W jedynym w kraju antykwariacie dla dzieci

W ostat­nich latach w śro­do­wi­sku lite­rac­kim dużo roz­ma­wia się o potrze­bie dostrze­że­nia oraz dowar­to­ścio­wa­nia pra­cy róż­nych osób, któ­re bio­rą udział w pro­ce­sie powsta­wa­nia i upo­wszech­nia­nia ksią­żek. Jed­no­cze­śnie akcen­to­wa­na jest koniecz­ność zwró­ce­nia uwa­gi na ponad­cza­so­wą war­tość lite­ra­tu­ry spo­za kate­go­rii pre­mier wydaw­ni­czych. W mikro­cy­klu Rzu­cić wszyst­ko i zało­żyć anty­kwa­riat pre­zen­tu­je­my syl­wet­ki wybra­nych osób zwią­za­nych zawo­do­wo z wtór­nym ryn­kiem książ­ki. Nie mamy ambi­cji ani moż­li­wo­ści wyczer­pa­nia tema­tu – ogra­ni­cza­my się do przy­kła­dów, zwłasz­cza anty­kwa­ria­tów o młod­szej metry­ce. Ich twór­ców i ani­ma­to­rów pyta­my o źró­dła wybo­rów zawo­do­wych, kon­dy­cję bran­ży, a przede wszyst­kim – o miłość do ksią­żek, któ­re nie mają daty waż­no­ści.

„Nigdy tego nie robi­łam, więc na pew­no mi się uda” – z tak brzmią­cy­mi sło­wa­mi Pip­pi Poń­czo­szan­ki w gło­wie Mar­ta Zep zosta­wia­ła rok temu swo­je wcze­śniej­sze życie zawo­do­we, by roz­krę­cić ini­cja­ty­wę, któ­rej dotąd nie pod­jął w Pol­sce chy­ba nikt. Anty­kwa­riat Koli­fink to inter­ne­to­wy punkt sprze­da­ży sta­ran­nie wybra­nych uży­wa­nych ksią­żek dla dzie­ci, z pop-upo­wy­mi for­ma­mi sta­cjo­nar­ny­mi przy oka­zji róż­nych imprez, a tak­że prze­strzeń warsz­ta­to­wa na tere­nie stocz­ni w Gdań­sku zwią­za­na z książ­ka­mi i ich ilu­stro­wa­niem. Naj­młod­si nie tyl­ko pozna­ją tu nowe trud­ne sło­wo – „anty­kwa­riat”, ale przede wszyst­kim razem z rodzi­ca­mi eks­plo­ru­ją ogrom­ny świat książ­ki dzie­cię­cej spo­za wąskie­go obie­gu nowo­ści wydaw­ni­czych. Uczą się, że pie­cząt­ka czy pod­pis na książ­ce to żad­na ska­za. Wręcz prze­ciw­nie – to znak, że dany tytuł komuś się spodo­bał i że może słu­żyć innym oso­bom.

Mar­ta jest z wykształ­ce­nia archi­tekt­ką, z zawo­du gra­ficz­ką, z pasji edu­ka­tor­ką, a pry­wat­nie mamą trzech chłop­ców. Opo­wieść o anty­kwa­ria­cie z książ­ka­mi dla dzie­ci jest kolej­ną przed­sta­wio­ną na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” histo­rią o tym, w jaki spo­sób kry­zys może inspi­ro­wać do wdra­ża­nia roz­wią­zań naj­mniej spo­dzie­wa­nych, a osta­tecz­nie pro­wa­dzą­cych do oso­bi­ste­go speł­nie­nia. To jed­nak tak­że, a może przede wszyst­kim, opo­wieść o tera­peu­tycz­nej mocy lite­ra­tu­ry. Parę lat temu jeden z synów Mar­ty poważ­nie zacho­ro­wał, a ona zosta­wi­ła wszyst­kie dotych­cza­so­we zaję­cia, żeby go wspie­rać. „Mnie z kolei wspie­ra­ły książ­ki. Czy­ta­nie ksią­żek o książ­kach, słu­cha­nie audio­bo­oków, czy­ta­nie dzie­ciom – wszyst­ko to pomo­gło mi przejść przez trud­ny czas” – mówi Mar­ta o począt­kach swo­je­go pro­jek­tu.

