W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Pismo. Magazyn opinii”
Możesz iść dalej niż wstyd – rozmowa Katarzyny Kazimierowskiej z Sabiną Sadecką, opublikowana w marcowym numerze „Pisma…”, to próba przedstawienia najważniejszych kwestii związanych z traumą oraz strategiami radzenia sobie z bolesnymi doświadczeniami. Sadecka – terapeutka traumy, nauczycielka akademicka i edukatorka – proponuje definicyjne rozróżnienie na traumę prostą (spowodowaną szokiem, nagłym zdarzeniem, a więc w konsekwencji niespodziewaną) i złożoną (stanowiącą skutek na przykład przemocowego związku, długoletniego zaniedbania czy nękania w dzieciństwie). Podkreśla, że często bagatelizowany, ale długotrwale doświadczany mikrostres również może być dla człowieka traumatyzujący. Pojęcie traumy, odmieniane w ostatnim czasie przez wszystkie przypadki, bywa nadużywane, dlatego niezwykle ważne wydaje się jego precyzyjne dookreślenie. Trauma zwykle powoduje reorganizację wewnętrzną uniemożliwiającą powrót do normalnego życia, według Sadeckiej jest długoterminowa i trudna do cofnięcia. Terapeutka podkreśla, że w przypadku każdego z nas dramatyczne zdarzenia mogą wywołać inne konsekwencje. Zastrzega jednak:
Każdy ma prawo powiedzieć „to był dla mnie wstrząs”. Choćby ktoś z zewnątrz uznał, że niezdanie matury nie może być traumą, dla tej konkretnej osoby to był wstrząs, który zmienił całe jej życie. Dlatego nie zamierzam mierzyć linijką, czy to już trauma czy nie.
Istotniejsze wydaje się samo podejmowanie decyzji, ów moment, gdy próbujemy uwolnić się od okoliczności, które nas w pewien sposób więżą, utrudniają nam życie. Dzięki skutecznej terapii nie tyle powrócimy do funkcjonowania sprzed traumy, ile pogodzimy się z tym, że określone zdarzenia coś nam bezpowrotnie odbierają, powodują w nas zmianę. Nie znaczy to jednak, że ponieśliśmy porażkę. Raczej – nauczyliśmy się akceptować rozmaite sytuacje i dzięki tej akceptacji zdecydowanie wygraliśmy walkę z własnymi demonami.
*
Osiemdziesięciodwuletnia Wiera i osiemdziesięcioczteroletnia Maria, mieszkanki podlaskich przygranicznych wsi, położonych w bliskim sąsiedztwie muru oddzielającego Polskę od Białorusi, to bohaterki reportażu Odruchy Patrycji K. Roman. Obydwie kobiety mieszkają same, codzienność wypełniają im praca w ogrodzie, domowe obowiązki i przyjemności płynące z telewizyjnej rozrywki. Dzieci i wnuki jedynie czasami wpadają z wizytą. Marii zdarza się jeszcze marzyć o zrobieniu prawa jazdy i o własnym samochodzie, którym można by pojechać daleko przed siebie, Wiera zaś wspomina o niespełnionym marzeniu o locie samolotem i podróży statkiem. Odruchy to jednak coś więcej niż opowieść o spokojnym, trochę idyllicznym, a trochę melancholijnym rytmie życia podlaskich staruszek. Sąsiedztwo – najpierw granicznego lasu, a później muru – przyniosło przełomowe momenty w historii obu bohaterek. W 2023 roku Maria poznała Mirka, a dwa lata wcześniej w życiu Wiery pojawił się Czarek. Ten pierwszy był uchodźcą, drugi – żołnierzem. Niezwykłe znajomości pozwoliły staruszkom jeśli nie całkowicie zapomnieć o upływie czasu, to przynajmniej złagodzić jego skutki. Obydwaj mężczyźni, stojący po przeciwnych stronach barykady, spowodowali w Wierze i Marii tę samą zmianę; można powiedzieć, że stali się dla bohaterek zapalnikiem nadziei. Odruchy są właśnie o tym – o znajdywaniu sensu, działaniu, dzieleniu się z innymi. O równym, sprawiedliwym traktowaniu wszystkich ludzi i o potrzebie bycia dla kogoś ważnym.
