„Bestia w dżungli” Henry’ego Jamesa – do trzech razy sztuka

Już kie­dyś – daw­no temu – się spo­tka­li. Męż­czy­zna i kobie­ta. Męż­czy­zna coś sobie przy­po­mi­na, dzwo­nią, ale nie wie, w któ­rym koście­le. Kobie­ta pamię­ta dokład­nie, opo­wia­da mu o oko­licz­no­ściach spo­tka­nia. Roz­ma­wia­ją. Kobie­ta przy­wo­łu­je sło­wa męż­czy­zny sprzed lat: tłu­ma­czył jej wów­czas, że cze­ka go spo­tka­nie z prze­zna­cze­niem, czymś wiel­kim, prze­kra­cza­ją­cym ludz­ką wyobraź­nię. Nie do koń­ca wia­do­mo, co to jest, męż­czy­zna nie potra­fi tego spre­cy­zo­wać. Minę­ło dzie­sięć lat i męż­czy­zna wciąż cze­ka na to coś, kobie­ta może co naj­wy­żej mu towa­rzy­szyć, podzi­wiać go i cze­kać razem z nim. Kobie­ta słu­cha i akcep­tu­je to, co mówi męż­czy­zna. Nie opo­nu­je w żaden spo­sób. Przyj­mu­je go takim, jakim jest. Będą się spo­ty­kać przez sze­reg lat, męż­czy­zna wciąż będzie cze­kać na to „coś”, kobie­ta będzie mu towa­rzy­szyć, kobie­ta naj­praw­do­po­dob­niej go po pro­stu kocha, choć on tego nie zauwa­ża, zaję­ty prze­zna­cze­niem, z któ­rym, jak wie­rzy, przyj­dzie mu się mie­rzyć. Życie kobie­ty pod­po­rząd­ko­wa­ne jest spo­tka­niom z męż­czy­zną, życie męż­czy­zny – cze­ka­niu na spo­tka­nie z „bestią w dżun­gli”, jak sam meta­fo­rycz­nie nazy­wa swo­je prze­zna­cze­nie.

Taki facet chy­ba za dłu­go prze­by­wał w manos­fe­rze, za moc­no „weszły” mu tik­to­ko­wy bro­icyzm i mądro­ści Jor­da­na Peter­so­na?

Ten facet nazy­wa się John Mar­cher, a kobie­ta May Bar­tram; są oni boha­te­ra­mi jed­ne­go z naj­czę­ściej wzna­wia­nych i komen­to­wa­nych opo­wia­dań Henry’ego Jame­sa, czy­li Bestii w dżun­gli. Nie­co zaska­ku­je i zasta­na­wia fakt, że choć w Pol­sce Hen­ry James ma wie­lu odda­nych czy­tel­ni­ków i bada­czy (takich jak na przy­kład pro­fe­sor Miro­sła­wa Buch­holtz), a popu­lar­ność pisa­rza ugrun­to­wa­ły wybit­ne ekra­ni­za­cje (w tym Plac Waszyng­to­na Agniesz­ki Hol­land) i pona­wia­ne wciąż tłu­ma­cze­nia (mię­dzy inny­mi Dokrę­ca­nie śru­by w prze­kła­dzie Jac­ka Deh­ne­la), to aku­rat to – klu­czo­we w dorob­ku pisa­rza – opo­wia­da­nie jest w naszym kra­ju nie­mal nie­obec­ne.

***

Rene­sans zain­te­re­so­wa­nia Jame­sem na świe­cie roz­po­czął się w latach 90. za spra­wą dwoj­ga filo­zo­fów ame­ry­kań­skich, Mar­thy Nuss­baum i Richar­da Rorty’ego. Wska­zy­wa­li oni, że kunszt pisar­ski Jame­sa, widocz­ny zwłasz­cza w jego póź­nym pisar­stwie, do któ­re­go Bestia w dżun­gli się zali­cza, pozwa­la uzy­skać znacz­nie głęb­szy wgląd w filo­zo­fię moral­no­ści niż filo­zo­fia par excel­len­ce aka­de­mic­ka.

W jed­nym ze swo­ich ese­jów Richard Ror­ty pisze: „Pro­ust i James są powie­ścio­pi­sa­rza­mi, wokół któ­rych utwo­rzy­ły się sek­ty”1. W książ­ce Love’s Know­led­ge… Mar­tha C. Nuss­baum sta­wia tezę, że nie ma wyraź­nej róż­ni­cy mię­dzy kry­ty­ką lite­rac­ką a filo­zo­fią. Kil­ka roz­dzia­łów poświę­ca inter­pre­ta­cji zacho­wań nie­któ­rych boha­te­rów powie­ści Henry’ego Jame­sa. Publi­ka­cją, na któ­rej filo­zof­ka sku­pia uwa­gę, jest przede wszyst­kim ostat­nia wiel­ka powieść Jame­sa, Gol­den Bowl (w Pol­sce wyda­na jako Zło­ta cza­ra), powsta­ła w tym samym mniej wię­cej cza­sie co Bestia w dżun­gli. Skom­pli­ko­wa­ny czwo­ro­kąt miło­sny, jaki w tej klau­stro­fo­bicz­nej fabu­le o gęstym sty­lu odma­lo­wu­je James, nie uka­zu­je posta­ci i dzia­łań moral­nie jed­no­znacz­nych. Pisarz odwzo­ro­wu­je sieć skom­pli­ko­wa­nych, nie­raz sub­tel­nych moty­wa­cji, któ­re nie wypły­wa­ją bynaj­mniej bez­po­śred­nio z żad­nych impe­ra­ty­wów moral­nych, lecz wyni­ka­ją z nie­zwy­kle chwiej­nych, róż­no­kształt­nych pobu­dek emo­cjo­nal­nych. Nuss­baum twier­dzi, że

[…] swo­ista nar­ra­cja lite­rac­ka jest jedy­nym typem tek­stu, któ­ry może usta­no­wić je [poglą­dy na temat natu­ry istot­nych frag­men­tów ludz­kie­go życia – W.Ś.] w peł­ni i cel­nie, bez sprzecz­no­ści [i – W.Ś.] tyl­ko styl szcze­gól­nych nar­ra­cyj­nych arty­stów może usta­no­wić pew­ne istot­ne praw­dy o świe­cie, wyra­ża­ją­ce w swej for­mie i wyzwa­la­ją­ce w czy­tel­ni­ku dzia­ła­nia, któ­re są odpo­wied­nie, aby je pojąć2.