Pierw­szy pomysł Mar­ty na zawo­do­we zaj­mo­wa­nie się książ­ką dzie­cię­cą doty­czył zało­że­nia book­sta­gra­ma i pisa­nia recen­zji. Szyb­ko jed­nak przy­szła gorz­ka reflek­sja, skut­ku­ją­ca zwro­tem w zupeł­nie innym kie­run­ku:

Poczu­łam ogrom­ny opór i nie­zgo­dę na nakrę­ca­nie tego sza­lo­ne­go kon­sump­cjo­ni­zmu. A ponie­waż chcia­łam pole­cać war­to­ścio­wą lite­ra­tu­rę, pomy­śla­łam o wtór­nym obie­gu książ­ki. Wystar­czył pół­go­dzin­ny rese­arch, żeby uświa­do­mić sobie, ile setek tysię­cy ksią­żek jest już wytwo­rzo­nych. Wciąż powsta­ją nowe, czę­sto byle jakie. To też była duża moty­wa­cja, żeby tro­chę ten świat napra­wić.

Cykl życia ksią­żek dla dzie­ci jest praw­do­po­dob­nie jesz­cze krót­szy niż w przy­pad­ku lite­ra­tu­ry dla doro­słych. Jako „sta­re”, nie­kie­dy wręcz archi­wal­ne funk­cjo­nu­ją czę­sto pozy­cje wyda­ne dosłow­nie kil­ka lat temu. Książ­ki, o któ­rych już się nie pisze i nie roz­ma­wia, któ­rych nie wysta­wia się na pół­kach w eks­po­no­wa­nych miej­scach. Bez wzglę­du na mery­to­rycz­ną war­tość tych publi­ka­cji. Tym­cza­sem nie będzie żad­nym odkry­ciem stwier­dze­nie, że dzie­ci nie przy­wią­zu­ją wagi do tego, czy książ­ka jest nowa czy uży­wa­na. Jak mówi Mar­ta:

dla dzie­ci chy­ba waż­niej­sza jest ener­gia, któ­rą im prze­ka­zu­ję. To, że wyłu­sku­ję dla nich jakieś książ­ki, któ­re po dwóch zda­niach roz­mo­wy mogę im pole­cić z czy­stym sumie­niem.

W koń­cu liczą się przede wszyst­kim histo­ria i czło­wiek, któ­ry ją prze­ka­zu­je.

Anty­kwa­riat powstał latem 2024 roku jako hybry­da skle­pu inter­ne­to­we­go i dzia­łań edu­ka­cyj­nych w tere­nie. Książ­ki w Koli­fink są dobie­ra­ne z podzia­łem na sek­cje odpo­wia­da­ją­ce dzie­cię­cym potrze­bom. Mamy więc zbiór „Począt­ki czy­ta­nia”, książ­ki detek­ty­wi­stycz­ne, przy­go­dy, sek­cje „Zabaw­ne” i „Zwie­rzę­ta”, „Trud­ne tema­ty”, a tak­że takie kate­go­rie jak „Mię­dzy­lat­ki” (na bolącz­ki dora­sta­nia). W każ­dej sek­cji na ten moment moż­na zna­leźć nie­wię­cej niż kil­ka­na­ście tytu­łów. Na Insta­gra­mie Mar­ta regu­lar­nie przy­po­mi­na kla­sy­ki: Dziad­ka do orze­chów E.T.A. Hof­f­man­na z ilu­stra­cja­mi Boże­ny Tru­cha­now­skiej (1988) czy Rze­czy, kwia­ty, zwie­rzę­ta i ludzie Vítěz­sla­va Nezva­la z ilu­stra­cja­mi Zdzi­sła­wa Witwic­kie­go w tłu­ma­cze­niu Anny Kamień­skiej (1965). Poja­wia­ją się też inne rary­ta­sy, takie jak egzem­plarz Malut­kiej cza­row­ni­cy Otfrie­da Preus­sle­ra z ilu­stra­cja­mi poko­lo­ro­wa­ny­mi przez pew­ną dziew­czyn­kę, ale tyl­ko do oko­ło jed­nej czwar­tej książ­ki, oraz z ręcz­ną adno­ta­cją dla przy­szłe­go czy­tel­ni­ka czy czy­tel­nicz­ki – z proś­bą, żeby dokoń­czył albo dokoń­czy­ła malo­wa­nie.

