„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

W jed­nym z wywia­dów Ilo­na Wiśniew­ska przy­zna­ła, że choć od lat miesz­ka nad morzem, nie widzi zmian doko­nu­ją­cych się tam w śro­do­wi­sku – dostrze­że­nie ich gołym okiem jest bowiem nie­moż­li­we1. W naj­now­szym repor­ta­żu Hjem. Na pół­noc­nych wyspach wyzna­je też, że podob­nie jak wie­lu ludzi zamiesz­ku­ją­cych nad­mor­skie miej­sco­wo­ści dłu­go nie roz­róż­nia­ła poszcze­gól­nych gatun­ków mew. Dopie­ro chęć bliż­sze­go przyj­rze­nia się tym pta­kom i wło­żo­ny w to wysi­łek spra­wi­ły, że zaczę­ła dostrze­gać wśród nich zagro­żo­ne wygi­nię­ciem mewy trój­pal­cza­ste. O nie­kie­dy trud­nej do uchwy­ce­nia rze­czy­wi­sto­ści antro­po­ce­nu, w któ­rej dziś żyje­my, zaj­mu­ją­co pisał mię­dzy inny­mi Andri Snær Magna­son w zbio­rze ese­jów O cza­sie i wodzie. Wiśniew­ska w swo­im tek­ście odwo­łu­je się zresz­tą wprost do roz­wa­żań tego pocho­dzą­ce­go z Islan­dii auto­ra:

„Opo­wia­daj histo­rie” – usły­szał islandz­ki pisarz Andri Snær Magna­son od zna­jo­me­go kli­ma­to­lo­ga pod­czas roz­mo­wy o tym, co pisarz może zro­bić, by przy­dać się współ­cze­sne­mu świa­tu. „Czło­wiek nie rozu­mie liczb i wykre­sów, ale rozu­mie opo­wie­ści. Ty potra­fisz je snuć i musisz to robić”. To zda­nie wdru­ko­wa­ło mi się w gło­wę, odkąd prze­czy­ta­łam je w książ­ce „O cza­sie i wodzie”2.

To wyzna­nie zdra­dza wia­rę Wiśniew­skiej w moc lite­ra­tu­ry, dzie­lo­ną przez autor­kę z Magna­so­nem. War­to jed­nak zauwa­żyć, że pol­ska repor­ta­żyst­ka obie­ra inną dro­gę niż Island­czyk. O cza­sie i wodzie to tekst utrzy­ma­ny w nie­zwy­kle żar­li­wym tonie – z zało­że­nia per­swa­zyj­ny, momen­ta­mi nie­co pate­tycz­ny3. Magna­son zachę­ca czy­tel­ni­ków do roz­ma­itych eks­pe­ry­men­tów myślo­wych i spla­ta pry­wat­ne opo­wie­ści z histo­rią ocie­pla­ją­cej się pla­ne­ty, wie­rzy bowiem, że dzię­ki temu kata­stro­fa eko­lo­gicz­na może zacząć jawić się nam jako zagro­że­nie znacz­nie bar­dziej real­ne niż wów­czas, gdy­by­śmy zapo­zna­li się jedy­nie z nauko­wy­mi (choć­by i zatrwa­ża­ją­cy­mi) dany­mi. Autor żywi nadzie­ję, że wypra­co­wa­nie nowych spo­so­bów myśle­nia i mówie­nia o świe­cie oraz podej­mo­wa­ne na nowo pró­by inte­lek­tu­al­ne­go prze­kro­cze­nia nie­wi­docz­no­ści antro­po­ce­nu mogą stać się przy­czyn­kiem do sze­rzej zakro­jo­nych zmian.