Podob­nie Richard Ror­ty, roz­wi­ja­ją­cy swój prag­ma­tyzm w póź­nych pismach, odwró­cił się od filo­zo­fii aka­de­mic­kiej ku lite­ra­tu­rze, a przede wszyst­kim ku powie­ściom, któ­re – jak w wypad­ku Mar­ce­la Pro­usta czy Henry’ego Jame­sa sta­no­wią dosko­na­łe lek­cje „wyba­wie­nia od ego­ty­zmu”: „Ludzie czy­ta­ją pisma reli­gij­ne i trak­ta­ty filo­zo­ficz­ne, żeby uciec od nie­wie­dzy na temat spraw poza­ludz­kich, nato­miast powie­ści czy­ta­ją po to, żeby uciec od ego­ty­zmu”3. Ego­tyzm rozu­mie przy tym autor Przy­god­no­ści, iro­nii i soli­dar­no­ści jako coś bli­skie­go „samo­za­do­wo­le­niu”, „goto­wość do uzna­nia, że posia­da się już całą wie­dzę nie­zbęd­ną do wszel­kich ana­liz, całe koniecz­ne rozu­mie­nie następstw roz­waż­ne­go dzia­ła­nia”4. Fabu­ły Jame­sa pozba­wia­ją, twier­dzi Ror­ty, tego rodza­ju złu­dze­nia, a przez to sta­no­wią istot­ny rodzaj ćwi­cze­nia ducho­we­go dla swo­ich czy­tel­ni­ków.

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że James, któ­re­go życie pry­wat­ne i intym­ne było trud­no uchwyt­ne dla współ­cze­snych i bio­gra­fów, stał się też pisa­rzem istot­nym dla wszel­kich pro­jek­tów mniej­szo­ścio­wych, szcze­gól­nie za spra­wą pisa­nych w latach 90. ese­jów Eve Koso­fsky-Sed­gwick. Zoba­czy­ła ona w nim postać, by tak rzec, pro­to­qu­eero­wą, a więc trud­ną do wpi­sa­nia w moc­ne pro­jek­ty toż­sa­mo­ścio­we homo- czy hete­ro­sek­su­al­ne. Jak pisa­ła:

nie mam zamia­ru czy­nić z nie­go przy­kła­du homo­sek­su­al­no­ści czy nawet pew­ne­go „typu” homo­sek­su­al­no­ści, choć jed­no­cze­śnie nie chcę też pisać o nim tak, jak­by nie był homo­sek­su­al­ny. Mimo to chcia­ła­bym mia­no­wać Jame­sa […] pro­to­ty­pem nie homo­sek­su­al­no­ści, a queero­wo­ści, queero­wej per­for­ma­tyw­no­ści5.

W tym kon­tek­ście „queero­wa per­for­ma­tyw­ność” to nazwa stra­te­gii wytwa­rza­nia zna­czeń i bytu, zwią­za­na z afek­tem wsty­du i z póź­niej­szym, połą­czo­nym z nim napięt­no­wa­niem.

Za spo­żyt­ko­wa­nie tej obser­wa­cji ame­ry­kań­skiej badacz­ki uznać moż­na by powieść Mistrz Col­ma Tói­bína (wyda­ną w Pol­sce w 2005 roku), w któ­rej irlandz­ki pisarz uka­zu­je posta­wę pięć­dzie­się­cio­let­nie­go Jame­sa wobec pry­wat­ne­go kry­zy­su życio­we­go, publicz­ne­go upo­ko­rze­nia i wła­snej sek­su­al­no­ści w spo­sób cał­ko­wi­cie odwrot­ny niż w przy­pad­ku Osca­ra Wilde’a i jego gło­śnej wów­czas spra­wy.

Pol­ska recep­cja twór­czo­ści Jame­sa jest odpry­skiem tego ogól­no­świa­to­we­go zain­te­re­so­wa­nia. Pisząc o odpry­sku, nie mam zamia­ru jej w żaden spo­sób umniej­szać, choć do jej lokal­nej spe­cy­fi­ki nale­ży może to, że nie­zwy­kle waż­na Bestia w dżun­gli, obec­na w nie­mal każ­dym wybo­rze opo­wia­dań Jame­sa, uka­za­ła się po pol­sku bodaj­że raz, w tłu­ma­cze­niu Jadwi­gi Olędz­kiej w czy­tel­ni­kow­skim (seria „Nike”) zbio­rze z 1961 roku. Mil­cze­nie na temat tego tek­stu wyda­je się po pro­stu nie­for­tun­nym zbie­giem oko­licz­no­ści, nie szu­kał­bym tu spi­sków, w zamian za to chciał­bym się o wspo­mnia­ne opo­wia­da­nie upo­mnieć i co waż­niej­sze jesz­cze, przed­sta­wić je Pań­stwu. O ran­dze tego utwo­ru świad­czy może naj­le­piej to, że w cią­gu ostat­nich sied­miu lat docze­kał się on aż trzech zupeł­nie róż­nych i bar­dzo odważ­nych adap­ta­cji fil­mo­wych. Na czym pole­ga jego sekret?

***

John Mar­cher odwie­dza pro­win­cjo­nal­ną posia­dłość wraz z gru­pą przy­ja­ciół. Kie­dy odłą­cza się od zna­jo­mych, spo­ty­ka May Bar­tram. Mar­cher roz­po­znał May wcze­śniej tego same­go dnia i był pewien, że już kie­dyś ją spo­tkał. Sądzi, że jest ona oso­bą pozo­sta­ją­cą na utrzy­ma­niu wła­ści­cie­la posia­dło­ści, być może jego krew­ną. John i May zosta­ją sami w poko­ju, gdzie kobie­ta przy­po­mi­na mu, że istot­nie spo­tka­li się dzie­sięć lat temu w Neapo­lu. Wów­czas Mar­cher powie­dział jej coś waż­ne­go, cze­go sam teraz nie pamię­ta. Aby odświe­żyć mu pamięć, Bar­tram pyta go, czy „to” kie­dy­kol­wiek się wyda­rzy­ło. Męż­czy­zna jest poru­szo­ny: May oka­zu­je się jedy­ną oso­bą, któ­rej zdra­dził swój sekret – i o tym zapo­mniał.

Mar­cher przy­zna­je, że jego prze­zna­cze­nie jesz­cze się nie speł­ni­ło. Przez „to” nie nale­ży rozu­mieć żad­ne­go osią­gnię­cia, ale coś, co prze­orze życie boha­te­ra. May zasta­na­wia się, czy jego prze­zna­cze­niem jest miłość, ale Mar­cher był już zako­cha­ny i nie było to nic wstrzą­sa­ją­ce­go. Męż­czy­zna zapra­sza Bar­tram, aby ta cze­ka­ła z nim na jego prze­zna­cze­nie, na co ona przy­sta­je. W następ­nym roku umie­ra ciot­ka May, pozo­sta­wia­jąc jej wystar­cza­ją­cą sumę pie­nię­dzy, aby boha­ter­ka mogła kupić dom w Lon­dy­nie. Dzię­ki temu ona i Mar­cher mogą spę­dzać razem wię­cej cza­su i się spo­ty­kać. Mar­cher odczu­wa rodzaj ulgi, że May pozna­ła jego sekret. Zawsze uwa­żał się za oso­bę bez­in­te­re­sow­ną, ponie­waż posta­no­wił nie obcią­żać niko­go wie­dzą o swo­im losie: dosko­na­lił swo­je manie­ry, aby wto­pić się w oto­cze­nie. Na wię­cej swo­bo­dy pozwa­la sobie, gdy spę­dza czas z May. Nadal jed­nak zacho­wu­je dystans; mimo że mógł­by się z nią oże­nić, nie zro­bi tego. Jego los nale­ży wyłącz­nie do nie­go, jest jak „bestia w dżun­gli” życia, a kobie­ta nie powin­na mieć w tym udzia­łu.

