W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Twórczość”
Odnalezienie w Stawisku w 2025 roku rękopisu opowiadania Starość autorstwa Jarosława Iwaszkiewicza można przyporządkować do kategorii sensacyjnych zdarzeń literackich. Tekst został opublikowany w lutowym numerze miesięcznika „Twórczość” (warto wspomnieć, że w latach 1955–1980 Iwaszkiewicz był redaktorem naczelnym tego pisma). Opowiadanie jest „przejmującym studium starości i umierania. Nie sposób znaleźć w całym dorobku literackim Iwaszkiewicza drugiego takiego bohatera jak narrator Starości” – pisze w nocie edytorskiej Robert Papieski, opiekun Archiwum Rękopiśmiennego w Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku. Bohater utworu rzeczywiście pochodzi z innego porządku, wymyka się próbom przyporządkowania go do świata monologującego starca. Iwaszkiewicz w ten sposób igra z czytelnikami – za pomocą narracji, która miesza i zapętla poziomy doświadczeń głównego bohatera i jego wiernego towarzysza, psa Dżeka. W rezultacie zostajemy zmuszeni do zadawania sobie niewygodnych pytań – niekoniecznie o kwestie starości i śmierci, choć to właśnie one skłaniają nas do głębszej refleksji podczas lektury. Ukazując zdumienie bohatera z powodu dostrzeganych przez niego przejawów własnej starości, a wręcz jego niedowierzanie w samą starość, Iwaszkiewicz odsłonił przed nami intymny, niedostępny dla postronnego obserwatora świat człowieka w jesieni życia – wizję tym bardziej przejmującą, im surowsza wydaje się rzeczywistość drugiego planu.
*
Kolejnym nieznanym do tej pory czytelniczkom i czytelnikom utworem, ale szczęśliwie opublikowanym w drugim tegorocznym numerze „Twórczości”, jest opowiadanie Bohater i kurzel Anny Kowalskiej. Maszynopis (pierwotnie zatytułowany Kurzel) przeleżał pewien czas w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich, by ostatecznie trafić do archiwum Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, gdzie został zrewidowany i zarchiwizowany pod zmienionym tytułem Bohater i kurzel. Jak pisze Alicja Boddaert, autorka komentarza do utworu Kowalskiej – O stłumionej próbie transgresji w polskiej literaturze w połowie XX wieku – powstanie tekstu można w przybliżeniu oszacować na lata 1946–1954. Opowiadanie nie zestarzało się, przeciwnie – chociaż jego akcja rozgrywa się w czasie okupacji (w treści znajdziemy więc sporo odniesień do realiów partyzanckich, obozowych, a także do nieistniejących już zwyczajów związanych z życiem na wsi) – jest zaskakująco współczesne. Dzieje się tak dlatego, że Kowalską w Kurzelu zajmuje przede wszystkim sfera emocji, uczuć, relacji międzyludzkich, które opisywane są z dużą uważnością i empatią. W tekście o stosunkowo niewielkiej objętości autorka porusza rozmaite tematy: wojny, różnic klasowych i – co najistotniejsze – znaczenia wolności oraz wierności sobie. Jak zapisuje Boddaert:
wykorzystując zarazem kod literatury socrealistycznej, symbole zaczerpnięte z kultury greckiej oraz rozbudowaną sieć odniesień literackich – Kowalska wprowadziła już w latach 50. XX wieku nowe formy prezentacji miłości i zagadnień tożsamości płciowej.
Twórczość Anny Kowalskiej, kiedyś pozostającej w cieniu Marii Dąbrowskiej, zresztą postrzeganej głównie przez pryzmat ich związku, zdecydowanie zasługuje na większą uwagę, a opublikowane na łamach „Twórczości” opowiadanie jest jednym z dowodów słuszności tej tezy.
