Prasówka (27 marca 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Akcent”

W naj­now­szym nume­rze lubel­skie­go kwar­tal­ni­ka Julian Kono­pel­ski pisze o zna­cze­niu per­spek­ty­wy kolo­nial­nej w lite­ra­tu­rze bra­zy­lij­skiej, a tak­że o prze­ło­mie, któ­rym była moder­ni­stycz­na geo­po­ety­ka toż­sa­mo­ścio­wa. Autor kon­cen­tru­je się na przed­sta­wie­niach natu­ry w źró­dłach pisa­nych, zazna­cza­jąc, że przyj­mu­je defi­ni­cję lite­ra­tu­ry w rozu­mie­niu zachod­nim (wyklu­cza więc for­mę oral­ną, czy­li mitycz­ne i rdzen­nie bra­zy­lij­skie prze­ka­zy). Lite­rac­kość Bra­zy­lii jest według Kono­pel­skie­go nazna­czo­na przez kolo­nia­lizm. W arty­ku­le czy­ta­my:

od same­go począt­ku „lite­ra­tu­ra bra­zy­lij­ska” jawi się jako lite­ra­tu­ra opi­su­ją­ca zasta­ne realia, a nie powsta­ją­ca z ich wnę­trza – wcho­dzi do lite­ra­tu­ry nie jako pod­miot, lecz jako opi­sy­wa­na prze­strzeń – pej­zaż, flo­ra, fau­na, oby­cza­je – wszyst­ko, co w pierw­szym odczu­ciu budzi zachwyt kolo­ni­za­to­ra.

Lite­ra­tu­ra bra­zy­lij­ska wyda­je się egzo­tycz­na, ponie­waż jest oglą­da­na z zewnątrz; wzbu­dza fascy­na­cję przez swo­ją odmien­ność, ale rów­no­cze­śnie jest opi­sy­wa­na za pomo­cą euro­pej­skich narzę­dzi. Ten stan powo­li zaczy­na się zmie­niać pod wpły­wem moder­ni­zmu i towa­rzy­szą­ce­go mu pro­jek­tu toż­sa­mo­ścio­we­go, w któ­rym „fau­na, flo­ra, mit i folk­lor prze­sta­ją być jedy­nie dodat­kiem, a sta­ją się ele­men­tem kon­struk­cyj­nym nowej bra­zy­lij­sko­ści”. Kono­pel­ski ana­li­zu­je zja­wi­ska este­ty­zo­wa­nia i mito­lo­gi­zo­wa­nia rdzen­no­ści oraz eks­plo­ro­wa­nia figu­ry „szla­chet­ne­go dzi­ku­sa”, w wyobra­że­niach euro­pej­skich nie­od­łącz­nie zwią­za­ne­go z mro­kiem i wil­go­cią ama­zoń­skiej dżun­gli. Zauwa­ża, że Macha­do de Assis, Mário de Andra­de, Oswald de Andra­de, Ail­ton Kre­nak są twór­ca­mi, któ­rzy szu­ka­ją dla swo­je­go pisar­stwa nowe­go języ­ka; w publi­ko­wa­nych utwo­rach cza­sem świa­do­mie pomi­ja­ją natu­rę – w geście sprze­ci­wu wobec jej egzo­ty­za­cji. Z cza­sem brak ów umoż­li­wił ich tek­stom peł­nie­nie funk­cji toż­sa­mo­ścio­wej – w ten spo­sób roz­po­czął się nowy roz­dział w histo­rii lite­ra­tu­ry bra­zy­lij­skiej.

