W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Nowe Książki”
W kwietniowym numerze miesięcznika „Nowe Książki” znajdziemy rozmowę Jakuba Skurtysa z Marcinem Mokrym, dotyczącą tomu wierszy Solarysze, najnowszej publikacji Mokrego. Poeta, który według krytyki inspiruje się polską awangardą poetycką (między innymi twórczością Tadeusza Peipera, Aleksandra Wata, Jana Brzękowskiego czy Anatola Sterna), również w tej książce podąża obranym wcześniej tropem poszukiwań językowych. Skurtys dotyka kwestii wyborów konwencji artystycznych dokonywanych przez Mokrego, pyta o ich znaczenie, możliwości, a także o potencjalne ograniczenia. Zwłaszcza te ostatnie mogą w pewnym sensie „więzić” tekst, stawać się „archiwum technik”, zamiast nadawać językowi tempo i pokazywać tradycję jako źródło inspiracji. Awangarda i futuryzm są rdzeniem twórczości Mokrego, żywą materią, z której poeta czerpie środki służące do opisywania kwestii współczesnych. Jego wiersze to odpowiedź na niestabilną sytuację geopolityczną, jak określa ją Skurtys: „całościowy pożar, dziejowy czy historiofizyczny”. Eksperymenty językowe Mokrego wymagają od czytelników wzmożonej koncentracji, ale nagradzają podjęty trud, ukazując w rzeczywistości pewną iskierkę nadziei, czasami trochę nadszarpniętej i znużonej. Awangardowe inklinacje prowadzą do namacalnego konkretu. Mokry sięga także po solarpunk. Jak sam mówi:
Jesteśmy bardziej solarpunkowi, gdy zakładamy wspólnoty mieszkaniowe lub gdy zabiegamy o prawo do naprawy i uczymy się naprawiać, niż kiedy kupujemy elektryczne Tesle […]. O tym jest solarpunk. O przyszłości robionej społecznie z dostępnych już dziś odpadków.
Poezja raczej nie zmienia świata, ale, o czym wspomina Mokry, przez sprawdzanie naszej rezyliencji może stale wzmacniać naszą w nim obecność.
*
Tramwaje jak komety to tytuł recenzji Michała Przeperskiego z książki Zbigniewa Rokity Aglo. Banką po Śląsku. Reportaż Rokity to próba opowiedzenia o fenomenie Górnego Śląska – autor przygląda się kwestii śląskości oraz relacji tego regionu w odniesieniu zarówno do centrum kraju, jak i pozostałych obszarów Polski. Zastanawia się także, czym jest dla niego śląskość. Czy to tożsamość? Czy polskość i śląskość można ze sobą pogodzić? Bohaterowie opowieści Rokity – przewodnicy po Śląsku – są zróżnicowani pod względem charakterologicznym, egzystencjalnym, a także emocjonalnym. Przeperski zapisuje:
jest [tu – red.] miejsce na fascynację i dumę, smutek i to, co Kazimierz Kutz określał jako „śląską dupowatość”. To książka pełna życia, emocji stadionowych i ulicznych, sentymentu i tęsknoty za czymś niezaistniałym.
Mierzenie się Rokity z wewnętrznym konfliktem zmienia się w pewnego rodzaju „obwąchiwanie” śląskości, znajdywanie jej korzeni i przejawów, a także dostrzeganie perspektywy ludzi, dla których śląskość wiąże się z separatyzmem. Zdaniem Przeperskiego właśnie w ten sposób autor buduje napięcie w Aglo… Włączenie w narrację reportażową bolesnych tematów – przykładem może być pacyfikacja kopalni „Wujek” – uzupełnia historię Rokity o kolejną warstwę znaczeniową. Śląsk, przez lata znany zwłaszcza z zasobów „czarnego złota”, tym razem dzięki Aglo… może zdobyć uwagę czytelników i czytelniczek.
