Prasówka (10 kwietnia 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Czas Literatury”

Ska­żo­ne pej­za­że to temat prze­wod­ni wio­sen­ne­go nume­ru kwar­tal­ni­ka „Czas Lite­ra­tu­ry”. Przy­kła­dem tego rodza­ju kra­jo­bra­zów, nasu­wa­ją­cym się na myśl nie­mal bez­wied­nie, przy­naj­mniej Euro­pej­czy­kom, a zwłasz­cza miesz­kań­com środ­ko­wo-wschod­nich tere­nów Euro­py, jest kata­stro­fa w Czar­no­by­lu. To o niej i o jej lite­rac­kim oswa­ja­niu pisze Pau­li­na Felik­sik. W tek­ście Pio­łun, cez i „styl czar­no­byl­ski” bada gło­sy tych auto­rów z minio­nych dzie­się­cio­le­ci, któ­rzy podej­mo­wa­li pró­by opi­sa­nia i choć­by czę­ścio­we­go zro­zu­mie­nia tam­tej tra­ge­dii, oczy­wi­ście wykra­cza­ją­cej poza gra­ni­ce admi­ni­stra­cyj­ne Ukra­iny. Lite­ra­tu­ra czar­no­byl­ska – jak ją okre­śla Felik­sik – jest wie­lo­ga­tun­ko­wa i wie­lo­ję­zycz­na. Twór­cy, w zależ­no­ści od roz­ma­itych czyn­ni­ków, w tym od wła­snej wraż­li­wo­ści, przed­sta­wia­ją kata­stro­fę z róż­nych per­spek­tyw, wyko­rzy­stu­jąc do opi­su róż­no­rod­ne środ­ki arty­stycz­ne. Autor­ka tek­stu stwier­dza:

W dużej mie­rze zmien­no­ści ule­ga czar­no­byl­ski kata­stro­fizm, któ­ry począt­ko­wo przyj­mo­wał postać apo­ka­lip­tycz­ne­go myśle­nia o koń­cu, a potem stop­nio­wo zaczął być tema­ty­zo­wa­ny, aż w koń­cu moż­li­we sta­ło się wytwo­rze­nie nowych nar­ra­cji poka­ta­stro­ficz­nych.

Felik­sik zesta­wia ze sobą roz­ma­ite punk­ty widze­nia i odda­je głos twór­com, któ­rzy dostrze­ga­ją ana­lo­gie mię­dzy kata­stro­fą czar­no­byl­ską a obec­ną woj­ną w Ukra­inie. Przy­kła­do­wo wiersz Elli Jew­tu­szen­ko wil­cza godzi­na kie­ru­je naszą uwa­gę ku natu­rze, znisz­czo­nej po wybu­chu reak­to­ra elek­trow­ni jądro­wej, a dewa­sto­wa­nej rów­nież dzi­siaj, odra­dza­ją­cej się jed­nak w opusz­czo­nych stre­fach.

*

W naj­now­szym nume­rze „Cza­su Lite­ra­tu­ry” znaj­dzie­my frag­ment repor­ta­żu Mar­ty Tom­czok Bli­zny. Kra­jo­bra­zy po prze­my­śle. Jest to pró­ba opo­wie­dze­nia o miej­scach w więk­szo­ści już nie­ist­nie­ją­cych, znisz­czo­nych w wyni­ku uprze­my­sło­wie­nia kra­ju na dużą ska­lę po dru­giej woj­nie świa­to­wej. W miej­sce lasów, łąk i wsi powsta­ły huty, kopal­nie i elek­trow­nie. Bada­nia geo­lo­gicz­ne ruszy­ły peł­ną parą, prze­waż­nie pole­ga­ły na wzno­wie­niu prac zaczę­tych jesz­cze przed woj­ną, część z nich jed­nak roz­po­czę­ła się na tere­nach nie­tknię­tych wcze­śniej przez cywi­li­za­cję. Tom­czok wyli­cza:

Odkry­to węgiel bru­nat­ny, miedź, siar­kę i węgiel kok­su­ją­cy. Roz­po­czę­ło się wiel­kie, nie­zna­ne wcze­śniej na taką ska­lę uprze­my­sło­wie­nie. Ist­ne raje zamie­ni­ły się w swo­je prze­ci­wień­stwo, w pusty­nie bio­lo­gicz­ne, potęż­ne kra­te­ry i miej­sca kata­stro­fy eko­lo­gicz­nej.

