Prasówka (17 kwietnia 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Autoportret”

Tema­tem prze­wod­nim naj­now­sze­go nume­ru kwar­tal­ni­ka „Auto­por­tret” jest opór Ukra­iń­ców wobec rosyj­skiej inwa­zji. Naród ukra­iń­ski szu­ka stra­te­gii funk­cjo­no­wa­nia w wojen­nej rze­czy­wi­sto­ści, w obli­czu nie­ustan­ne­go zagro­że­nia; musi ponad­to zna­leźć w sobie siłę potrzeb­ną choć­by do odbu­do­wy znisz­czo­nych domów. W roz­mo­wie Kin­gi Zemły z Bog­da­ną Kosmi­ną, Micha­łem Muraw­skim i Kate­ry­ną Rusec­ką, zaty­tu­ło­wa­nej Dach pod ostrza­łem zamie­rza się bro­nić, punk­tem wyj­ścia sta­je się wysta­wa pawi­lo­nu ukra­iń­skie­go na Bien­na­le Archi­tek­tu­ry w Wene­cji. Według opi­su zawar­te­go w prze­wod­ni­ku eks­po­zy­cja uka­zu­je „nie­ugię­tą, sta­wia­ją­cą opór archi­tek­tu­rę bez archi­tek­tów, zako­rze­nio­ną w doświad­cze­niach poprzed­nich poko­leń, wojen­nej trau­mie i sile opo­ru”. Pre­zen­to­wa­na insta­la­cja, czy­li Dakh: Ver­na­cu­lar Hard­co­re, przed­sta­wia stoż­ko­wy, war­stwo­wy dach kry­ty strze­chą, z meta­lo­wą obrę­czą zaci­śnię­tą na jego gór­nej czę­ści. Dzię­ki wyko­rzy­sta­nym mate­ria­łom zde­rze­nie wizji schro­nie­nia (rozu­mia­ne­go jako pier­wot­na funk­cja archi­tek­tu­ry) z opre­sją i zagro­że­niem sym­bo­li­zo­wa­ny­mi przez sta­lo­wy uścisk jest nie­zwy­kle szo­ku­ją­ce. Przy­tul­ność, cie­pło i kru­chość strze­chy oraz zim­ny i twar­dy metal w pew­nym sen­sie odpo­wia­da­ją prze­ciw­nym bie­gu­nom naszych odczuć zmy­sło­wych, więc ich połą­cze­nie może budzić opór. Zesta­wie­nie tego rodza­ju w kon­tek­ście odbu­do­wy­wa­nia ukra­iń­skich domostw ma jed­nak rów­nież wymiar sym­bo­licz­ny: mięk­ka strze­cha łago­dzi zim­ny cha­rak­ter meta­lu podob­nie jak wysi­łek Ukra­iń­ców pro­wa­dzi do odro­dze­nia tego, co znisz­czo­ne przez rosyj­ską inwa­zję. Dakh… w arty­stycz­ny spo­sób uka­zu­je plan odbu­do­wy Ukra­iny – pięk­ny, choć ze wzglę­du na oko­licz­no­ści tym­cza­so­wo pozo­sta­ją­cy w sfe­rze roz­wa­żań teo­re­tycz­nych. Insta­la­cja ma jed­nak tak­że wymiar prak­tycz­ny: przed­sta­wia bowiem kon­kret, odzwier­cie­dla mnó­stwo roz­sia­nych po całej Ukra­inie oddol­nych ini­cja­tyw, o któ­rych na łamach „Auto­por­tre­tu” opo­wia­da­ją Kosmi­na, Muraw­ski i Rusec­ka. Arty­ści w oma­wia­nych dzia­ła­niach dostrze­ga­ją szan­sę na rze­czy­wi­ste zbli­że­nie spo­łe­czeń­stwa i jego elit poli­tycz­nych. Jak pod­kre­śla­ją: „Jeste­śmy zwo­len­ni­ka­mi odbu­do­wy rozu­mia­nej jako wspól­ny wysi­łek, zorien­to­wa­ny na wspól­ne dobra”.