Choć zwią­zek z Joh­nem nie został zale­ga­li­zo­wa­ny, a mię­dzy boha­te­ra­mi nie docho­dzi do fizycz­nej bli­sko­ści, May reagu­je entu­zja­stycz­nie na pro­po­zy­cje męż­czy­zny. Sam Mar­cher zda­je zaś sobie spra­wę, że Bar­tram może trak­to­wać jego los poważ­niej niż on sam. Cie­szy go, że kobie­ta dostrze­ga, jak jest wyjąt­ko­wy, i że obo­je dzie­lą jego sekret. Co wię­cej, boha­ter­ka potra­fi spoj­rzeć na Joh­na z per­spek­ty­wy oso­by postron­nej i oce­nić, jak bar­dzo maska, któ­rą ten nosi w sytu­acjach publicz­nych, róż­ni się od jego praw­dzi­we­go ja.

Mija­ją­ce lata nicze­go nie zmie­nia­ją, boha­ter wciąż cze­ka na spo­tka­nie z „bestią”, a May mu w tym towa­rzy­szy. W roz­mo­wach dziw­nej pary temat „bestii” powra­ca nie­ustan­nie. W koń­cu Mar­cher zda­je sobie spra­wę, że May może znać jego los, ale boi się mu o tym powie­dzieć. Zapy­ta­na, odpo­wia­da, że John nigdy się tego nie dowie. Mar­cher sta­ra się inte­re­so­wać życiem Bar­tram bar­dziej niż dotych­czas. Pew­ne­go dnia ponow­nie pyta ją, co spra­wia, że wyglą­da nor­mal­nie, sko­ro jego prze­zna­cze­niem jest spo­tka­nie z bestią. Zaczy­na się mar­twić, że pew­ne­go dnia stra­ci May: może w rze­czy­wi­sto­ści utra­ta jej jest jego prze­zna­cze­niem? Nie­dłu­go potem kobie­ta wyzna­je Mar­che­ro­wi, że cier­pi na cho­ro­bę krwi. Mar­twi się, że umrze, zanim zoba­czy, jak speł­nia się prze­zna­cze­nie Joh­na. Boha­ter nato­miast zasta­na­wia się, czy obser­wo­wa­nie śmier­ci May będzie jego prze­zna­cze­niem, nawet jeśli było­by to osta­tecz­nym roz­cza­ro­wa­niem w spra­wie „bestii”. Do męż­czy­zny powo­li docie­ra myśl, że jego prze­zna­cze­nie w ogó­le może nie nadejść. Ta wizja go prze­ra­ża; wolał­by raczej doświad­czyć strasz­ne­go losu, niż doznać takie­go zawo­du.

W toku lek­tu­ry opo­wia­da­nia coraz wyraź­niej uświa­da­mia­my sobie, że depo­zy­ta­riusz­ką wie­dzy o czy­ha­ją­cej na męż­czy­znę „bestii” jest May. Mar­cher doma­ga się od boha­ter­ki wyja­śnień, a ta w koń­cu mówi mu, że jego prze­zna­cze­nie już się speł­ni­ło, ale sam John nigdy się nie dowie, jakie ono było. May bła­ga go, żeby nie pró­bo­wał tego pojąć.

Wkrót­ce potem kobie­ta umie­ra. Mar­cher jest sfru­stro­wa­ny, że nikt nie wie, jak była dla nie­go waż­na – każ­de wyja­śnie­nie natu­ry ich związ­ku wią­za­ło­by się bowiem z koniecz­no­ścią zdra­dze­nia sekre­tu doty­czą­ce­go „bestii”. Boha­ter zasta­na­wia się nad publicz­nym ujaw­nie­niem swo­jej tajem­ni­cy, ponie­waż jego los już się wypeł­nił. Osta­tecz­nie jed­nak rezy­gnu­je z tego pomy­słu, gdyż nie wie, jaki ów los tak napraw­dę był. Choć May powie­dzia­ła mu, żeby nie zga­dy­wał, John posta­na­wia odkryć praw­dę. Wyru­sza w rocz­ną podróż, ale świat wyda­je mu się nud­ny; nikt nie wie, przez co męż­czy­zna prze­szedł i co stra­cił. Po powro­cie boha­ter odwie­dza grób May. Jest spo­koj­ny, nie zasta­na­wia się już, jaki był jego los. Czu­je, że bli­ska mu zmar­ła w peł­ni go rozu­mia­ła. Czę­sto wra­ca w to miej­sce, dzię­ki temu czu­je się żywy.

Mija kolej­ny rok. Pew­ne­go dnia Mar­cher spo­ty­ka na cmen­ta­rzu męż­czy­znę opła­ku­ją­ce­go inną mogi­łę. Obaj sta­ją twa­rzą w twarz, a John zda­je sobie spra­wę, że męż­czy­zna ten celo­wo oka­zu­je mu swój głę­bo­ki smu­tek. Być może chce wzbu­dzić współ­czu­cie albo udo­wod­nić, że jego żal jest więk­szy niż żal Mar­che­ra. Ten ostat­ni zasta­na­wia się, kogo ów nie­zna­jo­my opła­ku­je. Jest zazdro­sny, sam bowiem nigdy nie czuł do niko­go tak głę­bo­kie­go uczu­cia. Nagle uświa­da­mia sobie, że to cze­ka­nie na los było jego prze­zna­cze­niem. W rezul­ta­cie boha­ter był ska­za­ny na to, by nigdy nicze­go nie doświad­czyć, zwłasz­cza miło­ści. May zapro­po­no­wa­ła mu roz­wią­za­nie pro­ble­mu w dniu, w któ­rym się spo­tka­li, ale wte­dy jej nie zro­zu­miał. Teraz wie, że spo­so­bem na unik­nię­cie losu było­by kocha­nie May tak, jak ona kocha­ła jego. „Bestia” poja­wi­ła się wów­czas, gdy May zbli­ży­ła się do Joh­na w ocze­ki­wa­niu, że ten odgad­nie swój los – męż­czy­zna jed­nak zigno­ro­wał jej alu­zje.

Mar­cher pró­bu­je więc poczuć peł­nię swo­je­go bólu, ale nie jest w sta­nie tego zro­bić. Sytu­acja ta uświa­da­mia mu, jak wiel­ką krzyw­dę sobie wyrzą­dził, tłu­miąc emo­cje. Boha­ter ocza­mi wyobraź­ni widzi, jak bestia się na nie­go rzu­ca, sam zaś upa­da na grób May:

Ujrzał dżun­glę swe­go życia i cza­ją­cą się bestię. I gdy tak patrzył na nią, zoba­czył, że jak­by poru­szo­na gwał­tow­nym podmu­chem, pod­nio­sła się, ogrom­na i ohyd­na, do sko­ku, któ­ry miał wszyst­ko zakoń­czyć. W oczach mu pociem­nia­ło – była już bli­sko. Odwra­ca­jąc się instynk­tow­nie w swej halu­cy­na­cji, by uciec przed nią, padł twa­rzą na gro­bo­wą pły­tę6.

