­czo­we­go (albi­cja saman) i czy pigwi­ca rodzi jadal­ne owo­ce (tak). Przy­ro­da nie sta­no­wi tu wyłącz­nie sce­no­gra­fii: jest obec­na w życiu boha­te­rów, nie­kie­dy je ratu­jąc, znacz­nie czę­ściej – odbie­ra­jąc. Zło­wro­ga i obo­jęt­na siła natu­ry poja­wia się już na począt­ku powie­ści: w rze­ce, któ­ra wez­bra­ła wsku­tek noc­nej ule­wy, Mar­lee Chan­go­or odnaj­du­je cia­ło uto­pio­ne­go psa (ostrze­gam – nie jest to nie­ste­ty jedy­ny pies tra­cą­cy w Głod­nych duchach życie). W jed­nym z przy­wo­ła­nych już wywia­dów Hose­in mówi:

Sku­pia­łem się […] przede wszyst­kim na zja­wi­skach kli­ma­tycz­nych, flo­rze i fau­nie, i samym kra­jo­bra­zie. Chcia­łem, by to miej­sce sta­ło się nie­za­leż­nym boha­te­rem obo­jęt­nym wobec ludzi, ale jed­no­cze­śnie obec­nym w ich życiu. Myśla­łem o powo­dzi i ulew­nych desz­czach jako boha­te­rach15.

Zapro­po­no­wa­na przez Hose­ina kon­struk­cja rze­ki jako nie­oso­bo­wej boha­ter­ki wpi­su­je się w jeden z czte­rech dostrze­żo­nych przez Annę Barcz spo­so­bów opi­sy­wa­nia rzek i jej wyle­wów: mamy tu do czy­nie­nia z „aktyw­no­ścią rze­ki”, któ­ra wła­da nad miesz­kań­ca­mi16. Choć pozwa­la wybra­nym prze­żyć (poma­ga zaspo­ko­ić głód, gdy wyrzu­ca na pły­ci­znę tila­pie i kiry­śni­ki), to wła­śnie ona pochła­nia naj­wię­cej ist­nień ludz­kich: „W jed­nym miej­scu rze­ka była aż czar­na od dzie­cię­cych pro­chów. Tak­że Hemy, jej cór­ki. Dziew­czyn­kę zabił mikrob z wody. Wpły­nął do wnę­trza cia­ła i już tam został. Tak mówi­li”17. Dla Hose­ina to wła­śnie przy­wo­ły­wa­na przez jego dziad­ka histo­ria zwią­za­na z rze­ką była impul­sem do napi­sa­nia powie­ści:

Po każ­dym desz­czu dro­gi zamie­nia­ły się w rze­ki, moż­na było pły­wać po nich łód­ka­mi, by odpro­wa­dzić dzie­ci do szko­ły, a gdy woda opa­da­ła, pozo­sta­wa­ły na nich dziu­ry wypeł­nio­ne bło­tem. […] Dzia­dek opo­wia­dał, że pew­ne­go razu po desz­czu jed­na z [żon nad­zor­ców – uzup. J.D.] szła błot­ni­stą dro­gą, cała ubra­na na bia­ło, aż nagle potknę­ła się i upa­dła twa­rzą w dziu­rę wypeł­nio­ną błot­ni­stą wodą. Nie było­by w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, gdy­by jed­no z dzie­ci nie zaśmia­ło się z niej, kie­dy się pod­no­si­ła. Wte­dy przy­się­gła, że cała wio­ska, w któ­rej wycho­wy­wa­li­śmy się mój dzia­dek i ja, zosta­nie zrów­na­na z zie­mią18.

Żywo zapa­mię­ta­ny przez dziad­ka pisa­rza obraz wra­ca w powie­ści jak spóź­nio­ne fatum. Wzbie­ra­ją­ca rze­ka to naj­głod­niej­szy z duchów.

 

1 Kevin Jared Hose­in wins 2024 Wal­ter Scott Pri­ze for ‘many-lay­ered tale’ of 1940s colo­nial Tri­ni­dad, onli­ne: https:// https://https://www.walterscottprize.co.uk/kevin-jared-hosein-wins-2024-walter-scott-prize-for-many-layered-tale-of-1940s-colonial-trinidad/ [dostęp: 28.09.2020].