„Pismo. Magazyn Opinii”
W setnym, jubileuszowym numerze „Pisma” Tomasz Stawiszyński zajmuje się kwestią współczesnych elit. W eseju Upadek człowieka z Davos zastanawia się, czy możliwy jest ich demontaż. Kosmopolityzm i mobilność, brak przywiązania do systemu wartości, lokalnej tradycji, języka, ale przede wszystkim brak poczucia wspólnoty – według Stawiszyńskiego to najważniejsze cechy „człowieka z Davos”, reprezentanta dzisiejszych elit. Może on pozwolić sobie również na niezależność wobec sektora usług publicznych, z czego skwapliwie korzysta, odcinając się tym samym od rozpoznania rzeczywistości, w której funkcjonuje większa część społeczeństwa. Stawiszyński zapisuje:
W przeciwieństwie do dawnej arystokracji, która – przynajmniej częściowo – miała świadomość, że swój przywilej zawdzięcza urodzeniu w określonej warstwie społecznej, on sądzi, że wszystko, co ma, zawdzięcza sobie. Nie czuje wdzięczności wobec poprzednich pokoleń ani odpowiedzialności za przyszłe […]. Nie zna pojęcia tragizmu […]. Czuje się ostatnim, najwyższym ogniwem kulturowej ewolucji. I z tej właśnie perspektywy ocenia wszystko inne.
W skład współczesnych elit wchodzą więc politycy, finansiści, urzędnicy, a także influencerzy, pracownicy naukowi czy aktorzy. Stawiszyński, posiłkując się tezami Samuela P. Huntingtona (w 2004 roku jako pierwszy posłużył się on określeniem „człowieka z Davos”), José Ortegi y Gasseta, Arlie Russell Hochschild czy Christophera Lascha (autora Buntu elit czy Kultury narcyzmu), analizuje stan alienacji obecnych elit (zarówno ten symboliczny, jak i faktyczny), a także opisuje wyznawany przez nie systemy wartości. Kryzys liberalnej demokracji stał się faktem – wartości i programy zastępowane są skutecznością perswazji, a postulowana merytokracja ustąpiła logice interesu, której narzędziami są pieniądze i siła fizyczna. Stawiszyński ciekawie pokazuje mechanizmy tworzące zachodnie społeczeństwo (takie jak choćby współczesna polaryzacja). Droga do zmiany wydaje się więc niewątpliwie długa, ale cel jest możliwy do osiągnięcia. Stawiszyński podkreśla:
Jest jeden sposób, by odebrać populistom monopol na władzę: nie udawać, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż naprawdę wygląda.
*
Z zapisami Stawiszyńskiego koresponduje tekst Sylwii Czubkowskiej Ciemno, prawie noc. Autorka, dziennikarka ekonomiczna i technologiczna, specjalizująca się w cyfryzacji, poddaje wieloaspektowej analizie zjawisko rozszerzającego się wpływu korporacji technologicznych na sferę polityki, które prowadzi do zmian w modelu sprawowaniu władzy. Czubkowska zauważa, że obecni giganci technologiczni (inteligentni, zamożni i kreatywni) przejawiają zdecydowane dążenia do władzy, które są wzmacniane przez poczucie coraz większego wpływu na masy i przez przekonanie o posiadaniu autorytetu, pozwalającego narzucać innym ludziom własną wizję pożądanej rzeczywistości. Czubkowska pisze:
Wejście neoreakcjonizmu do mainstreamu zbiegło się z transformacją firm technologicznych w globalne centra władzy. Z korporacji stały się infrastrukturą świata, kolonizując kolejne rynki i branże, a przy okazji odkrywając własne ambicje polityczne.
Autorka stara się rozrysować mapę współczesnych punktów odniesienia (są nimi zarówno idee, wydarzenia, organizacje, jak i osoby, by wymienić choćby Donalda Trumpa, Elona Muska czy Jeffreya Epsteina). Wokół nich kreśli powiązania i pokazuje źródła oraz możliwe konsekwencje legitymizacji nieograniczonej władzy pieniądza w polityce. Podważanie wartości demokratycznych nie jest zjawiskiem nowym, ale skala i tempo rozrostu idei „ciemnego oświecenia” skłania do bliższego przyjrzenia się jej źródłom. Czubkowska dokonuje sprawnej analizy, wplatając w tekst odwołania literackie (powieści Ayn Rand) czy filmowe (Matrix, komediodramat Mountainhead), co sprawia, że tekst – przy całej wadze tematu – staje się naprawdę ożywczym doświadczeniem czytelniczym.