„Odra”
Mimo upływu ośmiu dekad od zakończenia drugiej wojny światowej w wielu miejscach w Polsce wciąż widoczne są ślady rozległych zniszczeń powstałych w latach 1939–1945. Jednym z takich miast jest Wrocław, gdzie w czasie wojny ponad dwadzieścia jeden tysięcy domów (z trzydziestu tysięcy istniejących wcześniej) obróciło się w ruinę, połowa ulic, łącznie liczących prawie siedemset kilometrów, została uszkodzona przez bomby i pociski, a objętość gruzu zalegającego wtedy w mieście oszacowano na osiemnaście milionów metrów sześciennych. Beata Maciejewska w opublikowanym w marcowym numerze „Odry” Zmartwychwstaniu miasta wraca do pierwszych lat powojennych Wrocławia, który odradzał się powoli i ostatecznie dołączył do grona tak zwanych miast feniksów. Autorka ukazuje skalę zniszczeń, skupiając się na kwestii eksploatacji miasta (traktowanego jak olbrzymia cegielnia zasilająca odbudowującą się stolicę i inne miejscowości). Nie jest to jednak opowieść martyrologiczna, a raczej historia o powstawaniu z popiołów, o patrzeniu w przyszłość. Maciejewskiej udaje się oddać w tekście napięcia społeczne i polityczne, zwłaszcza w scenach ścierania się losów niemieckich mieszkańców, radzieckich wojsk i polskich osadników. Czytamy o mieście, w którym „równie łatwo dostać kulą zza węgła, jak nożem w plecy”, gdzie ciemność i zimno są częstymi gośćmi, a szaber stał się niemal codziennym widokiem. Na tak przedstawionym tle widzimy mieszkańców Wrocławia – głodnych życia i zdeterminowanych do tego stopnia, by „wystawiać operę na dymiącej kupie gruzów dla garstki Polaków i za prywatne pieniądze” – zauważamy również licznie powstające kawiarnie i knajpki, obserwujemy rzadkie przejazdy tramwajów „z pasażerami wiszącymi na stopniach jak winogrona”. Obrazy tej powojennej rzeczywistości są zakorzenione w wyobraźni zbiorowej Polaków, być może stanowią nawet coś na kształt wyprawki, w którą wyposaża się obywatelki i obywateli kraju nad Wisłą. Tekst Maciejewskiej nie nuży; przypomina o pięknie, które zdołało wyłonić się z pogorzeliska.
*
Leszek Waligóra w tekście Seksmisja 2.0, czyli gdzie ci mężczyźni? pisze o kwestii pojawiającej się w dyskusjach od co najmniej kilkunastu lat: o kryzysie męskości. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z kryzysem? Czy może jednak z redefinicją męskości, a więc na przykład z ewolucją jej dotychczasowych wzorców? Waligóra skupia się na pewnym wycinku omawianego zjawiska, odnosząc się zarówno do stereotypowego pojmowania męskości, jak i do różnorodnych definicji tego pojęcia. Punktem odniesienia rozważań autora tekstu jest myśl Philipa Zimbarda, amerykańskiego psychologa, który wspomniany kryzys uznał za fakt, a wśród jego przyczyn wskazywał zwłaszcza „brak wzorców, wycofanie, wadliwy system edukacji, zmianę ról społecznych i w efekcie konsekwencje ponoszone w dorosłym życiu”. Niejako w kontrze do tego stanowiska Waligóra przytacza zapisy Katarzyny Wojnickiej, socjolożki męskości z Uniwersytetu w Göteborgu, stwierdzającej (za Michaelem Kimmelem, profesorem socjologii na Uniwersytecie Stony Brook w Nowym Jorku, rzecznikiem Narodowej Organizacji Mężczyzn Przeciwko Seksizmowi), że kryzysu nie ma. Wojnicka argumentuje: „kryzysy męskości są identyfikowane za każdym razem, kiedy kobiety zyskują więcej praw i się emancypują”. Stosunkowo najwięcej miejsca badaczka poświęca jednak stanowisku Jarosława Wolnego, psychoedukatora pracującego w Monarze z osobami uzależnionymi, prawnika i trenera sztuk walki. Ten zaś podkreśla, że męskość to dojrzałość, czyli umiejętność integrowania siły z wrażliwością, znajomość emocji, zdolność tworzenia partnerskich relacji i interakcji. Dziś, jak zauważa Wolny, największym wyzwaniem staje się zrozumienie oczekiwanych wzorców zachowań: „bądź silny, ale przy okazji wrażliwy, bądź twardy, ale okazuj empatię, dominuj, ale nie bądź dominujący, zarabiaj, ale bądź obecny w domu”. To trudne, zwłaszcza że przez lata przywykliśmy do legendarnych wizerunków mężczyzn, wśród których znajdowali się choćby Ernest Hemingway czy Arnold Schwarzenegger. Synonimem męskości stało się nieokazywanie uczuć. Dziś ten wzorzec odchodzi do lamusa, a przez swój tekst Waligóra uczy nas mówić o tym, co wcześniej stanowiło kulturowo-obyczajowe tabu.
