Życie jako interwencja

Wszystko jest polityką, nawet filozofia, a jedyną „filozofią” jest historia w trakcie stawania się, a więc samo życie.

— Antonio Gramsci

W słyn­nym fil­mie Gil­la Pon­te­co­rva Bitwa o Algier poja­wia się nie­mniej słyn­na sce­na tor­tur doko­ny­wa­nych przez fran­cu­skich poli­cjan­tów na bojow­ni­kach nie­pod­le­gło­ścio­wych. Widzi­my posta­ci w wyraź­nym uści­sku okru­cień­stwa. Pole­ga ono na kon­fron­ta­cji gra­nic psy­chicz­nej i fizycz­nej wytrzy­ma­ło­ści jed­nost­ki z odwa­gą wypły­wa­ją­cą z wier­no­ści „spra­wie”. Naj­waż­niej­sze są oczy, jed­nak nie cho­dzi o spoj­rze­nie opraw­cy, lecz o namięt­ny, inten­syw­ny wzrok rewo­lu­cjo­ni­sty, wal­czą­ce­go prze­ciw­ko opre­sji i w imię wła­snej nie­za­leż­no­ści. Boha­ter patrzy na fran­cu­skie­go drę­czy­cie­la, w isto­cie zaś spo­glą­da­jąc w jego oczy, patrzy na nas, widzów; dostrze­ga sza­leń­stwo świa­ta, któ­ry zezwa­la na nie­skoń­czo­ną prze­moc i upo­ka­rza­ją­cą pod­le­głość jed­nych wobec dru­gich. Pon­te­co­rvo w swo­im quasi­do­ku­men­cie, swo­jej quasi­fa­bu­le wyko­rzy­stu­je ten wypra­co­wa­ny pie­czo­ło­wi­cie ele­ment i nasy­ca nim wszel­kie wyda­rze­nia. Obser­wu­je­my rze­czy­wi­stość zasad­ni­czej prze­mia­ny bez­wol­nej i wyalie­no­wa­nej masy Algier­czy­ków w poli­tycz­ne pod­mio­ty, spraw­cze i – dosłow­nie – zabój­cze. Czy cho­dzi o zemstę na kolo­ni­za­to­rach, czy o acte gra­tu­it ter­ro­ry­stycz­nej bez­si­ły? Reży­ser w krót­kim epi­lo­gu, komen­ta­rzu z offu, sta­je po jed­nej, uci­ska­nej stro­nie. I trud­no mu się dzi­wić, patrząc na spra­wę zarów­no z histo­rycz­ne­go, jak i dzi­siej­sze­go punk­tu widze­nia, kie­dy świat już od daw­na dzie­li się na Boga­tą Pół­noc i Glo­bal­ne Połu­dnie, któ­re wciąż musi wal­czyć o ele­men­tar­ne warun­ki życia i eks­pre­sji. To rze­czy­wi­stość, w któ­rej zanu­rzo­ny jest Frantz Fanon.

