(Tekst zawiera spojlery)
Kiedy dostałam propozycję zrecenzowania Odkupienia Morgan Bright Chrisa Panatiera, poczułam lekki niepokój. Horror o kobietach, a konkretnie o kobiecym szpitalu psychiatrycznym i o autonomii cielesnej napisany przez mężczyznę – czy to się w ogóle może udać? Postanowiłam jednak otrząsnąć się z moich esencjalistycznych uprzedzeń i dać powieści (oraz autorowi) szansę. Lekturę zaczęłam od Posłowia, w którym autor z mocą, ale i empatią przedstawiał kwestię praw reprodukcyjnych kobiet i gorąco zachęcał do wspierania organizacji działających na rzecz tychże praw. Następnie przeczytałam powieść, a w zasadzie dosłownie pochłonęłam ją w niespełna dwa dni. To naprawdę fascynujące, jak realizacja wizji autorskiej może się rozminąć z zamysłem twórcy; w rezultacie autor sam nie wie, o czym napisał książkę, a konkretnie – jaki ma ona wydźwięk. Chyba że Posłowie było pisane do innego tekstu i przez przypadek trafiło do Odkupienia Morgan Bright, co uświadomiono sobie, gdy książka była już w drukarni. Ups.
Tytułowa Morgan Bright postanawia się dowiedzieć, co się stało z jej siostrą Hadleigh, która trafiła do szpitala psychiatrycznego dla kobiet Hollyhock House, a następnie z niego uciekła i zmarła z wycieńczenia i wychłodzenia. W tym celu Morgan tworzy alter ego – Charlotte, młodą żonę i gospodynię domową, która marzy o dziecku, ale przechodzi przez problemy małżeńskie z powodu „psychozy domowej”. Kiedy odgrywająca Charlotte Morgan trafia do Hollyhock House, szybko zdaje sobie sprawę, że szpital i jego personel nie bez powodu budzą podejrzenia, a z nią samą dzieje się coś złego – Charlotte zaczyna przejmować nad nią kontrolę. Fabułę poznajemy achronologicznie i asynchronicznie, z kilku źródeł: opowieści Morgan, opowieści Charlotte (pojawiających się na początku książki), fragmentów transkrypcji przesłuchania na komendzie i SMS-ów wymienianych przez Hadleigh i Morgan, zanim ta pierwsza trafiła do Hollyhock House.
Odkupienie Morgan Bright jest bardzo dobrze skonstruowane pod względem gatunkowym. Napięcie narasta stopniowo, ale konsekwentnie, przedstawianie fabuły z różnych perspektyw, z wykorzystaniem kilku źródeł, w tym SMS-ów sióstr, to bardzo ciekawy (choć nienowatorski) zabieg. Panatier potrafi posługiwać się klasycznymi motywami powieści grozy: sobowtóra, opuszczonego szpitala, nawiedzonego miejsca, złego miejsca, mrocznych rytuałów – i całkiem sprawnie je ze sobą łączyć. Autor mógł co prawda odpuścić sobie odwołanie do indiańskich legend (jeśli na amerykańskich Wielkich Równinach istniałoby miejsce będące „kanałem rodnym Ziemi”, gdzie krążą duchy, to rdzenna ludność raczej nie nazywałaby tego miejsca złym, wydającym „złe owoce”), ale nie jest to istotny element fabuły, więc to potknięcie można Panatierowi wybaczyć. W końcu wszystko jest straszniejsze, gdy stoi na miejscu „indiańskiego cmentarza”, nawet jeśli z tego powodu osiąga się kombinację: „niegdyś opuszczony, teraz nawiedzony szpital psychiatryczny postawiony na «indiańskim cmentarzu», gdzie odbywają się mroczne rytuały”. Brakuje tu tylko wampira seryjnego mordercy z piłą mechaniczną do bingo powieści grozy.