*

Bliż­szą per­spek­ty­wę geo­gra­ficz­ną przy­no­si dwu­głos Toma­sza Otoc­kie­go i Zbi­gnie­wa Zapo­row­skie­go na temat książ­ki Litwa, ojczy­zna moja Toma­sa Venc­lo­vy. Książ­ka pier­wot­nie uka­za­ła się na Litwie w dwóch tomach – odpo­wied­nio w 2019 i 2021 roku, a w Pol­sce zosta­ła opu­bli­ko­wa­na w cało­ści przez same­go Venc­lo­vę w 2024 roku (na pod­sta­wie wyda­nia litew­skie­go). Autor – poeta, lite­ra­tu­ro­znaw­ca i sla­wi­sta – pod­jął się napi­sa­nia dzie­ła poświę­co­ne­go histo­rii Litwy. Według Otoc­kie­go i Zapo­row­skie­go nie uległ „poku­sie swo­bod­nej inter­pre­ta­cji wyda­rzeń, opar­tej na lek­tu­rze utwo­rów lite­rac­kich i wła­snych prze­my­śleń”. Co inte­re­su­ją­ce: w poszcze­gól­ne czę­ści tek­stu wpla­ta wier­sze zarów­no litew­skich, jak i pol­skich auto­rów – ów pomysł obaj recen­zen­ci uzna­ją za wyjąt­ko­wo uda­ny. Obaj tak­że są zgod­ni co do war­to­ści tej pozy­cji na pol­skim ryn­ku czy­tel­ni­czym. Dzie­lo­na przez kil­ka­set lat histo­ria (Wspól­no­ta Naro­dów), wyzwa­nia i korzy­ści pły­ną­ce z zawar­cia unii, a tak­że kon­flik­ty i nie­po­ro­zu­mie­nia (zwią­za­ne choć­by z Wileńsz­czy­zną czy bun­tem Żeli­gow­skie­go) dla pol­skie­go czy­tel­ni­ka i czy­tel­nicz­ki nie są jedy­nie opi­sem losów pół­noc­no-wschod­nie­go sąsia­da, ale sta­no­wią część dzie­jów wła­sne­go kra­ju. Zapo­row­ski znaj­du­je w oma­wia­nej książ­ce kil­ka wad, nie­ści­sło­ści histo­rycz­nych, któ­re jed­nak, co sta­ra się zazna­czyć, mogą być wyni­kiem innej opty­ki – natu­ral­nie przy­ję­tej przez Venc­lo­vę per­spek­ty­wy litew­skiej. Być może Litwa, ojczy­zna moja skło­ni zarów­no pol­skich, jak i litew­skich czy­tel­ni­ków do namy­słu w atmos­fe­rze wza­jem­nej cie­ka­wo­ści i sza­cun­ku; nie­wy­klu­czo­ne, że pomo­że nam tak­że lepiej zro­zu­mieć źró­dła róż­nic sto­ją­cych cza­sem na dro­dze do pogłę­bie­nia rela­cji z bał­tyc­kim sąsia­dem.

Okładka kwartalnika literackiego „Akcent” 2026, nr 1.
„Akcent” 2026, nr 1.

Miesięcznik „Znak”

Żyje­my w świe­cie, w któ­rym obec­ność apli­ka­cji jest powszech­na, a ich popu­lar­ność – nie­kwe­stio­no­wa­na. Poma­ga­ją nam one w szyb­szym, spraw­niej­szym i efek­tyw­niej­szym poru­sza­niu się w róż­no­rod­nych prze­strze­niach bez wzglę­du na to, czy są to stre­amin­gi muzycz­ne, bazy tek­stów lite­rac­kich czy tak zwa­ne apki uła­twia­ją­ce codzien­ne zaku­py i pla­no­wa­nie listy tygo­dnio­wych obo­wiąz­ków. Co jed­nak się dzie­je, gdy apli­ka­cje wkra­cza­ją w obszar rela­cji mię­dzy­ludz­kich, a kon­kret­nie – zago­spo­da­ro­wu­ją ludz­ką potrze­bę zna­le­zie­nia partnera/partnerki? W mar­co­wym nume­rze mie­sięcz­ni­ka „Znak” Kamil Faj­fer opi­su­je to zja­wi­sko w arty­ku­le Nie ma miło­ści na Tin­de­rze. Jak uza­leż­nia­ją nas apli­ka­cje rand­ko­we? Użyt­kow­ni­ków Tin­de­ra jest spo­ro: według sza­cun­ków auto­ra od 2012 roku apli­ka­cja zosta­ła pobra­na sześć­set pięć­dzie­siąt milio­nów razy, mie­sięcz­nie zaś z usług plat­for­my korzy­sta ponad pięć­dzie­siąt milio­nów ludzi w stu dzie­więć­dzie­się­ciu kra­jach świa­ta. Pozna­wa­nie się offli­ne tra­ci więc domi­nu­ją­cy sta­tus, a aktyw­ność na inter­ne­to­wych por­ta­lach rand­ko­wych, jesz­cze do nie­daw­na koja­rzo­na z pew­ną dozą wsty­du użyt­kow­ni­ka, dziś odgry­wa klu­czo­wą rolę w kwe­stii nawią­zy­wa­nia rela­cji part­ner­skich. Faj­fer poka­zu­je, że za tą zmia­ną podą­ża zmia­na kul­tu­ro­wa: odmien­ne jest nasze podej­ście do rand­ko­wa­nia i do wybo­ru part­ne­rów życio­wych. Naj­trud­niej­szy oka­zu­je się wła­śnie sam akt wybo­ru, na co wpływ ma spo­sób pro­jek­to­wa­nia apli­ka­cji rand­ko­wych. Pozo­ry nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ści dobie­ra­nia się w pary oraz dopa­mi­no­wa eufo­ria powsta­ją­ca w wyni­ku potwier­dza­nia swo­jej atrak­cyj­no­ści wśród tak wie­lu inter­nau­tów utwier­dza­ją użyt­kow­ni­ków sie­ci w prze­ko­na­niu, że ten idealny/idealna kandydat/kandydatka cze­ka tuż za rogiem. Nie­mniej czę­sto się oka­zu­je, że nie jest to róg naj­bliż­szy. Faj­fer zapi­su­je:

Archi­tek­tu­ra apli­ka­cji rand­ko­wych dzia­ła jak kasy­no – pod­su­wa nie­re­gu­lar­ne i trud­ne do prze­wi­dze­nia pozy­tyw­ne wzmoc­nie­nia w celu utrzy­ma­nia nas jak naj­dłu­żej na plat­for­mie. A to nie­prze­wi­dy­wal­ność nagro­dy jest jed­nym z naj­sil­niej­szych bodź­ców zachę­ca­ją­cych do pocią­gnię­cia po raz kolej­ny dźwi­gni jed­no­rę­kie­go ban­dy­ty.

Zmia­ny kul­tu­ro­we są nie­od­łącz­nym pra­wem życia, a Tin­der sta­no­wi jedy­nie potwier­dze­nie tego pra­wa. Zada­nie, któ­re może­my wyko­nać, pole­ga na pozna­wa­niu mecha­ni­zmów ukry­tych za tymi zmia­na­mi.

*

Roz­mo­wa Syl­wii Zien­tek, pisar­ki, autor­ki powie­ści histo­rycz­nych i ksią­żek non-fic­tion, z Ame­lią Sar­now­ską nosi tytuł Nie tyl­ko cór­ka. Jest przy­po­mnie­niem i jed­no­cze­śnie upo­mnie­niem się o obec­ność we współ­cze­snym dys­kur­sie arty­stycz­nym Wan­dy Cheł­moń­skiej. Malar­ka, cór­ka Józe­fa Cheł­moń­skie­go (nie­uzna­na przez ojca, z wpi­sa­nym w akt uro­dze­nia nazwi­skiem położ­nej – Gumiń­skiej, co w koń­ców­ce XIX wie­ku wią­za­ło się z pięt­nem nie­ślub­ne­go dziec­ka), na szczę­ście potra­fi­ła uciec z przy­pi­sa­nej jej ścież­ki. W dużej mie­rze zdo­ła­ła tego doko­nać dzię­ki pomo­cy rodzi­ny jej mat­ki, ale gdy­by nie talent i deter­mi­na­cja samej Wan­dy, dziś nawet nie roz­pa­try­wa­li­by­śmy kwe­stii przy­wró­ce­nia jej obec­no­ści w świe­cie sztu­ki. Zien­tek przed­sta­wia Wan­dę Cheł­moń­ską jako twór­czy­nię waż­ną, kie­dyś cie­szą­cą się uzna­niem, póź­niej jed­nak nie­słusz­nie i nie­spra­wie­dli­wie zapo­mnia­ną. Jej popu­lar­ność w cza­sach fran­cu­skiej emi­gra­cji (malar­ka kształ­ci­ła się w Éco­le des beaux-arts) nie poskut­ko­wa­ła doce­nie­niem w kra­ju rodzin­nym (do ojczy­zny Wan­da wró­ci­ła w 1918 roku). Zien­tek zazna­cza:

trud­no stwier­dzić, by mogła zostać uzna­na za jed­ną z czo­ło­wych mala­rek, ale pod­kre­ślam: nie zna­my nawet dobrze jej twór­czo­ści […]. Pro­blem pole­ga na tym, że na obec­nym eta­pie badań zarów­no bio­gra­fia, jak i twór­czość Wan­dy to dzie­wi­cze pole. Mala­rek, któ­re zosta­ły zapo­mnia­ne przez pol­ską histo­rię sztu­ki, jest napraw­dę wie­le.

Szczę­śli­wie, jak doda­je autor­ka tek­stu, dyrek­cja muzeum w San­do­mie­rzu w naj­bliż­szych kil­ku latach pla­nu­je przy­go­to­wa­nie obszer­nej wysta­wy mono­gra­ficz­nej poświę­co­nej twór­czo­ści tej artyst­ki. Oby był to pierw­szy z jasnych punk­tów na dro­dze do przy­wró­ce­nia pamię­ci o Wan­dzie Cheł­moń­skiej!

Okładka Miesięcznika „Znak” 2026, nr 3.
Miesięcznik „Znak” 2026, nr 3.

„Mint”

Nowy numer maga­zy­nu „Mint” poświę­co­ny jest „uciecz­ce ze szkla­nych domów”, czy­li miło­sno-nie­na­wist­ne­mu sto­sun­ko­wi mile­nial­sów do pra­cy. Dosko­na­le odzwier­cie­dla ten pro­blem roz­mo­wa z Mate­uszem Gór­nia­kiem Ja, dziec­ko Neo­stra­dy, prze­pro­wa­dzo­na przez Kin­gę Sabak. Pisarz opo­wia­da o swo­jej dotych­cza­so­wej aktyw­no­ści zawo­do­wej (mię­dzy inny­mi o zatrud­nie­niu jako bar­man) i począt­ko­wych pró­bach utrzy­ma­nia się z pisar­stwa po tym, gdy jego debiu­tanc­ka książ­ka Trash sto­ry zosta­ła nomi­no­wa­na do fina­łu Nagro­dy Lite­rac­kiej „Nike” oraz do Nagro­dy Lite­rac­kiej Gdy­nia. Wte­dy Gór­niak zaczął się zasta­na­wiać, w jaki spo­sób napi­sać powieść, dzię­ki któ­rej mógł­by zdo­być oby­dwie, nie­ma­łe pod wzglę­dem finan­so­wym nagro­dy. Wyda­wa­ło mu się, że wie, jak to zro­bić. Zakła­dał, że jury ocze­ku­je typo­wej („nor­mal­nej”) powie­ści psy­cho­lo­gicz­nej. Tak wła­śnie począt­ko­wo trak­to­wał swo­ją kolej­ną książ­kę, zaty­tu­ło­wa­ną Ćpun i głu­pek. Jak sam wspo­mi­na:

[…] ta książ­ka ma jesz­cze jakąś pozo­sta­łość myśle­nia o napi­sa­niu „nor­mal­nej” książ­ki. „Ćpun i głu­pek” jest bar­dziej fabu­lar­ny, ma widocz­ny morał, „zro­bio­nych” boha­te­rów z prze­szło­ścią i jaki­miś mecha­ni­zma­mi. Ale wiem już, że nie chcę tak pisać, to meto­da, któ­ra nie jest mi do nicze­go potrzeb­na. Myślę, że „Ćpun i głu­pek” jest jakimś poże­gna­niem z opo­wie­ścią. A „Pięć adap­ta­cji” to nowe otwar­cie, ruch w zupeł­nie inną stro­nę. Stro­nę, któ­ra daje mi wol­ność w eks­pe­ry­men­to­wa­niu. W ramach tej wol­no­ści nie zamie­rzam teraz pisać kolej­nej powie­ści. Pla­nu­ję dłu­gie mie­sią­ce czy­ta­nia.