„Literatura na Świecie”
Najnowszy numer „Literatury na Świecie” poświęcony jest w dużej mierze francuskiej pisarce doby romantyzmu, George Sand. Czy w toku lektury jej dzieł można dziś odkryć sensy, które odsłonią przed nami jakąś prawdę o nas samych? Czy dzieła Francuzki są raczej świadectwem epoki, zamkniętym rozdziałem, do którego czasem wracamy z sentymentu, ale z uśmiechem delikatnego pobłażania. Markiza, jeden z kilku utworów autorstwa Sand opublikowanych na łamach „Literatury na Świecie”, pozwala wysunąć tezę o literackim zwycięstwie pisarki nad upływającym czasem. Markiza opowiada historię miłości kobiety z wyższych warstw społecznych do aktora teatralnego. Autorka pisze o uczuciach i wyobraźni, ukazuje życie wewnętrzne jednostki, wplatając przy tym w utwór motywy charakterystyczne dla doby romantyzmu takie jak choćby zakazana relacja. Równolegle rozgrywa jednak swoją bitwę – przedstawia niebezpieczeństwo życia w iluzji oraz konsekwencje idealizacji, która może prowadzić do rozczarowania. Rzuca światło na wady epoki, za pomocą klasycznych motywów teatru, maski, iluzji i konwenansów obnaża ułudę romantycznej wizji świata. Sand uczy nas sprawdzania sensów zastanych form, szukania własnej optyki, zrywania z przyzwyczajeniami – daje nam lekcję siły wrażliwości i odwagi, nie tylko literackiej.
*
Przetłumaczony przez Anastazję Dwulit artykuł Émile’a Zoli z 1876 roku, napisany po śmierci George Sand, z jednej strony jest wyrazem uznania dla zasług literackich francuskiej twórczyni, z drugiej zaś odbiera jej prawo do trwałego zapisania się w pamięci czytelników i czytelniczek. Zola – jako naturalista – umieszczał Sand w gronie romantyków, których działalność i dorobek podsumował następującym stwierdzeniem: „jako że nie pracowali w służbie życia, życie ich lekceważy”. Tym samym w pewnym sensie wydał wyrok na pisarkę. Zanim jednak do tego doszło, porównywał ją do samego Honoré de Balzaca:
Moim zdaniem u progu stulecia tylko dwie postaci odcinają się wyraźnie po lewej i po prawej stronie szerokiego gościńca powieści, którym od bez mała półwiecza podąża rzesza literatów – to Balzak i George Sand.
Zola nie odmawia Sand kunsztu twórczego, dopracowanych form, niezwykłej sprawności literackiej. Niemniej dla pisarza najistotniejsze wydaje się coś innego – fakt, że Sand nie uchodzi za reprezentantkę naturalistów. Autor uznaje ją za „głos idealizmu, który prawi kazania i odwołuje się do kłamstwa wyobraźni, by pocieszyć czytelników”. Zola czyta utwory w kontekście biografii pisarki, jej życiowych doświadczeń i osobistych preferencji, takich jak choćby palenie tytoniu czy jazda konna. Kreśli również zabawne, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy, zdania: „gdy już zobaczymy w George Sand kobietę, wszystko staje się zrozumiałe”. Mimo to analizowany na wszelkie sposoby w szkołach i akademiach dziewiętnastowieczny spór między naturalistami a romantykami, przypomniany w „Literaturze na Świecie”, niekoniecznie jest przestarzały. Może trzeba nam wrócić do dawnych dysput, zweryfikować pewne tezy i odnaleźć podobne schematy w czasach współczesnych?