Wła­śnie z tych powo­dów jego dzie­ło jest dziś potrzeb­ne, sta­no­wi rodzaj naszej teraź­niej­szo­ści. Przy czym nie cho­dzi o zwy­kłe pre­zen­ty­stycz­ne uobec­nie­nie jego idei, raczej o kry­tycz­ne wyko­rzy­sta­nie pew­nej posta­wy inte­lek­tu­al­nej oraz prze­chwy­ce­nie zdol­no­ści i odwa­gi mówie­nia w imię cze­goś, co nas prze­kra­cza, a co nas tak czy ina­czej defi­niu­je – o zaję­cie sta­no­wi­ska i wal­kę o nie. Oczy­wi­ście nie jest tak, że prze­kaz Fano­na nie pod­le­ga dys­ku­sji. Nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że ma w sobie moc obo­wią­zy­wa­nia, a nie tyl­ko wagę histo­rycz­ną czy nawet (jak to się dzie­je w róż­nych odmia­nach stu­diów post­ko­lo­nial­nych) rodzaj para­dyg­ma­tu. W tym sen­sie nale­ży pamię­tać, z jakie­go cza­su duch (bar­dziej niż wid­mo) Fano­na do nas przy­cho­dzi. Po pierw­sze, w kra­jach Euro­py Środ­ko­wej był on sta­le obec­ny w latach powo­jen­nych jako naczel­ny socja­li­sta z kra­jów kolo­nial­nych, rewo­lu­cjo­ni­sta, któ­ry przy­byw­szy z Mar­ty­ni­ki do Algie­rii, wal­czył o nie­pod­le­głość przy­bra­ne­go kra­ju, a następ­nie został z nie­go wyda­lo­ny. Dość przy­po­mnieć, że pierw­sze pol­skie wyda­nie Wyklę­te­go ludu zie­mi (z potęż­nym mark­sow­skim tytu­łem) zosta­ło opa­trzo­ne (podob­nie jak w wyda­niu ory­gi­nal­nym) przed­mo­wą Jeana-Pau­la Sartre’a, któ­ry – co prze­cież czę­ste w przy­pad­ku tego filo­zo­fa – sta­ra się prze­li­cy­to­wać komen­to­wa­ne­go przez sie­bie auto­ra, w tym przy­pad­ku Fano­na, w ostro­ści sądów. Po dru­gie, to rodzaj soju­szu wewnątrz komu­ni­stycz­ne­go pro­jek­tu w Euro­pie z ide­ami deko­lo­ni­za­cyj­ny­mi w Afry­ce i na Bli­skim Wscho­dzie (głów­nie w tych dwóch czę­ściach świa­ta). Choć w dzi­siej­szym świe­cie trwa wal­ka nie tyl­ko o hege­mo­nię i pry­mat gospo­dar­czy, a rze­czy­wi­stość sta­je się coraz bar­dziej zawi­kła­na, ponie­waż do gry wcho­dzi coraz wię­cej uczest­ni­ków, kla­sycz­ny podział zim­no­wo­jen­ny od daw­na nie ma już powa­bu i nie napę­dza spo­ru poli­tycz­ne­go i gospo­dar­cze­go mię­dzy blo­ka­mi. Współ­cze­sna poli­cen­trycz­ność mię­dzy­na­ro­do­wa czy geo­po­li­tycz­na poka­zu­je (po trze­cie) Fano­na nie tyl­ko jako prak­ty­ka i teo­re­ty­ka rewo­lu­cji, ale jako myśli­cie­la, na wskroś nowo­cze­sne­go pisa­rza poka­zu­ją­ce­go, w jako spo­sób i jaki­mi dro­ga­mi podą­ża pra­gnie­nie rewo­lu­cyj­ne. Toteż nie­trud­no zro­zu­mieć (po czwar­te), dla­cze­go Fanon nie tyle inten­cjo­nal­nie wybie­ra for­mal­ną hybry­do­wość pisa­nia, ile spra­wia, że ucie­le­śnia, ukon­kret­nia się w niej owo pożą­da­nie rady­kal­nej zmia­ny spo­łecz­nej.