Ambi­cje uno­wo­cze­śnia­nia i pod­no­sze­nia pozio­mu zasob­no­ści kra­ju z jed­nej stro­ny były oczy­wi­ste i natu­ral­ne – na przy­kład zna­czą­co zwięk­szy­ły ska­lę awan­su zawo­do­we­go, przy­spie­szy­ły tak­że roz­wój ośrod­ków miej­skich, lecz z dru­giej stro­ny sta­wa­ły się czę­sto powo­dem wie­lu pry­wat­nych tra­ge­dii. Przy­mu­so­we wysie­dle­nia i koniecz­ność zerwa­nia wię­zi z zie­mią nie­rzad­ko przy­czy­nia­ły się do poczu­cia bez­rad­no­ści miesz­kań­ców, któ­rzy nie potra­fi­li uło­żyć sobie życia w innych warun­kach. Autor­ka zapi­su­je:

Dla wie­lu miejsc pol­ski cud gospo­dar­czy ozna­czał apo­ka­lip­sę […], raj­skie nie­gdyś wsie i osa­dy zmie­ni­ły się w czar­ne raje i obró­ci­ły wni­wecz.

Tytu­ło­we „bli­zny”, odczy­ty­wa­ne jako śla­dy poszar­pa­nej rela­cji z kra­jo­bra­zem, nie­wąt­pli­wie są zna­ka­mi bole­snych zda­rzeń, ale na szczę­ście świad­czą tak­że o histo­riach, któ­rych boha­te­ro­wie szu­ka­ją swo­ich spo­so­bów na zado­mo­wie­nie się w nowej prze­strze­ni.

Okładka czasopisma „Czas Literatury” 2026, nr 1.
„Czas Literatury” 2026, nr 1.

„Odra”

Kwiet­nio­wy numer „Odry” otwie­ra roz­mo­wa Pio­tra Gaj­dziń­skie­go z Jerzym Hau­sne­rem, zaty­tu­ło­wa­na Świat napę­dza­ny chci­wo­ścią, poświę­co­na potrze­bie namy­słu nad współ­cze­snym kapi­ta­li­zmem i przy­bie­ra­ny­mi przez nie­go for­ma­mi. Czy mamy jesz­cze do czy­nie­nia z wol­nym ryn­kiem czy raczej sys­tem został sko­lo­ni­zo­wa­ny przez glo­bal­ne kor­po­ra­cje? – pyta na wstę­pie Gaj­dziń­ski. Odpo­wiedź nie napa­wa opty­mi­zmem, ale nie jest tak­że zaska­ku­ją­ca, ponie­waż kapi­ta­lizm, szcze­gól­nie w wyda­niu ame­ry­kań­skim, zmie­rza w stro­nę auto­ry­tar­no-oli­gar­chicz­ną. Hau­sner wska­zu­je glo­ba­li­za­cję, finan­sja­li­za­cję gospo­dar­ki i jej cyfry­za­cję jako trzy ele­men­ty budu­ją­ce i wspie­ra­ją­ce dzi­siej­sze obli­cze sys­te­mu tego ustro­ju spo­łecz­no-gospo­dar­cze­go. Pierw­sze z brze­gu przy­kła­dy – jak Ama­zon czy Spo­ti­fy – uświa­da­mia­ją nam, że wypie­ra­nie demo­kra­tycz­nej kon­ku­ren­cji, brak regu­la­cji publicz­nych i dzia­łań anty­mo­no­po­lo­wych mogą pro­wa­dzić do prze­rzu­ca­nia odpo­wie­dzial­no­ści na twór­ców i wytwór­ców, a tak­że do mini­ma­li­zo­wa­nia wyna­gro­dze­nia ich pra­cy przy rów­no­cze­snym mak­sy­ma­li­zo­wa­niu zysków ryn­ko­wych gigan­tów. Gdzie szu­kać nadziei i moż­li­wo­ści roz­kru­sze­nia sys­te­mo­wych spo­iw? Hau­sner widzi tu pew­ną for­mę ratun­ku. Upa­tru­je jej:

[w] pod­ję­ciu wal­ki o wol­ny obieg myśli, o to, aby media były wol­ne nie tyl­ko w sen­sie poli­tycz­nym, ale tak­że kapi­ta­ło­wym, aby wol­ne były uni­wer­sy­te­ty, któ­re nie mogą stać się przy­staw­ka­mi do wiel­kich kor­po­ra­cji, two­rze­niu insty­tu­cji wspo­ma­ga­ją­cych roz­sze­rza­nie sfe­ry wol­no­ści, wresz­cie prze­for­mo­wa­niu zasa­dy i spo­so­bów dzia­ła­nia tych, któ­re już ist­nie­ją.

To rów­nież odpo­wied­ni czas, żeby two­rzyć spo­łecz­no­ści lokal­ne, kształ­to­wać i zmie­niać naj­bliż­sze oto­cze­nie w imię zasad uczci­wo­ści i trans­pa­rent­no­ści – budo­wać swo­je podwór­ka w kontrze do kolo­nia­li­zmu glo­bal­ne­go kapi­ta­łu. Nawet jeśli brzmi to jak mrzon­ka, eko­no­mi­sta zazna­cza, że „czę­sto to, co wyda­je się mrzon­ką i don­ki­szo­te­rią, osta­tecz­nie koń­czy się zwy­cię­stwem”.

*

Tekst Mar­ci­na Adam­cza­ka Elż­bie­tań­ski phar­ma­kon moż­na uznać za jeden z wie­lu w ostat­nim cza­sie gło­sów chwa­lą­cych film Ham­net Chloé Zhao. Napi­sa­ny już po uro­czy­sto­ści wrę­cze­nia Osca­rów (nagro­dę za rolę aktor­ki pierw­szo­pla­no­wej otrzy­ma­ła Jes­sie Buc­kley, sam film zaś nomi­no­wa­ny był aż w ośmiu kate­go­riach), arty­kuł nie sku­pia się jed­nak na roz­pa­try­wa­niu słusz­no­ści wer­dyk­tu jury. Adam­czak pod­kre­śla: „fil­my tej kla­sy nie potrze­bu­ją Osca­rów, lecz to Osca­ry potrze­bu­ją takich dzieł”. Ham­net, adap­ta­cja powie­ści Mag­gie O’Farrell pod tym samym tytu­łem, osa­dzo­ny jest w realiach epo­ki elż­bie­tań­skiej, a głów­ni boha­te­ro­wie – Szek­spir i jego żona, noszą­ca w fil­mie imię Agnes, mie­rzą się z tra­ge­dią – śmier­cią syna. Adam­czak zazna­cza, że jak wszyst­kie fil­my histo­rycz­ne­go kina bio­gra­ficz­ne­go, tak i dzie­ło Zhao moż­na pod­da­wać ana­li­zie pod kątem wier­no­ści przed­sta­wie­nia ówcze­snych realiów, a tak­że pod wzglę­dem „histo­rycz­nej, kul­tu­ro­wej i socjo­lo­gicz­nej ade­kwat­no­ści uka­za­ne­go w Ham­ne­cie uczu­cia rodzi­ciel­skie­go i poczu­cia stra­ty w epo­ce przed­ro­man­tycz­nej”. Ale to nie wier­ne odda­nie cha­rak­te­ru epo­ki ani nie opi­nie szek­spi­ro­lo­gów spra­wia­ją, że Ham­net jest dzie­łem wyjąt­ko­wym. Trud­no nie zgo­dzić się z Adam­cza­kiem, któ­ry twier­dzi, że o war­to­ści fil­mu świad­czy mistrzow­skie ope­ro­wa­nie emo­cja­mi widza. Jak pisze:

usta­wio­ne są one w wyso­kich reje­strach sen­ty­men­ta­li­zmu, łza­wo­ści i wzru­sze­nia, jed­no­cze­śnie nie popa­da­jąc ani na krót­ką chwi­lę w dome­nę kiczu, prze­ciw­nie – ema­nu­jąc z każ­de­go kadru szla­chet­ną jako­ścią.