Wiśniew­ska nie pero­ru­je, niko­go nie napo­mi­na ani nie pró­bu­je prze­ko­ny­wać do swo­ich racji. Nie­mal cał­ko­wi­cie rezy­gnu­je też ze sta­ty­styk i liczb, któ­re w książ­ce Magna­so­na zosta­ją płyn­nie włą­czo­ne w emo­cjo­nal­ną opo­wieść o koniecz­no­ści uzmy­sło­wie­nia sobie zmian zacho­dzą­cych w ziem­skich eko­sys­te­mach. Hjem… nie jest książ­ką, w któ­rej na pierw­szy plan wysu­wa się podob­ny rodzaj ape­lu do czy­tel­ni­ków, choć świa­do­mość skut­ków kry­zy­su kli­ma­tycz­ne­go wybrzmie­wa nie tyl­ko w wie­lu roz­sia­nych po tek­ście kon­sta­ta­cjach (takich jak ta: „Cza­sem musi być po zimie. Tego­rocz­na koń­czy się wcze­śniej niż zwy­kle, bo naj­cie­plej­sze mie­sią­ce w histo­rii pomia­rów obo­wią­zu­ją rów­nież na krań­cach świa­ta”4), lecz w całej opo­wie­ści. W naj­now­szym repor­ta­żu autor­ki Migo­tu moż­na wyróż­nić dwa domi­nu­ją­ce wąt­ki, któ­re na pierw­szy rzut oka wyda­ją się ze sobą luź­no powią­za­ne. Pierw­szy to histo­ria współ­eg­zy­sten­cji ludzi i miej­skich mew, któ­re ku powszech­ne­mu nie­za­do­wo­le­niu miesz­kań­ców zaczę­ły osie­dlać się w Trom­sø, dru­gi doty­czy losów Bjørg, miesz­kan­ki jed­nej z nor­we­skich wysp na pół­no­cy kra­ju.

Okładka książki Ilony Wiśniewskiej pod tytułem „Hjem. Na północnych wyspach”.
Ilona Wiśniewska, „Hjem. Na północnych wyspach”, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2025.

Z repor­ta­żu dowia­du­je­my się, że w następ­stwie prze­ło­wie­nia oraz postę­pu­ją­ce­go ocie­ple­nia kli­ma­tu popu­la­cja mew trój­pal­cza­stych – Wiśniew­ska nazy­wa te pta­ki „kry­sia­mi”, nawią­zu­jąc do nor­we­skiej nazwy gatun­ku (kryk­kje) – sta­le się zmniej­sza. Mewy migru­ją też na obsza­ry zur­ba­ni­zo­wa­ne, a w ostat­nim cza­sie szcze­gól­nie upodo­ba­ły sobie Trom­sø. Kolej­ne sta­da rezy­gnu­ją z gniaz­do­wa­nia na stro­mych zbo­czach wysp i prze­no­szą się w bez­po­śred­nie sąsiedz­two ludzi, zakłó­ca­jąc dotych­cza­so­wy tryb życia lokal­nych spo­łecz­no­ści. Miesz­kań­cy pró­bu­ją wal­czyć z powo­do­wa­ny­mi przez mewy zanie­czysz­cze­nia­mi i hała­sem na róż­ne spo­so­by: od sto­so­wa­nia róż­ne­go rodza­ju odstra­sza­czy (takich jak choć­by meta­lo­we kol­ce) po budo­wę spe­cjal­nych kon­struk­cji imi­tu­ją­cych pół­ki skal­ne i mają­cych zachę­cać pta­ki do lęgu w spe­cjal­nie do tego wyzna­czo­nych miej­scach.

W histo­rii Bjørg poja­wia się już kon­kret­na mewa – nie trój­pal­cza­sta, lecz siwa. Kobie­ta nazy­wa ją JJ – od liter wid­nie­ją­cych na obrącz­ce pta­ka, ale, co cie­ka­we, są to tak­że ini­cja­ły oso­by, w któ­rej kobie­ta była przed laty zako­cha­na. Mewa zda­je się w zaska­ku­ją­cy spo­sób przy­wią­za­na do Nor­weż­ki: od lat powra­ca do Trom­sø i przy­sia­da na prze­wo­dzie wyso­kie­go napię­cia przed jej domem. Gdy rodzeń­stwo Bjørg decy­du­je się na sprze­daż domu, żeby upo­rząd­ko­wać spra­wy mająt­ko­we, kobie­ta sta­je przed koniecz­no­ścią wypro­wadz­ki z miej­sca, w któ­rym miesz­ka­ła przez całe życie. Jest to dla niej nie­zwy­kle trud­ne doświad­cze­nie, zwłasz­cza ze wzglę­dów eko­no­micz­nych i emo­cjo­nal­nych. W obli­czu nara­sta­ją­ce­go poczu­cia osa­mot­nie­nia i nie­pew­no­ści kobie­ta zda­je się kon­cen­tro­wać całą swo­ją uwa­gę wła­śnie na JJ.

