W blurbie Anouk Herman do symulacji JUICE czytamy: „lesbijski romans na kwasowym tripie spotyka traktat kosmologiczny, a Dobromiła Dobro zabiera nas w podróż, w której mieszają się języki i porządki”1. Mamy tutaj historię miłosną, mit stworzenia, akt zagłady, wyraźną krytykę antropocenu i pytanie o los demiurżki. Choć wiele znaczeń ukrytych jest tu w językowym kodzie i odsłania się dopiero przy uważniejszej lekturze, mnie najbardziej interesowały relacje – Malinny i Salinny, ale również pozostałych bohaterów (kamieni, dźwięku, księżyca Kallisto czy energii) – rozpięte między językiem, przestrzenią a czasem.
W trakcie lektury zrobiłam mały research z zakresu astrofizyki (jako osoba, która może wiele powiedzieć na temat „astro”, niekoniecznie jednak od strony naukowej). Jednak znajomość zagadnień z tej dziedziny nie jest konieczna do zrozumienia symulacji…, ponieważ w spisie zjawisk na końcu książki znajduje się wszystko to, co trzeba nam wiedzieć (autorka konsultowała się w tej sprawie z astrofizyczką dr hab. Izabelą Kowalską-Leszczyńską). Sama niestety odkryłam wspomniany spis zdecydowanie za późno, już po zakończonej lekturze, dlatego odbiorców równie nierozgarniętych jak ja uprzedzam, że autorka pomyślała także o nas – przyziemcach pozbawionych wiedzy astronomicznej.
Warto dodać, że jest to pięknie (i samodzielnie!) wydana książka, nagrodzona w 65. Konkursie PTWK Najpiękniejsze Polskie Książki Roku 2024 w kategorii „literatura piękna” (za projekt graficzny odpowiada Agnieszka Strzeżek). Słowem „książka” w odniesieniu do symulacji… posługuję się dla własnej wygody, choć innych określeń jest całkiem sporo: dramat eksperymentalny, dramat literacko-wizualny, poemat, polifoniczne dzieło i – moje ulubione – „lesbijska space opera” (Bęc Księgarnia). Żadne z nich nie jest przekłamaniem.
▶︎•၊၊||၊|။||||။၊|။•
Poemat zaczyna się od dźwięków – od głosu sondy JUICE startującej w kosmos i od onomatopei przy spotkaniu Malinny i Salinny. Już same słodko-słone imiona, gdy je wymówić, miękko uderzają o podniebienie, wibrując w gardle. I choć przestrzeń kosmiczną wypełnia próżnia, to wszystkie znane nam ciała niebieskie składają się z materii, która drga. A skoro drga, to można ją zapisać i usłyszeć. Te dźwięki-wibracje pojawiają się w całej symulacji JUICE, jakby autorka chciała zakodować sedno słów i posłać je w kosmos.
Czas w tej opowieści jest kosmiczny, dlatego nie ufałam do końca ani jego linearności, ani chronologii zdarzeń (wyobrażam sobie warstwy czasu nakładające się na siebie w zależności od przebytej trasy w kosmosie). Nie wiem, co było pierwsze: start sondy czy spotkanie Malinny i Salinny, choć właśnie to drugie wybrzmiewa w mojej głowie jak echoiczna kosmogonia. W symulacji JUICE wspomniana już onomatopeja zyskuje wymiar performatywny: nie tylko coś nazywa, ale też uruchamia – drżenie, początek, wszechświat.
W tym wszechświecie Dobromiła Dobro podejmuje próbę konstrukcji nowej przestrzeni językowej. Próbę – moim zdaniem – udaną, a jednocześnie taką, która już na poziomie tytułu uczciwie odsłania swoją naturę – symulacji (ale o tym później). Język jest tu jednocześnie dźwiękiem, nośnikiem przekazu, konstrukcją przestrzenną oraz bazą danych. Czytając symulację JUICE, sporo rozmyślałam nad wymiarowością samego słowa pisanego: czy język programowania nie działa w przestrzeni 2D, zanim stanie się trójwymiarowym efektem? Czy logos w kulturze zachodniej nie był słowem wypowiedzianym w próżnię, a Wielki Wybuch szumem i szeptem? Zastanawiam się, jak wyglądałyby zapisane na papierze.
