Prasówka (15 maja 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Znak”

Z uwa­gą śle­dzi­my cykle tema­tycz­ne pro­po­no­wa­ne przez redak­cję „Zna­ku”. W majo­wym nume­rze tego mie­sięcz­ni­ka z pew­no­ścią war­to się­gnąć do rubry­ki Roz­mo­wy o dobrym życiu. Tym razem Ame­lia Sar­now­ska prze­pro­wa­dzi­ła roz­mo­wę z Anną Sasnal – Miło mi pana poznać. Reży­ser­ka, sce­na­rzyst­ka i mon­ta­żyst­ka fil­mo­wa mówi o tym, jak waż­ne są dla niej podró­że, szcze­gól­nie te, w któ­re wyru­sza razem z mężem Wil­hel­mem Sasna­lem. Umoż­li­wia­ją jej one odczu­wa­nie, jak sama to okre­śla, „sta­nu przy­jem­nej obco­ści”. Za to o mniej przy­jem­nych wymia­rach tego odczu­cia opo­wia­da, wspo­mi­na­jąc Obce­go Alber­ta Camu­sa. Zazna­cza:

To książ­ka moje­go życia. Tekst, do któ­re­go wra­cam i któ­ry z tyłu gło­wy wciąż ana­li­zu­ję. Na pod­sta­wie powie­ści Camu­sa zro­bi­li­śmy też z Wilim film „Słoń­ce, to słoń­ce mnie ośle­pi­ło”. To opo­wieść o róż­nych warian­tach bycia obcym. O świa­do­mych wybo­rach […]. Lek­tu­ra tej książ­ki sta­no­wi zara­zem szan­sę, by w jakimś sen­sie porzu­cić sie­bie. Przyj­rzeć się temu, czym obcość w ogó­le jest. Spró­bo­wać zro­zu­mieć, w jak róż­ny spo­sób może się reali­zo­wać. Naj­waż­niej­sza w wymia­rze moral­nym, spo­łecz­nym i poli­tycz­nym jest tu jed­nak kate­go­ria obco­ści narzu­co­nej spo­łecz­nie. Wyni­ka­ją­ca z wro­go­ści, nie­chę­ci, lęku przed innym czło­wie­kiem.

Anna Sasnal ma na myśli emi­gran­tów. To wła­śnie ich przy­by­cie do Euro­py ponie­kąd wizjo­ner­sko zapo­wie­dział film Sasna­lów. Spo­ra część roz­mo­wy poświę­co­na zosta­ła prze­mi­ja­niu. Reży­ser­ka nie ukry­wa, że skoń­czy­ła pięć­dzie­siąt lat, a jest to wiek skła­nia­ją­cy do wie­lu reflek­sji. Upły­wa­ją­cy czas z jed­nej stro­ny wzbu­dza w arty­st­ce pewien rodzaj nie­po­ko­ju, z dru­giej jed­nak spra­wia, że jej cie­ka­wość świa­ta sta­je się jesz­cze więk­sza. Jak mówi Sasnal:

[…] wczo­raj byli­śmy razem [z Wil­hel­mem – red.] w jed­nym z muze­ów w Lon­dy­nie. Odwie­dzi­li­śmy Tate Modern. Sie­dząc przy kawie, rozej­rza­łam się dooko­ła: zna­leź­li­śmy się wśród samych star­szych ludzi. W więk­szo­ści kobiet. Powie­dzia­łam wte­dy: „Wili, czy pomy­śla­łeś kie­dyś o tym, że jak się nam nic złe­go nie przy­da­rzy, to kie­dyś znów będzie­my tutaj sie­dzieć? Wró­ci­my za 10 lat, o 10 lat star­si, potem o kolej­ne 10 – i czy to jest dla cie­bie przy­jem­na per­spek­ty­wa?”. Odpo­wie­dział: „Wspa­nia­ła”.

