Aleksandra Byrska – doktorka nauk humanistycznych, poetyckiej bańce znana już od dłuższego czasu (i to nie tylko jako współzałożycielka Sfingi) – debiutuje tomem Kalcyt. Tomem bardzo ciekawym, wywodzącym się z podobnych rejestrów co wczesna twórczość Anny Adamowicz (zwłaszcza Wątpia i Animalia). O ile jednak Adamowicz poruszała się przede wszystkim w królestwie zwierząt, o tyle Byrska dobrze się czuje raczej w środowisku roślin i skał. W tym debiucie splatają się dwa porządki: paleontologiczny oraz historyczny. Świat natury interesuje Byrską z powodu jego potencjału historiotwórczego. Książka zresztą nawet pod względem estetyki wpisuje się w podjęte tropy – począwszy od okładki, nawiązującej do skamieliny, na konsekwentnie stosowanej kolorystyce skończywszy. Aesthetically pleasing – i to nawet dla mnie, choć jestem raczej maksymalistką. Naprawdę przemyślany design.
Nauka o ziemi, nauka o przeszłości
Poezja Byrskiej jest dosłownie przyziemna (niezwykle odświeżające doznanie). Autorka wszelkie ślady pozostawia z rozmysłem, sytuując się świadomie na osi czasu między „było” a „będzie”, podporządkowując działania twórcze nadrzędnej idei ciągłości. To, co pozostaje po nas najdłużej w jak najmniej zmienionej formie (uprasza się czytelnika o przypomnienie sobie tytułu omawianego debiutu), musi być stabilne. W innym przypadku najczęściej dochodzi do jakiejś zmiany, zastąpienia pierwotnego materiału albo ledwie odciśnięcia formy wyjściowej. Jeśli poezja zatem ma przetrwać, konieczne są równowaga, konsekwencja, siła (wyrazu?). Nie wylatuj nad poziomy – stąpaj twardo. Tak się powinno myśleć o literaturze.
Zestawienie praw rządzących przyrodą, którym musimy się podporządkować, z naukami społecznymi czy humanizmem – lub, mówiąc inaczej, sytuowanie się wobec zewnętrznych ograniczeń oraz reguł narzucanych od wewnątrz – pozwala Byrskiej na swobodne poruszanie się między tymi strefami przy zachowaniu otwartej, szerokiej perspektywy. Zatem nawet koncentrując się na drobiazgu, zawsze pozostajemy w jakimś układzie powiązań, zawsze „wobec” czegoś lub kogoś. Stąd też zresztą wspomniana wyżej ciągłość, właściwie nieunikniona w przypadku myślenia systemowego. I w tym punkcie poezji Byrskiej pojawia się dziewczyna. Zaintrygowani?
Co to jest: różowe, dziewczyńskie i błyszczy?
Twórczość Byrskiej to nie poezja kobieca. To poezja dziewczyńska. To wiersze dziewczyny z głową na karku, silnie osadzone w nauce, wspólnotowe, solidarne, przy tym tu i ówdzie lśniące kolorami tęczy, a nawet posypane brokatem. Żeńska postać pojawia się tu wcale nie mimochodem. Jej obecność wprost wynika z obu porządków tekstowych, zarówno z tego związanego z ziemią, jak i tego dotyczącego historii. „[P]odobno dłonie na ścianach jaskiń to jednak ślady kobiece”1 (to z wiersza kras – jaskinia). „[W] każdej małej dziewczynce mieszka granica / wszystko co pierwsze pachnie ziemią”2 (a to z paint in black).
To, co kobiece, silnie łączy się z naturą. Byrska nie wpada jednak w pułapkę dualizmu natura–kultura, nie wiąże też wspomnianych pierwiastków z tym, co żeńskie, w opozycji do tego, co męskie. Dziewczyńskie – co niezwykle ważne – wcale nie jest matczyne. Dziewczyńskość natury to ciągłość jej trwania oraz poczucie wspólnoty. Natura nie jest przemocowa. Oczywiście naczelną wartością pozostaje tu przetrwanie, ale nie cudzym kosztem. A przede wszystkim nie dzięki świadomej krzywdzie. Nie przez przypadek w obu cytowanych powyżej wierszach pojawia się tytułowy kalcyt, bezpośrednio łączący się ze śladami pozostawianymi przez kobiety. Dziewczyny nie wojują. Dbają o przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Macierzyństwo ewentualnie możemy włączyć w ten kontekst, odwołując się do mikrochimeryzmu (ale nie jest to wątek, który autorka porusza). Ciągłość rzeczywistości jest jak najbardziej realna, namacalna i daje się zbadać naukowo. Pozostaje przy tym tak bliska i zwykła jak „kurz drewno granit”3, jak „wapień węgiel sól”4.
Dłonie na ścianach jaskiń to ciągłość wyrażająca się w opowieści. Dziewczyna bierze na siebie odpowiedzialność za pozostawienie śladu nie ze względu na własne ego czy pragnienie władzy, tylko z powodu poczucia (współ)odpowiedzialności. Jeśli „ja nie działam ty nie działasz wszyscy nie działamy”5. W całym tomie co jakiś czas powracają wplatane w wiersze samogłoski. Walka o język jest tu konieczna właśnie do utrzymania spójnej narracji. Łańcuch dźwięków niesie znaczenia przez czas i przestrzeń. Brzmi to może nieco patetycznie, ale poezja Byrskiej nie ma z patetyzmem nic wspólnego. Raz jeszcze: te wiersze są tak dosłownie przyziemne, jak tylko mogą być. „[M]aterialność rozlewa się w ślad / spięcie spojenie”6. Materialność natury jest historyczna, o czym często nie pamiętamy, ponieważ uznajemy ją za daną tu i teraz. A przecież to dalekie od prawdy.