***

Według powszech­ne­go prze­ko­na­nia sześć­dzie­się­cio­let­ni James, pisząc Bestię w dżun­gli, zaszy­fro­wał w niej swo­je prze­ży­cia w związ­ku z tra­gicz­ną śmier­cią ame­ry­kań­skiej pisar­ki Con­stan­ce Feni­mo­re Wool­son.

Cał­ko­wi­cie dru­go­rzęd­ny sta­tus Wool­son w histo­rii lite­ra­tu­ry ame­ry­kań­skiej wyda­wał­by się dziw­ny jej współ­cze­snym. Tuż po śmier­ci w wie­ku pięć­dzie­się­ciu trzech lat Con­stan­ce Feni­mo­re Wool­son (1840–1894) była uwa­ża­na za jed­ną z naj­wy­bit­niej­szych pisa­rek swo­ich cza­sów, ale jej sła­wa szyb­ko zaczę­ła przy­ga­sać – do tego stop­nia, że sto lat póź­niej autor­ka ta sta­ła się jedy­nie przy­pi­sem w bio­gra­fii Henry’ego Jame­sa. Dopie­ro cał­kiem nie­daw­no zaczę­to na nowo odkry­wać jej życie i twór­czość. Panu­je dość powszech­ny pogląd, że na pośmiert­ną oce­nę dorob­ku twór­czy­ni mia­ły wpływ opi­nie Henry’ego Jame­sa, na któ­re­go przy­chyl­ność Wool­son nie mogła liczyć, choć bar­dzo pra­gnę­ła jego uzna­nia.

Sprzecz­no­ści w jej życiu i oko­licz­no­ści jej gwał­tow­nej śmier­ci – w 1894 roku pisar­ka wysko­czy­ła z okna na trze­cim pię­trze swo­je­go miesz­ka­nia w Wene­cji – były bada­ne przede wszyst­kim pod kątem tego, co mogą one mówić o Jame­sie: czy lek­ce­wa­żył zdol­no­ści Wool­son czy też je sza­no­wał; czy odrzu­cał jej sub­tel­ne awan­se, czy zda­wał sobie spra­wę z jej cięż­kiej i pogłę­bia­ją­cej się depre­sji, czy jego brak zain­te­re­so­wa­nia przy­spie­szył jej śmierć? Oma­wia­ją­ca rela­cje Jame­sa z kobie­ta­mi Lyn­dall Gor­don wprost oskar­ży­ła pisa­rza o ukry­wa­nie współ­udzia­łu w samo­bój­stwie Wool­son. James miał sze­ro­ko roz­po­wszech­niać wpro­wa­dza­ją­ce w błąd rela­cje o jej „per­wer­sji” i demen­cji. („Ona nie była, nigdy nie była cał­ko­wi­cie zdro­wa psy­chicz­nie” – napi­sał do jed­ne­go z ich bli­skich wspól­nych przy­ja­ciół, kom­po­zy­to­ra Fran­ci­sa Boot­ta, po śmier­ci Wool­son. „Cho­dzi mi o to, że jej skłon­ność do cier­pie­nia była wyni­kiem cho­ro­by psy­chicz­nej”7 – doda­wał).

Wool­son spo­tka­ła Jame­sa we Flo­ren­cji w poło­wie 1880 roku, nie­ca­ły rok po prze­pro­wadz­ce do Euro­py, do któ­rej ruszy­ła jego śla­dem. „Nie widzę tu niko­go inne­go waż­ne­go” – napi­sał twór­ca do swo­jej sio­stry Ali­ce o poby­cie we Flo­ren­cji. „Muszę na przy­kład odwie­dzić Con­stan­ce Feni­mo­re Wool­son, któ­ra ści­ga mnie po całej Euro­pie z listem pole­ca­ją­cym […]”8.

Począt­ko­wy etap zna­jo­mo­ści jest dla Wool­son owoc­ny twór­czo. W latach 1880–1882 opu­bli­ko­wa­ła ona zbiór opo­wia­dań – Miss Grief, The Stre­et of the HyacinthAt the Cha­te­au of Corin­ne – w któ­rych mło­de pisar­ki i artyst­ki zwra­ca­ją się do oschłych star­szych męż­czyzn z proś­bą o oce­nę ich twór­czo­ści. Były to tek­sty peł­ne nie­po­ko­ju, fan­ta­zje na temat bycia osą­dza­ną i odrzu­co­ną. Wyda­je się, że odda­ją raczej stan ducha autor­ki niż stan fak­tycz­ny: w pierw­szej poło­wie lat 80. XIX wie­ku twór­czość Wool­son nie była wca­le pogar­dza­na ani odrzu­ca­na. W cią­gu pię­ciu lat pisar­ka ukoń­czy­ła best­sel­le­ro­wą powieść o podró­żach mło­dej nauczy­ciel­ki (Anne), dobrze przy­ję­tą dłu­gą nowe­lę sku­pia­ją­cą się na sta­rze­ją­cej się parze w gór­skim mia­stecz­ku (For the Major) oraz ambit­ną roz­bu­do­wa­ną fik­cyj­ną opo­wieść o odrzu­co­nej żonie (East Angels) – o tę pozy­cję ame­ry­kań­scy kry­ty­cy gorą­co się spie­ra­li.

W grud­niu 1886 roku James i Wool­son spę­dzi­li trzy tygo­dnie w sąsia­du­ją­cych ze sobą wil­lach na wzgó­rzu Bel­los­gu­ar­do we Flo­ren­cji, co dało im asumpt do zawar­cia bliż­szej zna­jo­mo­ści. James opu­bli­ko­wał nawet arty­kuł o twór­czo­ści pisar­ki, zaty­tu­ło­wa­ny po pro­stu Miss Wool­son. Może z powo­du oba­wy o zacho­wa­nie ich rela­cji ukrył swo­je wąt­pli­wo­ści doty­czą­ce ksią­żek autor­ki Anne pod war­stwą uprzej­mo­ści i tak­tu. W tek­ście nie było jed­nak krzty entu­zja­zmu. James pisał:

inte­re­su­ją ją ogól­nie tajem­ni­cze histo­rie, „wewnętrz­ne życie” sła­bych, zbęd­nych, roz­cza­ro­wa­nych, pogrą­żo­nych w żało­bie, samot­nych. Wie­rzy w oso­bi­ste wyrze­cze­nie, zarów­no w jego czę­sto­tli­wość, jak i pięk­no9.