Gór­niak może sobie na to pozwo­lić, ponie­waż ma za sobą napraw­dę inten­syw­ny rok. Wydał dwie książ­ki, a ponad­to pra­co­wał nad dwo­ma spek­ta­kla­mi w reży­se­rii Micha­ła Bor­czu­cha (Nagle, ostat­nie­go lata – na pod­sta­wie sztu­ki pod tym samym tytu­łem autor­stwa Tennessee’ego Wil­liam­sa – w Nowym Teatrze w War­sza­wie oraz Pira­mi­dy zwie­rząt w Sta­rym Teatrze w Kra­ko­wie). Zapy­ta­ny o to, jaki jest jego sto­su­nek do pra­cy, odpo­wia­da:

Bar­dzo ambi­wa­lent­ny. Z jed­nej stro­ny to jest pra­ca arty­stycz­na, któ­ra abso­lut­nie mnie jara, a z dru­giej – pra­ca, w któ­rej się nie zara­bia. W tym roku, jak już powie­dzie­li­śmy, bar­dzo dużo pra­co­wa­łem i jakimś cudem mia­łem ubez­pie­cze­nie, zapew­nił mi je mie­sięcz­nik „Dia­log”. Roz­mo­wy z ludź­mi ze śro­do­wi­ska koń­czą się wnio­skiem, że wszy­scy za dużo pra­cu­ją, ale nie dla­te­go, że są pier­do­lo­ny­mi pra­co­ho­li­ka­mi, tyl­ko dla­te­go, że muszą się z cze­goś utrzy­mać. W tym roku pierw­szy raz w życiu uda­ło mi się uzbie­rać na waka­cje z dziew­czy­ną – bo za dużo pra­co­wa­łem.

*

Lite­ra­tu­rze poświę­co­ny jest tak­że esej Woj­cie­cha Engel­kin­ga W poszu­ki­wa­niu mile­nial­sów. Autor zasta­na­wia się, dla­cze­go do tej pory nie powsta­ła wiel­ka powieść mile­nial­ska, mimo że mile­nial­si domi­nu­ją na ryn­ku pra­cy, więc to oni powin­ni wyzna­czać nor­my sty­lu życia, w imię któ­rych two­rzy się dzie­ła lite­rac­kie. Swo­ją tezę udo­wad­nia na przy­kła­dzie dwóch nie­daw­no wyda­nych ksią­żek: Ogro­du roz­pa­czy ziem­skich Beatriz Ser­ra­no i Inter­mez­za Sal­ly Rooney. O pierw­szej publi­ka­cji pisze tak:

„Ogród roz­pa­czy ziem­skich” nie jest opo­wie­ścią o życiu: nie opi­su­je doświad­czeń, któ­re były­by uni­kal­ne dla­te­go, że prze­ży­wa je wła­śnie boha­ter­ka tego utwo­ru. W książ­ce mamy raczej do czy­nie­nia ze zbio­rem zawcza­su obec­nych w dys­kur­sie (i przez to ste­reo­ty­po­wych) repre­zen­ta­cji życia: pra­cy, sek­su, alie­na­cji, uży­wek, mediów spo­łecz­no­ścio­wych. To, co prze­ży­te, tra­fi­ło do utwo­ru Ser­ra­no od razu zapo­śred­ni­czo­ne we wska­za­niu, jak powin­no być prze­ży­te. Boha­ter­ka utwo­ru Hisz­pan­ki jako boha­ter­ka powie­ści mile­nial­skiej nie sta­je się mile­nial­ką, ponie­waż doświad­cza kon­kret­nych wyda­rzeń, któ­re ją kształ­tu­ją: doświad­cza ich, ponie­waż jest mile­nial­ką, więc taka jest jej toż­sa­mość. W efek­cie wyda­rze­nia tra­cą walor kon­kret­no­ści, by – zgod­nie z myśle­niem Lukác­sa (Györ­gy Lukács, autor „Teo­rii powie­ści”, przyp. red.) – sta­ły się fak­tycz­nie powie­ścio­wy­mi.