No, dobrze, ale na czym mia­ła­by pole­gać ta zmia­na. Fanon twier­dzi, że deko­lo­ni­za­cja doty­czy tyleż zamiesz­ki­wa­ne­go tery­to­rium, co wyni­ka z reor­ga­ni­za­cji funk­cji cza­so­wych – ucisk pole­ga na pozba­wie­niu ludzi ich poczu­cia indy­wi­du­al­nie i zbio­ro­wo prze­ży­wa­nej histo­rii. Sama tem­po­ral­ność wła­dzy pole­ga na abs­trak­cyj­nym kie­ro­wa­niu postrze­ga­niem świa­ta – upły­wu zda­rzeń, nie­ja­ko inkor­po­ro­wa­ne­go doświad­cze­nia bycia-u-sie­bie. Oczy­wi­ście, że cho­dzi o narzu­ce­nie pew­nej, dość pro­stac­ko line­ar­nej wizji tech­no­lo­gicz­ne­go i biu­ro­kra­tycz­ne­go postę­pu, i podzia­łu pra­cy, w któ­rym nie ist­nie­je szan­sa na wyzwo­le­nie. W takim świe­cie mnie ma szcze­lin, pęk­nięć, wszyst­ko jed­no­rod­nie pły­nie w kie­run­ku zle­wa­ją­ce­go się w jed­no morze aku­mu­lo­wa­ne­go kapi­ta­łu. Toteż Fanon z nie­zwy­kłą mocą pod­kre­śla ten nie tyle przy­god­ny, ile koniecz­ny i struk­tu­ral­ny zwią­zek kolo­nia­li­zmu i kapi­ta­li­zmu. Oby­dwa, będąc pro­ce­sa­mi abs­trak­cyj­ny­mi, powo­du­ją­cy­mi ani­hi­la­cję real­nych sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich, sta­no­wią zestaw sym­bo­licz­nych, finan­so­wych i mate­rial­nych pro­ce­dur destruk­cji. Cze­go ona doty­czy? To jed­no z klu­czo­wych pytań, któ­re Fanon jako rewo­lu­cjo­ni­sta i zara­zem psy­chia­tra, zada­je w zasa­dzie cały czas. Jakie są symp­to­my znie­wo­le­nia? Co się dzie­je, kie­dy jego kaj­da­ny zosta­ną zerwa­ne? Kie­dy pra­wo sil­niej­sze­go prze­sta­je obo­wią­zy­wać niczym – powie­dzie­li­by­śmy dzi­siaj – algo­rytm wywłasz­cze­nia? Fanon poka­zu­je, że wspo­mnia­ny ele­ment tem­po­ral­ny pozwa­la zoba­czyć histo­rycz­ny moment rewo­lu­cyj­ny, w któ­rym powsta­ły cha­os pro­wa­dzi do rewi­zji abs­trak­cyj­ne­go podzia­łu prze­strzen­ne­go, czy­li oba­le­nia sztucz­nych gra­nic wyty­czo­nych przez kolo­ni­za­to­rów. Jak mówił bli­ski Fano­no­wi Anto­nio Gram­sci: „Sta­re umie­ra, a nowe nie potra­fi się naro­dzić; to inter­re­gnum sta­je się widow­nią naj­roz­ma­it­szych zja­wisk pato­lo­gicz­nych”. (przeł. B. Sie­ro­szew­ska).

Pro­blem ten oczy­wi­ście doty­czy wła­ści­wej całej spu­ści­zny tery­to­rial­nej kolo­nia­li­zmu – od Afry­ki po Bli­ski Wschód, co widzi­my w nie­roz­wią­zy­wal­nym, jak się zda­je, kon­flik­cie we Pale­sty­nie. Cho­dzi zatem o zerwa­nie z mono­li­tycz­ną wła­dzą nad tery­to­rium, któ­re poprze­dza gest zane­go­wa­nia histo­rycz­no­ści i poli­tycz­no­ści (pra­wa i zdol­no­ści do samo­sta­no­wie­nia). Tym jest wła­śnie koniecz­ny cha­os rewo­lu­cyj­ny wymie­rzo­ny we wła­dzę narzu­ca­ją prze­mo­cą nie tyl­ko warun­ki egzy­sten­cjal­ne, ale rów­nież nor­ma­tyw­ny porzą­dek: język, kul­tu­rę, ambi­cje czy wizję oby­wa­tel­sko­ści. Jak mówi Fanon:

Kolo­ni­za­tor two­rzy histo­rię i wie o tym. Ponie­waż jed­nak sta­le szu­ka punk­tów odnie­sie­nia w histo­rii metro­po­lii, dowo­dzi, że jest jej prze­dłu­że­niem na kolo­nial­nym grun­cie. Histo­ria ta nie jest zatem histo­rią kolo­nii, lecz histo­rią metro­po­lii; gra­bie­ży, gwał­tów i zbrod­ni. Bez­ruch, na któ­ry ska­za­ny jest sko­lo­ni­zo­wa­ny, może zostać prze­rwa­ny dopie­ro wów­czas, gdy on sam poło­ży kres kolo­ni­za­cji, histo­rii gra­bie­ży i powo­ła do ist­nie­nia histo­rię naro­du, histo­rię deko­lo­ni­za­cji1.

Okładka książki Frantza Fanona pod tytułem „Wyklęty lud ziemi”.
Frantz Fanon, „Wyklęty lud ziemi”, tłum. H. Tygielska, Kraków: Karakter, 2025.