„Rocznik Biblioteki Kraków”
W wydawanym przez Bibliotekę Kraków periodyku znajdziemy tekst Miłosz w Krakowie: 1993–2004. Składa się z fragmentów kalendarza w wersji papierowej, rejestrujących niemal dzień po dniu życie i pracę twórczą Czesława Miłosza, od momentu jego przeprowadzki do Krakowa aż do śmierci w 2004 roku. Przygotowała je Agnieszka Kosińska, przez lata pełniąca funkcję osobistej sekretarki noblisty. Pierwszą datą, która pojawia się w kalendarzu, to 6 listopada 1993 roku, gdy Miłosz odebrał dyplom Honorowego Obywatela Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. Kosińska pisze o tym szczegółowo:
CM otrzymuje dożywotnio od gminy Kraków mieszkanie 5A przy ul. Bogusławskiego 6, w pobliżu Plant i Wawelu oraz dawnej dzielnicy żydowskiej, Kazimierza w Krakowie. Mieszkanie liczy 66,70 metrów kwadratowych i składa się z dwóch pokoi i kuchni, łazienki i przedpokoju. Remontem mieszkania oraz podstawowym urządzeniem (zakupem mebli na wymiar do kuchni, pieca do centralnego ogrzewania oraz grzania wody w łazience, mebli do sypialni płytek do przedpokoju oraz kuchni) zajmują się Jerzy Illg oraz Aleksander Fiut.
Właśnie ta drobiazgowość stanowi o wartości wspomnianego kalendarium. Możemy dowiedzieć się z niego wiele na temat osób, towarzyszących Miłoszowi przy kolacji, odwiedzanych przez niego kościołów oraz utworów, nad którymi pracował. Skrupulatnie opisany został także pogrzeb poety. W zapisie opatrzonym datą 27 sierpnia 2004 roku czytamy:
[…] zostaje pochowany w Krypcie Zasłużonych w klasztorze oo. Paulinów na Skałce w Krakowie. Mszę pogrzebową w Bazylice Mariackiej w Krakowie odprawia ksiądz kardynał Franciszek Macharski […]. Część oficjalną i artystyczną uroczystości pogrzebowych na Skałce prowadzi Mikołaj Grabowski. Kondukt żałobny powitał przeor klasztoru na Skałce, o. Andrzej Napiórkowski. Zostaje odczytany, w wersji oryginalnej, oraz w przekładach wiersz W „Szetejniach” (część pierwsza, o incipicie: „Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą”, poświęcony matce poety) z tomu „Na brzegu rzeki. Po polsku czyta Mikołaj Grabowski, po litewsku Tomas Venclova”, po rosyjsku Anatol Rojtman, angielsku Robert Hass, francusku Antoni Miłosz, hebrajsku Dawid Weinfeld.
Pełny Kalendarz życia i dzieła Czesława Miłosza w wersji elektronicznej znajduje się na stronie: https://kosinskamiloszwkrakowie.com/category/kalendarz-zycia-i-dziela-czeslawa-milosza/
*
W „Roczniku Biblioteki Kraków” warto sięgnąć także po interesujący tekst Piotra Hapanowicza Podróż palatyna Ottona Henryka Wittelsbacha do Krakowa w 1536–1537. Autor opisuje nieznany fakt z dziejów Polski, który stał się przedmiotem badań naukowców niemieckich, lecz naszej rodzimej historiografii występuje incydentalnie. Książę Palatynatu-Neuburga miał co najmniej parę powodów, żeby wybrać się do Polski, o czym tak pisze Hapanowicz:
Przyczyn było kilka, w tym projekt małżeństwa jego brata Filipa najpierw z Jadwigą Jagiellonką (1505–1571), a następnie z jej siostrą Elżbietą (1519–1559), a także kwestia należności tzw. czeskich. Jednak najistotniejszą przyczyną tej wyprawy była sprawa niewypłaconego przez Kazimierza IV Jagiellończyka posagu babki Ottona Henryka, Jadwigi Jagiellonki.
Ta sprawa została pomyślnie załatwiona. Dwa tygodnie po przybyciu Ottona Henryka Wittelsbacha na Wawel król Zygmunt I Stary podpisał stosowny dokument i zobowiązał się do spłacenia długu. Jak zapisuje dalej Hapanowicz:
Król obiecał zgodnie z układem trochę więcej niż 31 tysięcy guldenów reńskich. Wypłacił Ottonowi Henrykowi pierwszą ratę w wysokości 4 tysięcy dukatów, następne miały być wypłacane na święto matki Bożej Gromnicznej przez siedem kolejnych lat po 2 tysiące dukatów. Raty miały być dostarczone do Norymbergii, gdzie książę miał pewnego faktora.
Piotr Hapanowicz wspomina również o obyczajowej warstwie podróży władcy, a także jej plastycznym rezultacie. To pięćdziesiąt rysunków, przechowywanych w zbiorach Biblioteki Uniwersyteckiej w Würzburgu, dzięki którym dzisiaj możemy oglądać panoramę wielu ówczesnych środkowoeuropejskich miast.