Tytu­ło­we sło­wo „hjem” w języ­ku nor­we­skim ozna­cza dom rozu­mia­ny jako sie­dli­sko czy przy­stań. Wybór tytu­łu moż­na uznać za traf­ny, bo książ­ka przy­wo­dzi na myśl pamięt­nik z miej­sca, któ­re zarów­no dla autor­ki, jak i obser­wo­wa­nych przez nią posta­ci (ludzi i nie­lu­dzi) rze­czy­wi­ście ozna­cza coś wię­cej niż jedy­nie adres / budy­nek / punkt na mapie – w isto­cie jest to kształ­tu­ją­ce ich (i kształ­to­wa­ne za ich spra­wą) śro­do­wi­sko. Ów dom nie jest tu jed­nak toż­sa­my z kra­iną wiecz­nej szczę­śli­wo­ści – jest raczej czymś koniecz­nym, jed­no­cze­śnie nie­zwy­kle cen­nym i kło­po­tli­wym.

Tekst podzie­lo­ny został na czte­ry czę­ści, będą­ce zapi­ska­mi z kolej­nych, nastę­pu­ją­cych po sobie pór roku. Podział ten sta­no­wi odwo­ła­nie do sezo­no­wych migra­cji pta­ków, wią­że się też z oczy­wi­stą suge­stią pew­ne­go upo­rząd­ko­wa­nia – podob­nie jak zasto­so­wa­na klam­ra kom­po­zy­cyj­na, spi­na­ją­ca histo­rię Bjørg. Mimo tak wyraź­nej orga­ni­za­cji tek­stu trud­no oprzeć się wra­że­niu, że nar­ra­cja momen­ta­mi przy­bie­ra for­mę nader mean­drycz­ną, jak­by nie­pew­ną swe­go rdze­nia. W mia­rę lek­tu­ry spod kolej­nych zapi­sków obra­zu­ją­cych życie na Pół­no­cy zaczy­na­ją się jed­nak wyła­niać cie­ka­we zależ­no­ści i wzor­ce, któ­re w swo­im naj­bliż­szym oto­cze­niu dostrze­ga Wiśniew­ska – a wraz z nią tak­że czy­tel­ni­cy.

Autor­ka kie­ru­je swo­ją uwa­gę na pta­ki, zmu­szo­ne do porzu­ca­nia dotych­cza­so­wych sie­dlisk na kli­fach i do migra­cji do mia­sta, a tak­że na ludzi, któ­rzy z róż­nych wzglę­dów są (albo przy­naj­mniej bywa­ją) samot­ni i wyob­co­wa­ni. Tym samym kry­zys eko­lo­gicz­ny i rosną­cy zanik trwa­łych, zapew­nia­ją­cych dobro­stan psy­chicz­ny rela­cji mię­dzy­ludz­kich zda­ją się w tej opo­wie­ści moc­no sple­cio­ne. Co jed­nak naj­cie­kaw­sze, przy­ję­ta przez Wiśniew­ską for­mu­ła obser­wa­cji, a nie per­swa­zji, pozwa­la autor­ce suge­ro­wać czy­tel­ni­ko­wi moż­li­we spo­so­by radze­nia sobie z tym sze­ro­ko poję­tym kry­zy­sem. Pro­po­no­wa­ne roz­wią­za­nia nie są przy tym spek­ta­ku­lar­ne, ale wycho­dzą poza sfe­rę czy­sto inte­lek­tu­al­ną – wyra­sta­ją z codzien­no­ści, z tego, co bli­skie i dają­ce nadzie­ję na choć­by nie­wiel­ką, ale jed­nak dostrze­gal­ną, popra­wę losu. Gdy­by poku­sić się o pró­bę wyno­to­wa­nia tych­że roz­wią­zań na pod­sta­wie snu­tych przez Wiśniew­ską opo­wie­ści, były­by to: 1) zawią­zy­wa­nie wspól­not gro­ma­dzą­cych się wokół lokal­nych pro­ble­mów spo­łecz­no-śro­do­wi­sko­wych; 2) roz­wi­ja­nie tego, co moż­na by nazwać tury­sty­ką rege­ne­ra­tyw­ną, i par­ty­cy­po­wa­nie w tego rodza­ju przed­się­wzię­ciach; 3) pogłę­bia­nie świa­do­mo­ści bycia inte­gral­ną czę­ścią śro­do­wi­ska; 4) podej­mo­wa­nie prób (empa­tycz­ne­go) dostrze­ga­nia nie­lu­dzi – zwłasz­cza jako poszcze­gól­nych jed­no­stek. Inny­mi sło­wy, opo­wia­da­jąc o życiu na pół­noc­nych wyspach Nor­we­gii, Wiśniew­ska zda­je się jed­no­cze­śnie opo­wia­dać o coraz bar­dziej nie­prze­wi­dy­wal­nym i skom­pli­ko­wa­nym świe­cie oraz pro­po­no­wać roz­ma­ite spo­so­by przy­ja­zne­go w nim zamiesz­ki­wa­nia.