Mimo praw­do­po­dob­nie duże­go roz­cza­ro­wa­nia Wool­son chłod­nym tonem szki­cu rela­cja prze­trwa­ła, a nawet się zacie­śni­ła. Obo­je miesz­ka­li w tym samym wenec­kim Palaz­zo w 1887 roku. Ist­nie­je wie­le spe­ku­la­cji na temat ukła­du dwoj­ga tak skry­tych osób – męż­czy­zny ukry­wa­ją­ce­go swo­ją sek­su­al­ność i kobie­ty skłon­nej do depre­sji.

W ostat­nich latach życia Wool­son ich rela­cja zaczę­ła przy­po­mi­nać coś inne­go niż zawo­do­wą rywa­li­za­cję; była to deli­kat­na przy­jaźń mię­dzy oso­bą cier­pią­cą na depre­sję a kimś zbyt zamknię­tym w sobie, by zapew­nić innym odpo­wied­nie wspar­cie. Czy Wool­son kocha­ła Jame­sa? Jaki sto­su­nek miał do niej pisarz? Dla­cze­go umniej­szał ran­gę jej twór­czo­ści? Czy umniej­szał ran­gę emo­cji? Jakich słów użyć, by opi­sać ten układ?10

Henry James, portret pędzla Johna Singera Sargenta (1913) ze zbiorów National Portrait Gallery / Domena publiczna / Public domain
Henry James, portret pędzla Johna Singera Sargenta (1913) ze zbiorów National Portrait Gallery / Domena publiczna / Public domain

***

Naj­bar­dziej wyra­zi­sta i wpły­wo­wa inter­pre­ta­cja opo­wia­da­nia wyszła spod pió­ra Eve Koso­fsky-Sed­gwick, któ­ra w swo­jej nie­zwy­kle waż­nej książ­ce Epi­ste­mo­lo­gy of the Clo­set uka­zy­wa­ła Bestię w dżun­gli obok Bil­lyego Bud­da Her­ma­na Melville’a, W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su Mar­ce­la Pro­usta i Por­tre­tu Doria­na Graya Osca­ra Wilde’a – jako fabu­łę ujaw­nia­ją­cą pro­ces budo­wa­nia nowo­cze­snej toż­sa­mo­ści homo­sek­su­al­nej.

W ese­ju Bestia w sza­fie Sed­gwick iden­ty­fi­ku­je stan „męskiej pani­ki homo­sek­su­al­nej”:

stan psy­chicz­ny, roz­wój spo­łecz­no-histo­rycz­ny i tra­dy­cję lite­rac­ką, będą­ce wyni­kiem para­dok­su stwo­rzo­ne­go przez ist­nie­nie „inten­syw­ne­go męskie­go pra­gnie­nia homo­spo­łecz­ne­go jako jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej przy­mu­so­wej i naj­bar­dziej zaka­za­nej wię­zi spo­łecz­nej11.

Sed­gwick roz­po­czy­na od krót­kie­go prze­glą­du histo­rycz­ne­go, wska­zu­jąc na poja­wie­nie się „począt­ków skry­sta­li­zo­wa­nej męskiej roli homo­sek­su­al­nej i męskiej kul­tu­ry homo­sek­su­al­nej”12 w Anglii przed koń­cem XVIII wie­ku.

W mia­rę jak homo­sek­su­alizm sta­wał się w mniej­szym stop­niu kwe­stią teo­lo­gicz­ną, a w więk­szym – obec­no­ścią kul­tu­ro­wą, w odpo­wie­dzi na nowy impe­ra­tyw defi­ni­cji sek­su­al­nej roz­wi­nę­ła się pani­ka zwią­za­na z męskim homo­sek­su­ali­zmem. Ta pani­ka nie doty­ka samych tyl­ko męż­czyzn homo­sek­su­al­nych (Sed­gwick uwa­ża, że męż­czyź­ni iden­ty­fi­ku­ją­cy się jako homo­sek­su­ali­ści są wyłą­cze­ni z męskiej pani­ki homo­sek­su­al­nej), ale nade wszyst­ko hete­ro­sek­su­al­nych lub ukry­wa­ją­cych swo­ją orien­ta­cję sek­su­al­ną, a więc takich, któ­rzy muszą poru­szać się po „zdra­dli­wym środ­ko­wym odcin­ku współ­cze­sne­go kon­ti­nu­um homo­spo­łecz­ne­go”13, zawsze czuj­ni wobec „zagro­żeń” poten­cjal­nej homo­sek­su­al­no­ści.

Tak więc „bestia” z opo­wia­da­nia repre­zen­tu­je tę nie­wy­po­wie­dzia­ną i uśpio­ną homo­sek­su­al­ność oraz strach przed tym, że ona się ujaw­ni lub zosta­nie ujaw­nio­na. May podej­rze­wa, że John jest homo­sek­su­al­ny, pozwa­la mu rów­nież to masko­wać – dzię­ki bli­sko­ści, jaką nawią­zu­ją. Mar­cher w uję­ciu Sed­gwick to przy­kład męż­czy­zny, któ­ry uni­ka domknię­cia toż­sa­mo­ścio­we­go, ale za cenę emo­cjo­nal­nej nie­do­stęp­no­ści, wewnętrz­nej pust­ki, uwew­nętrz­nio­ne­go wsty­du i poczu­cia winy. Kosz­ty tej posta­wy pono­si tak­że May, któ­rej miło­ści męż­czy­zna ani nie przyj­mu­je, ani nie odtrą­ca. W ten spo­sób homo­sek­su­al­ny clo­set nazna­cza swo­ją obec­no­ścią wszyst­kie rela­cje, tak­że te hete­ro­sek­su­al­ne.

***

Bestia w dżun­gli to mało fil­mo­we opo­wia­da­nie. Nie­wie­le się w nim dzie­je, tytu­ło­wa bestia jest wła­ści­wie bra­kiem wyda­rzeń, toteż tekst może dobrze spraw­dził­by się jako pod­sta­wa asce­tycz­ne­go mono­dra­mu lub sztu­ki dla dwoj­ga akto­rów, będą­cej zim­ną wiwi­sek­cją dość kosz­mar­nej wię­zi mię­dzy Joh­nem a May. A jed­nak coś w tym opo­wia­da­niu spra­wia, że w cią­gu ostat­nich kil­ku lat się­gnę­li po nie fil­mow­cy. Róż­no­rod­ność wybo­rów este­tycz­nych i prze­two­rzeń ory­gi­na­łu jest dopraw­dy impo­nu­ją­ca. War­to się im przyj­rzeć.