Wyda­je się, że myśl i prak­ty­ka Fano­na pod tym wzglę­dem poka­zu­ją swo­ją sła­bość; są one bli­skie mani­che­izmo­wi, któ­ry zamiast rewo­lu­cji poli­tycz­nej pro­po­nu­je rodzaj zemsty, opar­ty na orga­nicz­nym, cie­le­snym bun­cie prze­ciw­ko prze­mo­cy – na rzecz innej prze­mo­cy. To, oczy­wi­ście, pro­blem tak sta­ry jak sta­ra jest nowo­cze­sność. Czy jest coś takie­go jak prze­ciw-prze­moc, czy ist­nie­je nie-prze­moc, za pomo­cą któ­rej moż­na by zwal­czyć, a nie tyl­ko odwró­cić zło­wro­gie i destruk­cyj­ne pano­wa­nie? Nie ma tu dobrej odpo­wie­dzi, choć od Ben­ja­mi­na po Bali­ba­ra (linię reflek­sji nad prze­mo­cą dało­by się też z pew­no­ścią uło­żyć ina­czej) filo­zo­fia i teo­rie poli­tycz­ne pró­bu­ją odpo­wie­dzieć na te pyta­nia – bez­sku­tecz­nie. Fanon pod­cho­dzi do tego pro­ble­mu nie­co ina­czej, choć ani na chwi­lę nie tra­ci z oczu kon­kret­ne­go przed­mio­tu swo­je­go bada­nia. Narzu­ca, prze­ko­nu­ją­cą zwłasz­cza dzi­siaj, wizję zerwa­nia jako zmia­ny w obrę­bie cało­ścio­wo trak­to­wa­ne­go dys­kur­su bio­po­li­tycz­ne­go – sprze­ciw doty­czy bowiem natu­ra­li­za­cji i sek­su­ali­za­cji Algier­czy­ków, któ­re zamiast, jak­by powie­dzie­li Deleu­ze z Guat­ta­rim, nie są maszy­na­mi pra­gnie­nia, lecz inku­ba­to­ra­mi cie­le­snej prze­mo­cy. Dopie­ro w tym pla­nie moż­na dostrzec głę­bo­ką, a nie mani­chej­ską, zmia­nę jako dia­lek­tycz­ny moment w cyklu prze­mo­cy i samo­sta­no­wie­nia – prze­moc nie kie­ru­je się tyl­ko i bez­po­śred­nio prze­ciw­ko kolo­ni­za­to­ro­wi, ale też sta­no­wi „maszy­nę obron­ną” prze­ciw­ko kolo­nial­ne­mu pań­stwu:

Sto­su­nek elit do prze­mo­cy nie jest jed­no­znacz­ny. Są napa­stli­we w sło­wach, lecz ugo­do­we w posta­wach. W wypo­wie­dziach bur­żu­azyj­ne­go apa­ra­tu par­tii naro­do­wych zawsze zawar­ta jest suge­stia, że nie nale­ży ich trak­to­wać serio2.

Pro­wa­dzi nas to do zupeł­nie wyjąt­ko­we­go obsza­ru dzia­łal­no­ści Fano­na – jako leka­rza. Jego podej­ście do pacjen­tów, któ­ra wyko­rzy­sty­wa­ło nie tyl­ko kla­sycz­ną psy­cho­ana­li­zę Freu­dow­ską, ale rów­nież wcze­sne pra­ce Jacques’a Laca­na, wią­za­ło indy­wi­du­al­ny rys tera­pii z histo­rycz­nym i poli­tycz­ny­mi zna­mio­na­mi, jakie wyry­ły się na cia­łach jed­no­stek. Fanon two­rzy w ten spo­sób coś w rodza­ju „kli­ni­ki rewo­lu­cji”, jak wte­dy, gdy ana­li­zu­je psy­cho­zę popo­ro­do­wą kobiet w obo­zach dla uchodź­ców. Jego zdol­ność do roz­po­zna­wa­nia symp­to­mów i traum nie wyni­ka jedy­nie z umie­jęt­no­ści otwar­cia się na mowę pacjen­ta, ale raczej prze­ciw­nie: pły­nie z wewnętrz­nej i etycz­no-poli­tycz­nej koniecz­ność prze­ła­my­wa­nia trau­ma­tycz­ne­go mil­cze­nia. Tym­cza­sem feno­me­ny psy­cho­tycz­ne rzą­dzą się jesz­cze innym pra­wem. Wyła­nia­ją się z bez­kre­sne­go zna­cze­nia, któ­re w isto­cie może zagra­żać całej kon­struk­cji rze­czy­wi­sto­ści. Pro­ble­mem jest to, w jaki spo­sób to „coś” dosta­ło się do sys­te­mu sym­bo­licz­ne­go, a więc języ­ka i w jaki spo­sób moż­na to powią­zać z innym ele­men­ta­mi doświad­cze­nia.