Wiśniew­ska w swo­im tek­ście prze­ko­nu­je, że dziś cen­ne może oka­zać się two­rze­nie wspól­not zjed­no­czo­nych wokół bie­żą­ce­go pro­ble­mu o cha­rak­te­rze lokal­nym. Pró­ba rato­wa­nia gatun­ku pta­ków zagro­żo­ne­go wygi­nię­ciem – nawet jeśli osta­tecz­nie ogra­ni­cza­ją­ca się zale­d­wie do poje­dyn­czych osob­ni­ków – może przy­nieść tak war­to­ścio­we w dobie kry­zy­su kli­ma­tycz­ne­go, a więc rów­nież depre­sji kli­ma­tycz­nej, poczu­cie zaan­ga­żo­wa­nia i ludz­kiej soli­dar­no­ści. W repor­ta­żu śle­dzi­my mię­dzy inny­mi losy Del­phi­na, osia­dłe­go w Trom­sø fran­cu­skie­go bada­cza pta­ków mor­skich. Z jego ini­cja­ty­wy w mie­ście powo­li zaczy­na roz­wi­jać się tak zwa­na nauka oby­wa­tel­ska (citi­zen scien­ce):

Od dziś jeste­śmy „kit­ti­wal­ker­sa­mi” – oznaj­mia uro­czy­ście, a my obra­sta­my w piór­ka. „Kit­ti­wa­ke” to po angiel­sku kry­sia. „Kit­ti­wal­ker­si” mają przy­dać się nauce dzię­ki temu, że cho­dzą po mie­ście, aktyw­nie patrzą i wysy­ła­ją dane do tych, któ­rzy potra­fią je prze­ana­li­zo­wać5.

Zarów­no pisar­ka, jak i kolej­ne pozna­wa­ne przez nią oso­by wspól­nie anga­żu­ją się zresz­tą nie tyl­ko w naukę oby­wa­tel­ską, ale rów­nież w rato­wa­nie piskląt, któ­re w przy­pad­ku wypad­nię­cia z gniazd zbu­do­wa­nych w mia­stach zwy­kle ska­za­ne są na powol­ną śmierć. War­to zauwa­żyć, że choć dzia­ła­nia Del­phi­na i innych kit­ti­wal­ker­sów są insty­tu­cjo­nal­nie wspie­ra­ne przez Nor­we­ski Insty­tut Badań Przy­rod­ni­czych, to jed­nak we wspo­mnia­nej gru­pie nie ma Nor­we­gów, a sama gmi­na nie do koń­ca radzi sobie z wdra­ża­niem dzia­łań sys­te­mo­wych. Wie­lu Nor­we­gów nie podzie­la bowiem prze­ko­nań Fran­cu­za, któ­ry mówi wprost: „Kry­sie są uchodź­czy­nia­mi ze śro­do­wi­ska, któ­re sta­ło się dla nich nie­przy­ja­zne. A sta­ło się takie z powo­du naszej dzia­łal­no­ści, więc jeste­śmy odpo­wie­dzial­ni za to, by coś z tym zro­bić”6. W książ­ce nie bra­ku­je też ustę­pów, w któ­rych autor­ka bądź jej roz­mów­cy zwra­ca­ją uwa­gę na nie­chęć Nor­we­gów do tego, co przy­wy­kli­śmy nazy­wać „dzi­ką przy­ro­dą”, a tak­że na czę­sto obec­ny w tym spo­łe­czeń­stwie dystans wobec obco­kra­jow­ców.