Relationship
Spośród tych wszystkich dźwięków wyłania się sygnał JUICE. Tym, którzy nie wiedzą, czym ona jest (sama nie wiedziałam), wyjaśniam – to sonda wysłana ku Jowiszowi i jego trzem lodowym księżycom (Ganimedesowi, Kallisto i Europie) w 2023 roku w ramach misji Europejskiej Agencji Kosmicznej. Sonda ta miała zbadać, czy wspomniane ciała niebieskie mogą być środowiskiem sprzyjającym życiu.
W tekście Dobro sonda JUICE nie jest jedynie martwym kawałkiem metalu przemierzającym kosmos. Wszystkie komunikaty, parametry technicznie i jej głos (często mylony ze śpiewem ptaków) stają się integralną częścią świadomości Malinny i Salinny. W symulacji… jest sporo myśli zaczerpniętych z nowego materializmu – nieustanny przepływ rzeczywistości, w której miesza się to, co ożywione, z tym, co nieożywione, podmioty z przedmiotami, a istnienie możliwe jest właśnie dzięki relacjom i współzależnościom. To z kolei naturalnie prowadzi do myśli posthumanistycznej, z której Dobro czerpie w kontekście redefinicji granic człowieczeństwa, tworząc z hawajki płomiennej, sondy czy oceanów pełnoprawne podmioty. Sygnał sondy i śpiew kosa mają ten sam status ontologiczny – są falą, wibracją, komunikatem wysłanym w próżnię bez gwarancji odbioru. A skoro nie ma tej gwarancji, to gdzie przebiega granica między językiem natury a językiem technologii? I czy taka granica w ogóle kiedykolwiek istniała?
„Dystans galaktyczny jest tak nieprzewidywalny, jak tylko spokojne mogą być fale strun oceanicznych” – czytamy2. Kosmos w książce Dobro to gęsta sieć powiązań między równorzędnymi elementami, takimi jak galaktyki i ślina, algorytmy i komórki, gwiazdy i (gwiazda) Matthew McConaughey. Aktor jest w symulacji… przedstawicielem gatunku ludzkiego, ale jego obecność w opowieści można odczytywać na co najmniej dwa dodatkowe sposoby. Po pierwsze: jako ironiczną reprezentację białego heteronormatywnego i hollywoodzkiego wyobrażenia o zdobywcach kosmosu. Po drugie: jako nawiązanie do filmu Interstellar (2014) w reżyserii Christophera Nolana (tematyka filmu dotyczy miłości poza czasem i ratowania gatunku ludzkiego). Nie chcę zdradzać tu zbyt wiele, dlatego – bez spoilerów – mrugnę porozumiewawczo i napiszę, że książka Dobro naprawdę może odmienić losy wszechświata.
Kosmiczny trójkącik (wait, what?)
Technologia w ujęciu Dobromiły Dobro nie jest narzędziem służącym do zdominowania natury, lecz nowym zmysłem. Malinna i Salinna nasłuchują komunikatów z galaktyki, a ich intymna lesbijska relacja jest nierozerwalnie spleciona z cyfrowym przesyłem danych. To seks, który nurkuje i wyłania się z przyszłości3. Miłość bohaterek staje się tu elementem kosmologii: nie tylko wydarza się w czasie, ale go ustanawia – rozpoczyna i jednocześnie zatrzymuje, rozciągając chwilę do granic percepcji.