2 K.J. Hose­in, Głod­ne duchy, tłum. Z. Szach­now­ska-Ole­sie­juk, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2025, s. 169.

3 Tam­że, s. 28.

4 V.S. Naipaul, Podróż kara­ib­ska do pię­ciu spo­łe­czeństw kolo­nial­nych, tłum.  M. Ochab, War­sza­wa: Noir sur Blanc, 2005, s. 106–107.

5 M. Nogaś, K.J. Hose­in, Wszyst­kie książ­ki świa­ta. Wypra­wa na Kara­iby – tam, gdzie duchy prze­szło­ści wciąż są głod­ne. Roz­mo­wa z Jare­dem Kevi­nem Hose­inem, Pol­skie Radio, onli­ne: https://www.polskieradio.pl/trojka/podcasty/wszystkie-ksiazki-swiata,384/odcinek/wyprawa-na-karaiby-tam-gdzie-duchy-przeszlosci-wciaz-sa-glodne-rozmowa-z-kevinem-jaredem-hoseinem,ee91439f-027a-4464-b076-254c5f1388a9 [dostęp: 22.12.2025].

6 K.J. Hose­in, Głod­ne duchy…, s. 235.

7 Tam­że, s. 14.

8 Tam­że, s. 34.

9 J. Ray­mond, Lon­ging for Life of Hosein’s Hun­gry Gho­sts, „Tri­ni­dad and Toba­go News­day”, onli­ne: https://newsday.co.tt/2023/02/12/longing-for-life-of-hoseins-hungry-ghosts/ [dostęp:22.12.2025].

10 Tam­że.

11 Zasta­na­wia mnie wybór tłu­macz­ki – cor­be­au to sęp czar­ny, gatu­nek o wie­le bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny dla Ame­ry­ki Połu­dnio­wej niż kruk.

12 Zob. K.J. Hose­in, Głod­ne duchy…, s. 515.

13 Tam­że, s. 14–15.

14 To nie do koń­ca praw­da – w trak­cie lek­tu­ry nali­czy­łam co naj­mniej trzy­dzie­ści osiem gatun­ków samych roślin.

15 M. Nogaś, K.J. Hose­in, Wszyst­kie książ­ki świa­ta. Wypra­wa na Kara­iby…

16 Badacz­ka pisze: „sto­su­nek do rze­ki i jej wyle­wów jest roz­pa­try­wa­ny na czte­rech płasz­czy­znach: rze­ka nie daje się kon­tro­lo­wać (bez­bron­ność ludzi); rze­kę trze­ba kon­tro­lo­wać i jest to moż­li­we (adap­ta­cja ludzi zakła­da bez­bron­ność rze­ki); rze­ka wła­da nami (aktyw­ność rze­ki)”. Ana­li­za tek­stów lite­rac­kich z uwzględ­nie­niem tych płasz­czyzn może, zda­niem Barcz, pomóc „połą­czyć to, co nale­ży do porząd­ku antro­po­cen­trycz­nej wie­dzy, z nie­an­tro­po­cen­trycz­ną i wycią­gnąć wnio­ski prze­kła­dal­ne na prak­ty­kę spo­łecz­ną” (A. Barcz, O rze­ce, któ­ra wyle­wa. Lite­ra­tu­ra i nowa pamięć o powo­dzi, „Tek­sty Dru­gie” 2017, z. 1, s. 384).

17 K.J. Hose­in, Głod­ne duchy…, s. 69.

18 M. Nogaś, K.J. Hose­in, Wszyst­kie książ­ki świa­ta. Wypra­wa na Kara­iby…

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

17.08.2026 Recenzje

Trochę się zestarzejemy, trochę nie

Stara kobiecość budzi przerażenie i lęk. Ale sama kobiecość ma w sobie wiele cech, które są przypisywane starości. Segal wymienia wśród nich empatię, kruchość, znoszenie częstych upokorzeń, ponoszenie trudu opieki nad innymi – o książce Lynne Segal pisze Olga Sabała.

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

14.08.2026 Szkice

Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.