„Strefa Kultury” tygodnika „Newsweek”
„Strefę Kultury” w tygodniku „Newsweek” otwiera wywiad z Emi Buchwald, której debiutancki film Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej od niedawna można oglądać w kinach. W rozmowie Nie tęsknię za Dusiołkiem, przeprowadzonej przez Katarzynę Janowską, reżyserka mówi o swoich braciach i siostrach, ponieważ to właśnie oni zainspirowali ją do stworzenia opowieści o czworgu rodzeństwa, które wkracza w dorosłość, próbuje odnaleźć własne ścieżki w życiu i zachować przy tym rodzinną więź. Buchwald wyznaje:
Bardzo długo pracowaliśmy nad sceną w samochodzie, w której rodzeństwo wraca od rodziców do Warszawy. To się powtarza często w naszym życiu. Wracamy w różnych konfiguracjach z naszego rodzinnego domu i mam poczucie, że ta godzina w samochodzie, atmosfera, jaka w nim panuje, może powiedzieć o tym, jak było, jaki jest stan rodziny, więcej niż opisanie całego spotkania bliskich osób. Chciałam to oddać w tej scenie. Na początku z Karolem napisaliśmy sześć stron dialogu dotyczącego tego, co się działo w domu, po czym wszystko skasowaliśmy. Uznaliśmy, że to musi być jedno zdanie, które w delikatny, ale bardzo sugestywny sposób powie, jak jest w rodzinnym domu. Wydaje mi się, że to była mądra decyzja. Nie trzeba wszystkiego opowiedzieć, żeby zrozumieć.
Reżyserka opowiada także, skąd w jej filmie wzięła się postać dusiołka, wywodzącej się z mitologii słowiańskiej złośliwej istoty, znanej z tego, że siada na piersi śpiącej ofiary i wysysa jej oddech:
Historie spotkań ludzi ze zjawami dużo mówią o Polsce, o tym, jak się zmieniała, co było dla ludzi ważne. Kiedyś bałam się tych historii, podobnie jak kiedyś ludzie bali się demonów i nocnych mar. Teraz jestem już w stanie z szacunkiem i z jakimś małym lękiem, ale jednak przerabiać te historie na język filmu.
*
W „Strefie Kultury” nie brakuje omówień książek. W najnowszym numerze możemy przeczytać recenzję z najnowszej powieści Iana McEwana Co możemy wiedzieć, a także wywiad z Roisin O’Donnell Czy matka Irlandia daje dom wszystkim swoim dzieciom? Aleksandra Pakieła pyta pisarkę między innymi o powieść Gniazdo, opowiadającą o kobiecie pozostającej w związku z przemocowym mężem oraz o tym, jak trudno było bohaterce zakończyć tę relację i ułożyć sobie życie na nowo. Warto dodać, że nie doświadczała ona przemocy fizycznej, ale emocjonalnej i ekonomicznej. O’Donnell zaznacza, że czasami najniebezpieczniejszym miejscem dla kobiety bywa dom. Mówi:
Taki rodzaj przemocy [emocjonalnej – red.] trudno udowodnić w sądzie: jak zebrać dowody na lata komentarzy, zakazów, kontrolowania i odcinania od ludzi? Do tego dochodzi wstyd i lęk, że zostanie się uznaną za osobę „robiącą problemy”. […] [Bohaterka – red.] po latach krytyki przestaje wierzyć własnemu osądowi. Ważne było dla mnie pokazanie procesu, w którym ona odzyskuje głos.
Mimo to odejście z domu wcale nie jest dla ofiary przemocy proste. System opieki państwa w takich sytuacjach przeważnie zawodzi. Bywa także upokarzający dla osób potrzebujących pomocy. Bohaterka w ramach wsparcia systemowego przeprowadza się do hotelu, w którym musi meldować się o określonej porze. Nie wolno jej korzystać z windy dla gości, z kawiarni czy lobby, zupełnie jakby była osobą gorszej kategorii. Gniazdo ma przypominać politykom o tym, jak istotnym problemem społecznym jest przemoc, również ta emocjonalna i ekonomiczna, oraz jak ważne jest usprawnienie systemu wsparcia dla doświadczających jej ofiar.
„Tygodnik Powszechny”
Dwieście lat temu zmarł Józef Maksymilian Ossoliński. „Tygodnik Powszechny” przypomina sylwetkę tego bibliotekarza, pisarza i historyka, założyciela Zakładu Narodowego im. Ossolińskich – i opisuje dzisiejszą działalność tej wyjątkowej instytucji. Dużo o jej historii możemy dowiedzieć się z rozmowy Przetrwamy kolejne 200 lat, przeprowadzonej przez Michała Sowińskiego z Łukaszem Kamińskim, dyrektorem Ossolineum.