*

W „Zna­ku” czę­sto poja­wia­ją się tak­że tek­sty poświę­co­ne sztu­kom wizu­al­nym. Tym razem poszcze­gól­ne eta­py twór­czo­ści Ali­ny Sza­pocz­ni­kow w arty­ku­le Zapa­mię­ty­wa­nie cia­ła opi­sał Piotr Kosiew­ski. Choć ta wybit­na i słyn­na artyst­ka 16 maja obcho­dzi­ła­by set­ne uro­dzi­ny, w Pol­sce nie pomy­śla­no o uczy­nie­niu jej patron­ką 2026 roku. Może dla­te­go tym bar­dziej war­to przy­po­mnieć sobie zarów­no jej dzie­ła, jak i zwią­za­ne z nimi mniej zna­ne fak­ty. Na przy­kład nie­zre­ali­zo­wa­ną rzeź­bę Rolls-Royce’a, któ­ra mia­ła poka­zać, co artyst­ka myśla­ła o nad­mia­rze pro­du­ko­wa­nych przed­mio­tów. Kosiew­ski zapi­su­je:

Sza­pocz­ni­kow marzy­ła, by wyrzeź­bić z mar­mu­ru Rolls-Royce’a natu­ral­nej wiel­ko­ści. Solid­ne­go, z jed­ne­go kawał­ka. „To dzie­ło lub przed­miot będzie bar­dzo dro­gie, cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­ne i będzie przy­kła­dem Boga Naj­wyż­sze­go Luk­su­su” – pisa­ła w 1970 roku w tek­ście o zna­czą­cym tytu­le „Mój ame­ry­kań­ski sen”. Powsta­niem pra­cy był zain­te­re­so­wa­ny legen­dar­ny dziś kura­tor Harald Sze­emann, przy­go­to­wu­ją­cy wów­czas pro­gram wysta­wy w ramach „Docu­men­ta 5” w Kas­sel, jed­ne­go z naj­więk­szych wyda­rzeń arty­stycz­nych, i to nie tyl­ko w Euro­pie, poświę­co­nych sztu­ce współ­cze­snej. Osta­tecz­nie rzeź­by nie uda­ło się zre­ali­zo­wać.

Inte­re­su­ją­co brzmi rów­nież opis pre­zen­to­wa­nej w Muzeum Sztu­ki Nowo­cze­snej w Pary­żu pra­cy Gold­fin­ger, w któ­rej Sza­pocz­ni­kow połą­czy­ła odlew kobie­cych ud z tak zwa­nym waha­czem, czy­li z czę­ścią zawie­sze­nia samo­cho­du. Kosiew­ski rela­cjo­nu­je:

Całość pokry­ła zło­tą far­bą. Cia­ło sta­ło się jed­no­ścią z maszy­ną. Zosta­ło uprzed­mio­to­wio­ne, bez­bron­ne. Tytuł pra­cy i jej kolor wprost odnio­sły się do gło­śne­go fil­mu z cyklu „007”, któ­ry rok wcze­śniej wszedł na ekra­ny kin. Pra­ca przy­po­mi­na­ła o losie jed­nej z jego boha­te­rek, któ­ra dusi się, pokry­ta zło­tą far­bą. Rzeź­ba otrzy­mu­je nagro­dę Wil­liam and Noma Copley Foun­da­tion, a człon­ka­mi jury, któ­re ją przy­zna­ło, byli mię­dzy inny­mi Jean Arp, Mar­cel Duchamp i Man Ray.

W dal­szej czę­ści arty­ku­łu Kosiew­ski pisze o póź­niej­szych rzeź­bach artyst­ki, któ­re sta­no­wią wyraz jej reflek­sji nad cie­le­sno­ścią, a zwłasz­cza nad cia­łem zagro­żo­nym cho­ro­bą. Lek­tu­ra tek­stu być może skło­ni czy­tel­ni­ków do odwie­dze­nia Muzeum Naro­do­we­go w Kra­ko­wie, gdzie pre­zen­to­wa­na jest obec­nie wysta­wa Sza­pocz­ni­kow. Oso­bi­sta, i Gale­rii Zachę­ta w War­sza­wie, gdzie rzeź­by Ali­ny Sza­pocz­ni­kow zosta­ną poka­za­ne obok prac irań­sko-nie­miec­kiej artyst­ki wizu­al­nej Nairy Bagh­ra­mian.

Okładka miesięcznika społeczno-kulturalnego „Znak” 2026, nr 5.
„Znak” 2026, nr 5.

