W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Czas Literatury”
Skażone pejzaże to temat przewodni wiosennego numeru kwartalnika „Czas Literatury”. Przykładem tego rodzaju krajobrazów, nasuwającym się na myśl niemal bezwiednie, przynajmniej Europejczykom, a zwłaszcza mieszkańcom środkowo-wschodnich terenów Europy, jest katastrofa w Czarnobylu. To o niej i o jej literackim oswajaniu pisze Paulina Feliksik. W tekście Piołun, cez i „styl czarnobylski” bada głosy tych autorów z minionych dziesięcioleci, którzy podejmowali próby opisania i choćby częściowego zrozumienia tamtej tragedii, oczywiście wykraczającej poza granice administracyjne Ukrainy. Literatura czarnobylska – jak ją określa Feliksik – jest wielogatunkowa i wielojęzyczna. Twórcy, w zależności od rozmaitych czynników, w tym od własnej wrażliwości, przedstawiają katastrofę z różnych perspektyw, wykorzystując do opisu różnorodne środki artystyczne. Autorka tekstu stwierdza:
W dużej mierze zmienności ulega czarnobylski katastrofizm, który początkowo przyjmował postać apokaliptycznego myślenia o końcu, a potem stopniowo zaczął być tematyzowany, aż w końcu możliwe stało się wytworzenie nowych narracji pokatastroficznych.
Feliksik zestawia ze sobą rozmaite punkty widzenia i oddaje głos twórcom, którzy dostrzegają analogie między katastrofą czarnobylską a obecną wojną w Ukrainie. Przykładowo wiersz Elli Jewtuszenko wilcza godzina kieruje naszą uwagę ku naturze, zniszczonej po wybuchu reaktora elektrowni jądrowej, a dewastowanej również dzisiaj, odradzającej się jednak w opuszczonych strefach.
*
W najnowszym numerze „Czasu Literatury” znajdziemy fragment reportażu Marty Tomczok Blizny. Krajobrazy po przemyśle. Jest to próba opowiedzenia o miejscach w większości już nieistniejących, zniszczonych w wyniku uprzemysłowienia kraju na dużą skalę po drugiej wojnie światowej. W miejsce lasów, łąk i wsi powstały huty, kopalnie i elektrownie. Badania geologiczne ruszyły pełną parą, przeważnie polegały na wznowieniu prac zaczętych jeszcze przed wojną, część z nich jednak rozpoczęła się na terenach nietkniętych wcześniej przez cywilizację. Tomczok wylicza:
Odkryto węgiel brunatny, miedź, siarkę i węgiel koksujący. Rozpoczęło się wielkie, nieznane wcześniej na taką skalę uprzemysłowienie. Istne raje zamieniły się w swoje przeciwieństwo, w pustynie biologiczne, potężne kratery i miejsca katastrofy ekologicznej.
Ambicje unowocześniania i podnoszenia poziomu zasobności kraju z jednej strony były oczywiste i naturalne – na przykład znacząco zwiększyły skalę awansu zawodowego, przyspieszyły także rozwój ośrodków miejskich, lecz z drugiej strony stawały się często powodem wielu prywatnych tragedii. Przymusowe wysiedlenia i konieczność zerwania więzi z ziemią nierzadko przyczyniały się do poczucia bezradności mieszkańców, którzy nie potrafili ułożyć sobie życia w innych warunkach. Autorka zapisuje:
Dla wielu miejsc polski cud gospodarczy oznaczał apokalipsę […], rajskie niegdyś wsie i osady zmieniły się w czarne raje i obróciły wniwecz.
Tytułowe „blizny”, odczytywane jako ślady poszarpanej relacji z krajobrazem, niewątpliwie są znakami bolesnych zdarzeń, ale na szczęście świadczą także o historiach, których bohaterowie szukają swoich sposobów na zadomowienie się w nowej przestrzeni.
