Lu Xun, odnowiciel literatury chińskiej, może już być znany niektórym polskim czytelnikom dzięki przekładowemu wysiłkowi Katarzyny Sarek, ale to właśnie zbiór Do boju! stanowi dziś szansę na zwiększenie rozpoznawalności wyjątkowego chińskiego pisarza. Ten wybitny modernista próbuje być realistą jak Czechow, ale z jego prozy wyłania się portret autora horrorów. Nie jest to jednak manifestacja literackiej pozy, lecz szczególnej intencjonalności pisarza, który usiłuje przetworzyć własny język, a przy tym mierzy się z formą uznaną w krajach centrum – z realistyczną nowelą. Forma ta jednak go zdradza: to, co miało być uporządkowane, staje się bezładne; zamiast wiernego odzwierciedlenia rzeczywistości w tekście pojawiają się słowa i obrazy, które nie powinny się tam znaleźć.
Zbiór Do boju! jest polityczny, i to nie tylko w sensie historycznym. W Chinach ukazał się w epoce przejściowej: między anarchią a modernizacją, w czasie schyłku rządów twórcy nowoczesnych Chin, Sun Jat-sena. Walka, którą toczą bohaterowie Lu Xuna, ma również wymiar językowy. Chodzi o napięcie między wenyan (klasycznym językiem pisanym) a baihua (językiem potocznym, wernykularnym, czyli zbliżonym do mowy codziennej). Elementy baihua pojawiały się już w średniowieczu, ale dopiero rewolucja Xinhai (1911) i Ruch 4 Maja (1919) poskutkowały ostatecznym porzuceniem wenyan na rzecz języka ludowego we wszystkich sferach życia publicznego.
Lu Xun – wbrew tradycji, ale zgodnie z duchem awangardy – wybiera baihua. I to nie w wersji archaicznej, lecz współczesnej, wspólnej, „normalnej”. Z tej właśnie odmiany języka mandaryńskiego Katarzyna Sarek i Maria Jarosz przetłumaczyły jego najbardziej znane opowiadania. Kluczowym tekstem jest tutaj otwierający zbiór Dziennik szaleńca – opowiadanie w formie dziennika człowieka pogrążonego w paranoi. Bohater jest przekonany, że wszyscy, w tym jego najbliżsi, spiskują przeciwko niemu, by go zjeść.
Tak zresztą widać to i w kolejnych opowiadaniach: wszystko podporządkowane jest jednemu zdaniu ze wspomnianego opowiadania: „nie należy za dużo myśleć”. Utwory Lu Xuna są do granic możliwości proste. W Kong Yiji Lu Xun opisuje wizytę włóczęgi w barze, osadzając opowieść w ramach logiki kapitalistycznego realizmu: czas wydarzeń określony jest jako „przed dwudziestu laty”, a narrator dodaje mimochodem: „teraz cena wzrosła do dziesięciu”. Właściciel baru, widząc, że włóczęga nie przychodzi i nie spłaca długów, kwituje to słowami: „pewnie umarł” – i wraca do rachunków. W Domu rodzinnym narrator powraca w rodzinne strony, próbuje bowiem odnowić relację z przyjacielem z dzieciństwa, Runtu. Okazuje się to niemożliwe z powodu różnic klasowych, które pojawiły się wraz z dorastaniem bohaterów – w momencie, gdy obaj zaczęli funkcjonować w realiach nowej, peryferyjno-kapitalistycznej logiki.
Proza Lu Xuna jest więc pozornie prosta, wręcz banalna. „Taki mamy klimat”, wyzłośliwia się nam w twarz chiński pisarz i eseista. Widać to szczególnie w drugiej części zbioru: każdy, kto próbuje przełamać luxunowski realizm, z góry skazany jest na porażkę. Tak dzieje się w Prawdziwej historii A Q: główny bohater, postać żałośnie pikarejska (niczym Ryan z amerykańskiej wersji The Office), nie potrafi odnaleźć się w nowej racjonalności. Chen Shisheng – bohater noweli Białe światło – umiera, płacąc cenę za własne aspiracje: pragnienie awansu społecznego i zdobycia władzy nad współobywatelami, czyli nad środkami produkcji. Wreszcie w Święcie Smoczych Łodzi Fang Xuanchuo, bohater, który stara się dostosować do nowego systemu, również upada, mimo że uważa się za „człowieka praworządnego” i na wszystko reaguje powiedzonkiem: „nie ma większej różnicy”. W zakończeniu zbioru pojawia się inny ton – opowiadanie Opera we wsi, będące ośmieszeniem wszystkiego, co zbyt wyszukane, co nie jest jednocześnie proste i prostackie. To historia człowieka, którego nie zachwycają wyrafinowane przedstawienia teatralne – choć, według wszelkich konwencji, powinny.