Pojawia się tutaj paradoks erosa, znany od starożytnej Grecji – pragnienie powstaje w braku i próżni. W eseju Słodko-gorzki eros Anne Carson pisze, że eros jest doświadczeniem dystansu: rodzi się w braku, w „pomiędzy” oddzielającym kochankę od ukochanej. Nie jest figurą z dwoma wierzchołkami, lecz ma strukturę trójkąta. Trzeci element jest zawsze czymś, co nie pozwala na pełne zespolenie, a zarazem wprawia relację w ruch. Triangulacja staje się trajektorią lotu pragnienia.
W przypadku Malinny i Salinny owym trzecim elementem jest kosmiczna materia danych: archiwum, transmisja, sygnał biegnący przez próżnię. To właśnie brak-dystans intensyfikuje więź bohaterek. Eros nie spełnia się w prostym zjednoczeniu; przeciwnie, żywi się różnicą potencjałów, napięciem między „tu” a „tam”, „teraz” a „w przyszłości”. Dlatego według Carson „eros jest czasownikiem”4 – ruchem, aktem sięgania, dynamicznym przekraczaniem odległości, która nigdy całkowicie nie znika.
Bohaterki poruszają się więc po orbicie erosa. Ich dialog nie jest jedynie wymianą słów, lecz performatywnym gestem przybliżania. Salinna wyznaje: „lubię, kiedy do siebie mówimy […], to zmienia definicję, czas; lubię, kiedy do siebie mówimy, to porusza mną w twoim kierunku”5 – dzięki tym słowom ujawnia się temporalny wymiar pragnienia. Mówienie nie tyle opisuje uczucie, ile je wytwarza; ustanawia czas jako przestrzeń napięcia.
Język jako symulacja
Chociaż ta kosmiczna odyseja napędzana jest przez erosa, to Dobro wcale nie romantyzuje stworzenia świata; przedstawia go również w kontekście nieuchronnej apokalipsy. Zmusza nas do zadawania sobie pytań: czy istnieje kosmogonia bez ofiary i czy każdy akt tworzenia nie jest z definicji przemocą? Ukazana w symulacji… natura jest pełna odpadów technologicznych i syfu, w którym giną zwierzęta. Mamy tutaj do czynienia z tragicznym sprzężeniem zwrotnym: to, co wytwarzamy jako technologię (kleje syntetyczne, nylonowe liny), wraca do nas w ciałach zwierząt, które zjadamy lub z którymi współistniejemy. Ziemia w symulacji JUICE to wysypisko śmieci, a „skład chemiczny wody z klejami syntetycznymi nie różni się od składu chemicznego […] SALINNY”6. Natura jest tu bolesna, fizjologiczna, a jednocześnie opisana językiem niemal algorytmicznym – poprzez tabele, repetycje i glitche. Jeśli granice między ludzkim, zwierzęcym a technologicznym są iluzją, to język, który te granice uwzględnia, kłamie. A język, który zmierza do przekroczenia tych granic, odlatuje. I jest to świetny lot.
Na koniec nasuwa się pytanie: czy bycie „demiurżką”, a zarazem twórczynią symulacji daje jakąkolwiek ochronę przed unicestwieniem? Czy słowo jako kod i nośnik idei może stać się pewną formą ocalenia? Siedem alternatywnych zakończeń świadczy, jak się zdaje, o tym, że odpowiedź nie jest jednoznaczna. Może powinnam sformułować końcowe pytanie inaczej: czy po katastrofie pojawi się ktoś (lub coś), kto (co) odczyta sygnał (tekst) krążący w przestrzeni?
1 A. Herman, blurb [do:] D. Dobro, symulacja JUICE, Warszawa: wyd. własne, 2024.
2 D. Dobro, symulacja JUICE, s. 25.
3 Tamże, s. 7.
4 A. Carson, Słodko-gorzki eros. Esej, tłum. R. Lis, Wrocław: Ossolineum, 2025, s. 28.
5 D. Dobro, symulacja JUICE, s. 95.
6 Tamże, s. 137.