Pisar­ka jest świa­do­ma tego, jak bar­dzo jej język, pocho­dze­nie, doświad­cze­nia wpły­wa­ją na spo­sób postrze­ga­nia oko­lic Trom­sø i – co waż­ne – pozwa­la wybrzmieć tej świa­do­mo­ści. Obser­wu­je ota­cza­ją­cy ją świat, ale jest też w cen­trum wyda­rzeń. Nar­ra­cja zosta­je popro­wa­dzo­na przez nią w taki spo­sób, by odbior­ca miał pew­ność, że czy­ta opo­wieść o miej­scu oglą­da­nym z bar­dzo kon­kret­nej per­spek­ty­wy. Wiśniew­ska, od daw­na zwią­za­na z Pół­no­cą, w Trom­sø miesz­ka od sied­miu lat i choć płyn­nie mówi po nor­we­sku, to jej obco brzmią­ce nazwi­sko nie­raz, jak sama przy­zna­je, jest przy­czy­ną róż­nych pro­ble­mów, na przy­kład w wypad­ku poszu­ki­wań miesz­ka­nia na wyna­jem.

Boha­te­ro­wie jej tek­stu anga­żu­ją­cy się w rato­wa­nie kry­si to ci z miesz­kań­ców Trom­sø, dla któ­rych mia­sto to sta­ło się w pew­nym momen­cie domem, choć nie było nim od począt­ku. Powra­ca tu zatem kwe­stia pew­ne­go nie­do­pa­so­wa­nia, obco­ści i osa­mot­nie­nia towa­rzy­szą­cych nie­raz pró­bom (dobro­wol­nym czy do pew­ne­go stop­nia przy­mu­so­wym) zako­rze­nie­nia się gdzieś poza ojczy­zną. Los kry­si zesta­wio­ny zosta­je tym samym z losem ludzi przy­by­łych do Nor­we­gii z odle­głych nie­raz miejsc, ludzi ucie­ka­ją­cych przed woj­ną, reżi­mem, a nie­raz i takich, któ­rych po pro­stu przy­wio­dła tu fascy­na­cja tą czę­ścią świa­ta. Jak przy­zna­je jeden z boha­te­rów książ­ki, przy­szłość mew trój­pal­cza­stych w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze obcho­dzi wła­śnie tych miesz­kań­ców Trom­sø, któ­rzy nie są rodo­wi­ty­mi Nor­we­ga­mi. Męż­czy­zna wyja­śnia: „Mam wra­że­nie, że ludzie, któ­rzy sym­pa­ty­zu­ją z kry­sia­mi, widzą w nich samych sie­bie. W wal­ce, w zma­ga­niach. Pta­si los to nasz los”7. Gdy­by nie­co głę­biej zasta­no­wić się nad tą obser­wa­cją, moż­na by wysu­nąć wnio­sek, że w takim razie życie innych gatun­ków zysku­je w naszych oczach szcze­gól­ną war­tość dopie­ro wte­dy, gdy zdo­ła­my się z nimi w jakiejś mie­rze utoż­sa­mić. Było­by to chy­ba jed­nak nazbyt duże uprosz­cze­nie. Nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że opi­sy­wa­ne w książ­ce zaan­ga­żo­wa­nie w lokal­ne spra­wy śro­do­wi­sko­we ludzi pocho­dzą­cych z innych regio­nów świa­ta wyda­je się war­te namy­słu.