A jednak utwory Lu Xuna mają głębszy wymiar i widać to już na poziomie języka. Tak jak w Europie łacinę zastąpiły języki nowożytne, tak w Chinach klasyczny wenyan miał zostać wyparty przez baihua. Reforma języka i pisma była tam znacznie bardziej złożona niż na Zachodzie. Wynikało to z konieczności połączenia tradycyjnych form pisma z mową potoczną, ze zróżnicowania dialektów, z braku jednej normatywnej wymowy, a także ze złożoności samego systemu znakowego, obejmującego tysiące symboli. I tak jeden z teoretyków ruchu, Zhou Youguang, podkreślał, że reforma języka musi iść w parze z reformą pisma. Idealny język narodowy zdaniem tego lingwisty powinien opierać się na wspólnej normie fonetycznej, gramatycznej i pisanej.
Co to właściwie oznaczało? Podręczniki z okresu późnej dynastii Qing i wczesnej Republiki – na przykład seria Newest Textbook wydawnictwa Commercial Press – były wciąż pisane w stylu wenyan (文言), ale wprowadzały masowo nowe, złożone terminy związane z modernizacją oraz reformami politycznymi i społecznymi. Źródła tego nowego słownictwa były dwojakie: po pierwsze zapożyczenia z języków europejskich, po drugie japońskie „powrotne zapożyczenia graficzne” (return graphic loans), czyli terminy zapisane znakami chińskimi, które w Japonii nabrały nowych znaczeń, a następnie zostały reimportowane do Chin. Przykłady takich wyrażeń to między innymi: 国民 guomin („naród”/„obywatel”), 宪法 xianfa („konstytucja”), 权利 quanli („prawa”), 文明 wenming („cywilizacja”) i wiele innych.
Podręczniki pełniły więc funkcję autorytatywnego medium, które nie tylko wprowadzało te nowe pojęcia, ale także definiowało i utrwalało ich znaczenia – często odmienne od zachodnich. Na przykład termin „prawa” (quanli) był wówczas rozumiany nie jako indywidualne uprawnienia jednostki, lecz jako kolektywne przywileje narodu. W ten sposób młode pokolenie kształtowało swój obraz modernizacji poprzez język państwowości, a nie emancypacji jednostkowej.
Przełom nastąpił w latach 20. XX wieku: reformatorzy Ruchu 4 Maja odegrali kluczową rolę w opracowywaniu nowych programów nauczania (1923) oraz w redagowaniu podręczników dla szkół średnich. Podręczniki do języka narodowego (guoyu) z lat 20. i 30. stały się swoistymi antologiami nowej literatury – ważne miejsce zajęły w nich teksty Lu Xuna.
Ten gest miał znaczenie głęboko polityczne. Oznaczał próbę stworzenia uniwersalnego języka opartego na mowie, w tym wypadku – na mowie ludu, motłochu, drobnych posiadaczy. Sięgnięcie po baihua było więc jednocześnie ruchem emancypacyjnym i strategicznym: służyło utrwaleniu pozycji nowej inteligencji oraz zdobyciu kapitału kulturowego i ekonomicznego w realiach po upadku cesarstwa. Oznaczało także próbę zastąpienia dawnych elit literackich – mistrzów wenyan – nową awangardą, która miała zdefiniować, czym jest nowoczesna kultura chińska.
Realizm – często aż odrzucająco banalny – opiera się na prostym założeniu: jak najwierniej oddać rzeczywistość. W praktyce często oznacza to powtarzanie klisz i oczywistości narzucanych przez panujący porządek, który dzięki temu zyskuje pozór absolutnej prawdy. Tworzy się w ten sposób pułapka: obraz świata tak szczelny, że nie sposób z niego wyjść. Nieprzypadkowo realizm w dziewiętnastowiecznej Europie kojarzy się z Jules’em Champfleurym, który chciał sztuki prostej jak dagerotyp – o zwykłych ludziach zamiast romantycznych bohaterów. Banalność jest tam figurą powszechną, a zarazem jakby zakazaną: tak oczywistą, że aż niewidoczną; tak dostępną, że wzbudza niechęć. Realistyczna narracja działa jak algorytm – od danych wejściowych do przewidywalnego wyniku. Najlepsza realistyczna historia to taka, która mogłaby równie dobrze zacząć się tam, gdzie się kończy; jak dobry produkt, spełnia jednocześnie wymogi zarządu i klienta. To proste – ale właśnie dlatego hegemoniczne. Tutaj coś zdaje się uciekać i straszyć: z prostych wydarzeń wychodzą potwory. Forma zostaje jednak zachowana: Lu Xun to ani Stephen King, ani Mariana Enríquez.
W tym miejscu z pozornego banału wyłania się coś więcej. Jak zauważa Keru Cai z University of St Andrews, realizm Lu Xuna można określić jako realizm peryferyjny. To estetyka zakorzeniona w zasadach realizmu zachodniego – jego zainteresowaniu reprezentacją społeczności podporządkowanych i totalizującą wizją społeczeństwa industrialnego – ale zarazem odbiegająca od jego „normalności”. Jest to realizm z odchyleniem, naznaczony szaleństwem formy i świadomości.
Aby uchwycić nowe realia świata peryferii, pisarze tacy jak Lu Xun musieli więc wynajdywać własne strategie estetyczne, dokonując formalnych innowacji na materiale realizmu zachodnioeuropejskiego – podobnie jak wcześniej rosyjski realizm poszerzał jego granice, dostosowując go do warunków innego świata.