„Strefa Kultury” tygodnika „Newsweek”

Każ­de życie ma zna­cze­nie – to tytuł poru­sza­ją­ce­go wywia­du Kata­rzy­ny Janow­skiej z Woj­cie­chem Toch­ma­nem, opu­bli­ko­wa­ne­go w naj­now­szej „Stre­fie Kul­tu­ry”. Repor­ter ów od dłuż­sze­go cza­su jeź­dzi do Ukra­iny, żeby rato­wać zwie­rzę­ta, któ­re zna­la­zły się na tery­to­rium walk. W swo­jej naj­now­szej książ­ce Del­fi­ny i Bel­ze­bub opi­sał ludzi z nara­że­niem życia ewa­ku­ują­cych z linii fron­tu opusz­czo­ne psy i koty i szu­ka­ją­cych dla nich bez­piecz­ne­go miej­sca. Toch­man oczy­wi­ście zda­je sobie spra­wę z tego, że zwie­rzę­ta zosta­ły tam porzu­co­ne, mimo to niko­go nie oce­nia. Twier­dzi bowiem, że nikt z nas nie wie, jak zacho­wał­by się w tak dra­ma­tycz­nej sytu­acji. Znacz­na część roz­mo­wy jest poświę­co­na wła­śnie róż­nym posta­wom ludzi i roz­ma­itym doko­ny­wa­nym przez nich wybo­rom. Jak pod­kre­śla repor­ter:

Każ­de życie ma zna­cze­nie. Co nie zna­czy, że wszy­scy tak sądzą. Wie­le zwie­rząt nie docze­ka­ło ratun­ku, bo zosta­ły zamknię­te w miesz­ka­niach, zosta­wio­ne na łań­cu­chach przy budach. Pisząc książ­kę, sta­ra­łem się nie mora­li­zo­wać, nie mówić, co jest dobre, a co złe. Ludzie, któ­rzy w pani­ce ucie­ka­ją przed bom­ba­mi, zabie­ra­ją swo­je dzie­ci, swo­je wnu­ki, pies może nie jest wte­dy naj­waż­niej­szy. Rozu­miem. Niko­go nie oce­niam. Zwłasz­cza że nie­któ­rzy, kie­dy już dotrą w bez­piecz­ne miej­sce, dzwo­nią do 12 Stró­żów albo do Ani­mal Rescue Khar­kiv i pro­szą o ura­to­wa­nie zosta­wio­ne­go kota czy psa.

Toch­man poda­je tak­że przy­kład star­szych samot­nych kobiet, któ­re zosta­ją w opusz­czo­nych domach na linii fron­tu i opie­ku­ją się zwie­rzę­ta­mi sąsia­dów zmu­szo­nych do uciecz­ki. O pomoc pro­szą one dopie­ro wte­dy, kie­dy oka­zu­je się, że nie zdo­ła­ją dłu­żej samo­dziel­nie kar­mić czwo­ro­no­gów, bo w oko­li­cy zamknię­to ostat­ni sklep. Wów­czas ratow­ni­cy ze spe­cjal­nych orga­ni­za­cji zabie­ra­ją zwie­rzę­ta do schro­nisk, któ­re mimo wie­lu wad zapew­nia­ją psom i kotom szan­sę na prze­trwa­nie. Toch­man opo­wia­da:

Kil­ka­set kilo­me­trów od Fedo­riw­ki w Kupiań­sku na Char­kowsz­czyź­nie dziel­na kobie­ta, Wik­to­ria Kru­czy­na, z zawo­du archi­tekt­ka, ste­ry­li­zo­wa­ła psy. Wyje­cha­ła stam­tąd w sierp­niu 2025 roku jako jed­na z ostat­nich. W ostat­niej chwi­li wywio­zła 100 ulicz­nych psów. Wszyst­kie, któ­re w tym bez­lud­nym mie­ście dokar­mia­ła przez trzy wojen­ne lata. Swo­im małym samo­cho­dem zro­bi­ła kil­ka kur­sów pod ostrza­łem. Za każ­dym razem po 20 psów. Aż pod Kijów, gdzie mia­ła umó­wio­ne schro­ni­ska. Puka­ła do bra­my, a tam niko­go nie było, nikt nie odbie­rał tele­fo­nów. Była zde­spe­ro­wa­na, zbli­ża­ła się godzi­na poli­cyj­na, no i jak dłu­go możesz trzy­mać zwie­rzę­ta w samo­cho­dzie? Boks na bok­sie. I kto przy­jął te psy? Sasza Mezi­no­wa, któ­ra bory­ka się z dłu­ga­mi, cią­gle bra­ku­je jej pie­nię­dzy na opła­ce­nie wete­ry­na­rzy, na zakup dobrej kar­my. W sytu­acji kry­tycz­nej to ona otwie­ra drzwi dla wojen­nych zwie­rząt. A potem czy­ta w inter­ne­cie zarzu­ty, że przyj­mu­je ich za dużo.