Pozwa­la to Fano­no­wi spoj­rzeć na Algier­czy­ka (nie­czu­łość auto­ra na kwe­stie gen­de­ro­we jest typo­wa dla jego cza­sów, nie­ste­ty) jako rodzaj pre­fi­gu­ra­cji wszel­kie­go opo­ru – zarów­no tego, któ­ry desta­bi­li­zu­je kon­struk­cję oso­bo­wo­ści, jak i tego, któ­ry opór prze­kształ­ca w rodzaj odpor­no­ści, a więc – rewo­lu­cyj­nej – zdol­no­ści rów­no­wa­gi i przy­sto­so­wa­nia się w warun­kach stre­su. Nie­za­leż­nie od tego zna­czą­ce­go roz­róż­nie­nia Fanon zauwa­ża pęk­nię­cie w samym para­dyg­ma­cie psy­chia­trycz­no-psy­cho­ana­li­tycz­nym jako kolo­ni­za­tor­skie w zna­cze­niu pano­wa­nia nad Innym. Pisze o tym przej­mu­ją­co, kie­dy defi­niu­je Algier­czy­ka nie jako pod­po­rząd­ko­wa­ne­go czy nawet uni­ce­stwio­ne­go, lecz jako nie­uda­ny, roz­my­ty pod­miot, któ­re­go nikt nie chce zauwa­żyć i któ­ry nie może wyar­ty­ku­ło­wać swo­je­go miej­sca w świe­cie. Kolo­nial­ny nie­wol­nik nie ma moż­li­wo­ści waż­nej poli­tycz­nie eks­pre­sji, nie tyl­ko dla­te­go, że ze wzglę­du na prze­mo­co­we pano­wa­nie, pozo­sta­je wyalie­no­wa­ny, ale dla­te­go że – w ska­li doświad­cze­nia wewnętrz­ne­go – oka­zu­je się nie­zdol­ny do melan­cho­lii. Sko­ro bowiem tkwi w bez­oso­bo­wo­ści, to w isto­cie nie ma dostę­pu do praw­dy o wła­snej skoń­czo­nym życiu. Opre­sja powo­du­je, że sta­le śpie­wa­ny przez nie­go żałob­ny tren poka­zu­je nie­zdol­ność do sub­li­ma­cji, któ­ra – osta­tecz­nie – oka­zu­je się naj­cen­niej­szą mone­tą w kul­tu­rze euro­pej­skich zdo­byw­ców. Tak wła­śnie dzia­ła sek­su­ali­zaj­ca bez pra­gnie­nia; ono bowiem zosta­ło ode­bra­ne nie­wol­ni­ko­wi, zamy­ka go w imma­nen­cji, czy­niąc z nie­go swój wła­sny obiekt. Dzie­je się tak dla­te­go, że Algier­czyk pod­le­ga pra­wu cią­głej regre­sji, sta­jąc się pra­wie bez­mow­nym dziec­kiem, bar­ba­rzyń­cą, któ­re­go zdo­byw­szy raz, moż­na wię­zić w sta­łym, nie­ru­cho­mym obra­zie głu­po­ty i bez­myśl­no­ści. Podob­nie jak Murzyn. To wła­śnie logi­ka „czar­nej skó­ry i bia­łych masek”:

Każ­da zdo­bycz inte­lek­tu­al­na kosz­tu­je utra­tę poten­cja­łu sek­su­al­ne­go. Cywi­li­zo­wa­ny Bia­ły żywi irra­cjo­nal­ną tęsk­no­tę za fan­ta­stycz­ny­mi cza­sa­mi swo­bo­dy sek­su­al­nej, scen orgii, bez­kar­nych gwał­tów, nie­ha­mo­wa­ne­go kazi­rodz­twa. Te fan­ta­zje odpo­wia­da­ją w pew­nym sen­sie freu­dow­skie­mu instynk­to­wi życia. Pro­jek­tu­jąc na Murzy­na swo­je pra­gnie­nia, Bia­ły zacho­wu­je się „jak gdy­by” Murzyn miał je rze­czy­wi­ście. Jeże­li cho­dzi o Żyda spra­wa jest jasna: oba­wia­my się go, gdyż chce zagar­nąć nasze bogac­twa czy zająć kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska. Murzyn nato­miast przy­na­le­ży do sfe­ry geni­tal­nej; a raczej został do niej przy­pi­sa­ny. Myśli­ciel Rodi­na z erek­cją, co za szo­ku­ją­cy obraz. Czło­wiek musi uwa­żać, gdzie mu sta­je. Murzyn sta­no­wi zagro­że­nie bio­lo­gicz­ne. Żyd – inte­lek­tu­al­ne. Bać się Murzy­na to bać się bio­lo­gicz­no­ści. Bo Murzyn jest samą bio­lo­gicz­no­ścią3.

Moż­na to ująć jesz­cze ina­czej; wyko­rzy­stu­jąc kate­go­rię fazy lustra Laca­na, a więc sytu­acji (opi­sy­wa­nej w psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej), w któ­rej dziec­ko widząc swe odbi­cie w lustrze, dozna­je dez­or­ga­ni­za­cji w łonie nar­cy­stycz­nej spój­no­ści, w sen­sie obra­zo­wym roz­pa­da się na frag­men­ty. Dla Fano­na to oczy­wi­sty i wzor­co­wy przy­kład koniecz­nej alie­na­cji jed­nost­ki na dro­dze do prze­kształ­ce­nia się w pod­miot – odtąd zawsze wyob­co­wa­ny z same­go sie­bie. Pro­blem z Algier­czy­kiem pole­ga na tym, że zosta­je zatrzy­ma­ny w tym obra­zie-fan­ta­zma­cie niczym owad w bursz­ty­nie – powsta­ły w wyni­ku opre­sji kolo­ni­za­to­rów, sta­je się dla nich ele­men­tem wido­wi­ska, któ­re mogą oglą­dać z bez­piecz­nej odle­gło­ści, na tyle dużej, by ten obraz alie­na­cji nie zagro­ził ich wła­snej pod­mio­to­wo­ści.

