By poprowadzić akcję swojej nowej powieści, Elif Şafak sięga do wielu wątków i rozwiązań znanych z wcześniejszych tekstów składających się na jej rozpoznawalną sygnaturę. Tym razem centrum historii uczyniła wodę, a punktem wyjścia – starożytną Mezopotamię, żeby stamtąd meandrującymi strumieniami narracji dotrzeć do bliższych i lepiej nam znanych czasów oraz miejsc. Choć łatwo dać się porwać nurtowi tej opowieści, uwaga: tą obfitością nieraz można się zachłysnąć.
Na początku lektury cofamy się do VII wieku p.n.e., do okresu panowania króla Aszurbanipala, władcy słynącego z bezwzględności, a równocześnie zapamiętanego jako twórca imponującej biblioteki. W swoich pałacach w Niniwie, leżącej nad brzegiem rzeki Tygrys na terenie dzisiejszego Iraku, Asyryjczyk stworzył jeden z pierwszych zbiorów bibliotecznych w dziejach ludzkości – zgromadził kilkadziesiąt tysięcy tabliczek z pismem klinowym. Wśród nich znalazły się między innymi te zawierające Epos o Gilgameszu, jeden z najstarszych znanych tekstów literackich – i ta opowieść będzie nam towarzyszyła od pierwszej do ostatniej strony książki Şafak. Króla zaś poznamy dzięki kropli deszczu, która spada z napęczniałej w upale chmury i kryje się we włosach władcy. To właśnie ta kropla – przybierająca różne stany skupienia, wędrująca między odległymi miejscami i epokami, w istocie wieczna w swoich permanentnych metamorfozach – będzie naszą przewodniczką po świecie przedstawionym w utworze.
Zaprowadzi nas do dziewiętnastowiecznego Londynu, gdzie w postaci płatka śniegu spadnie na wargi niemowlęcia urodzonego w pewien zimowy wieczór na błotnistym brzegu Tamizy. Dziecko, którego los nie oszczędzał już na starcie, wyrośnie na ekscentrycznego odkrywcę i samozwańczego archeologa; dzięki niebywałej pamięci i uporowi w przyszłości zdoła rozszyfrować tajemnicze zapiski utrwalone na glinianych tabliczkach zwożonych do British Museum z dalekiego Orientu – a później wyruszy ich śladem. Przez Konstantynopol dotrze aż nad Tygrys, gdzie na czas wykopalisk osiądzie w wiosce ludzi nazywanych przez sąsiadów czcicielami szatana (oni sami wolą określenie jazydzi). Mieszkańcy wioski przez tysiąclecia zachowali pamięć o czasach, gdy region Żyznego Półksiężyca należał jeszcze do sumeryjskich, asyryjskich i akadyjskich władców Mezopotamii; nie zatracili też kulturowej odrębności, nieraz ściągającej na nich nienawiść otoczenia. Wiele z pielęgnowanych przez nich tradycji odnosi się do mocy wody, której piastunkami są przede wszystkim kobiety – i to właśnie jedna z jazydzkich różdżkarek i wieszczek, niosąca mądrość dziesiątków pokoleń, zafascynuje londyńskiego badacza tak mocno, że zmieni koleje jego losu.
W toku lektury poznamy również praprawnuczkę owej niezwykłej kobiety, wędrującą przez wspomniane ziemie w 2014 roku w celu dopełnienia starego wodnego rytuału chrztu. Brutalna fala dziejów zaniesie jednak tę bohaterkę wraz z setkami innych jazydów na obleganą przez bojowników ISIS górę Sindżar. Przeczytamy także o pewnej pochodzącej z Bliskiego Wschodu hydrolożce – zamieszka ona na zacumowanej na Tamizie barce, żeby złożyć w całość swoje rozsypane na kawałki życie. Los połączy ją z resztą postaci ukazanych w książce więzią tyleż mocną, co niespodziewaną.