Co to jest: żelazne, podzielone i trzeszczy?
Pierwszy raz czytałam Kalcyt w dzień ataku na Iran. Drugi raz czytałam Kalcyt w Dzień Kobiet. Wybaczcie więc, ale będzie jeszcze trochę o dziewczynach. I o wojnach.
Cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy. Historia też ma warstwy.
nagie stopy babci biegnące po szkle
skała obrasta w warstwy
klucz żelaznych ptaków nad jej głową
gubię dla ciebie naskórek
tiktaalik zanurza łebchodź
opowiem ci historię
o dziewczynce i o śmierci7.
Przetrwanie i ewolucja (chodzi mi bardziej o ogólnie pojętą zmianę i rozwój niż li tylko biologiczne czy organiczne procesy) wymagają spójności i nierozerwalności. Jeśli do łańcucha chcemy dokładać kolejne oczko, nie możemy go przerwać w połowie. Wojna jest tu zatem oczywiście najgorszym scenariuszem. Myślimy o niej – zwłaszcza współcześnie – jak o wydarzeniu realnym, a mimo to istniejącym w coraz większym stopniu w przestrzeni wirtualnej. Myślimy o dronach, cyberatakach, o tym, że najważniejsze decyzje zapadają daleko od pola bitwy. Ale jest też perspektywa śmierci. Chaosu. I – przecież – wyginięcia.
wojna zawsze przychodzi kiedy śpisz
[…] dławisz sięwspółudziałem komórki dokonują podziału
atom już w rozpadzie
rozszczepiamy rozdzielamy
słychać suchy trzask8.
Jak bardzo nawet język, którym mówimy o wojnie, nawet język związany z tworzeniem bomby jądrowej („rozszczepiamy rozdzielamy”)9 przeciwstawia się idei ciągłości. Samogłoski wrzucane przez Byrską tu i ówdzie nagle zyskują też kontekst walki o tę ciągłość, bo przecież pełnią dla nas funkcję zgłoskotwórczą. Zupełnie jakby poetka wszędzie szukała elementów łączących, jakiegoś kleju, który ułatwi wypowiedź i komunikację. Im głębiej będziemy kopać w poszczególnych tekstach, tym więcej odnajdziemy śladów dłoni. Śladów stóp. Martwego naskórka. I tym bardziej będziemy kibicować babci biegnącej po szkle. Dziewczynce, co „tańczy na graniach źrenic”10. I nam wszystkim. Wszystkim razem. „[D]łoń – masz ją wspólną / z węglem psem i kalcytem”11.
Te, na które czekamy
Udało się Byrskiej w debiucie zmieścić jeszcze jeden rozbudowany wątek, może nieco zaskakujący, który jednak łączy się i przenika z wszystkimi powyższymi. Są to motywy związane z nauczaniem. Podmiotka jest nieco szaloną panią O, która nawdychała się kredy i ma zawsze brudne spodnie. Jest tą nauczycielką, którą wszyscy wspominają po latach. Tą, której się chce, która się stara. „[C]hłopcy mówią dużo głośno radośnie / namawiam zachęcam proszę wyciągam dziewczynkom języki”12. To „wyciąganie języka” jest przecież częścią książki: powtarzanie samogłosek, sylabizowanie – jakby nauka języka od podstaw. W tym sensie Kalcyt jest też pewnego rodzaju gestem performatywnym, bo właśnie z takiego wyciągania dziewczyńskiego języka się wziął.
Kalcyt Aleksandry Byrskiej da się czytać na kilka sposobów. To udany debiut przede wszystkim dzięki unikalnej i konsekwentnej perspektywie poetki. Jest tu wcale niemało zabawy językiem. Zabawy całkiem serio: jego dźwięcznością, zdolnością do budowania skomplikowanych struktur, muzycznością. Przyziemność i historyczność pisania nie przeszkadzają też autorce w sięganiu po czarny humor: „prosty sens życia mieć koalę na chacie”13 (z wiersza płoną lasy, więc pewnie już macie kontekst), „dzieci są jak popcorn / dzieci są jak psy” (odpowiednio: „podgrzane eksplodują w mig”, „trzeba krótko trzymać smycz”)14. Momentami ten tom jest wręcz tragikomiczny, a nie powiedziałabym, że to częsta dla poezji kategoria estetyczna.
Życie wyszło na ląd, a na ziemi Byrska czuje się jak – bez mała – ryba w wodzie. „[T]a komórka wapnia w paznokciu co widziała”15. A czego ona nie widziała! Najciekawsze są tylko te ślady, których jeszcze nie znamy. Chyba jakoś tak to szło? Na na na na na…
1 A. Byrska, Kalcyt, Łódź: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi / Dom Literatury w Łodzi, 2025, s. 85.
2 Tamże, s. 61.
3 Tamże, s. 93.
4 Tamże, s. 85.
5 Tamże, s. 29.
6 Tamże, s. 81.
7 Tamże, s. 37.
8 Tamże, s. 15.
9 Tamże.
10 Tamże, s. 21.
11 Tamże, s. 65.
12 Tamże, s. 25.
13 Tamże, s. 9.
14 Tamże, s. 17.
15 Tamże, s. 67.