„Kraków i Świat”
Setna rocznica urodzin Andrzeja Wajdy to temat przewodni najnowszego numeru „Krakowa i Świata”. Z tej okazji w dwumiesięczniku znajdziemy wiele artykułów poświęconych wybitnemu reżyserowi, w tym wywiad z Robertem Więckiewiczem, grającym tytułową rolę w filmie Wałęsa. Człowiek z nadziei, czy artykuł poświęcony jednemu z najważniejszych przedstawień twórcy, czyli Biesom – wystawionym w Starym Teatrze. Warto zwrócić uwagę także na tekst Tadeusza Lubelskiego Pięć miłości Andrzeja Wajdy (nie licząc kobiet). Jedną ze wspomnianych miłości był Kraków, do którego reżyser po raz pierwszy przyjechał podczas wojny. Zobaczył wtedy w Kościele św. Franciszka z Asyżu witraże, które wywarły na nim tak wielkie wrażenie, że poświęcił dziełom Stanisława Wyspiańskiego jedyny w życiu napisany przez siebie wiersz. To właśnie w Krakowie razem z Krystyną Zachwatowicz Wajda zdecydował się założyć Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha i właśnie tu oboje wracali w poszukiwaniu wytchnienia od warszawskiego zgiełku.
Kolejną miłością Wajdy było malarstwo Andrzeja Wróblewskiego. Zachwycony obrazami swojego imiennika, a także powodowany obawą, że nigdy nie dorówna jego talentowi, Wajda zrezygnował ze studiów w Akademii Sztuk Pięknych. Całe życie jednak chciał nakręcić film o Wróblewskim. Lubelski zapisuje:
Przymiarki do filmu fabularnego o Wróblewskim, jako najważniejszego zadania, jakie przed nim stoi, powracają – ze zmiennym natężeniem, ale regularnie – przez czterdzieści lat.
Realizacja miała nosić tytuł Elektrowstrząsy, nie doszło jednak do jej powstania. Nakręcone przez Wajdę pod koniec życia Powidoki, opowiadające o innym malarzu, Władysławie Strzemińskim, były według samego reżysera tylko namiastką planowanego dzieła.
Wielką estymą Wajda darzył także Zbigniewa Cybulskiego:
Głębia porozumienia, jakie reżyser nawiązał z wykonawcą roli Maćka, przeszła oczekiwania. Cybulski swoją postacią spełnił zbiorowe marzenie Polaków o samych sobie. Przez pierwsze miesiące po premierze oni wszyscy chcieli tak się zachowywać i tak wyglądać.
Pozostałe dwa fragmenty artykułu Lubelskiego zostały poświęcone miłości reżysera do Japonii oraz do piór wiecznych.
*
W „Krakowie i Świecie” nie mogło zabraknąć poezji. W omawianym numerze znajdziemy więc wiersze Jarosława Mikołajewskiego, recenzję jego tomu Na skrawku napisaną przez Janusza Palucha, a także interesującą rozmowę z poetą przeprowadzoną przez tego samego dziennikarza. Mikołajewski o swoim najnowszym zbiorze wierszy mówi:
[Ten tom – przyp. red.] to na pewno z jednej strony jest jakaś moja struktura mentalna, a z drugiej wynik tego, że mam sentyment do ludzi starych, będących już w okresie melancholii, rozliczeń, czy może nawet odsuwania się na bok. […] Faktem jest, że jako bałaganiarz jeżdżę z mnóstwem skrawków papierów w kieszeni, a często moje wiersze powstają w metrze i wtedy zapisuję je na tym, co mam pod ręką. Potem w domu opróżniam kieszenie, zasypując papierkami stół. Moja żona je tam znajduje i często wyrzuca, a ja wtedy próbuję odtworzyć te zapiski.
Z rozmowy możemy dowiedzieć się także wiele o twórczości Mikołajewskiego dla dzieci, którą autor traktuje bardzo poważnie, stara się bowiem w odpowiedni sposób przekazać małym czytelnikom istotne treści. Jak sam opowiada:
Kiedyś napisałem książkę „Kołysanki dla Laury”, dla mojej wnuczki, gdzie opowiadam o Gazie, Ukrainie. To, co dociera do dziecka, choćby jednorocznego malucha, to jest wprawdzie przede wszystkim melodia, muzyka, rytmika, ale dobrze by było, żeby ten dziadek – mam tu na myśli siebie – wyspowiadał się z tego, że moje pokolenie nie zadbało o Ziemię, o świat, w którym to dziecko będzie się rozwijało, dorastało. Przepraszam dzieci i uprzedzam je, że dzieje się wojna, a myśmy jej nie zapobiegli. Uczulam je na słowo „odpowiedzialność”. Do dzisiaj – gdy słyszę „Aleśmy wybrali”, mając na myśli jakiegoś prezydenta, a w odpowiedzi: „Tylko nie my, ja głosowałam na kogoś innego” – wzdrygam się. Jestem zdania, że wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni, nawet jeśli nie oddaliśmy głosu na tę osobę, ponieważ nie zapobiegliśmy temu, co się stało. To jest poczucie odpowiedzialności, o którym opowiadam dzieciom.