War­stwa fabu­lar­na dosko­na­le współ­gra tu ze wspo­mnia­ny­mi emo­cja­mi, dzię­ki cze­mu doświad­cza­my nie­zwy­kłej mocy sztu­ki. Ta ostat­nia – podob­nie jak tytu­ło­wy „phar­ma­kon” – może być lecz­ni­czym elik­si­rem, lecz może rów­nież stać się tru­ci­zną. Połą­cze­nie gry emo­cjo­nal­nej, siły wyobraź­ni i szcze­gól­ne­go poten­cja­łu lite­rac­kie­go źró­dła adap­ta­cji prze­są­dza o wyjąt­ko­wo­ści fil­mu Chloé Zhao i spra­wia, że sytu­uje się on poza wszel­ki­mi zna­ny­mi nam kate­go­ria­mi.

Okładka czasopisma „Odra” 2026, nr 4.
„Odra” 2026, nr 4.

„Topos”

Ogrom­na płach­ta „Topo­su”, przy­po­mi­na­ją­ca nie­gdy­siej­sze gaze­ty, sko­ja­rzy­ła się nam z opo­wia­da­niem Paw­ła Mos­sa­kow­skie­go Na dachu, zamiesz­czo­nym w naj­now­szym nume­rze tego cza­so­pi­sma. To mono­log star­sze­go męż­czy­zny, nawią­zu­ją­cy do cza­sów, w któ­rych nie oszczę­dza­no na papie­rze, choć ten nie był łatwo dostęp­ny. Tak wła­śnie przed­sta­wia się jed­na ze sprzecz­no­ści minio­ne­go ustro­ju, w któ­rym dora­stał boha­ter utwo­ru, marząc o tym, żeby zostać foto­gra­fem pra­so­wym:

W kla­sie matu­ral­nej zapi­sa­łem się do Klu­bu Mło­dych Foto­re­por­te­rów przy tygo­dni­ku „Na Prze­łaj”, wysła­łem na adres redak­cji kil­ka­na­ście zdjęć i jed­no z nich tak się tam spodo­ba­ło, że po dwóch tygo­dniach je tam wydru­ko­wa­li. Na przed­ostat­niej stro­nie, w rubry­ce dla czy­tel­ni­ków. Ale i tak byłem dum­ny. Poka­zy­wa­łem numer pisma, komu tyl­ko mogłem: rodzi­com, kole­gom ze szko­ły, dziew­czy­nie, z któ­rą cho­dzi­łem. Każ­de­mu, kto się napa­to­czył i miał ocho­tę to zdję­cie z moim pod­pi­sem zoba­czyć.

Począt­ko­wa eufo­ria chło­pa­ka zmie­nia się w roz­cza­ro­wa­nie, nara­sta­ją­ce z powo­du coraz częst­szych inge­ren­cji cen­zu­ry, o czym dowia­du­je­my się z dal­szej czę­ści opo­wia­da­nia Mos­sa­kow­skie­go. Zresz­tą cała ta opo­wieść o życiu nazna­czo­na jest nutą nie­speł­nie­nia. Mło­dzień­cze marze­nie stop­nio­wo wypie­ra prag­ma­ty­ka: osta­tecz­nie boha­ter zakła­da wła­sny zakład foto­gra­ficz­ny. Nawet krót­ki powrót do prze­szło­ści, czy­li wysta­wa daw­nych zdjęć, zor­ga­ni­zo­wa­na już w wol­nej Pol­sce, nie daje męż­czyź­nie nadziei na powrót do tego, co kie­dyś było dla nie­go tak waż­ne:

Na wer­ni­sa­żu dzien­ni­kar­ka Radia Zet spy­ta­ła mnie, co teraz robię, a gdy odpo­wie­dzia­łem, że pro­wa­dzę zakład foto­gra­ficz­ny, była bar­dzo zasko­czo­na i roz­cza­ro­wa­na. Sta­ra­ła się to ukryć, bo takie oka­zy­wa­nie uczuć jest jed­nak nie­pro­fe­sjo­nal­ne, ale nie­zbyt jej się to uda­ło. Źle się wte­dy poczu­łem, ucie­kłem z wer­ni­sa­żu i w domu, sie­dząc samot­nie w kuch­ni, upi­łem się tak, że nie pamię­ta­łem, jak dotar­łem do łóż­ka. A potem niko­mu o tej mojej foto­re­por­ter­skiej prze­szło­ści nie opo­wia­da­łem, dopie­ro Oli…

To wła­śnie miłość do Oli mia­ła być dla boha­te­ra reme­dium na wszel­kie życio­we poraż­ki. Może rze­czy­wi­ście tak by się sta­ło, gdy­by los nie zde­cy­do­wał ina­czej. Zakoń­cze­nie opo­wia­da­nia przy­no­si waż­ną, wzru­sza­ją­cą reflek­sję, któ­ra spra­wia, że war­to poświę­cić tej histo­rii nie­co wię­cej cza­su.

*

W „Topo­sie” znaj­dzie­my tak­że inte­re­su­ją­cą roz­mo­wę z Lesz­kiem Moż­dże­rem, zaty­tu­ło­wa­ną Jestem klu­czem bio­elek­trycz­nym. Prze­pro­wa­dza­ją­ca ją Mag­da­le­na Kaspe­ro­wicz zada­je arty­ście zaska­ku­ją­ce pyta­nia, na przy­kład: „Czy z zasło­ny mil­cze­nia moż­na coś uszyć?”. Zna­ny pia­ni­sta jaz­zo­wy i kom­po­zy­tor odpo­wia­da:

Wszyst­ko. Za zasło­ną mil­cze­nia moż­na uszyć zemstę, poczu­cie krzyw­dy, zesztyw­nie­nie, zdro­wie i cho­ro­bę. Zasło­na mil­cze­nia to tym­cza­so­wy para­wan, za któ­rym moż­na uszyć Miłość albo Nie­na­wiść. W momen­tach kry­zy­so­wych nie lubię roz­ma­wiać, dopó­ki nie pona­zy­wam sobie rze­czy powo­du­ją­cych cier­pie­nie. Cze­kam, aż uspo­ko­ją się emo­cje, i dopie­ro kie­dy umiem sam sobie odpo­wie­dzieć na pyta­nie, o co mi cho­dzi – zaczy­nam roz­ma­wiać. Zasło­na mil­cze­nia jest moim zda­niem nor­mal­nym mecha­ni­zmem higie­nicz­nym. Łagod­ność jest dla mnie bar­dzo waż­na, cho­ciaż nie­któ­rzy bio­rą ją za sła­bość.

Kolej­ne pyta­nie, rów­nie intry­gu­ją­ce, doty­czy tego, czy muzy­ka już ist­nie­je, zanim ją zagra­my. Leszek Moż­dżer odpo­wia­da:

Tak. Każ­dy muzyk to tyl­ko pry­zmat, przez któ­ry prze­cho­dzi stru­mień muzy­ki. Nada­je muzy­ce oso­bi­ste walo­ry, nazna­cza ją swo­im warsz­ta­tem, wyobraź­nią i cecha­mi oso­bo­wo­ści. Ale każ­da muzy­ka zro­bio­na jest z tego same­go, są tyl­ko róż­ne jej wer­sje. Pla­ton mówił: „Mate­ria to utwar­dzo­na muzy­ka”. Sko­ro rze­czy­wi­stość jest falo­wa, sko­ro wszyst­ko jest falą, to wszyst­ko jest muzy­ką. W Indiach zwy­kło się mawiać: „Muzy­ka to Nauka sama w sobie”. Wyda­je mi się, że wej­ście w świat muzy­ki zaczy­na dawać poję­cie o kon­struk­cji mate­rii, świa­do­mo­ści i wszyst­kie­go, co wibru­je i pul­su­je. Życie prze­ja­wia te same zasa­dy co muzy­ka. Dyso­nans, kon­so­nans, rezo­nans, inter­fe­ren­cje, induk­cja, wzbu­dze­nia, odbi­cia, tłu­mie­nia, zdud­nie­nia, fale sto­ją­ce, prze­ciw­fa­za – to pra­wi­dła aku­stycz­ne, któ­re widzę w codzien­nym życiu. Wcho­dze­nie w świat muzy­ki to wcho­dze­nie w zasa­dy rzą­dzą­ce życiem.