Tak do koń­ca się jed­nak nie dzie­je. Fanon wyko­rzy­stu­je jesz­cze jed­ną, klu­czo­wą, jak się zda­je, dia­lek­ty­kę – Pana i Nie­wol­ni­ka. Przy­po­mnij­my naj­waż­niej­sze punk­ty w tym dyna­micz­nym ukła­dzie. Pan to figu­ra pod­mio­tu, któ­ry egzy­stu­je w „wiecz­nej nie­dzie­li życia”; to ostat­ni czło­wiek, któ­ry nicze­go nie pra­gnie, z niczym nie wal­czy, sta­jąc się wcie­le­niem idio­ty­zmu bez­czyn­no­ści, obo­jęt­no­ści, a zatem bez­re­flek­syj­nej toż­sa­mo­ści. W odróż­nie­niu od słu­żą­ce­go mu Nie­wol­ni­ka nie tyle spra­wu­je czy posia­da wła­dzę, ile nią jest. Nie­wol­nik roz­po­zna­je się w żąda­niu i pra­gnie­niu uzna­nia, będąc pod­po­rząd­ko­wa­nym wyko­nu­je pra­cę opar­tą na zdol­no­ści do zane­go­wa­nia wła­sne­go ist­nie­nia w śro­do­wi­sku natu­ral­nym, roz­po­zna­je wła­sne wyob­co­wa­nie i dzię­ki temu może się wyeman­cy­po­wać. Doko­nu­je się tu jesz­cze jeden ruch, któ­ry powo­du­je, że eman­cy­pa­cja jest pod­sta­wą, a nie tyl­ko celem rewo­lu­cji. Pra­gnie­nie nie jest czymś bez­po­śred­nim. Jak dosko­na­le poka­zu­je Fanon, jest ono zawsze zapo­śred­ni­czo­ne w czymś innym, w jakimś fan­ta­zma­cie, pod­sy­ła­nym przez kul­tu­rę domi­nu­ją­cą – pra­gnie się zawsze czy­je­goś i jakie­goś inne­go pra­gnie­nia, dopie­ro z tej alie­na­cji i podwój­nej nie­moż­no­ści wyła­nia się real­ny obiekt żądań upodmio­to­wie­nia. Widać więc, że kla­sycz­na myśl kry­tycz­na, opie­ra­ją­ca się na histo­rycz­nej koniecz­no­ści pro­ce­su uświa­do­mie­nia, jest dla Fano­na rów­nie istot­na, co jego wła­sne kli­nicz­ne i teo­re­tycz­ne roz­po­zna­nie kon­dy­cji uci­ska­nych – na ich cia­łach, niczym pie­kiel­na pie­częć, odci­ska się prze­moc panu­ją­cych. To nie­zwy­kłe połą­cze­nie tego, co indy­wi­du­al­ne z tym, co spo­łecz­ne, poka­zu­je dyna­mi­kę nie­świa­do­me­go kolo­ni­za­to­ra, któ­ry w isto­cie rze­czy nie wie, cze­go pra­gnie, a to, cze­go nie wie pro­jek­tu­je – jako prze­ra­ża­ją­cy symp­tom – na pod­bi­te­go, dys­cy­pli­no­wa­ne­go i zabi­ja­ne­go Inne­go. Toteż to wła­śnie Inny sta­je się praw­dzi­wą real­no­ścią; zdol­ny do sta­nia naprze­ciw nega­tyw­no­ści opraw­cy zmie­nia się dzię­ki dzia­ła­niu (a nie abs­trak­cyj­nej stra­te­gii). Ten ruch samo­sta­no­wie­nia pro­wa­dzi do suwe­ren­no­ści par­ty­ku­lar­ne­go życia w imię wol­no­ści. Dla­te­go wła­śnie Fanon ma rację poka­zu­jąc, że rewo­lu­cja danej gru­py etnicz­nej czy spo­łe­czeń­stwa, aby mogła się fak­tycz­nie udać, musi dopro­wa­dzić do znie­sie­nia momen­tu nacjo­na­li­stycz­ne­go w imię uni­wer­sa­li­zmu (na przy­kład wła­śnie wol­no­ści).

Okładka książki Frantza Fanona pod tytułem „Czarna skóra, białe maski”.
Frantz Fanon, „Czarna skóra, białe maski”, tłum. U. Kropiwiec, Kraków: Karakter, 2020.