W swo­im repor­ta­żu Wiśniew­ska spo­ro miej­sca poświę­ca też tury­sty­ce. Nor­we­gia zysku­je bowiem popu­lar­ność jako kie­ru­nek waka­cyj­ny wśród tych, któ­rzy chcą uciec przed nasi­la­ją­cy­mi się w Euro­pie upa­ła­mi. Cool­ca­tions, co moż­na prze­tłu­ma­czyć jako „chłod­ne waka­cje”, to nowy trend w tury­sty­ce, coraz sil­niej wpły­wa­ją­cy na spo­łecz­no­ści i śro­do­wi­sko Pół­no­cy. Wie­lu tury­stów przy­cią­ga­ją niż­sze tem­pe­ra­tu­ry, ale rów­nież zachwy­ca­ją­ce kra­jo­bra­zy czy per­spek­ty­wa obco­wa­nia z ową nie­mal mitycz­ną „dzi­ką przy­ro­dą”. Tury­sty­ka to nie­wąt­pli­wie zło­żo­na i dość pro­ble­ma­tycz­na kwe­stia. Ma jasne i ciem­ne stro­ny, może też mieć róż­ne wymia­ry. Bez wzglę­du na wysił­ki, jakie podej­mu­je­my, by podró­żo­wać mądrzej, a tak­że bez wzglę­du na korzy­ści poznaw­cze pły­ną­ce z odwie­dza­nia odle­głych pod wzglę­dem kul­tu­ro­wym i przy­rod­ni­czym miejsc podró­że zawsze wią­żą się z dużym śla­dem węglo­wym, a nie­raz rów­nież z poczu­ciem winy. W Hjem… Wiśniew­ska poka­zu­je, że ist­nie­ją spo­so­by pozwa­la­ją­ce wyrwać się z pułap­ki myśle­nia zero-jedyn­ko­we­go: albo lek­ce­wa­ży­my kwe­stie śro­do­wi­sko­we i podró­żu­je­my bez umia­ru, albo cał­ko­wi­cie rezy­gnu­je­my z wyjaz­dów, ponie­waż uzna­je­my tury­sty­kę za coś jed­no­znacz­nie złe­go. W tym wypad­ku inte­re­su­ją­ca oka­zu­je się prze­szłość wspo­mnia­ne­go już Del­phi­na. Męż­czy­zna pra­co­wał jako prze­wod­nik na stat­kach eks­pe­dy­cyj­nych w regio­nach polar­nych, co jed­nak wywo­ły­wa­ło w nim wewnętrz­ny kon­flikt:

 Wyna­ję­li mnie jako mów­cę, nazy­wa­li amba­sa­do­rem Ark­ty­ki, ale jed­no­cze­śnie widzia­łem, jak ten sta­tek wpły­wa na śro­do­wi­sko i na małe spo­łecz­no­ści. Moim zada­niem było zachę­ca­nie ludzi, by kupo­wa­li wyciecz­ki heli­kop­te­ra­mi, pod­czas któ­rych będą pod­glą­dać dzi­ką przy­ro­dę. Nie potra­fi­łem sobie pora­dzić z tą sprzecz­no­ścią. Zaczą­łem o niej roz­ma­wiać z tury­sta­mi. Zapła­ci­li ogrom­ne pie­nią­dze, by się tam zna­leźć, i wie­lu mia­ło podob­ne odczu­cia, też czu­li się win­ni. Pomy­śla­łem wte­dy, że przy­ro­da nie dosta­je nic w zamian, jest trak­to­wa­na jako suro­wiec. Co moż­na zro­bić, by to zmie­nić?8

Te roz­ter­ki osta­tecz­nie dopro­wa­dzi­ły boha­te­ra do pra­cy na rzecz pro­mo­wa­nia tury­sty­ki rege­ne­ra­tyw­nej, któ­rej czę­ścią były­by takie dzia­ła­nia jak citi­zen scien­ce:

Tury­ści cho­dzi­li na wyciecz­ki w rakie­tach śnież­nych, by zro­zu­mieć wpływ sztucz­ne­go świa­tła na śpie­wa­ją­ce pta­ki, roz­mon­to­wy­wa­li ukła­da­ne na szczy­tach kop­ce kamie­ni, któ­re nisz­czą rośli­ny i bez­krę­gow­ce, czę­sto też wpro­wa­dza­ją w błąd przy niskiej widocz­no­ści. Do tego nur­ko­wa­li w przy­brzeż­nych wodach i oczysz­cza­li lasy wodo­ro­stów, eko­sys­tem klu­czo­wy dla życia mor­skie­go, w ostat­nich latach zasie­dla­ny maso­wo przez jeżow­ce, a wie­lu wybra­ło wła­śnie kit­ti­wal­king9.

Wiśniew­ska jedy­nie sygna­li­zu­je kwe­stię nowych form podró­żo­wa­nia, ale dzię­ki Hjem… w nie­jed­nym czy­tel­ni­ku pew­nie zakieł­ku­je myśl, że roz­wój podob­nych ini­cja­tyw, jak ta pod­ję­ta przez Del­phi­na, mógł­by oka­zać się waż­ną, oddol­ną for­mą ochro­ny lokal­nych eko­sys­te­mów, choć­by w ogra­ni­czo­nym zakre­sie. Tego rodza­ju pomy­sły nabie­ra­ją zna­cze­nia zwłasz­cza w kon­tek­ście rosną­cej świa­do­mo­ści tury­stów z uprzy­wi­le­jo­wa­nych czę­ści świa­ta, któ­rzy coraz wyraź­niej dostrze­ga­ją para­dok­sy i pro­ble­my zwią­za­ne z podró­żo­wa­niem.