„Odra”
Kwietniowy numer „Odry” otwiera rozmowa Piotra Gajdzińskiego z Jerzym Hausnerem, zatytułowana Świat napędzany chciwością, poświęcona potrzebie namysłu nad współczesnym kapitalizmem i przybieranymi przez niego formami. Czy mamy jeszcze do czynienia z wolnym rynkiem czy raczej system został skolonizowany przez globalne korporacje? – pyta na wstępie Gajdziński. Odpowiedź nie napawa optymizmem, ale nie jest także zaskakująca, ponieważ kapitalizm, szczególnie w wydaniu amerykańskim, zmierza w stronę autorytarno-oligarchiczną. Hausner wskazuje globalizację, finansjalizację gospodarki i jej cyfryzację jako trzy elementy budujące i wspierające dzisiejsze oblicze systemu tego ustroju społeczno-gospodarczego. Pierwsze z brzegu przykłady – jak Amazon czy Spotify – uświadamiają nam, że wypieranie demokratycznej konkurencji, brak regulacji publicznych i działań antymonopolowych mogą prowadzić do przerzucania odpowiedzialności na twórców i wytwórców, a także do minimalizowania wynagrodzenia ich pracy przy równoczesnym maksymalizowaniu zysków rynkowych gigantów. Gdzie szukać nadziei i możliwości rozkruszenia systemowych spoiw? Hausner widzi tu pewną formę ratunku. Upatruje jej:
[w] podjęciu walki o wolny obieg myśli, o to, aby media były wolne nie tylko w sensie politycznym, ale także kapitałowym, aby wolne były uniwersytety, które nie mogą stać się przystawkami do wielkich korporacji, tworzeniu instytucji wspomagających rozszerzanie sfery wolności, wreszcie przeformowaniu zasady i sposobów działania tych, które już istnieją.
To również odpowiedni czas, żeby tworzyć społeczności lokalne, kształtować i zmieniać najbliższe otoczenie w imię zasad uczciwości i transparentności – budować swoje podwórka w kontrze do kolonializmu globalnego kapitału. Nawet jeśli brzmi to jak mrzonka, ekonomista zaznacza, że „często to, co wydaje się mrzonką i donkiszoterią, ostatecznie kończy się zwycięstwem”.
*
Tekst Marcina Adamczaka Elżbietański pharmakon można uznać za jeden z wielu w ostatnim czasie głosów chwalących film Hamnet Chloé Zhao. Napisany już po uroczystości wręczenia Oscarów (nagrodę za rolę aktorki pierwszoplanowej otrzymała Jessie Buckley, sam film zaś nominowany był aż w ośmiu kategoriach), artykuł nie skupia się jednak na rozpatrywaniu słuszności werdyktu jury. Adamczak podkreśla: „filmy tej klasy nie potrzebują Oscarów, lecz to Oscary potrzebują takich dzieł”. Hamnet, adaptacja powieści Maggie O’Farrell pod tym samym tytułem, osadzony jest w realiach epoki elżbietańskiej, a główni bohaterowie – Szekspir i jego żona, nosząca w filmie imię Agnes, mierzą się z tragedią – śmiercią syna. Adamczak zaznacza, że jak wszystkie filmy historycznego kina biograficznego, tak i dzieło Zhao można poddawać analizie pod kątem wierności przedstawienia ówczesnych realiów, a także pod względem „historycznej, kulturowej i socjologicznej adekwatności ukazanego w Hamnecie uczucia rodzicielskiego i poczucia straty w epoce przedromantycznej”. Ale to nie wierne oddanie charakteru epoki ani nie opinie szekspirologów sprawiają, że Hamnet jest dziełem wyjątkowym. Trudno nie zgodzić się z Adamczakiem, który twierdzi, że o wartości filmu świadczy mistrzowskie operowanie emocjami widza. Jak pisze:
ustawione są one w wysokich rejestrach sentymentalizmu, łzawości i wzruszenia, jednocześnie nie popadając ani na krótką chwilę w domenę kiczu, przeciwnie – emanując z każdego kadru szlachetną jakością.
Warstwa fabularna doskonale współgra tu ze wspomnianymi emocjami, dzięki czemu doświadczamy niezwykłej mocy sztuki. Ta ostatnia – podobnie jak tytułowy „pharmakon” – może być leczniczym eliksirem, lecz może również stać się trucizną. Połączenie gry emocjonalnej, siły wyobraźni i szczególnego potencjału literackiego źródła adaptacji przesądza o wyjątkowości filmu Chloé Zhao i sprawia, że sytuuje się on poza wszelkimi znanymi nam kategoriami.
„Topos”
Ogromna płachta „Toposu”, przypominająca niegdysiejsze gazety, skojarzyła się nam z opowiadaniem Pawła Mossakowskiego Na dachu, zamieszczonym w najnowszym numerze tego czasopisma. To monolog starszego mężczyzny, nawiązujący do czasów, w których nie oszczędzano na papierze, choć ten nie był łatwo dostępny. Tak właśnie przedstawia się jedna ze sprzeczności minionego ustroju, w którym dorastał bohater utworu, marząc o tym, żeby zostać fotografem prasowym:
W klasie maturalnej zapisałem się do Klubu Młodych Fotoreporterów przy tygodniku „Na Przełaj”, wysłałem na adres redakcji kilkanaście zdjęć i jedno z nich tak się tam spodobało, że po dwóch tygodniach je tam wydrukowali. Na przedostatniej stronie, w rubryce dla czytelników. Ale i tak byłem dumny. Pokazywałem numer pisma, komu tylko mogłem: rodzicom, kolegom ze szkoły, dziewczynie, z którą chodziłem. Każdemu, kto się napatoczył i miał ochotę to zdjęcie z moim podpisem zobaczyć.