Antykwariat Kolifink
Antykwariat Kolifink

Poja­wie­nie się każ­de­go tytu­łu vin­ta­ge w anty­kwa­ria­cie jest zapo­wia­da­ne osob­nym wpi­sem. Jed­no­cze­śnie przy­po­mi­na­ne są poczyt­ne tytu­ły sprzed kil­ku lat, takie jak seria Zwie­rzę­ce zbrod­nie Anny Sta­ro­bi­niec w tłu­ma­cze­niu Agniesz­ki Sowiń­skiej, przy róż­nych oka­zjach Mar­ta pod­su­wa też swo­je autor­skie zesta­wy pole­ca­jek. Naj­istot­niej­sze w pro­ce­sie odnaj­dy­wa­nia tym wszyst­kim książ­kom nowych wła­ści­cie­li i wła­ści­cie­lek są jed­nak warsz­ta­ty. Mar­ta korzy­sta z pra­cow­ni zaprzy­jaź­nio­nej malar­ki przy zna­nej w Gdań­sku uli­cy Elek­try­ków, poło­żo­nej na tere­nach stocz­nio­wych. Tam regu­lar­nie orga­ni­zu­je warsz­ta­ty poświę­co­ne wybra­nym książ­kom. Mobil­ny, noma­dycz­ny cha­rak­ter anty­kwa­ria­tu umoż­li­wia jed­nak tak­że wizy­ty w szko­łach czy przed­szko­lach. Przy­szłość przed­się­wzię­cia może być róż­na, ale wyobra­żam sobie, jak za parę lat Koli­fink wędru­je po Pomo­rzu w book­truc­ku z namio­tem wiel­kie­go wezy­ra w bagaż­ni­ku, co jakiś czas roz­bi­ja obo­zo­wi­ska, a zasłu­cha­ne dzie­cia­ki uczest­ni­czą w nich w książ­ko­wych sean­sach mocy.

Rze­czy­wi­stość pra­cy anty­kwa­riu­sza czy księ­ga­rza natu­ral­nie cią­ży jed­nak ku for­mom osia­dłym, a Mar­ta nie ukry­wa, że roz­glą­da się za wła­snym loka­lem. Choć tutej­sze regu­la­cje – podob­nie jak w Kra­ko­wie czy w War­sza­wie – umoż­li­wia­ją wynaj­mo­wa­nie obiek­tów miej­skich na pre­fe­ren­cyj­nych zasa­dach, jak dotąd nie zna­la­zła nicze­go, co odpo­wia­da­ło­by potrze­bom anty­kwa­ria­tu i nie obcią­ży­ło jej jako wła­ści­ciel­ki poważ­ny­mi kosz­ta­mi remon­tu. „Nie oszu­kuj­my się, to nie będą obro­ty, któ­re mi się zaraz zwró­cą, gdy zain­we­stu­ję” – mówi Mar­ta. Wyra­ża przy tym pew­ne nadzie­je zwią­za­ne z nie­daw­nym zdo­by­ciem przez Gdańsk tytu­łu Mia­sta Lite­ra­tu­ry UNESCO, a tym samym z szan­są na więk­szą uwa­gę władz i wyż­sze dofi­nan­so­wa­nia lokal­nych dzia­łań oko­ło­li­te­rac­kich. Jed­no­cze­śnie z powo­du bra­ku sta­łe­go skle­pu sta­cjo­nar­ne­go Koli­fink nie może ubie­gać się o wspar­cie w ramach takich pro­gra­mów jak „Cer­ty­fi­kat dla małych księ­gar­ni”.