Według Engel­kin­ga rów­nież książ­ka Sal­ly Rooney nie może ode­grać roli poko­le­nio­wej. Dla­cze­go? Odpo­wiedź znaj­dzie­cie w tek­ście, któ­ry koń­czy się dosyć nie­po­ko­ją­co:

Histo­ria zachod­nie­go ducha widzia­ła już wie­le gatun­ków lite­rac­kich, któ­re po latach swej świet­no­ści sta­ły się co naj­wy­żej cie­ka­wost­ka­mi. Jeśli powieść nie zanu­rzy się w życiu na nowo, cze­ka ją podob­na przy­szłość.

Okładka czasopisma „Mint” 2026.
„Mint” 2026.

„Dialog”

W nowym nume­rze „Dia­lo­gu” zna­lazł się cykl tek­stów poświę­co­nych dra­ma­tur­gii tań­ca. Czym jest dra­ma­tur­gia we współ­cze­snym tań­cu, na czym pole­ga pra­ca two­rzą­cej ją oso­by? – odpo­wiedź na te pyta­nia sta­ra się zna­leźć Aga­ta Siniar­ska, zaj­mu­ją­ca się cho­re­ogra­fią posze­rzo­ną i dra­ma­tur­gią w sztu­kach per­for­ma­tyw­nych. Swój tekst Jak myśli per­for­mans? O dra­ma­tur­gii współ­cze­snej cho­re­ogra­fii zaczy­na od roz­wa­żań na temat koniecz­no­ści zmia­ny ter­mi­no­lo­gii. Autor­ka arty­ku­łu stwier­dza, że dopie­ro po speł­nie­niu tego warun­ku moż­na mówić o współ­cze­snej cho­re­ogra­fii jako o nie­za­leż­nej dzie­dzi­nie sztu­ki, nie­pod­po­rząd­ko­wa­nej teatro­wi. Sto­so­wa­ne czę­sto okre­śle­nie „teatr tań­ca” Siniar­ska uzna­je za błęd­ne, ponie­waż według niej to zupeł­nie róż­ne dzie­dzi­ny twór­czo­ści, a współ­cze­sna cho­re­ogra­fia nie ma nic wspól­ne­go z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla teatru kate­go­ria­mi, taki­mi jak fabu­ła, nar­ra­cja czy sce­na.

Usta­le­nie popraw­ne­go nazew­nic­twa słu­ży jej do wła­ści­we­go opi­su roli dra­ma­turż­ki w pro­ce­sie two­rze­nia współ­cze­snej cho­re­ogra­fii. Jak sama mówi:

To cho­re­ograf­ka odpo­wia­da za per­for­mens jako dzie­ło koń­co­we oraz wyzna­cza bazę lub tema­ty­kę do pra­cy. Dra­ma­turż­ka jest w pro­ce­sie pół kro­ku za cho­re­ograf­ką. Pozo­sta­je z nią w intym­nej bli­sko­ści […]. Sta­ram się być jak naj­bli­żej pomy­słu, ale to nie jest mój pomysł, ja tyl­ko towa­rzy­szę mu na róż­nych pozio­mach i eta­pach roz­wo­ju. To powo­du­je, że pra­ca dra­ma­tur­gicz­na jest współ­e­mo­cjo­nal­na, nie opie­ra się tyl­ko na dawa­niu uwag, ale też współ­by­ciu z róż­ny­mi pro­ble­ma­mi i sta­na­mi emo­cjo­nal­ny­mi.

W gru­pie tek­stów poświę­co­nych dra­ma­tur­gii współ­cze­snej cho­re­ogra­fii zna­la­zły się tak­że wyni­ki trzech ankiet prze­pro­wa­dzo­nych wśród cho­re­ogra­fek, dra­ma­tur­żek i osób piszą­cych o tań­cu – oraz dwa wywia­dy. Pierw­sza roz­mo­wa nosi tytuł Doświad­cze­nie kar­mi intu­icję, a jej boha­te­rem jest dra­ma­turg Mate­usz Szy­ma­nów­ka. Dru­ga, Pod­ziem­ne rze­ki, prze­pro­wa­dzo­na przez Aga­tę Siniar­ską z Ricar­do Car­mo­ną, doty­czy dra­ma­tur­gii w kon­tek­ście peł­nie­nia funk­cji kura­to­ra festi­wa­li tań­ca. Cykl tek­stów poru­sza­ją­cych temat dra­ma­tur­gii tań­ca zamy­ka tak zwa­ny narzę­dziow­nik dra­ma­tur­gicz­ny Mar­ci­na Mię­tu­sa.