Początkowa euforia chłopaka zmienia się w rozczarowanie, narastające z powodu coraz częstszych ingerencji cenzury, o czym dowiadujemy się z dalszej części opowiadania Mossakowskiego. Zresztą cała ta opowieść o życiu naznaczona jest nutą niespełnienia. Młodzieńcze marzenie stopniowo wypiera pragmatyka: ostatecznie bohater zakłada własny zakład fotograficzny. Nawet krótki powrót do przeszłości, czyli wystawa dawnych zdjęć, zorganizowana już w wolnej Polsce, nie daje mężczyźnie nadziei na powrót do tego, co kiedyś było dla niego tak ważne:
Na wernisażu dziennikarka Radia Zet spytała mnie, co teraz robię, a gdy odpowiedziałem, że prowadzę zakład fotograficzny, była bardzo zaskoczona i rozczarowana. Starała się to ukryć, bo takie okazywanie uczuć jest jednak nieprofesjonalne, ale niezbyt jej się to udało. Źle się wtedy poczułem, uciekłem z wernisażu i w domu, siedząc samotnie w kuchni, upiłem się tak, że nie pamiętałem, jak dotarłem do łóżka. A potem nikomu o tej mojej fotoreporterskiej przeszłości nie opowiadałem, dopiero Oli…
To właśnie miłość do Oli miała być dla bohatera remedium na wszelkie życiowe porażki. Może rzeczywiście tak by się stało, gdyby los nie zdecydował inaczej. Zakończenie opowiadania przynosi ważną, wzruszającą refleksję, która sprawia, że warto poświęcić tej historii nieco więcej czasu.
*
W „Toposie” znajdziemy także interesującą rozmowę z Leszkiem Możdżerem, zatytułowaną Jestem kluczem bioelektrycznym. Przeprowadzająca ją Magdalena Kasperowicz zadaje artyście zaskakujące pytania, na przykład: „Czy z zasłony milczenia można coś uszyć?”. Znany pianista jazzowy i kompozytor odpowiada:
Wszystko. Za zasłoną milczenia można uszyć zemstę, poczucie krzywdy, zesztywnienie, zdrowie i chorobę. Zasłona milczenia to tymczasowy parawan, za którym można uszyć Miłość albo Nienawiść. W momentach kryzysowych nie lubię rozmawiać, dopóki nie ponazywam sobie rzeczy powodujących cierpienie. Czekam, aż uspokoją się emocje, i dopiero kiedy umiem sam sobie odpowiedzieć na pytanie, o co mi chodzi – zaczynam rozmawiać. Zasłona milczenia jest moim zdaniem normalnym mechanizmem higienicznym. Łagodność jest dla mnie bardzo ważna, chociaż niektórzy biorą ją za słabość.
Kolejne pytanie, równie intrygujące, dotyczy tego, czy muzyka już istnieje, zanim ją zagramy. Leszek Możdżer odpowiada:
Tak. Każdy muzyk to tylko pryzmat, przez który przechodzi strumień muzyki. Nadaje muzyce osobiste walory, naznacza ją swoim warsztatem, wyobraźnią i cechami osobowości. Ale każda muzyka zrobiona jest z tego samego, są tylko różne jej wersje. Platon mówił: „Materia to utwardzona muzyka”. Skoro rzeczywistość jest falowa, skoro wszystko jest falą, to wszystko jest muzyką. W Indiach zwykło się mawiać: „Muzyka to Nauka sama w sobie”. Wydaje mi się, że wejście w świat muzyki zaczyna dawać pojęcie o konstrukcji materii, świadomości i wszystkiego, co wibruje i pulsuje. Życie przejawia te same zasady co muzyka. Dysonans, konsonans, rezonans, interferencje, indukcja, wzbudzenia, odbicia, tłumienia, zdudnienia, fale stojące, przeciwfaza – to prawidła akustyczne, które widzę w codziennym życiu. Wchodzenie w świat muzyki to wchodzenie w zasady rządzące życiem.
Co muzyk sądzi o improwizacji jazzowej, czym kieruje się w życiu i kogo uznaje za przewodnika? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w najnowszym wydaniu dwumiesięcznika literackiego „Topos”.