„Tygodnik Powszechny”
W „Tygodniku Powszechnym” wyróżnia się tekst Moniki Ochędowskiej Po dobrej stronie. Są to zapiski z podróży do Bolonii, gdzie odwiedziła Międzynarodowe Targi Książki dla Dzieci. Przywiozła stamtąd refleksję, pozornie oczywistą, lecz w rzeczywistości niezwykle istotną – że najmłodszym czytelnikom książka ma po prostu sprawiać radość. Jak podkreśla:
Czytanie nie może być dla naszych dzieci obowiązkiem – powtarzali zgodnie prelegenci. Powinno być raczej sposobem rozwijania pasji. Jeśli dziecko interesuje się piłką nożną – niech czyta o piłce nożnej. Jeśli ma bzika na punkcie Japonii – niech wypożycza mangi.
Przywołuje także działania podejmowane w różnych państwach i mające na celu podniesienie poziomu czytelnictwa wśród dzieci.
Tak więc w Estonii już przedszkolaki chodzą regularnie do biblioteki. Z kolei uczniowie szkół podstawowych w ciągu roku szkolnego mają przeczytać przynajmniej pięć wybranych przez siebie książek. W zamian mogą liczyć na specjalny „paszport czytelnika” z zadaniami nawiązującymi do lektur, a także na dyplomy i nagrody. Cała klasa świętuje każdą przeczytaną książkę. Pisząc o dużym znaczeniu doświadczenia czytelniczego zdobywanego w najmłodszym wieku i o tym, jak może ono ukształtować przyszłość dziecka, Ochędowska odwołuje się do Hanny Krall:
W rozmowie z Anną Goc Krall opowiada o niewielkim pokoiku, który dał jej schronienie podczas pierwszych dni powstania warszawskiego. Łuna z pożarów, padająca na ścianę, zapewniała wystarczająco dużo światła do czytania. Krall poznała wtedy przygody „Ani z Zielonego Wzgórza”. Pod wpływem tej lektury zdecydowała, że kiedyś sama będzie opowiadać historie.
*
Jacek Wakar w Autentyku opowiada o interesujących wyborach repertuarowych Norberta Rakowskiego – dyrektora Teatru im. Kochanowskiego w Opolu. Kieruje on jedynym teatrem w mieście, wiernie wprowadzając w życie widniejące przy wejściu na widownię hasło: „Teatr wielu głosów, różnych spojrzeń”. Realizację tego zapisu Wakar przedstawia na przykładzie dwóch przedstawień: Autentik i Piana dni. O pierwszym, wyreżyserowanym przez wspomnianego Rakowskiego, pisze tak:
„Autentik” pyta o to, gdzie kończy się udawanie, a zaczyna prawda, co jest autentykiem, a co falsyfikatem. Każe nam pochylić się nad naszą własną sytuacją ontologiczną. Jesteśmy, czy nas nie ma? Jeśli żyjemy, to czym różnimy się od naczelnych, dokąd zaprowadziła nas ewolucja? Może donikąd, gdyż wysoka kultura to tylko sztafaż skrywający wrodzoną agresję? Seans Rakowskiego mnoży pytania i nie daje odpowiedzi. Rodzi się z tego świetny, bardzo osobny teatr, w dodatku taki, jakiego nie zobaczycie nigdzie poza Opolem.
Wakara zachwyciła także Piana dni – spektakl oparty na książce Borisa Viana, wyreżyserowany przez Francuza Igora Mendjiskiego. To przedstawienie jest bardziej tradycyjne, ale za to pokazuje czystą radość z obcowania ze sztuką. Jak sam zapisał:
„Piana dni” to pełna poezji i absurdalnego humoru opowieść o grupie przyjaciół, różnicach klasowych, mieszaniu alkoholi, zamiłowaniu do poezji niejakiego Jean-Sola Partre’a, a przede wszystkim o miłości. Właśnie ten motyw Mendjisky podkreśla najmocniej, w wielu sekwencjach czyniąc ze swego przedstawienia melodramat pełną gębą. I w miejscu, gdzie polski twórca zapewne uznałby, że tak nie wypada, że trzeba szukać drugiego dna i uzasadniać zdarzenia w bardzo wyrafinowany sposób, artysta z Francji bawi się materią powieści, proponując spektakl bezczelny i bezwstydny, bo tak lubi i tak mu się podoba.
Po przeczytaniu tekstu można nabrać ochoty na wycieczkę do Teatru im. Kochanowskiego w Opolu.