Ponadto Mikołajewski sporo mówi o swoich związkach z Krakowem, a także o Rzymie, w którym przez lata mieszkał i pracował jako dyrektor Instytutu Kultury Polskiej.
„Tygodnik Powszechny”
„Nie jest chrześcijaninem ten, kto nie doświadczył szarości wiary” – pisze Ryszard Koziołek w eseju A potem umarł, zamieszczonym w świątecznym wydaniu „Tygodnika Powszechnego”. Na potwierdzenie tej tezy przytacza wizję senną teologa protestanckiego Karla Bartha, która nie miała nic wspólnego ze strasznymi scenami rozgrywającymi się na kartach dzieła Dantego czy na obrazach Hieronima Boscha. Ukazywała natomiast:
bezkresn[ą] i płask[ą] jak stół równin[ę] bez śladu roślinności ani żadnych innych form krajobrazu. Jej powierzchnię pokrywał szary pył. Panował tam przejmujący chłód. W środku tej pustyni, w słabym i mglistym świetle bez źródła stał jeden człowiek.
Odniesień do tej przerażającej szarości Koziołek szuka w filozofii, malarstwie, literaturze. Znajduje je w twórczości Petera Sloterdijka, dla którego inspiracją było stwierdzenie Paula Cézanne’a, że nie jest malarzem ten, kto nigdy nie malował szarości:
[Sloterdijk – przyp. red.] przenosi to zadanie na terytorium filozofii i sprawdza, jak radziła sobie ona z szarością, która jest barwą egzystencji; kolorem aury spowijającej ludzką codzienność.
Wielkimi poetami szarości byli Friedrich Hölderlin i Tadeusz Różewicz, których twórczość Koziołek również przywołuje. Zauważa przy tym, że szarość jest synonimem nieodwracalnego starzenia się świata. Jego esej, piękny i mądry, kończy się zapisem:
Tylko sztuka to potrafi. „Odmłodzić świat”, czyli uczynić go w naszych oczach trwającym, dobrym i sensownym. „Boskim”, choć Boga straciliśmy na wieki. Zostawił nam porzucony przez siebie świat; przekreślony na krzyż; i szarą monotonię powszechnego losu istot śmiertelnych. Nie ma Go z nami, więc nie ma sensu, ani jednej prawdy, ani wspólnych zasad. A mimo to wielu stara się żyć i działać tak, jakby świat mógł kiedyś być dobrym miejscem dla Boga.
*
W czasie lektury wielkanocnego numeru „Tygodnika…” warto zatrzymać się także przy rozmowie Wojciecha Bonowicza z laureatem Literackiej Nagrody Nobla Jonem Fossem. W wywiadzie To, co piszę, nie pochodzi ze mnie poruszane są między innymi kwestie duchowości, stanowiącej fundament twórczości literackiej autora Septologii:
Muszę zastrzec, że nie chodzi o żadne dogmaty, lecz o obecność transcendentnego wymiaru, który wpływa na nasze życie. Doświadczyłem tego wielokrotnie, także jako pisarz. Co na przykład sprawiło, że zacząłem pisać? Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Na pewno pomogła mi świadomość, że to, co widzialne, nie jest wszystkim, co istnieje. Wielu ludzi ignoruje to, co niewidzialne. Ale ja, już jako bardzo młody człowiek, czułem, że nie można tego ignorować. Powiedziałbym wręcz, że dobry wiersz czy w ogóle dobra literatura to taka, w której uobecnia się to, co niewidzialne.
Rozważania na temat wiary i Kościoła katolickiego, do którego pisarz wstąpił już jako w pełni dojrzały człowiek, stanowią dużą część rozmowy. Zresztą samo pisanie dla Fossego ma wymiar religijny:
Pisanie przypomina modlitwę. Modlitwa też przecież jest ucieczką od samego siebie. Nie chodzi o to, żeby wyrazić siebie, ale zwrócić się ku czemuś większemu niż ja. Ten zwrot ku nieznanemu jest znamienny. Gdybym pisząc, myślał o tym, że jakaś konkretna osoba będzie czytać moją powieść albo oglądać moją sztukę, zapewne nic bym nie napisał. Straciłbym całą ochotę. Pisząc, nie zwracam się więc do nikogo konkretnego – ale jednak do kogoś się zwracam. I sądzę, że tego, do kogo się zwracam, można nazwać Bogiem. Dlatego porównałem pisanie do modlitwy. Bóg jest pierwszym czytelnikiem.
Niewątpliwie jego słowa wybrzmiewają w sposób szczególny w okresie, kiedy „Tygodnik Powszechny” trafia do rąk czytelników.