*

„Dia­log” to przede wszyst­kim mie­sięcz­nik poświę­co­ny współ­cze­snej dra­ma­tur­gii, w bie­żą­cym nume­rze nie zabra­kło więc sztuk teatral­nych. Zwró­ci­ły­śmy uwa­gę na tekst Pra­łat autor­stwa Micha­ła Kmie­ci­ka. Już na samym począt­ku zosta­ły­śmy zapro­szo­ne do pie­kła, gdzie – jak czy­ta­my w dida­ska­liach – jest:

Bar­dzo dużo księ­ży i bar­dzo dużo dia­błów, któ­rzy księ­ży dzio­bią w dupę widła­mi. Jakiś dia­beł gotu­je księ­dza w kotle. Albo kil­ku dia­błów w kil­ku kotłach gotu­je kil­ku księ­dzów (sic! przyp. red.). Jeden dia­beł, znu­dzo­ny, mię­dzy jed­nym mie­sza­niem księ­dzem w kotle a dru­gim, oglą­da tele­wi­zję. Oczy­wi­ście ma włą­czo­ne TVP 1. W TVP 1 leci zapo­wiedź Teatru Tele­wi­zji o pra­ła­cie Hen­ry­ku Jan­kow­skim.

Tak intry­gu­ją­ce zawią­za­nie akcji spra­wia, że chce się dalej czy­tać tę zabaw­ną sztu­kę, choć tak napraw­dę trak­tu­ją­cą o cał­kiem poważ­nych spra­wach. Szcze­gól­nie gdy na sce­nę wkra­cza Robert Dia­beł, któ­re­mu zupeł­nie się nie podo­ba pomysł przy­go­to­wa­nia przed­sta­wie­nia o Hen­ry­ku Jan­kow­skim. Dla­te­go inter­we­niu­je u sze­fa Teatru Tele­wi­zji, sta­ra­jąc się mu wytłu­ma­czyć, skąd na świe­cie bie­rze się zło. Naka­zu­je mu tak­że odwo­ła­nie emi­sji, a reali­za­to­rów spek­ta­klu zapra­sza do odwie­dze­nia pie­kła i oso­bi­ste­go pozna­nia pra­ła­ta Jan­kow­skie­go.

Sam Michał Kmie­cik w wywia­dzie Do mówie­nia, prze­pro­wa­dzo­nym przez Bar­ba­rę Klic­ką, opo­wia­da:

Bar­dzo szyb­ko zała­pa­łem, że klu­czo­wa jest w tej histo­rii poli­tycz­na zgo­da. Taka ponad­par­tyj­na, ponad­śro­do­wi­sko­wa, idą­ca przez deka­dy zmo­wa mil­cze­nia. Niby temat tra­fiał do mediów parę razy, do sądów też parę razy, ale za każ­dym razem oczy­wi­ście ukrę­ca­no mu łeb. A to nie była piw­ni­ca Frit­zla i to się dzia­ło lata­mi. Mniej istot­ne wyda­wa­ło mi się to, że to jest oba­lo­ny pomnik, przede wszyst­kim inte­re­so­wa­ło mnie to, że wszy­scy wie­dzie­li, a nie­przy­jem­no­ści, któ­re spo­tka­ły tego pana za życia, w ogó­le nie były o tym. Były o stra­cie wpły­wu na Soli­dar­ność, o odtrą­ce­niu przez śro­do­wi­sko Radia Mary­ja, a w ogó­le nie o dzie­ciach.

Cykl tek­stów zamy­ka Kmie­cik i jego dia­beł – ana­li­za twór­czo­ści tego dra­ma­to­pi­sa­rza, reży­se­ra i auto­ra adap­ta­cji teatral­nych, prze­pro­wa­dzo­na przez Joan­nę Kra­kow­ską. Co cie­ka­we, sztu­ka Pra­łat powsta­ła na zamó­wie­nie Teatru Tele­wi­zji (wyre­ży­se­ru­je ją Mar­cin Liber).

– redaktorka, recenzentka literacka.

więcej →

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

Powiązane teksty