Tak właśnie działa świat opowieści Şafak: nurty poszczególnych historii, z pozoru płynące daleko od siebie, raz po raz się splatają, niekiedy rozlewają szeroko, a czasami jakby nagle wyparowują. Na mapę łączących je skojarzeń i występujących między nimi odniesień z jednej strony złożą się wodne i rzeczne metafory, z drugiej zaś wykraczające poza ciasne dziejowe uwarunkowania pokrewne cechy i pasje bohaterów. Ci ostatni czasem spotkają się także przez przypadek, czy może raczej – jeśli spojrzymy z innej perspektywy – dzięki przeznaczeniu, nie zawsze czytelnemu na pierwszy rzut oka i niepoddającemu się racjonalnym ocenom.
I tu docieramy do jądra pisarstwa Elif Şafak: to literacki świat, w którym dowartościowane zostaje to, co często bywa niedoceniane lub lekceważone; w którym temu, co intuicyjne, odmienne i płynne, przyznaje się prymat nad tym, co rozumowe, dopasowane do powszechnej normy i ujęte w stabilne ramy ontologiczne. Autorka oddaje tu głos dotychczas wyciszanym, a nieraz całkiem zagłuszanym kobietom, zapewnia im więcej miejsca w fabule niż zazwyczaj budującym dyskursy władzy monologom mężczyzn. Znamy to z wielu wcześniejszych powieści Şafak – tętniące życiem barwne marginesy są dla niej polem zdecydowanie ciekawszym niż uporządkowane centra.
Książka Tam na niebie są rzeki działa zgodnie z podobną mechaniką, spotkamy tu więc bohaterów na różne sposoby niepasujących do swoich miejsc i czasów: introwertycznego geniusza, który dziś pewnie zostałby zdiagnozowany jako osoba w spektrum autyzmu; tracącą słuch dziewczynkę, której odziedziczony po przodkiniach dar mógłby zrekompensować kalectwo; bohaterkę po raz pierwszy zakochującą się w kobiecie i stawiającą pierwsze, nieśmiałe kroki na queerowej ścieżce oraz charyzmatyczną tatuatorkę, we współczesnym Londynie zapisującą na skórze klientów fragmenty Eposu o Gilgameszu.
Şafak – autorka pochodząca z Turcji, lecz od wielu lat mieszkająca w Wielkiej Brytanii i pisząca po angielsku – konsekwentnie celebruje w swoich książkach heterodoksję, międzykulturowe spotkania i hybrydy, a rozmaite historie wykluczenia raz za razem przekształca w opowieści o wewnętrznej mocy swoich bohaterek. Jest w tym coś z nastroju baśni o Kopciuszku. Zdaje się, że autorka Tam na niebie… lubi ten baśniowy tryb opowiadania: potoczysty, rozgadany, niekoniecznie rygorystyczny, pełen zwrotów akcji i nagłych zrządzeń losu, często także niosący ze sobą zaszyty gdzieś głębiej morał. Jak to już nieraz w jej tekstach bywało, Şafak bawi się tu również materiałem historycznym – z jednej strony szczegółami z mezopotamskiej starożytności, z drugiej zaś wątkami związanymi z epoką odkryć naukowych, rewolucji przemysłowej i brytyjskiego kolonializmu. Czasem nieco nagina zasady chronologii czy ramy geograficzne tak, żeby zmieścić w nich narrację, która płynie jej w myślach. Czytelnicy lubiący charakterystyczny, od lat rozwijany styl Elif Şafak powinni ucieszyć się z tej lektury; ci zaś, którzy szukają w literaturze chłodniejszej refleksji albo precyzyjnego ważenia słów i myśli, mogą poczuć się znużeni tym zalewem opowieści, momentami niemal zupełnie nieokiełznanych.
Tekst pochodzi z numeru 12/2025 miesięcznika „Nowe Książki”.