*

W naj­now­szym wyda­niu „Auto­por­tre­tu” Joan­na Erbel zapra­sza do wyru­sze­nia w podróż w głąb tego, co minio­ne, a nie­kie­dy nawet nie­słusz­nie zapo­mnia­ne. Zachę­ca, żeby w cza­sie tej wędrów­ki pozwo­lić sobie na reflek­sje o lep­szej przy­szło­ści. W tek­ście Retro­fu­tu­ryzm codzien­no­ści. Jak się rodzi eko­po­lis pod­kre­śla:

spo­sób myśle­nia zwa­ny retro­fu­tu­ry­zmem roz­po­zna­je, że inno­wa­cja nie zawsze rodzi się z nowo­ści. Czę­sto wyra­sta z prze­twa­rza­nia daw­nych roz­wią­zań, z odzy­sku tego, co nie­gdyś dzia­ła­ło, ale zosta­ło porzu­co­ne w imię moder­ni­za­cyj­ne­go pośpie­chu. W tym sen­sie retro­fu­tu­ryzm wspie­ra rege­ne­ra­cję albo reno­wa­cję wyobraź­ni.

Erbel odno­si przy­to­czo­ne roz­wa­ża­nia do prze­strze­ni miej­skiej; poda­je przy­kła­dy tar­go­wisk, odra­dza­ją­cej się spół­dziel­czo­ści czy potrze­by zago­spo­da­ro­wy­wa­nia miej­skich nie­użyt­ków (czę­sto powsta­ją tam sady i ogro­dy zio­ło­we). W uję­ciu autor­ki retro­fu­tu­ryzm uczy nas myśle­nia o tra­dy­cji i inno­wa­cyj­no­ści nie jak o opo­zy­cji czy wyklu­cza­ją­cych się poję­ciach, lecz jak o dwóch mode­lach, któ­rych połą­cze­nie może przy­nieść świet­ne rezul­ta­ty. Trze­ba nam więc, jak się wyda­je, przy­po­mnieć, że „przy­szłość roz­wi­ja się nie linio­wo, lecz spi­ral­nie: poprzez powro­ty, rein­ter­pre­ta­cje i prze­kształ­ce­nia daw­nych roz­wią­zań w nowych kon­tek­stach”. Erbel zazna­cza, że tego rodza­ju podej­ście może być szcze­gól­nie waż­ne w cza­sie poli­kry­zy­sów; retro­fu­tu­ryzm roz­bu­dza bowiem naszą wraż­li­wość na roz­ma­ite per­spek­ty­wy, na potrze­bę suwe­ren­no­ści róż­nych pod­mio­tów i jed­no­stek. Jak pod­su­mo­wu­je autor­ka:

Dziś potrze­bu­je­my nie jed­nej wizji lep­sze­go świa­ta, ale wie­lu róż­nych mode­li dzia­ła­nia, któ­re będą się nawza­jem wspie­rać jak rośli­ny, zwie­rzę­ta i grzy­by w per­ma­kul­tu­ro­wym sie­dli­sku.

Okładka czasopisma „Autoportret” 2025, nr 4.
„Autoportret” 2025, nr 4.

„Nowe Książki”

Bła­żej Brzo­stek w książ­ce Życie codzien­ne kobiet w PRL przed­sta­wia tytu­ło­we zagad­nie­nie, czy­li kwe­stię funk­cjo­no­wa­nia kobiet w codzien­no­ści Pol­ski Ludo­wej, w szer­szym kon­tek­ście życia spo­łecz­ne­go w cza­sach komu­ni­zmu. W roz­mo­wie z Syl­wią Chut­nik wska­zu­je swój głów­ny pisar­ski cel: dowar­to­ścio­wa­nie codzien­no­ści przez pod­kre­śle­nie jej cie­le­sne­go i histo­rycz­ne­go wymia­ru. Zada­nie wyda­wa­ło się nie­mal kar­ko­łom­ne, zwa­żyw­szy choć­by na sam ogrom mate­ria­łu. Czy w ogó­le moż­li­we jest pre­cy­zyj­ne zde­fi­nio­wa­ne poję­cia „codzien­ność kobiet”? Jak doko­nać kon­cep­tu­ali­za­cji same­go poję­cia? Jak wybrać głów­ne osie nar­ra­cyj­ne? Z per­spek­ty­wy histo­ry­ka współ­cze­sno­ści, jak mówi sam Brzo­stek, nad­miar może skut­ko­wać „natło­kiem drob­nych, nie­prze­my­śla­nych inter­pre­ta­cji. Para­dok­sal­nie w tym gąsz­czu gro­zi nam poru­sza­nie się tymi samy­mi, utar­ty­mi ścież­ka­mi”. Tak czy ina­czej – podział nar­ra­cji na cykle, linie i pory kobie­cej codzien­no­ści pozwo­lił auto­ro­wi wyjść obron­ną ręką z tego nie­ła­twe­go zada­nia. Brzo­stek pod­kre­śla rów­nież wie­lo­wy­mia­ro­wość życia w PRL; nie toczy­ło się ono bowiem w okre­sie jed­no­li­tym histo­rycz­nie. Codzien­ność kobiet mogła zatem mieć róż­ne zna­cze­nie w róż­nym cza­sie – w zależ­no­ści od peł­nio­nych przez nie ról spo­łecz­nych. Zagad­nie­niem wspól­nym dla spo­łecz­nej i histo­rycz­nej roli kobiet, nie­za­leż­nie od warun­ków prze­strzen­nych i śro­do­wi­sko­wych, poko­le­nio­wych albo kla­so­wych, był tak zwa­ny syn­drom obcią­żo­nej gło­wy. To nie­ustan­na krzą­ta­ni­na, któ­rej przy­świe­ca­ło prze­ko­na­nie: „tak trze­ba”. Autor syn­te­tycz­nie przed­sta­wia tę codzien­ność, nada­je jej wyż­szą ran­gę i stwier­dza:

PRL był rze­czy­wi­sto­ścią, w któ­rej kobie­ty wyko­na­ły ogrom­ną i nie­wi­dzial­ną pra­cę pod­trzy­my­wa­nia świa­ta rodzin, insty­tu­cji czy rela­cji. Zro­bi­ły to w warun­kach struk­tu­ral­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści, amor­ty­zu­jąc ten sys­tem na dobre i na złe.

Lek­tu­ra książ­ki Brzost­ka może być więc powro­tem do spraw fun­da­men­tal­nych połą­czo­nym z myślą o przy­szło­ści.

*

Codzien­ność to tak­że temat prze­wod­ni zbio­ru krót­kich ese­jów Szy­jąc Olgi Git­kie­wicz. Już sam tytuł arty­ku­łu – Tro­ska jako cza­sow­nik – wyzna­cza inter­pre­ta­to­ro­wi stra­te­gię ana­li­zy tek­stów zawar­tych w książ­ce. Per­spek­ty­wa Git­kie­wicz jest może wąska, ale nie zna­czy to, że autor­ka nie trak­tu­je poważ­nie spra­wy bliż­sze­go przyj­rze­nia się poję­ciu tro­ski w kon­tek­ście kobie­ce­go doświad­cze­nia. Ten stan zwy­cza­jo­wo bywa utoż­sa­mia­ny z zamar­twia­niem się (głów­nie o innych ludzi), z mat­czy­ną per­spek­ty­wą oraz drą­żą­cym umysł i cia­ło poczu­ciem nie­po­ko­ju. Jak zapi­su­je Siko­ra-Tar­now­ska:

[Git­kie­wicz – red.] pró­bu­je [ów stan – red.] uchwy­cić z róż­nych per­spek­tyw: arty­stycz­nej, femi­ni­stycz­nej, her­sto­rycz­nej, spo­łecz­nej, inte­lek­tu­al­nej, mate­rial­nej, lite­rac­kiej, auto­bio­gra­ficz­nej, języ­ko­wej, przy czym kon­se­kwent­nie wystrze­ga się abs­trak­cji i pod­nio­słe­go tonu.

Tro­ska w ese­jach Git­kie­wicz czę­sto wyra­ża się w opi­sach krzą­tac­twa. Siko­ra-Tar­now­ska trak­tu­je ów ter­min jako co naj­wy­żej powierz­chow­nie pejo­ra­tyw­ny, ponie­waż w rze­czy­wi­sto­ści jest to okre­śle­nie nace­cho­wa­ne czu­ło­ścią. To wła­śnie w cią­głym ruchu, w nie­ustan­nej pra­cy (rów­nież opie­kuń­czej) i czuj­no­ści emo­cjo­nal­nej autor­ka widzi sed­no zaj­mu­ją­cej ją kwe­stii. Za nie­po­zor­ną tro­ską kry­ją się spra­wy znacz­nie więk­szej wagi. Moż­na tu – za Git­kie­wicz – wymie­nić przy­kła­dy eman­cy­pan­tek, sufra­ży­stek, słyn­ne­go straj­ku kobiet na Islan­dii czy femi­ni­stycz­nych prak­tyk arty­stycz­nych. Tak rozu­mia­na tro­ska nie tyle wią­za­ła­by się więc z obcią­że­niem, ile sta­no­wi­ła­by punkt wyj­ścia do pro­duk­tyw­nych i prze­kształ­ca­ją­cych spo­łe­czeń­stwo dzia­łań.