Być może dla­te­go Fanon nie potra­fił (albo nie chciał) wypra­co­wać kate­go­rii resen­ty­men­tu, któ­rą wpraw­dzie zauwa­ża i przy­zna­je jej wiel­ką wagę, ale jak gdy­by nie chcąc zablo­ko­wać ener­gii rewo­lu­cyj­nej, omi­ja jej fun­da­men­tal­ny cha­rak­ter w dia­lek­ty­ce uzna­nia. Jeśli celem algier­skie­go bun­tu był nie tyl­ko opór, lecz rów­nież usta­no­wie­nie pod­mio­to­wo­ści pań­stwo­wej, czy­li poli­tycz­nej, to pomi­nię­cie doświad­cze­nia resen­ty­men­tu zawsze będzie osła­bia­ło rewo­lu­cję. Dzie­je się z pew­no­ścią dla­te­go, że jest on z defi­ni­cji ambi­wa­lent­ny i do pew­ne­go stop­nia sta­no­wi dosko­na­łe okre­śle­nie nowo­cze­sno­ści. Suwe­ren­ność, god­ność, o któ­rej mówi Fanon, ma bowiem nie tyl­ko zostać wyar­ty­ku­ło­wa­ne, ale rów­nież insty­tu­cjo­nal­nie ukon­kret­nio­ne. Resen­ty­ment to, rzecz jasna, nie­czy­ste sumie­nie, odkry­wa­ne przez nie­wol­ni­ków, a pro­jek­to­wa­ne nań przez panu­ją­cych, ale sta­no­wi rów­nież broń owych sła­bych, prze­klę­tych i wyję­tych spod pra­wa – jest innym pra­wem, pra­wem wście­kło­ści, któ­re w słyn­nym fil­mie La Rab­bia, poka­zy­wał bli­ski pod tym wzglę­dem Fano­no­wi, Pier Paolo Paso­li­ni. Toteż zerwa­nie, o któ­rym była mowa, ma być skie­ro­wa­ne nie tyl­ko prze­ciw­ko kolo­ni­za­to­ro­wi jako pew­nej real­nej oso­bie, lecz tak­że prze­ciw­ko struk­tu­ral­nej prze­mo­cy kolo­nial­nych apa­ra­tów pań­stwa. Ten zwrot w stro­nę pew­nej zło­wro­giej cało­ści, opla­ta­ją­cej niczym sieć uci­ska­ny lud, zała­mu­je dyna­mi­kę eman­cy­pa­cji, spro­wa­dza poli­tycz­ny i histo­rycz­nie kon­kret­ny gest do roz­pę­ta­nej prze­mo­cy – bez sen­su i bez kre­su. Widać to zwłasz­cza dziś, gdy banal­ne w sfe­rze dys­kur­syw­nej (powta­rza­ne niczym quasi-rewo­lu­cyj­na doksa) roz­po­zna­nie o eko­no­micz­nym wymia­rze glo­bal­ne­go uci­sku speł­nia się w wiru­ją­cej eko­no­mi­za­cji wszel­kich sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich i mię­dzy­ga­tun­ko­wych. Matry­cą dla tego brze­mie­nia są wła­śnie kra­je Glo­bal­ne­go Połu­dnia, gdzie zie­mia sta­je się śmiet­ni­kiem tech­no­lo­gicz­ne­go nad­mia­ru obiek­tów, roz­my­tą pla­mą na mapie nie­szczę­ścia. Ter­ro­ryzm pań­stwo­wy, jako zasa­da i spo­sób rzą­dze­nia, ma się dziś coraz lepiej, podob­nie jak glo­ba­lizm opar­ty na war­to­ści doda­nej pocho­dzą­cej z destruk­cji zie­mi (tak waż­nej dla Fano­na), z pro­ce­sów kon­ta­mi­na­cji, łącze­nia i zanie­czysz­cza­nia, dre­no­wa­nia i reszt­ko­wej gospo­dar­ki zaso­ba­mi. To ostat­nie (jak na razie) sta­dium bez­względ­ne­go i bez­myśl­ne­go rozu­mu kolo­nial­ne­go, będą­ce­go zło­wro­gim rewer­sem nie­skoń­czo­nych ofiar, pła­cą­cych czę­sto naj­wyż­szą cenę za utrzy­ma­nie tego ide­olo­gicz­ne­go sta­tus quo.

Trud­no nie patrzeć z melan­cho­lią na wia­rę auto­ra Wyklę­te­go ludu zie­mi w moż­li­wość rów­no­ścio­wej, poli­tycz­nej i pod­mio­to­wej zmia­ny, ale nale­ży z tej melan­cho­lii czer­pać siłę. I wła­śnie dla­te­go nale­ży Fano­na dziś uważ­nie czy­tać.

 

1 F. Fanon, Wyklę­ty lud zie­mi, tłum. H. Tygiel­ska, Kra­ków: Karak­ter, 2025, s. 43.

2 Tam­że, s. 52.

3 F. Fanon, Czar­na skó­ra, bia­łe maski, tłum. U. Kro­pi­wiec, Kra­ków: Karak­ter, 2020, s. 185.

Jakub Momro, fot. ze zbiorów autora

– filozof, literaturoznawca, eseista i tłumacz.

więcej →

Frantz Fanon (1967) / Public domain / Domena publiczna

– algierski pisarz i filozof.

więcej →