Co muzyk sądzi o impro­wi­za­cji jaz­zo­wej, czym kie­ru­je się w życiu i kogo uzna­je za prze­wod­ni­ka? Odpo­wie­dzi na te pyta­nia moż­na zna­leźć w naj­now­szym wyda­niu dwu­mie­sięcz­ni­ka lite­rac­kie­go „Topos”.

Okładka czasopisma „Topos” 2026, nr 1–2.
„Topos” 2026, nr 1–2.

„Teatr Lalek”

W „Dzien­ni­ku Lite­rac­kim” czy­ta­my nie tyl­ko naj­now­sze nume­ry perio­dy­ków kul­tu­ral­nych, cza­sa­mi wra­ca­my rów­nież do star­szych wydań cza­so­pism. Tak wła­śnie było w przy­pad­ku zeszło­rocz­ne­go nume­ru „Teatru Lalek”, w któ­rym zain­try­go­wa­ła nas napi­sa­na przez Zuzan­nę Klusz­czyń­ską recen­zja spek­ta­klu Hela Foka. Histo­ria na fali, wysta­wia­ne­go w Teatrze Lalek „Arle­kin” w Łodzi. Autor­ka w tek­ście Nie odpły­waj­my od baśni przy­po­mi­na pod­sta­wo­we, a rów­no­cze­śnie nie­zwy­kle istot­ne wymo­gi, jakie powin­no speł­niać przed­sta­wie­nie dla dzie­ci. Wymie­nia je, uzu­peł­nia­jąc roz­wa­ża­nia o kon­kret­ne przy­kła­dy. Klusz­czyń­ska pod­kre­śla, że waż­ne są zarów­no walo­ry edu­ka­cyj­ne wido­wi­ska dla naj­młod­szych, prze­ka­zy­wa­nie dzie­ciom war­to­ścio­wych tre­ści, jak i atrak­cyj­ność wizu­al­na spek­ta­klu. To wła­śnie ta ostat­nia przy­cią­ga uwa­gę widzów, a przy oka­zji pozwa­la im poznać narzę­dzia wyko­rzy­sty­wa­ne w teatrze lal­ko­wym.

Hela Foka. Histo­ria na fali poru­sza kil­ka trud­nych tema­tów, o któ­rych powin­no się roz­ma­wiać z dzieć­mi. Jed­nym z nich jest choć­by eko­lo­gia. Sym­bo­lem trud­no­ści doświad­cza­nych przez tytu­ło­wą Helę, wypusz­czo­ną z foka­rium na wol­ność, może być zato­pio­ny wrak stat­ku, z któ­re­go wydo­by­wa­ją się tok­sy­ny, zagra­ża­ją­ce życiu pod­wod­nych stwo­rzeń. W przed­sta­wie­niu poja­wia się rów­nież kwe­stia komu­ni­ka­cji mię­dzy zwie­rzę­ta­mi a ludź­mi. Klusz­czyń­ska zapi­su­je:

Ta barie­ra komu­ni­ka­cyj­na jest jed­ną z głów­nych osi spek­ta­klu. Już w pierw­szej sce­nie widzi­my, że Hela nie wie, dla­cze­go ma opu­ścić bez­piecz­ne foka­rium. Czy zro­bi­ła coś złe­go, obra­zi­ła czymś swo­ich ludz­kich przy­ja­ciół? Nie rozu­mie słów kie­row­nicz­ki, któ­ra tłu­ma­czy, że powrót do natu­ral­ne­go śro­do­wi­ska spra­wi, że będzie dużo szczę­śliw­sza. Nawet gdy­by zwie­rzę­ta i ludzie mogli ze sobą poroz­ma­wiać, kon­flikt mię­dzy nimi wca­le nie był­by taki łatwy do roz­wią­za­nia. Obu stro­nom cho­dzi o to samo: prze­trwa­nie. Ryba­cy muszą utrzy­my­wać się z poło­wów, a foki mieć co jeść.