Okładka czasopisma „Nowe Książki” 2026, nr 3.
„Nowe Książki” 2026, nr 3.

„Znak”

Po prze­czy­ta­niu Ostat­nie­go języ­ka Karo­li­ny Cie­ślik-Jaku­biak, ira­nist­ki i orien­ta­list­ki, wie­my już na pew­no, że się­gnie­my po Dzie­ci get­ta Ilja­sa Chu­rie­go. Dwa tomy tej try­lo­gii libań­skie­go auto­ra – Mam na imię Adam Stel­la Maris – w tłu­ma­cze­niu Han­ny Jan­kow­skiej nie tak daw­no uka­za­ły się nakła­dem wydaw­nic­twa Karak­ter. Opo­wia­da­ją o nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­nych losach Pale­styń­czy­ków, o ludziach, któ­rzy tak jak głów­ny boha­ter, żeby oca­leć, musie­li zmie­niać toż­sa­mo­ści, co spra­wi­ło, że teraz nie wie­dzą, kim tak napraw­dę są. Cie­ślik-Jaku­biak w swo­jej recen­zji zapi­su­je:

Czy Adam Dan­nun, Pale­styń­czyk z Lid­dy, któ­re­go odna­le­zio­no jako nie­mow­lę przy pier­si zmar­łej mat­ki, jest wobec tego posta­cią fik­cyj­ną? Na potrze­by histo­rii opi­sa­nej przez auto­ra w „Dzie­ciach get­ta” – tak. Jest jed­nak tak­że przed­sta­wi­cie­lem uni­wer­sal­nych doświad­czeń kil­ku­set tysię­cy Pale­styń­czy­ków poko­le­nia Nakby, któ­rzy w 1948 roku stra­ci­li toż­sa­mość: rodzi­nę, dom, zie­mię, histo­rię i punkt odnie­sie­nia. Jako jeden z wie­lu, Dan­nun stał się pustym naczy­niem, do któ­re­go moż­na wle­wać histo­rie – do cza­su aż naczy­nie pęk­nie.

Iljas Chu­ri od lat opi­su­je histo­rie Pale­styń­czy­ków, szcze­gól­nie te nawią­zu­ją­ce do 1948 roku, kie­dy milio­ny uchodź­ców zosta­ły zmu­szo­ne do opusz­cze­nia swo­ich domów. Wie­lu z nich przy­by­ło do Liba­nu, rodzin­ne­go kra­ju auto­ra Dzie­ci get­ta. Tam­te wyda­rze­nia z arab­skiej histo­rii wywar­ły na Chu­rim ogrom­ne wra­że­nie. Sam twór­ca uro­dził się w chrze­ści­jań­skiej rodzi­nie, ale – jak twier­dzi – draż­ni go świat opar­ty na podzia­le reli­gij­nym. Pisarz wie­rzy przede wszyst­kim we wspól­no­to­wość, ta zaś skła­nia go do wysłu­chi­wa­nia wie­lu opo­wie­ści Pale­styń­czy­ków – jak choć­by histo­rii jego przy­ja­cie­la, Mah­mu­da Dar­wi­sza, zna­ne­go poety, któ­ry swo­ją nie­pew­ną toż­sa­mość uczy­nił tema­tem wier­szy. Cie­ślik-Jaku­biak pisze:

Jako kil­ku­la­tek uciekł wraz z rodzi­ną ze wsi Al-Bir­wa w Gali­lei, skąd tra­fił do obo­zu uchodź­ców pod Bej­ru­tem. Gdy wró­cił, zastał tam nowo wznie­sio­ny kibuc Jasur, zaś po rodzin­nej wsi osta­ło się jedy­nie kil­ka ruin i ten sam „obo­jęt­ny księ­życ” wiszą­cy na nie­bie. W cza­sie uchodź­stwa rodzi­ny Dar­wi­szów prze­pro­wa­dzo­no na nowo pod­bi­tych zie­miach wiel­ki cen­zus, któ­ry z wszyst­kich wra­ca­ją­cych do kra­ju uczy­nił poten­cjal­nych infil­tra­to­rów. W rezul­ta­cie tak poeta, jak i tysią­ce jemu podob­nych Pale­styń­czy­ków, żyło w mat­ni. Wła­dze izra­el­skie zda­wa­ły sobie spra­wę z ich obec­no­ści w kra­ju, umie­jęt­nie zarzą­dza­jąc stra­chem poprzez wid­mo aresz­to­wa­nia w dowol­nym momen­cie, co mia­ło powstrzy­mać repre­sjo­no­wa­nych przed pró­ba­mi bun­tu czy orga­ni­zo­wa­nia się. Rezul­ta­tem była też spe­cy­ficz­nie rozu­mia­na toż­sa­mość – bycie wygnań­cem we wła­snym kra­ju, czło­wie­kiem wyko­rze­nio­nym, bez moż­li­wo­ści osa­dze­nia i przy­wią­za­nia się do jed­ne­go miej­sca […].

Wła­śnie w tak wyglą­da­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści żyje rów­nież boha­ter fra­pu­ją­cej książ­ki Ilja­sa Chu­rie­go.

*

W „Sta­cji Lite­ra­tu­ra”, sta­łym cyklu mie­sięcz­ni­ka „Znak”, w któ­rym pre­zen­to­wa­ne są krót­kie utwo­ry lite­rac­kie, zna­lazł się tekst Ryszar­da Ćwir­le­ja Kto ma w gło­wie olej. Pisarz jest auto­rem kry­mi­na­łów, twór­cą powie­ści neo­mi­li­cyj­nej, nic więc dziw­ne­go, że posłu­żył się swo­ją ulu­bio­ną kon­wen­cją i cof­nął do cza­sów PRL. Jako czy­tel­ni­cy prze­no­si­my się zatem do pew­ne­go skle­pu mono­po­lo­we­go tuż przed świę­tem 22 lip­ca, kie­dy cięż­ko pra­cu­ją­cym robot­ni­kom nale­ża­ła się solid­na daw­ka alko­ho­lu. Ćwir­lej tak opi­su­je prze­bieg roz­mo­wy dwóch mili­cjan­tów:

To nasze naj­waż­niej­sze świę­to ludo­we. Bo rząd w Lubli­nie powo­łał Mili­cję Oby­wa­tel­ską, bez tego nie było­by mili­cji i was, Olkie­wicz, by nie było i nawet, co tu dużo gadać, mnie też – oznaj­mia dowód­ca, wysy­ła­jąc mili­cjan­ta na uli­ce, by wyba­dał nastro­je panu­ją­ce wśród spo­łe­czeń­stwa.

Co odkrył ów funk­cjo­na­riusz, tego nie zdra­dza­my, żeby nie pozba­wiać niko­go przy­jem­no­ści oso­bi­stej lek­tu­ry. Nas szcze­gól­nie ude­rzy­ły frag­men­ty doty­czą­ce poglą­dów boha­te­rów w spra­wie spo­ży­wa­nia alko­ho­lu przez kobie­ty. Gdy mun­du­ro­wi roz­ma­wia­ją o nie­do­god­no­ściach zwią­za­nych z orga­ni­za­cją wese­la, mówią:

 – Pod­pi­sa­nie papier­ka to jesz­cze nic.
– Praw­da, potem trze­ba jesz­cze prze­nieść pan­nę mło­dą przez próg – przy­po­mniał sobie, jak mało bra­ko­wa­ło, a dostał­by prze­pu­kli­ny, kie­dy pró­bo­wał pod­nieść Jadwi­gę.
– Nie o to się roz­cho­dzi. – Obręb­ski pokrę­cił gło­wą. – Idzie o to, że potem trze­ba przy­jąć gości i jesz­cze im wszyst­kim oprócz obia­du trze­ba dać coś do picia. Dla kobiet może być skrzyn­ka wermu­tu, bo to wia­do­mo, że dużo nie wypi­ją. Ale co zro­bić z face­ta­mi?
– Praw­da. – Teo­fil od razu zro­zu­miał, w czym rzecz. – Facet wermu­tu nie tknie. W zależ­no­ści od tego, ilu face­tów na wese­lu, trze­ba liczyć na gło­wę dwie flasz­ki, a i nie­któ­re baby ino uda­ją, że piją wino, i też każą se lać gorza­ły.