Być może naj­bliż­szym fabu­le opo­wia­da­nia jest będą­cy kopro­duk­cją holen­der­sko-luk­sem­bur­ską film Cla­ry van Gool z 2019 roku. Holen­der­ska reży­ser­ka zde­cy­do­wa­ła się przed­sta­wić anty­hi­sto­rię miło­sną Joh­na i May, roz­sze­rza­jąc per­spek­ty­wę cza­so­wą, któ­ra bie­gnie od póź­no­wik­to­riań­skie­go Lon­dy­nu przez lata 40. i 60. po współ­cze­sność. Bez wzglę­du na epo­kę boha­te­ro­wie pozo­sta­ją osob­ni i wyob­co­wa­ni ze świa­ta i wzglę­dem sie­bie. Van Gool jest reży­ser­ką, dla któ­rej ruch i taniec są cen­tral­nym tema­tem fil­mo­wym, tak jest też w ekra­ni­za­cji opo­wia­da­nia Jame­sa. To, co jest mię­dzy boha­te­ra­mi nie­wy­po­wie­dzia­ne, co umy­ka wyra­że­niu, przed­sta­wia­ne jest za pomo­cą tań­ca, któ­ry ma odda­wać całą zło­żo­ność prze­żyć i emo­cji. Van Gool uka­zu­je ich prze­ci­wień­stwo, ale w ten spo­sób doty­ka tema­tu nie­zdol­no­ści posta­ci do komu­ni­ka­cji: taniec kon­tra­stu­je z ozię­bło­ścią sek­su­al­ną, zawie­sze­niem mię­dzy życiem a śmier­cią w nie­koń­czą­cej się grze ocze­ki­wa­nia i ze sta­tycz­no­ścią rela­cji Joh­na i May.

Wysma­ko­wa­ny este­tycz­nie film Holen­der­ki prze­no­si cię­żar z fabu­ły na wizu­al­ność, stąd sze­reg odnie­sień malar­skich czy fil­mo­wych, począw­szy od obra­zu Caspa­ra Davi­da Frie­dri­cha Wędro­wiec nad morzem mgły, a skoń­czyw­szy na zapo­mnia­nych arcy­dzie­łach kla­sycz­nej hol­ly­wo­odz­kiej kine­ma­to­gra­fii, takich jak Pan­do­ra i Lata­ją­cy Holen­der Alber­ta Lewi­na czy Por­tret Jen­nie Wil­lia­ma Die­ter­le­go. W fil­mie to, jak się zda­je, czas jest praw­dzi­wą „bestią w dżun­gli”, pomi­mo man­try prze­ka­zy­wa­nej przez woźnicę/taksówkarza, gło­szą­cej, że czas jest jedy­ną rze­czą, jaką mamy do dys­po­zy­cji.

Sama van Gool inter­pre­to­wa­ła figu­rę bestii zupeł­nie ina­czej niż Sed­gwick:

[…] kie­dy po raz pierw­szy prze­czy­ta­łam to opo­wia­da­nie, pomy­śla­łam, że poru­sza bar­dzo współ­cze­sny temat. Ten rodzaj rela­cji był bar­dzo nowo­cze­sny i nie­kon­wen­cjo­nal­ny – boha­te­ro­wie decy­du­ją się pozo­stać przy­ja­ciół­mi, a nie wda­wać się w romans, co moż­na sobie wyobra­zić rów­nież współ­cze­śnie. Chcia­łam jed­nak pogłę­bić rozu­mie­nie Bestii, ponie­waż pisząc opo­wieść w 1903 roku, moż­na by pomy­śleć, że Bestią oka­że się pierw­sza woj­na świa­to­wa; ale jeśli fak­tycz­nie ota­cza cię woj­na, czym wów­czas jest Bestia? W latach 60. Bestią była rewo­lu­cja sek­su­al­na, ale co to ozna­cza obec­nie? Co się teraz wyda­rzy w zglo­ba­li­zo­wa­nym świe­cie, peł­nym tak wiel­kie­go nie­po­ko­ju? To jest inny rodzaj Bestii, a pięk­no tej histo­rii pole­ga na tym, że osta­tecz­nie jest to coś małe­go i wewnętrz­ne­go, coś, co John Mar­cher musiał odkryć sam. Bra­ko­wa­ło mu w życiu cze­goś waż­ne­go, a ta świa­do­mość jest wła­śnie Bestią: jest to coś bar­dzo małe­go w środ­ku, pod­czas gdy on myślał, że będzie to coś, co nadej­dzie z zewnątrz. To bar­dzo kla­sycz­ny motyw14.

Taniec, ale tym razem disco i tech­no, zdo­mi­nu­je zna­ko­mi­tą adap­ta­cję w reży­se­rii austriac­kie­go, ale pra­cu­ją­ce­go we Fran­cji, reży­se­ra Patri­ca Chi­ha. W jego fil­mie boha­te­ro­wie spo­ty­ka­ją się w wiel­kim klu­bie tanecz­nym w Pary­żu mię­dzy 1979 a 2004 rokiem, a więc w ostat­nich dwu deka­dach minio­ne­go stu­le­cia (jako ramy cza­so­we moż­na przy­jąć uka­za­nie się Kon­dy­cji pono­wo­cze­snej Jeana-Fra­nço­is Lyotar­da i kon­se­kwen­cje zama­chów z 11 wrze­śnia 2001 roku). Wybuch epi­de­mii AIDS, poli­tycz­ne per­tur­ba­cje Fran­cji, upa­dek muru ber­liń­skie­go – oglą­da­my to wszyst­ko, wła­ści­wie nie wycho­dząc z dys­ko­te­ki, gdzie glam lat 70. ustę­pu­je miej­sca naj­pierw syn­th­po­po­wej este­ty­ce kolej­nej deka­dy, a następ­nie eks­ta­zie rave’u i tech­no lat 90.

Histo­ria zosta­je tu uka­za­na z punk­tu widze­nia męż­czy­zny i kobie­ty zaan­ga­żo­wa­nych w dziw­ną rela­cję, nazna­czo­ną nie­moż­li­wym pra­gnie­niem. Obo­je spo­ty­ka­ją się w świą­ty­ni tań­ca, któ­rej straż­nicz­ką jest tajem­ni­cza postać ni to kapłan­ki, ni to wiedź­my. Chi­ha poprzez roz­my­te fil­try kolo­ry­stycz­ne two­rzy atmos­fe­rę zupeł­nie nie­re­ali­stycz­ną, pul­su­ją­cą tajem­ni­czą ener­gią – moż­na odnieść wra­że­nie, że kreu­je obraz zgod­nie z inten­cja­mi Jame­sa, któ­ry rów­nież uni­kał dopo­wie­dzeń i domknięć. Powta­rza­ne uję­cia tłu­mu tań­czą­ce­go w rytm muzy­ki dan­ce z ostat­nich dekad ubie­głe­go wie­ku – ludzi jak­by odsu­wa­ją­cych w ten spo­sób na bok nie­uchron­ną kata­stro­fę, gwał­tow­ny kres świa­ta, koniecz­ny, by mógł naro­dzić się inny świat – skła­nia­ją do zada­wa­nia pytań o nasz sto­su­nek do bestii: czy zagłu­szać świa­do­mość nie­unik­nio­ne­go spo­tka­nia z nią czy też trwać w ocze­ki­wa­niu?