Powieść naprawdę przyjemnie (i niezwykle szybko) się czyta, także dzięki plastycznym, zmysłowym opisom. Trzeba docenić też ładne ciągi metafor, które Panatier szczodrze umieszcza w tekście (choć może byłoby lepiej, gdyby zdecydował się na jeden ciąg, góra dwa, trochę dużo grzybów w tym barszczu): jedzenie, ziarna (zwłaszcza granatu) – puszki z zawieszonym w galarecie obiektem – poczwarki i motyle – perła – ciąża czy poczwarki i motyle – pacjentki w białych sukienkach z wszytymi leginsami – wycinanki z papieru – papierowe wykroje ubrań dla całej rodziny – sobowtór lub ziarna granatu – podziemie – przemiana – śmierć i narodziny. Symbole i metafory układają się w sekwencje i płynnie w siebie przechodzą, przetwarzają się, zapowiadają kolejne wydarzenia w fabule, nawet jeśli czasami są niespecjalnie subtelne. Co więc poszło nie tak, skoro książkę czyta się dobrze, fabuła jest porywająca, gatunkowo i konstrukcyjnie – bez zarzutu, a i temat, niestety, na czasie?
Problem polega na tym, że lęk, na którym oparte jest Odkupienie Morgan Bright, nie jest prawdziwy. Konkretnie: nie jest prawdziwy dla autora, który tak naprawdę nie boi się utraty autonomii, a jedynie wyobraża sobie, że to musi być straszne. Panatier próbował więc wyobrazić sobie koszmar niechcianego macierzyństwa, ale ponieważ ten lęk jest dla niego tylko ideą i nie ma związku z realnym zagrożeniem, to cała misternie budowana konstrukcja bierze w łeb. Posłowie wygląda jak dopisane ze słusznych pobudek, ale nie do tej książki, co trzeba.
Hollyhock House jest nawiedzone, a dyrekcja i personel wykorzystują pacjentki (którym najpierw robią pranie mózgu) do mrocznych rytuałów – ale połączenie tego z rzeczywistymi praktykami stosowanymi w szpitalach psychiatrycznych w XIX i XX wieku i z faktycznie stawianymi kobietom diagnozami (psychoza domowa, histeria macicy) osłabia grozę tego, co prawdziwe. Rezultatem jest tu bowiem zrównanie realnych doświadczeń kobiet z elementami fantastycznymi, takimi jak nawiedzenie czy mroczne rytuały i przyzywanie duchów. Przywołane przez autora praktyki psychiatrii i psychologii nie są zmyślone, nie stanowią wyłącznie chwytu w rekwizytorni powieści grozy; są przykładem faktycznej przemocy, faktycznego horroru – bez „indiańskiego cmentarza” w tle. Skoro już jesteśmy przy rekwizytorni powieści grozy: stworzenie horroru o przymusie ciąży bez elementów body horroru trzeba uznać za odważną decyzję artystyczną. „Magiczna” ciąża w wyniku rytuału trwa znacznie krócej niż ciąża fizjologiczna, sam poród nie został opisany szczegółowo, a dziecko szybko rośnie – jedyne elementy body horroru pojawiają się w scenie, kiedy u jednej z bohaterek ciąża się „nie przyjęła”. Ciąża, która się „przyjęła”, przebiega natomiast gładko, szybko, ekspresowo. Może podjęta przez Panatiera decyzja fabularna i światotwórcza także wynika z tego, że lęk, na którym ufundowana jest powieść, jest dla autora abstrakcyjny; dlatego to horror o sobowtórze, a nie body horror. Walka toczy się o świadomość Morgan/Charlotte, nie jest zmaganiem z ciałem, które zachodzi w niechcianą ciążę.