Widać tutaj szaleńczy wymiar twórczości Lu Xuna. Dziennik szaleńca to opowiadanie psychotyczne sensu stricto: narrator jest całkowicie przekonany o swojej racji, nie próbuje jej – jak narrator w Horli Guy de Maupassanta – przedstawić jako przerażającej. Przerażający jest sam narrator, ponieważ jest realistą: traktuje własną obsesję jako wiedzę obiektywną, niemal naukową. Mówi w języku baihua, języku ludu, ale jego sposób mówienia staje się narzędziem obiektywizacji rzeczywistości, która obiektywna nie jest.
Można to zresztą zauważyć w całym zbiorze. Przemoc, choć często przetworzona w formę satyry (jak w Święcie Smoczych Łodzi), kryje się w relacjach społecznych – a także w samej, inwazyjnej ironii Lu Xuna. Chiński pisarz próbuje myśleć pozycyjnie, odnaleźć się w sytuacji politycznej, w której znajduje się jego język. Tutaj właśnie rodzi się polityka autora – a wraz z nią zarówno przemoc, jak i ironia.
W tym sensie ważną, choć nieco przepoetyzowaną, interpretację tego gestu zaproponował literaturoznawca Ji Jianqing z Uniwersytetu Pekińskiego. Lu Xun, w przeciwieństwie do innych liderów Ruchu Nowej Kultury (takich jak Hu Shi czy Chen Duxiu), nie miał wczesnego doświadczenia z baihua. Jego wczesne tłumaczenia i pisma (sprzed 1918 roku, czyli z okresu przed publikacją Dziennika szaleńca) były w całości pisane w wenyan. Jak argumentuje Ji Jianqing, kluczem do zrozumienia tego lingwistycznego zwrotu są pojęcia xinsheng (心声) – „głosy serca”, czyli wyrazy wewnętrznego, subiektywnego życia duchowego. Początkowo, jeszcze nie jako dojrzały pisarz, Lu Xun próbował wyrażać te xinsheng za pomocą archaicznego wenyan, co prowadziło do izolacji i niezrozumienia twórcy. Dopiero baihua dało mu możliwość konstruowania intersubiektywności – komunikowania tych „głosów” szerszej publiczności, a tym samym uwolnienia się od dylematu ekspresji jednostkowej.
Warto jednak wyjść poza tę ekspresjonistyczną interpretację, która może być zbyt prosta. Ociosując argument Ji Jianqinga z poetycznego nadmiaru i kierując go ku materialistycznemu odczytaniu, można zauważyć, że zwrot Lu Xuna ku językowi wernakularnemu był częścią szerszego, globalnego zjawiska.
Podobne procesy zachodziły w tym samym czasie w innych częściach świata peryferyjnego. W Turcji reformy Atatürka doprowadziły do powstania ruchu młodych pisarzy lewicowych, związanych z pismem Garip. Ich język – prosty, „banalny”, maksymalnie bezpośredni – miał zarazem funkcję emancypacyjną i modernizacyjną. (Na język polski tłumaczono dotąd głównie jednego z czołowych autorów ruchu, Orhana Veli Kanıka). Przykładem geograficznie Polsce bliższym, choć bardziej złożonym, był czeski Devětsil, czyli grupa literacka posługująca się językiem potocznym, czeskim klasy drobnomieszczańskiej Pragi czy Brna. Ruch ten, podobnie jak Lu Xun w Chinach, próbował przedefiniować pojęcie nowoczesności właśnie poprzez język.
W każdym z tych przypadków chodziło o próbę emancypacji języka motłochu: utworzenia go hegemonicznym i przez to przyniesienie legitymizacji nowym formom polityki, to jest utworzenie ich „własnymi dla każdego”. W tym sensie – idąc za przykładami z tego okresu – opisywana sytuacja różni się od polityk hinduskich nacjonalistów, narzucających język hindi (wcześniej odpowiednio oczyszczony z „nieczystej” leksyki perskiego czy arabskiego, nie mówiąc już o mniej wpływowych od hindustani języków Półwyspu) jako uniwersalny i wyrażający wolę ludu – podobnie zresztą jest w przypadku „emancypacji” przez zapisywanie cyrylicą języków Azji Środkowej (za przykład posłużyć tu może „odcięty” od perskiego język tadżycki).
Zbiór Do boju! to coś znacznie więcej niż kolejna ciekawostka. Jest to zapis momentu, w którym język staje się narzędziem polityki i nowoczesności. Lu Xun, wybierając baihua, język ludu, zrywa z dawnym porządkiem elit piszących w wenyan, a jego proza staje się formą walki o nową świadomość społeczną. W tym sensie Dziennik szaleńca czy Prawdziwa historia A Q nie są jedynie studium szaleństwa czy moralnego upadku – to diagnozy epoki, w której język, przemoc i władza splatają się w jeden projekt modernizacji peryferii.
Autor dziękuje Lethianowi Zhiangowi za konsultację tekstu – zwłaszcza jeśli chodzi o zagadnienia związane z różnicami między „baihua” a „wenyanem”.