Choć przed­sta­wie­nie nie jest pozba­wio­ne pew­nych wad, zresz­tą wychwy­co­nych przez Zuzan­nę Klusz­czyń­ską, sta­no­wi świet­ny mate­riał ilu­stru­ją­cy wyzwa­nia, z któ­ry­mi mie­rzy się współ­cze­sny teatr lal­ko­wy dla dzie­ci.

*

Tego­rocz­nych absol­wen­tów szkół śred­nich może zain­te­re­so­wać tekst Artu­ra Dwu­li­ta Szko­ła w dobrych rękach. Został poświę­co­ny bia­ło­stoc­kie­mu Wydzia­ło­wi Sztu­ki Lal­kar­skiej, filii Aka­de­mii Teatral­nej im. Alek­san­dra Zelwe­ro­wi­cza w War­sza­wie, kształ­cą­cej akto­rów, reży­se­rów i tech­no­lo­gów teatru lalek. To eli­tar­ne stu­dia: rocz­nie na wydział aktor­stwa ze spe­cjal­no­ścią aktor­stwo teatru lalek przyj­mo­wa­nych jest zale­d­wie pięt­na­ście osób. Dwu­lit zapi­su­je:

W mojej opi­nii bia­ło­stoc­ka filia posia­da z jed­nej stro­ny odważ­ną, nowo­cze­sną ofer­tę pro­gra­mo­wą w pod­sta­wie, a z dru­giej – racjo­nal­nie wyko­rzy­sty­wa­ny przy­wi­lej, jaki daje wpro­wa­dze­nie przed­mio­tów swo­bod­ne­go wybo­ru. Zaję­cia podzie­lo­ne są na czte­ry blo­ki tema­tycz­ne i są ści­śle ze sobą zwią­za­ne stop­niem zaawan­so­wa­nia na poszcze­gól­nych eta­pach kształ­ce­nia. Doty­czą one: aktor­stwa w prze­strze­ni teatru oży­wio­nej for­my, ele­men­tów aktor­stwa dra­ma­tycz­ne­go, zajęć ryt­micz­no-rucho­wych oraz teo­rii.

Z kolei na pierw­szy rok reży­se­rii teatru lalek przyj­mo­wa­ne są jedy­nie trzy oso­by. Mają szan­sę przy­go­to­wa­nia się zarów­no do pra­cy na insty­tu­cjo­nal­nych sce­nach, jak i do dzia­łal­no­ści na nie­za­leż­nym ryn­ku teatral­nym. Naj­now­szym zaś kie­run­kiem, utwo­rzo­nym na bia­ło­stoc­kiej uczel­ni zale­d­wie kil­ka lat temu, jest tech­no­lo­gia teatru lalek. Są to trzy­let­nie stu­dia licen­cjac­kie, któ­re mają na celu wykształ­ce­nie spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nie sztu­ki wyko­naw­czej. Jak wyja­śnia Dwu­lit:

Absol­wen­ci tego kie­run­ku zdo­by­wa­ją kom­pe­ten­cje nie­zbęd­ne do pra­cy w pra­cow­niach kon­struk­cyj­nych i pla­stycz­nych teatrów lalek. Tech­no­log lalek potra­fi samo­dziel­nie wyko­nać każ­dy rodzaj kla­sycz­nej lal­ki, zna róż­no­rod­ne mate­ria­ły oraz tech­no­lo­gie i meto­dy two­rze­nia roz­ma­itych form obiek­tów, jak też ele­men­tów deko­ra­cji.

Okładka czasopisma „Teatr Lalek” 2025, nr 1–2.
„Teatr Lalek” 2025, nr 1–2.

– redaktorka, recenzentka literacka.

więcej →

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

Powiązane teksty