W fil­mie Chi­hy Mar­cher nie jest tak zdy­stan­so­wa­ną posta­cią jak w opo­wia­da­niu Jame­sa. Spra­wia raczej wra­że­nie kogoś nie­po­rad­ne­go, skraj­nie intro­wer­tycz­ne­go, może nawet auty­stycz­ne­go. May jest jego odwrot­no­ścią – dziew­czy­ną, a póź­niej kobie­tą żywio­ło­wą i zmy­sło­wą, któ­ra potra­fi rzu­cić się w wir tań­ca, ale osta­tecz­nie to wła­śnie z Joh­nem spo­ty­ka się co tydzień w noc­nym klu­bie. Boha­te­ro­wie są ze sobą, nawet gdy spę­dza­ją wie­czo­ry w mil­cze­niu lub gdy gło­śna muzy­ka utrud­nia im zro­zu­mie­nie wła­snych słów. Obec­ność Joh­na w życiu May stop­nio­wo je nisz­czy, odsu­wa­jąc kobie­tę od przy­ja­ciół i chło­pa­ka (póź­niej­sze­go męża) Pierre’a; spra­wia, że klu­bo­we noce sta­ją się nie­mal jedy­nym sen­sem jej życia.

W 2044 roku sztucz­na inte­li­gen­cja (AI) prze­ję­ła więk­szość miejsc pra­cy na świe­cie. Taki jest punkt wyj­ścia chy­ba naj­od­waż­niej­szej fil­mo­wej adap­ta­cji opo­wia­da­nia Jame­sa w reży­se­rii Ber­tran­da Bonel­la. Zie­mia zosta­ła ura­to­wa­na przed kata­stro­fa kli­ma­tycz­ną, ale wsku­tek tych wyda­rzeń zarzą­dza nami AI. Tyl­ko nie­licz­ni mogą wyko­ny­wać satys­fak­cjo­nu­ją­cą pra­cę, a i to pod warun­kiem pod­da­nia się pro­ce­so­wi oczysz­cze­nia swo­je­go DNA, któ­ry powi­nien usu­nąć z ludz­kiej psy­chi­ki sil­ne emo­cje. Przed taką koniecz­no­ścią sta­je głów­na boha­ter­ka fil­mu, Gabriel­le. Pod­czas podró­ży do cen­trum oczysz­cza­nia pozna­je ona Louisa, inne­go kan­dy­da­ta do zabie­gu. Tych dwo­je od razu czu­je do sie­bie sym­pa­tię.

W ramach pro­ce­su oczysz­cza­nia Gabriel­le oglą­da wspo­mnie­nia ze swo­ich poprzed­nich wcie­leń. Pomię­dzy sesja­mi jest moni­to­ro­wa­na przez Kel­ly, andro­id­kę, któ­ra zabie­ra kobie­tę do tajem­ni­cze­go klu­bu noc­ne­go. Miej­sce to okre­so­wo zmie­nia motyw prze­wod­ni, nawią­zu­ją­cy do poszcze­gól­nych dekad (od lat 60. do 80.). Sce­ny tań­ca i dość swo­bod­ne roz­cią­gnię­cie cza­so­we fabu­ły opo­wia­da­nia Jame­sa to, odno­tuj­my, ele­men­ty łączą­ce trzy wspo­mnia­ne ekra­ni­za­cje.

Pierw­sza sesja oczysz­cza­nia prze­no­si Gabriel­le do jej poprzed­nie­go życia we Fran­cji w 1910 roku. Kobie­ta jest tam uzna­ną pia­nist­ką i (wraz z mężem Georges’em) wła­ści­ciel­ką fabry­ki lalek. Pew­nej nocy w salo­nie spo­ty­ka Louisa, któ­re­go pozna­ła sześć lat wcze­śniej w Neapo­lu. Wte­dy wyzna­ła mu swój odwiecz­ny, skry­ty strach przed jakąś strasz­ną kata­stro­fą, nad któ­rą nie­ustan­nie się zasta­na­wia. Louis zabie­ra boha­ter­kę do medium sły­ną­ce­go z nie­zwy­kłej traf­no­ści w prze­wi­dy­wa­niu przy­szłych wyda­rzeń. Mimo że Gabriel­le jest mężat­ką, zaczy­na spę­dzać coraz wię­cej cza­su z Louisem. Strach powstrzy­mu­je ją jed­nak przed roz­po­czę­ciem roman­su. Kobie­ta zapra­sza Louisa do fabry­ki, ale budy­nek zosta­je zala­ny, a łatwo­pal­ne lal­ki wywo­łu­ją pożar. Louis i Gabriel­le toną, gdy pró­bu­ją uciec.

W 2044 roku Gabriel­le spo­ty­ka Louisa w klu­bie. Męż­czy­zna mówi jej, że wciąż waha się przed przy­stą­pie­niem do zabie­gu z oba­wy przed utra­tą zdol­no­ści odczu­wa­nia emo­cji. Boha­te­ro­wie uzgad­nia­ją, że odło­żą oczysz­cze­nie o kil­ka dni, ale Gabriel­le i tak uda­je się do kli­ni­ki.

Kolej­na sesja oczysz­cze­nia prze­no­si Gabriel­le do poprzed­nie­go życia w Los Ange­les w 2014 roku. Boha­ter­ka jest tam nie­do­ce­nio­ną model­ką i trze­cio­rzęd­ną aktor­ką, któ­ra by zaro­bić na życie, dba o luk­su­so­wy dom archi­tek­ta. W tej rze­czy­wi­sto­ści Louis jest ince­lem i prze­śla­dow­cą wrzu­ca­ją­cym do sie­ci fil­my peł­ne mizo­gi­nicz­nych tre­ści i uty­ski­wań na to, że jest nie­do­strze­ga­ny przez kobie­ty. Gabriel­le ponow­nie spo­ty­ka medium w posta­ci wyska­ku­ją­cej rekla­my wywo­ła­nej przez wirus. Gdy pod­cho­dzi do Louisa i pro­si go, by odpro­wa­dził ją do domu, męż­czy­zna ją odrzu­ca; wmó­wił sobie, że proś­ba ma jedy­nie przy­go­to­wać go do kolej­ne­go upo­ko­rze­nia. Gabriel­le sły­szy w tele­wi­zji pio­sen­kę Ever­gre­en Roya Orbi­so­na z 1962 roku i zaczy­na pła­kać. Ma halu­cy­na­cje, w któ­rych upra­wia seks z Louisem, ten zaś wyzna­je, że odczu­wa te same lęki co ona.

W 2044 roku Gabriel­le odwie­dza klub tanecz­ny, ale Louisa już tam nie ma. Kobie­ta zasta­na­wia się, dla­cze­go sta­ry prze­bój spra­wił, że się roz­pła­ka­ła. Trze­cia sesja oczysz­cze­nia Gabriel­le to powrót do nar­ra­cji z 2014 roku, lecz histo­ria przy­bie­ra tu bar­dziej dra­stycz­ny prze­bieg. Louis, uzbro­jo­ny w pisto­let, wła­mu­je się do domu boha­ter­ki; przy­się­ga, że „zemści się” na kobie­tach. W łazien­ce osa­cza Gabriel­le, któ­ra bła­ga go, by nie wyrzą­dzał jej krzyw­dy i jej zaufał. Louis jest wyraź­nie roz­dar­ty mię­dzy miło­ścią a nie­na­wi­ścią. Kobie­ta otwie­ra drzwi, by nawią­zać z nim kon­takt, ale sce­na się ury­wa. Następ­nie widzi­my Louisa z pisto­le­tem w dło­ni, wpa­tru­ją­ce­go się w mar­twą Gabriel­le.