W książ­ce zna­cze­nia nabie­ra­ją też cia­ło i jego nie­ro­ze­rwal­na więź z tym, co je ota­cza. Dzie­ląc się z czy­tel­ni­kiem doświad­cze­niem wła­sne­go bycia w śro­do­wi­sku, autor­ka mimo­cho­dem poka­zu­je, że świa­do­mość cia­ła usy­tu­owa­ne­go w kon­kret­nym miej­scu – sma­ga­ne­go wia­trem, mar­z­ną­ce­go, wysta­wia­ne­go na słoń­ce w trak­cie krót­kie­go, polar­ne­go lata – pro­wa­dzi do akcep­ta­cji nie­uchron­nej sym­bio­zy z tym, co zwią­za­ne z nie­ludź­mi. Poru­sza­ją­ce i w jakiejś mie­rze odważ­ne wyda­je się wyzna­nie: „To na Spits­ber­ge­nie uczy­łam się patrzeć na przy­ro­dę bez wyż­szo­ści”10. Trud­no bowiem przy­znać przed samą sobą, że porzu­ca­nie antro­po­cen­trycz­nych matryc nie przy­cho­dzi łatwo.

War­to zwró­cić uwa­gę tak­że na foto­gra­fie zamiesz­czo­ne w książ­ce – w więk­szo­ści są autor­stwa Wiśniew­skiej (poza kil­ko­ma archi­wal­ny­mi uję­cia­mi Knu­ta Stok­mo). Ze zdjęć wyła­nia się por­tret pół­noc­nych wysp, któ­ry skła­nia do myśle­nia o śro­do­wi­sku przez pry­zmat nie zawsze łatwej współ­eg­zy­sten­cji ludzi, nie­lu­dzi i mate­rii nie­oży­wio­nej. Obok foto­gra­fii zachwy­ca­ją­cych, suro­wych kra­jo­bra­zów poja­wia­ją się bowiem rów­nież te przy­po­mi­na­ją­ce, że Pół­noc to tak­że nie­este­tycz­ne budyn­ki (cza­sem pokry­te meta­lo­wy­mi kol­ca­mi, mię­dzy któ­re wci­ska się mewa), ludzie z wła­snym baga­żem doświad­czeń, roz­ma­ite przed­mio­ty i obiek­ty codzien­no­ści czy wresz­cie zwie­rzę­ta – dzie­lo­ne przez nas na dzi­kie i udo­mo­wio­ne.

Pisar­ka włą­cza się zatem do dys­ku­sji nad współ­cze­sny­mi wyzwa­nia­mi eko­lo­gicz­ny­mi, a jej tekst jest wol­ny od klisz i uprosz­czo­nych wizji świa­ta, czę­sto obec­nych w publi­ka­cjach o podob­nej tema­ty­ce. Język Wiśniew­skiej jest wywa­żo­ny, fine­zyj­ny, momen­ta­mi nie­mal poetyc­ki i pozba­wio­ny tonu publi­cy­stycz­ne­go – a jako taki zda­je się dziś czymś odświe­ża­ją­cym i inspi­ru­ją­cym. Autor­ka budu­je pewien rodzaj prze­strze­ni dla czy­tel­ni­ka – sprzy­ja­ją­cej for­mu­ło­wa­niu komen­ta­rzy, dopo­wie­dzeń i reflek­sji – tak­że poprzez ową frag­men­ta­rycz­ną, nie­oczy­wi­stą i mają­cą na poły cha­rak­ter dzien­ni­ka nar­ra­cję.

Wspo­mnia­na już histo­ria Bjørg i JJ to z kolei opo­wieść, któ­ra przy­po­mi­na, że wraż­li­wość na nie­lu­dzi w ich osob­ni­czej egzy­sten­cji może nieść trud­ne do uchwy­ce­nia, a jed­nak real­ne, nadzie­ję i otu­chę11. Tym samym autor­ce uda­je się powią­zać pro­ble­my śro­do­wi­sko­we ze spo­łecz­ny­mi w spo­sób inspi­ru­ją­cy i opty­mi­stycz­ny. W Hjem… obser­wa­cji zło­żo­nych pro­ble­mów (roz­pa­try­wa­nych z bli­skiej per­spek­ty­wy) towa­rzy­szy obser­wa­cja doraź­nych stra­te­gii radze­nia sobie z trud­no­ścia­mi.