Gdy w 1817 roku [Józef Maksymilian Ossoliński – red.] uzyskał zgodę cesarza na powołanie instytucji, jej rdzeniem była właśnie biblioteka. Miała ona jednak bardzo szeroki charakter – obok książek znajdowały się w niej grafiki, rękopisy czy zbiory przyrodnicze. Ossoliński zdawał sobie przy tym sprawę, że brakuje w niej sztuki, dlatego w 1823 roku zawarł umowę z Henrykiem Lubomirskim. Dzięki temu powstał drugi filar instytucji – Muzeum Książąt Lubomirskich. Od początku zakładano też działalność naukową i wydawniczą. Ossoliński przewidywał wydawanie czasopisma naukowego, a w 1827 roku – już po jego śmierci – zaczęło działać wydawnictwo Ossolineum.
Właśnie ten ostatni wątek ze zrozumiałych powodów zwrócił naszą uwagę. Ciekawe byłyśmy obecnej sytuacji wydawnictwa i jej dalszych planów. Kamiński tłumaczy:
Dziś […] markę wciąż budują takie serie jak „Biblioteka Narodowa”, ale także nowe projekty – choćby seria poetycka „Wygłosy” czy prozatorska „Z Kraju i ze Świata”, prezentująca literaturę polską i przekłady. W kolejnych latach chcielibyśmy w większym stopniu rozwinąć wydawanie prac naukowych, oczywiście tylko z szeroko rozumianej humanistyki.
Rozmowie towarzyszą recenzje książek (to między innymi: Słodko-gorzki eros. Esej Anne Carson, Zejdź na dół, Langrishe Aidana Higginsa czy Pić się chce. Opowiadania Wolfganga Hilbiga), dzięki którym możemy lepiej poznać najnowsze pozycje wydane przez wrocławską oficynę.
*
W tym samym wydaniu „Tygodnika…” znalazłyśmy przedruk fragmentu Zagadki Gogol, pochodzącego z właśnie wydanej książki Sylwii Frołow. Dziennikarka opisuje w nim perypetie pisarza związane ze zbliżającą się prapremierą Rewizora. Wszystko zaczęło się od kłopotów, ponieważ cenzura nie chciała dopuścić do wystawienia sztuki. Przyjaciołom autora udało się jednak przeczytać jej tekst carowi Mikołajowi I. Lektura rozśmieszyła władcę do tego stopnia, że od razu wyraził on zgodę na wystawienie spektaklu; uznał bowiem, że Rewizor nie uderza bezpośrednio w człowieka sprawującego władzę, lecz w złych wykonawców carskich rozporządzeń.
Wprawdzie na premierowym pokazie Mikołaj I zanosił się śmiechem, lecz publiczność reagowała nieco inaczej. Frołow zapisuje:
Zaprzyjaźniony z Gogolem Pawieł Annienkow, w późniejszych latach znany historyk literatury, już po pierwszym akcie widział zdumienie na wszystkich twarzach. Z każdym kolejnym aktem to zdumienie rosło. Publiczność uspokajała się przekonaniem, że to tylko farsa. I raz po raz wybuchała śmiechem. „Coś zgoła innego zaszło podczas czwartego aktu – wspomina Annienkow – śmiech czasem jeszcze przelatywał z jednego końca sali na drugi, ale był to śmiech lękliwy, szybko cichnący; oklasków niemal w ogóle nie było, lecz napięta uwaga, gorączkowe, baczne śledzenie akcji z jej wszystkimi niuansami, niekiedy martwa cisza dobitnie świadczyły o tym, że to, co się dzieje na scenie, trafia do serc widzów”. Początkowe zdumienie na koniec przeobraziło się w oburzenie. Wprawdzie wywoływano autora w podzięce za możliwość pośmiania się, ale dominowały komentarze: „To niepojęte, to oszczerstwo i farsa”.
Autorka nie stroni także od opisów różnych reperkusji po premierze Rewizora. Dzięki lekturze wspomnianego fragmentu nabrałyśmy ochoty na przeczytanie całej biografii Gogola wydanej przez warszawską oficynę Marginesy.