Na koniec wra­ca­my do 2044 roku. Oczysz­cze­nie Gabriel­le się nie powio­dło, co zda­rza się tyl­ko w przy­pad­ku nie­speł­na jed­ne­go pro­cen­ta popu­la­cji. Cho­ciaż kobie­ta utknę­ła w nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej pra­cy, znaj­du­je pro­myk nadziei w życiu i zapra­sza Louisa do klu­bu. Boha­te­ro­wie tań­czą do utwo­ru Orbi­so­na, a Louis roz­po­zna­je pio­sen­kę i ujaw­nia, że sam rów­nież widział ich poprzed­nie wcie­le­nia dzię­ki oczysz­cza­niu. Zado­wo­lo­ny z sie­bie, ogła­sza, że dostał pra­cę w Mini­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści. Cho­ciaż nadal dekla­ru­je miłość do Gabriel­le, kobie­ta zda­je sobie spra­wę, że Louis nie jest już w sta­nie kochać w ten sam spo­sób. Zroz­pa­czo­na, upa­da na kola­na i krzy­czy.

W sce­nie po napi­sach koń­co­wych medium woła do Gabriel­le z 2014 roku, aby ta nie wcho­dzi­ła do pomiesz­cze­nia oczysz­cza­nia DNA z 2044 roku, po czym sły­chać strzał.

W fil­mie Bonel­la mamy do czy­nie­nia z rady­kal­nym roz­wi­nię­ciem klu­czo­we­go dla Jame­sa pro­ble­mu odrę­twie­nia emo­cjo­nal­ne­go. Nie jest to już tyl­ko pro­blem psy­cho­lo­gicz­ny (takim może pozo­sta­wał w epi­zo­dzie z 1910 roku), doty­czy bowiem napięć i pęk­nięć spo­łecz­nych współ­cze­sno­ści (Gabriel­le z 2014 roku), a tak­że tech­no­lo­gii, któ­ra nawet jeśli jest w sta­nie imi­to­wać emo­cje, to nigdy nie będzie ich napraw­dę czuć. Zie­mia zarzą­dza­na przez AI stwo­rzy kla­sę wyko­naw­ców – ci zaś przy­swo­ją zasa­dy rady­kal­ne­go tech­no­kra­ty­zmu sztucz­nej inte­li­gen­cji i odsu­ną ludz­ką emo­cjo­nal­ność na mar­gi­nes.

***

Nie­mal nie­zna­ne w Pol­sce opo­wia­da­nie Henry’ego Jame­sa ma, jak sta­ra­łem się to poka­zać, wprost nie­wy­czer­pa­ny poten­cjał inter­pre­ta­cyj­ny. Jako kon­su­ment kul­tu­ry bar­dzo chciał­bym, żeby pol­skie kino tak twór­czo i nie­sza­blo­no­wo uak­tu­al­nia­ło pol­ską kla­sy­kę, jak zro­bi­ła to trój­ka reży­se­rów młod­sze­go poko­le­nia w przy­pad­ku tek­stu Jame­sa. Wyobra­żam sobie takie here­tyc­kie adap­ta­cje Cudzo­ziem­ki Marii Kun­ce­wi­czo­wej, Gra­ni­cy Zofii Nał­kow­skiej, Mate­usza Big­dy Juliu­sza Kade­na-Ban­drow­skie­go. Nie­mniej puen­tą tego ese­ju chcę uczy­nić inną myśl. Otóż mimo całej roz­bu­do­wa­nej reflek­sji o Bestii w dżun­gli odno­szę wra­że­nie, że siła tego opo­wia­da­nia tkwi w jego uni­wer­sal­no­ści. Mówi ono – jak sądzę – o praw­dach, prze­ży­ciach i emo­cjach, któ­re wie­lu z nas zna, ale je wypie­ra albo co naj­wy­żej oma­wia ze swo­im tera­peu­tą. James nie napi­sał opo­wia­da­nia o miło­ści, tym bar­dziej nie jest to opo­wia­da­nie o nie­szczę­śli­wej miło­ści. Napi­sał nato­miast opo­wia­da­nie o miło­ści nie­za­ist­nia­łej, a obec­nej w myślach i pra­gnie­niach; miło­ści, któ­rą tłu­mi­my, funk­cjo­nu­jąc w róż­nych mniej czy bar­dziej wygod­nych życio­wych kon­glo­me­ra­tach, związ­kach, mał­żeń­stwach. Taka miłość, taka bestia śla­dem zębów nazna­cza ser­ca i zosta­wia w nas otwar­tą ranę. Jest nie­zre­ali­zo­wa­nym sce­na­riu­szem nasze­go wła­sne­go fil­mu.

 

1 R. Ror­ty, Wyba­wie­nie od ego­ty­zmu. James i Pro­ust jako ćwi­cze­nia ducho­we, tłum. A. Żychliń­ski, „Tek­sty Dru­gie” 2006, nr 1–2, s. 190.

2 M. Nuss­baum, Love’s Know­led­ge. Essays on Phi­lo­so­phy and Lite­ra­tu­re, New York: Oxford Uni­ver­si­ty Press, 1990, s. 6. Jeśli nie zazna­czo­no ina­czej, tłu­ma­cze­nie cyta­tów zamiesz­czo­nych w arty­ku­le – W.Ś.

3 R. Ror­ty, Wyba­wie­nie…, s. 189.

4 Tam­że.

5 E. Koso­fsky-Sed­gwick, Epi­ste­mo­lo­gy of the Clo­set, Ber­ke­ley: Uni­ver­si­ty of Cali­for­nia Press, 1990.

6 H. James, Daisy Mil­ler; Wycho­wa­nek; Łgarz; Bestia w dżun­gli, tłum. J. Olędz­ka, War­sza­wa: Czy­tel­nik, 1961, s. 370–371.

7 Cyt. za: M. Nel­son, Betray­ed by Hen­ry James, onli­ne: https://newrepublic.com/article/130647/betrayed-henry-james [dostęp: 30.05.2026].

8 Zob. tam­że.

9 Zob. tam­że.

10 Wię­cej w: M. Nel­son, Betray­ed

11 E. Koso­fsky-Sed­gwick, Epi­ste­mo­lo­gy

12 Tam­że, s. 184

13 Tam­że, s. 188.

14 Cla­ra van Gool, Direc­tor of „The Beast in the Jun­gle”: „You can evo­ke more pas­sion with a dan­ce move than you can with a dia­lo­gue”, rozm. przepr. R. Oggia­no, onli­ne: https://cineuropa.org/en/interview/366663/ [dostęp: 30.05.2026].

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

14.08.2026 Szkice

Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.