Hjem… – choć zasad­ni­czo poświę­co­ny odle­głej Pół­no­cy – oka­zu­je się książ­ką o wydźwię­ku uni­wer­sal­nym i nad­zwy­czaj aktu­al­nym. W tek­ście Wiśniew­skiej takie zagad­nie­nia, jak kry­zys eko­lo­gicz­ny, migra­cja i zako­rze­nie­nie, samot­ność i poczu­cie przy­na­leż­no­ści, spla­ta­ją się w nie­co porwa­ną, lecz ujmu­ją­cą opo­wieść i wyda­je się, że to wła­śnie owa migaw­ko­wość uję­cia tema­tu w połą­cze­niu z powścią­gli­wym, ope­ru­ją­cy­mi sub­tel­ny­mi środ­ka­mi wyra­zu języ­kiem szcze­gól­nie anga­żu­ją odbior­cę. Sło­wa „kry­zys”, „migra­cja”, „samot­ność” nabie­ra­ją w trak­cie lek­tu­ry wagi, ponie­waż Wiśniew­ska przy­glą­da się temu, co bli­skie, lokal­ne, spe­cy­ficz­ne, prze­fil­tro­wa­ne przez jej wła­sną wraż­li­wość. Autor­ka sama zresz­tą suge­ru­je, że to wła­śnie poprzez balan­so­wa­nie mię­dzy per­spek­ty­wa­mi insi­der­ki (zamiesz­ku­ją­cej Trom­sø od lat, płyn­nie posłu­gu­ją­cej się nor­we­skim) i out­si­der­ki (oso­by o obco brzmią­cym nazwi­sku, nigdy nie­bę­dą­cej do koń­ca u sie­bie) cię­żar codzien­nych pro­ble­mów, któ­re jed­no­cze­śnie dale­ce wykra­cza­ją poza to, co bli­skie, sta­je się tak dotkli­wie odczu­wa­ny.

 

1 O ludziach i pta­kach Pół­no­cy. Roz­mo­wa z Ilo­ną Wiśniew­ską, rozm. przepr. K. Zawadz­ka, onli­ne: https://www.youtube.com/watch?v=_tA2iODjyF0 [dostęp: 26.04.2026].

2 I. Wiśniew­ska, Hjem. Na pół­noc­nych wyspach, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2025, s. 20.

3 Książ­kę Magna­so­na uwa­żam za przy­kład tek­stu eko­pa­re­ne­tycz­ne­go. O eko­pa­re­ne­zie zob. D. Tom­czyk, Eko­pa­re­ne­za. Roz­po­zna­nia wstęp­ne, „Czas Kul­tu­ry” 2024, nr 2, s. 177‒186. Ese­je O cza­sie i wodzie bar­dziej szcze­gó­ło­wo omó­wi­łam w arty­ku­le: D. Tom­czyk, Kata­stro­fa eko­lo­gicz­na i poszu­ki­wa­nie języ­ka. Na mar­gi­ne­sie „O cza­sie i wodzie” Andrie­go Snæra Magna­so­na, „Czas Kul­tu­ry” 2021, nr 3, s. 207‒212.

4 I. Wiśniew­ska, Hjem…, s. 16.

5 Tam­że, s. 75.

6 Tam­że, s. 82.

7 Tam­że, s. 151.

8 Tam­że, s. 158–159.

9 Tam­że, s. 159.

10 Tam­że, s. 21.

11 Wypra­co­wy­wa­nie takiej wraż­li­wo­ści na los nie­lu­dzi to cel przy­świe­ca­ją­cy zresz­tą rów­nież dzia­ła­niom spod zna­ku citi­zen scien­ce.

Dagmara Tomczyk, fot. ze zbiorów autorki

– doktorka nauk humanistycznych, literaturoznawczyni.

więcej →

Ilona Wiśniewska, fot. Birger Amundsen

– reporterka i fotografka.

więcej →

Powiązane teksty