W tle tej histo­rii poja­wia się pro­blem nie­wąt­pli­wie ogól­niej­szej natu­ry, jakim jest per­ma­nent­ne mar­gi­na­li­zo­wa­nie i infan­ty­li­zo­wa­nie lite­ra­tu­ry dzie­cię­cej. Choć szan­se na to, że któ­reś z przy­szłych wcie­leń Astrid Lind­gren czy Tove Jans­son zosta­nie wyróż­nio­ne Nagro­dą Nobla w dzie­dzi­nie lite­ra­tu­ry są takie jak zwy­kle (czy­li mar­ne), Mar­ta – podob­nie jak set­ki osób w całej Pol­sce szcze­rze odda­nych spra­wie pro­mo­wa­nia czy­tel­nic­twa wśród naj­młod­szych – nie skła­da bro­ni. Razem z autor­ką i edu­ka­tor­ką Kata­rzy­ną Witt w sierp­niu 2025 roku zało­ży­ły w Gdań­sku Klub Książ­ki Ilu­stro­wa­nej. W ramach tej ini­cja­ty­wy odwie­dza­ją księ­gar­nie i domy kul­tu­ry Trój­mia­sta, zara­ża­jąc innych pasją czy­tel­ni­czą i uwraż­li­wia­jąc na lite­ra­tu­rę, w któ­rej obraz sta­no­wi rów­no­rzęd­ne wobec sło­wa źró­dło tre­ści.

Kie­dy przy­go­to­wy­wa­łem się do roz­mo­wy z Mar­tą, przy­po­mnia­łem sobie histo­rię nie­od­ża­ło­wa­nie zmar­łe­go Mar­ci­na Wichy. W jed­nej ze swo­ich naj­bar­dziej zna­nych ksią­żek pisał on prze­wrot­nie i z humo­rem, że „prze­stał kochać design”, w chwi­li gdy od reflek­sji nad obiek­tem i jego funk­cja­mi waż­niej­sze sta­ły się cena i pre­stiż wyni­ka­ją­cy z same­go fak­tu posia­da­nia. Histo­ria anty­kwa­ria­tu Koli­fink to jesz­cze jed­no zia­ren­ko wyra­sta­ją­ce z potrze­by powro­tu do myśle­nia o obiek­cie – w tym przy­pad­ku: o książ­ce – jako przed­mio­cie użyt­ko­wym. Przed­mio­cie umoż­li­wia­ją­cym wspól­ne spę­dza­nie cza­su z naj­młod­szy­mi i dzie­le­nie się z nimi emo­cja­mi, inspi­ru­ją­cym do indy­wi­du­al­ne­go odkry­wa­nia świa­ta przez dzie­ci – przed­mio­cie kupo­wa­nym na pew­no nie na pokaz i nie­ko­niecz­nie jako pre­zent, a przede wszyst­kim dla sie­bie i naj­bliż­szych.

Spo­strze­gaw­czy i pamię­ta­ją­cy naj­lep­sze lek­tu­ry z dzie­ciń­stwa zauwa­żą w nazwie ini­cja­ty­wy Mar­ty zawo­ła­nie Olle­go, jed­ne­go z boha­te­rów Dzie­ci z Bul­ler­byn, wypo­wie­dzia­ne w tajem­ni­czym języ­ku chłop­ców, wobec któ­re­go Brit­ta, Anna i Lisa natych­miast stwo­rzy­ły ana­lo­gicz­ny język wła­sny. „Koli­fink, koli­fink!” – mówił Olle w swo­im sekret­nym narze­czu i zna­czy­ło to praw­do­po­dob­nie „oczy­wi­ście, oczy­wi­ście!”. Ale kto to wie? W koń­cu każ­dy jakiś tam wła­sny język ma, choć może nie zawsze o nim wie. O wyjąt­ko­wo­ści nasze­go języ­ka nie­wąt­pli­wie decy­du­ją prze­czy­ta­ne przez nas tek­sty – tak­że książ­ki pod­su­wa­ne nam w dzie­ciń­stwie przez mądrych doro­słych. Ci zaś mie­li wcze­śniej szczę­ście tra­fić mię­dzy inny­mi do dobrze pro­wa­dzo­nych biblio­tek, autor­skich księ­gar­ni czy anty­kwa­ria­tów takich jak Koli­fink. Pozo­sta­je nam mieć nadzie­ję, że szczę­śli­wych doro­słych, w któ­rych domach rosną szczę­śli­we dzie­ci z wła­sny­mi taj­ny­mi języ­ka­mi, będzie coraz wię­cej.

 

Anty­kwa­riat Koli­fink
ul. Elek­try­ków 6
80–864 Gdańsk

https://www.instagram.com/antykwariat.kolifink
https://kolifink.pl/

 

 

– menedżer kultury, kurator, aktywista literacki.

więcej →

– architektka, graficzka, antykwariuszka.

więcej →