Okładka czasopisma „Znak” 2026, nr 4.
„Znak” 2026, nr 4.

„Newsweek. Strefa Kultury”

Uka­zu­ją­cą się raz w mie­sią­cu „Stre­fę Kul­tu­ry” otwie­ra tekst Nie wol­no się bać – wywiad Kata­rzy­ny Janow­skiej z Andrze­jem Wol­fem, reży­se­rem fil­mu doku­men­tal­ne­go XI. Nie bądź obo­jęt­ny. Obraz, w któ­rym wystą­pił nie­ży­ją­cy już Marian Tur­ski, wzbu­dza od pew­ne­go cza­su kon­tro­wer­sje z powo­du dra­stycz­nych zdjęć przed­sta­wia­ją­cych obo­zy kon­cen­tra­cyj­ne, a tak­że współ­cze­sne kon­flik­ty wojen­ne w Izra­elu, Pale­sty­nie czy Ukra­inie. Dzien­ni­kar­ka pró­bu­je zro­zu­mieć, dla­cze­go reży­ser zde­cy­do­wał się zapre­zen­to­wać aż tak maka­brycz­ne zdję­cia. Zapy­ta­ny o to, czy poka­zu­jąc roze­bra­nych do naga męż­czyzn w get­cie, nie miał poczu­cia ich ponow­nej wik­ty­mi­za­cji, Andrzej Wolf odpo­wia­da:

Nie myśla­łem tak o tym. Te zdję­cia zna­la­zła nasza wspa­nia­ła mon­ta­żyst­ka Lau­ra Pawe­la i nie mia­ła opo­rów, żeby ich użyć, i ja też. Co wię­cej, te mate­ria­ły pocho­dzą z fil­mów zamó­wio­nych przez rząd angiel­ski i armię ame­ry­kań­ską u naj­wy­bit­niej­szych reży­se­rów XX wie­ku – Alfre­da Hitch­coc­ka, Fran­ka Capry i Billy’ego Wil­de­ra. Nasze poko­le­nie oglą­da­ło je wie­le razy w dzie­ciń­stwie i nikt nie pro­te­sto­wał. Wiesz, co powie­dział gen. Dwi­ght D. Eisen­ho­wer, wyda­jąc roz­kaz fil­mo­wa­nia dowo­dów zbrod­ni i prze­słu­chi­wa­nia świad­ków? Powie­dział: „Uwiecz­nij­cie to wszyst­ko teraz – zdo­bądź­cie nagra­nia, znajdź­cie świad­ków – bo gdzieś na szla­ku histo­rii jakiś drań wsta­nie i powie, że to nigdy się nie wyda­rzy­ło”.

Wła­śnie o tym opo­wia­da Film Wol­fa – o tym, przed czym prze­strze­gał Marian Tur­ski, gdy wypo­wia­dał tytu­ło­wą kwe­stię: „Nie bądź obo­jęt­ny”. Mimo to TVP wyco­fa­ła się z emi­sji fil­mu, a Muzeum Polin nie zde­cy­do­wa­ło się na obję­cie go patro­na­tem. Pod­czas pierw­szej, jesz­cze nie do koń­ca goto­wej pro­jek­cji, do któ­rej doszło po pogrze­bie Maria­na Tur­skie­go, rabin Micha­el Schu­drich osten­ta­cyj­nie opu­ścił salę. Tak o tam­tym zda­rze­niu opo­wia­da Andrzej Wolf, rów­no­cze­śnie odsła­nia­jąc kuli­sy powsta­wa­nia fil­mu:

Rabin podob­no wyszedł, bo w fil­mie były mate­ria­ły ze zna­ka­mi wod­ny­mi Al-Dża­zi­ry. A może po pro­stu był głod­ny i cią­gnę­ło go do domu. W robo­czej wer­sji nie wszyst­kie mate­ria­ły były wyczysz­czo­ne. Para­doks pole­ga na tym, że Żydzi zarzu­ca­ją nam, że dali­śmy w fil­mie za dużo zdjęć z Gazy. A dla mnie być może naj­moc­niej­sze w fil­mie są mate­ria­ły z zama­chu na Izra­el 7 paź­dzier­ni­ka 2023 roku. Ter­ro­ry­ści z Hezbol­la­hu wpy­cha­ją do samo­cho­du dziew­czy­nę, któ­ra ma zakrwa­wio­ne spodnie w kro­ku. Na pace cię­ża­rów­ki, któ­rą wywo­że­ni są izra­el­scy zakład­ni­cy, ter­ro­ry­ści pał­ka­mi okła­da­ją męż­czy­znę.