„Teatr Lalek”
W „Dzienniku Literackim” czytamy nie tylko najnowsze numery periodyków kulturalnych, czasami wracamy również do starszych wydań czasopism. Tak właśnie było w przypadku zeszłorocznego numeru „Teatru Lalek”, w którym zaintrygowała nas napisana przez Zuzannę Kluszczyńską recenzja spektaklu Hela Foka. Historia na fali, wystawianego w Teatrze Lalek „Arlekin” w Łodzi. Autorka w tekście Nie odpływajmy od baśni przypomina podstawowe, a równocześnie niezwykle istotne wymogi, jakie powinno spełniać przedstawienie dla dzieci. Wymienia je, uzupełniając rozważania o konkretne przykłady. Kluszczyńska podkreśla, że ważne są zarówno walory edukacyjne widowiska dla najmłodszych, przekazywanie dzieciom wartościowych treści, jak i atrakcyjność wizualna spektaklu. To właśnie ta ostatnia przyciąga uwagę widzów, a przy okazji pozwala im poznać narzędzia wykorzystywane w teatrze lalkowym.
Hela Foka. Historia na fali porusza kilka trudnych tematów, o których powinno się rozmawiać z dziećmi. Jednym z nich jest choćby ekologia. Symbolem trudności doświadczanych przez tytułową Helę, wypuszczoną z fokarium na wolność, może być zatopiony wrak statku, z którego wydobywają się toksyny, zagrażające życiu podwodnych stworzeń. W przedstawieniu pojawia się również kwestia komunikacji między zwierzętami a ludźmi. Kluszczyńska zapisuje:
Ta bariera komunikacyjna jest jedną z głównych osi spektaklu. Już w pierwszej scenie widzimy, że Hela nie wie, dlaczego ma opuścić bezpieczne fokarium. Czy zrobiła coś złego, obraziła czymś swoich ludzkich przyjaciół? Nie rozumie słów kierowniczki, która tłumaczy, że powrót do naturalnego środowiska sprawi, że będzie dużo szczęśliwsza. Nawet gdyby zwierzęta i ludzie mogli ze sobą porozmawiać, konflikt między nimi wcale nie byłby taki łatwy do rozwiązania. Obu stronom chodzi o to samo: przetrwanie. Rybacy muszą utrzymywać się z połowów, a foki mieć co jeść.
Choć przedstawienie nie jest pozbawione pewnych wad, zresztą wychwyconych przez Zuzannę Kluszczyńską, stanowi świetny materiał ilustrujący wyzwania, z którymi mierzy się współczesny teatr lalkowy dla dzieci.
*
Tegorocznych absolwentów szkół średnich może zainteresować tekst Artura Dwulita Szkoła w dobrych rękach. Został poświęcony białostockiemu Wydziałowi Sztuki Lalkarskiej, filii Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, kształcącej aktorów, reżyserów i technologów teatru lalek. To elitarne studia: rocznie na wydział aktorstwa ze specjalnością aktorstwo teatru lalek przyjmowanych jest zaledwie piętnaście osób. Dwulit zapisuje:
W mojej opinii białostocka filia posiada z jednej strony odważną, nowoczesną ofertę programową w podstawie, a z drugiej – racjonalnie wykorzystywany przywilej, jaki daje wprowadzenie przedmiotów swobodnego wyboru. Zajęcia podzielone są na cztery bloki tematyczne i są ściśle ze sobą związane stopniem zaawansowania na poszczególnych etapach kształcenia. Dotyczą one: aktorstwa w przestrzeni teatru ożywionej formy, elementów aktorstwa dramatycznego, zajęć rytmiczno-ruchowych oraz teorii.
Z kolei na pierwszy rok reżyserii teatru lalek przyjmowane są jedynie trzy osoby. Mają szansę przygotowania się zarówno do pracy na instytucjonalnych scenach, jak i do działalności na niezależnym rynku teatralnym. Najnowszym zaś kierunkiem, utworzonym na białostockiej uczelni zaledwie kilka lat temu, jest technologia teatru lalek. Są to trzyletnie studia licencjackie, które mają na celu wykształcenie specjalistów w dziedzinie sztuki wykonawczej. Jak wyjaśnia Dwulit:
Absolwenci tego kierunku zdobywają kompetencje niezbędne do pracy w pracowniach konstrukcyjnych i plastycznych teatrów lalek. Technolog lalek potrafi samodzielnie wykonać każdy rodzaj klasycznej lalki, zna różnorodne materiały oraz technologie i metody tworzenia rozmaitych form obiektów, jak też elementów dekoracji.