Problematyczny jest też sam wątek sobowtóra. Charlotte, alter ego / sobowtór Morgan, pragnie dziecka. Szpital może jej to zapewnić (w mrocznym rytuale, ale to dla bohaterki nieistotne), więc ta robi wszystko, aby zostać w tym miejscu jak najdłużej, przenieść się do oficjalnie zamkniętego i nieczynnego Skrzydła Południowego i przystąpić do rytuału, a także przejąć kontrolę nad zdolnym do poczęcia ciałem i wypchnąć z niego świadomość Morgan. Ta oczywiście walczy z sobowtórem, ale jej nadrzędnym celem jest odkrycie, co się stało z jej siostrą. Sobowtór wygrywa – udaje mu się unieszkodliwić Morgan, poddać rytuałowi i zajść w ciążę. Charlotte nie chce oddać dziecka personelowi Hollyhock, więc rozsadza miejsce od środka i wydostaje się bez szwanku z dosłownie rozpadającego się szpitala. Zamiast upragnionego chłopca rodzi jednak… Hadleigh, siostrę Morgan, bo to duch kobiety zamiast ducha małego chłopca wniknął w ciało Charlotte/Morgan. W jaki sposób zatem mamy odczytać tę powieść jako manifest na rzecz autonomii cielesnej? Aby spełnić swoją misję (odkupić winy wobec siostry – przecież na to wskazuje tytuł!), Morgan musi ulec Charlotte, tej gotowej do macierzyństwa sobowtórce. Żeby uratować swoją rodzinę, bohaterka rodzi własną siostrę. Ponadto początkowe rozdziały, w których narratorką jest Charlotte, są oznaczone astrologicznym symbolem Plutona, oznaczającym, owszem, zniszczenie, ale też odrodzenie, odkrycie głęboko skrywanych pragnień i przemianę. Skoro Charlotte zostaje powiązana z Plutonem, to ma oznaczać, że reprezentuje skrywane pragnienie Morgan – zajście w ciążę…? Które musi zostać odkryte, dopuszczone do głosu, choćby miało zniszczyć zastany porządek? W końcu to Charlotte rozsadza Hollyhock House, żeby zatrzymać dziecko. Fabuły z sobowtórem zwykle dążą, zgodnie z najprostszą psychoanalityczną interpretacją, do integracji mrocznego alter ego – czy więc Morgan ma po prostu pogodzić się ze swoim pragnieniem ciąży? To chce nam powiedzieć autor Posłowia o autonomii cielesnej i prawach reprodukcyjnych? A skoro tak, to dlaczego opatrzył powieść posłowiem stojącym w sprzeczności z wymową tekstu głównego?
Odkupienie Morgan Bright mogło być naprawdę dobrą powieścią, gdyby autor rzeczywiście się czegoś bał lub poważnie przemyślał znaczenie symboliki, którą wprowadza do tekstu. Tymczasem zamiast horroru o niechcianym macierzyństwie otrzymujemy horror zastępczy poświęcony tematowi macierzyństwa, tożsamości i pragnień zarazem – oraz o wymowie odwrotnej niż deklarowana w Posłowiu. Może jednak lepiej pisać horrory bliższe swoim własnym lękom? Odczuwam pokusę sięgnięcia po naprawdę nisko wiszący owoc (granatu) i zaproponowania interpretacji, wedle której tym, czego autor naprawdę się lęka, jest nie utrata cielesnej autonomii, lecz sama kobiecość – dlatego dla bezpieczeństwa powieść została przetłumaczona na język polski i zredagowana przez mężczyzn, chociaż traktuje o kobietach, ciąży, siostrzeństwie, cielesności i pragnieniach… Ale oprę się wspomnianej pokusie. Zasygnalizuję tylko, że taki owoc wisi dość nisko – na wypadek gdyby komuś zachciało się go zerwać.
Jeśli jednak, Drodzy Czytelnicy, szukacie dobrego horroru poświęconego tematowi niechcianego macierzyństwa i kobiecych wyborów, sięgnijcie po Niematki Leslie J. Anderson (w tłumaczeniu Marty Miazek)1. W książce tej również znajdują się opisy mrocznych rytuałów, ale autorka lepiej panuje nad tym, co i w jaki sposób chce opowiedzieć.
1 L.J. Anderson, Niematki, tłum. M. Miazek, Kraków: Wydawnictwo Insignis, 2025.