*

W „Stre­fie Kul­tu­ry” znaj­dzie­my tak­że tekst poświę­co­ny powie­ści Hisha­ma Mata­ra Moi przy­ja­cie­le. Auto­rem recen­zji jest Woj­ciech Engel­king. W Całej praw­dzie o Libii przy­bli­ża on inte­re­su­ją­cą tema­ty­kę książ­ki libij­skie­go pisa­rza. W trak­cie lek­tu­ry Moich przy­ja­ciół prze­no­si­my się do cza­sów arab­skiej rewo­lu­cji – w oko­li­ce Syr­ty, miej­sca uro­dze­nia Mu’ammara al-Kad­da­fie­go, despo­ty i przy­wód­cy pań­stwa, któ­ry został oba­lo­ny w następ­stwie pro­te­stów spo­łecz­nych. Odnaj­du­je­my go w beto­no­wej rurze, w któ­rej nie­gdy­siej­szy dyk­ta­tor ukrył się przed prze­ciw­ni­ka­mi. Engel­king zapi­su­je:

bojow­ni­cy Libij­skiej Rady Naro­do­wej […] począt­ko­wo nie wie­dzie­li, z kim mają do czy­nie­nia. Nie wie­dzie­li tego tak­że pilo­ci NATO, któ­rzy wcze­śniej zaata­ko­wa­li kon­wój cię­ża­ró­wek zmie­rza­ją­cy z Syr­ty w kie­run­ku doli­ny Al-Jaref. Kad­da­fi – tak zeznał póź­niej szef jego ochro­ny – liczył się z tym, że to jego ostat­nie chwi­le; do doli­ny jechał, by umrzeć bli­sko miej­sca, w któ­rym się uro­dził. A jed­nak: wycią­gnię­ty z rury, na okrą­gło zada­wał rebe­lian­tom pyta­nie, co takie­go im zro­bił, że go mor­du­ją.

Ale nomi­no­wa­na dwa lata temu do Nagro­dy Booke­ra powieść Hisha­ma Mata­ra nie jest książ­ką o arab­skiej wio­śnie. Jest za to histo­rią o męż­czy­znach, któ­rzy przed laty wyemi­gro­wa­li z Libii, żeby teraz do niej wró­cić. Tak jak Hosam, któ­ry nie­gdyś marzył, żeby zostać pisa­rzem, ale po wyjeź­dzie z kra­ju musiał pod­jąć pra­cę jako stróż w hote­lu. Z kolei Musta­fa porzu­cił dość intrat­ne zaję­cie, jakim było kie­ro­wa­nie agen­cją nie­ru­cho­mo­ści w Wiel­kiej Bry­ta­nii, żeby na wła­snej skó­rze prze­ko­nać się, co cze­ka go we wła­snym kra­ju. Ich losy spla­ta­ją się z dzie­ja­mi Cha­le­da – nauczy­cie­la języ­ka angiel­skie­go w szko­le pod­sta­wo­wej w Bat­ter­sea. Ostat­ni z męż­czyzn ma oba­wy zwią­za­ne z wyjaz­dem do swo­jej ojczy­zny. Jak pisze Engel­king:

Jest w „Moich przy­ja­cio­łach” gorz­ki frag­ment, w któ­rym Musta­fa, zna­la­zł­szy się na nowo w Libii, mówi Cha­le­do­wi, że prze­paść mię­dzy nimi – emi­gran­ta­mi, któ­rzy spę­dzi­li lwią część życia na Zacho­dzie – a Libij­czy­ka­mi, któ­rzy żyli pod dyk­ta­tu­rą, jest nie do zasy­pa­nia.

Na zakoń­cze­nie autor doda­je:

Cze­ka­nie na wyzwo­le­nie Libii oka­za­ło się ilu­zją, bo – uda­ne, nie­uda­ne – wyzwo­le­nie kra­ju nie ozna­cza wyzwo­le­nia czło­wie­ka.

Okładka czasopisma „Newsweek. Strefa Kultury” 2026, nr 4.
„Newsweek. Strefa Kultury” 2026, nr 4.

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

– redaktorka, recenzentka literacka.

więcej →

Powiązane teksty