Wła­śnie: wspo­mnia­na roz­mo­wa doty­czy tak­że skłon­no­ści do wyty­ka­nia błę­dów innym ludziom. Prze­czy­taj­cie ją koniecz­nie. Się­gnij­cie rów­nież po książ­kę Toch­ma­na Del­fi­ny i Bel­ze­bub. Jeste­śmy prze­ko­na­ne, że będzie to owoc­na lek­tu­ra.

Okładka „Strefy Kultury”, dodatku do tygodnika „Newsweek” 2026, nr 20.
„Strefa Kultury”, dodatek do tygodnika „Newsweek” 2026, nr 20.

„Zakład”

W naj­now­szym nume­rze maga­zy­nu spo­łecz­no-lite­rac­kie­go „Zakład” znaj­dzie­my arty­kuł Lynn Suha poświę­co­ny twór­czo­ści Kim Hyeso­on, uzna­wa­nej za jed­ną z naj­wy­bit­niej­szych kore­ań­skich poetek. Jej Fan­to­mo­wy ból skrzy­deł łączy dwa porząd­ki zna­czeń, któ­re przez wza­jem­ną rela­cję mno­żą sen­sy i otwie­ra­ją przed czy­tel­ni­ka­mi i czy­tel­nicz­ka­mi szer­szą per­spek­ty­wę inter­pre­ta­cyj­ną. Ten w pew­nym sen­sie nie­mal mate­ma­tycz­ny zabieg nie wyni­ka z kal­ku­la­cji autor­ki, lecz jest natu­ral­ną kon­se­kwen­cją sto­so­wa­nych przez nią środ­ków poetyc­kich. Suh w swo­jej inter­pre­ta­cji czer­pie z tra­dy­cji kore­ań­skie­go sza­ma­ni­zmu – moty­wy obec­ne w tym ima­gi­na­rium prze­kształ­ca i wyko­rzy­stu­je w spo­sób, któ­ry pozwa­la uwy­pu­klić wie­le kwe­stii zwią­za­nych ze współ­cze­sno­ścią. Suh inter­pre­tu­je poezję Hyeso­on, odwo­łu­jąc się do istot­nych ele­men­tów tej twór­czo­ści: do posta­ci księż­nicz­ki Bari i do figu­ry pta­ka – pośred­ni­ka mię­dzy świa­ta­mi żywych i umar­łych. Moty­wy stra­ty i porzu­ce­nia, któ­re uosa­bia Bari, łączą się z trans­gre­syj­ną zdol­no­ścią pta­ka – z jego mocą do prze­ku­cia osa­mot­nie­nia w siłę i spraw­czość. Sama poet­ka nazy­wa swój tom „prze­bie­giem pta­sze­nia”, Suh zaś zapi­su­je:

[…] w twór­czo­ści Kim Hyeso­on ptak sta­je się jej alter ego, figu­rą prze­ma­wia­ją­cą w imie­niu „uśmier­co­nej” kobie­co­ści […]. Cza­sow­nik „pta­szę” moż­na więc rozu­mieć sze­rzej jako „robię-kobie­tę” lub „robię-kobie­cość” […]. Pisa­nie poezji nie jest tu jedy­nie zapi­sy­wa­niem pta­sie­go gło­su, lecz swe­go rodza­ju ucie­le­śnio­nym, per­for­ma­tyw­nym aktem.

*

W Kolej­nej roz­mo­wie o poezji zaan­ga­żo­wa­nej Woj­ciech Kopeć razem ze swo­imi inter­lo­ku­to­ra­mi – Toma­szem Bąkiem i Szcze­pa­nem Kopy­tem – zasta­na­wia się nad sen­sem poezji zaan­ga­żo­wa­nej i wyni­ka­ją­cy­mi z niej moż­li­wo­ścia­mi. Trzech poetów roz­wa­ża, czym jest poezja zaan­ga­żo­wa­na, jakie przy­bie­ra for­my oraz czy może wpły­wać na rze­czy­wi­stość spo­łecz­ną i poli­tycz­ną. Powyż­sze kwe­stie moż­na spro­wa­dzić do pyta­nia: czy nie sto­imy dziś raczej w obli­czu sytu­acji, w któ­rej poten­cjał zmia­ny i trans­for­ma­cji zasta­nych sche­ma­tów myśle­nia spy­cha­ny jest do niszo­wej sfe­ry sym­bo­licz­nych gestów? Zarów­no Bąk, jak i Kopyt widzą sens w dzia­ła­niach poetyc­kich – dostrze­ga­ją moż­li­wość wpły­wu wier­sza na kształ­to­wa­nie spo­so­bu myśle­nia odbior­ców, na poda­wa­nie w wąt­pli­wość utrwa­lo­nych sche­ma­tów poznaw­czych i na dema­sko­wa­nie puła­pek inte­lek­tu­al­nych. Wspo­mnia­na roz­mo­wa nie jest wza­jem­nym przy­ta­ki­wa­niem – wszyst­kich trzech auto­rów róż­ni tem­pe­ra­tu­ra emo­cji zwią­za­nych z kwe­stią poezji zaan­ga­żo­wa­nej, w róż­ny spo­sób trak­tu­ją oni tak­że narzę­dzia i cele wyobraź­ni uto­pij­nej i róż­no­ra­ko postrze­ga­ją eko­no­micz­ne i poli­tycz­ne uwi­kła­nia lite­rac­kie. Bąk mówi:

Wyda­je mi się, że wciąż sta­ram się zwra­cać uwa­gę na zagad­nie­nia, o któ­rych wygod­niej i zdro­wiej jest po pro­stu nie myśleć, nie trak­tu­jąc wier­sza jako cze­goś koniecz­nie przy­jem­ne­go w bliż­szym kon­tak­cie, wie­rzę w trans­for­ma­cyj­ną siłę czy­tel­ni­cze­go dys­kom­for­tu.

Kopyt zaś doda­je:

Poezja, jeśli jest rewo­lu­cyj­na, zno­si stan obec­ny, doma­ga się zmian. Jest może bazo­wo malut­ką, ale jed­nak czę­ścią prak­tyk pre­fi­gu­ra­tyw­nych – o ile napraw­dę jest jakoś rewo­lu­cyj­na. Tro­chę pach­nie to awan­gar­dą, jakąś – jak nazwał to kie­dyś Paweł Kacz­mar­ski – opor­no­ścią, któ­ra musi się poja­wić, gdy się­ga się po nowe, poszu­ku­je.

Nawet jeśli auto­rom cza­sem zda­rza się tro­chę dry­fo­wać, dwie powyż­sze dia­lo­gu­ją­ce ze sobą per­spek­ty­wy poka­zu­ją, że poezja zaan­ga­żo­wa­na jest nie tyle for­mą, ile ideą. War­to dodać: ideą pojem­ną i war­tą nie­ustan­ne­go namy­słu, a jej sens na pew­no wykra­cza poza kwe­stie zwią­za­ne z zaan­ga­żo­wa­niem poli­tycz­nym.

Okładka czasopisma „Zakład. Magazyn społeczno-literacki” 2026, nr 12.
„Zakład. Magazyn społeczno-literacki” 2026, nr 12.

„Pismo. Magazyn opinii”

Prze­stra­szo­ne dzie­ci prze­stra­szo­nych rodzi­ców to tytuł roz­mo­wy Kata­rzy­ny Kazi­mie­row­skiej z Joan­ną Flis poświę­co­nej zabu­rze­niom lęko­wym dzie­ci i tak zwa­nych mło­dych doro­słych, opu­bli­ko­wa­nej w majo­wym nume­rze „Pisma”. Z per­spek­ty­wy psy­cho­loż­ki, psy­cho­te­ra­peut­ki i peda­goż­ki Flis zary­so­wu­je pro­ble­ma­ty­kę fobii spo­łecz­nych, w tym ich wpływ na funk­cjo­no­wa­nie dotknię­tych nimi osób oraz ich bli­skich. Wyja­śnia źró­dła zabu­rzeń, ana­li­zu­je prze­ja­wy zacho­wań lęko­wych i przed­sta­wia narzę­dzia słu­żą­ce do oswa­ja­nia i prze­zwy­cię­ża­nia dys­funk­cyj­nych wzo­rów. Psy­cho­te­ra­peut­ka prze­strze­ga jed­nak przed zbyt szyb­kim, a przede wszyst­kim samo­dziel­nym sta­wia­niem dia­gnoz. Czę­sto pro­wa­dzi to bowiem do krzyw­dzą­cych uprosz­czeń. Sama tak mówi o tym zja­wi­sku:

Skąd pły­nie łatwość takie­go dia­gno­zo­wa­nia? Skąd wie­my, że te dia­gno­zy są traf­ne? Chęt­nie powie­la­my opi­nie o kry­zy­sach psy­chicz­nych mło­dych ludzi, ale co to wła­ści­wie zna­czy? I dla­cze­go nazy­wa­my lękiem spo­łecz­nym coś, co może być po pro­stu lękiem roz­wo­jo­wym, zdro­wym zja­wi­skiem powią­za­nym z inten­syw­ny­mi zmia­na­mi, któ­re poja­wia­ją się w cie­le i życiu mło­dych ludzi?

Flis oczy­wi­ście nie lek­ce­wa­ży ist­nie­nia zabu­rzeń lęko­wych, ale zale­ca zwró­ce­nie więk­szej uwa­gi na język, któ­ry słu­ży nam do opi­su wła­snych doświad­czeń. Mło­de oso­by są świa­do­me swo­je­go zdro­wia psy­chicz­ne­go, ale spo­sób jego opi­sy­wa­nia czę­sto jest, jak zazna­cza Flis: „ode­rwa­ny od głę­bi”. Według psy­cho­loż­ki nie­któ­re oso­by „posłu­gu­ją się jedy­nie ety­kie­ta­mi pocho­dzą­cy­mi z kul­tu­ry tera­pii, skró­ta­mi myślo­wy­mi odda­ją­cy­mi natu­rę zja­wisk psy­chicz­nych”. Tego rodza­ju podej­ście pozwa­la subiek­tyw­nie opi­sać i nazwać doświad­cze­nie pacjenta/pacjentki, lecz jest wtór­ne wobec tego, co powin­no być zada­niem prio­ry­te­to­wym. Tym zaś jest wła­śnie kształ­to­wa­nie odpo­wied­nie­go języ­ka opi­su wspo­mnia­nych doświad­czeń; co waż­ne: pozba­wio­ne­go skró­tów myślo­wych. Przy­glą­da­nie się swo­im indy­wi­du­al­nym prze­ży­ciom i wychwy­ty­wa­nie ich niu­an­sów pogłę­bia­ją naszą zdol­ność do reflek­sji, uła­twia­jąc nam w pierw­szej kolej­no­ści pre­cy­zyj­ne nazwa­nie wła­sne­go cier­pie­nia, a następ­nie odna­le­zie­nie wyj­ścia z trud­nej sytu­acji. Pra­ca nad języ­kiem jest więc spo­so­bem na oswo­je­nie bólu egzy­sten­cjal­ne­go i odzy­ska­nie spraw­czo­ści.

*

W rubry­ce Z Pismem u… Adam Robiń­ski zabie­ra czy­tel­ni­ków i czy­tel­nicz­ki do świa­ta kar­pac­kich dzi­kich zwie­rząt. Tro­py wil­ków, jele­ni, rysi i niedź­wie­dzi są codzien­no­ścią Zeno­na Woj­ta­sa – boha­te­ra tek­stu – i rów­no­cze­śnie wyzna­cza­ją rytm repor­ta­żo­wej opo­wie­ści Robiń­skie­go. Woj­tas, bio­log, spe­cja­li­sta do spraw dużych dra­pież­ni­ków w Magur­skim Par­ku Naro­do­wym:

jest typo­wym tere­now­cem – rzad­ko moż­na go zoba­czyć w sie­dzi­bie par­ku, a jego służ­bo­wy mun­dur hiber­nu­je w sza­fie. Wie­dza, któ­rą zdo­był, zosta­ła sumien­nie wycho­dzo­na – beskidz­kie lasy zna od dziec­ka, od kil­ku­na­stu lat w nich pra­cu­je.

Robiń­ski umie­jęt­nie spla­ta „jasną” opo­wieść o czło­wie­ku, któ­ry wrósł w tkan­kę lasu, a więc odda­je tej prze­strze­ni i jej spra­wom swo­je zaan­ga­żo­wa­nie i siły, z war­stwą mrocz­niej­szą. Jest to bowiem rów­nież histo­ria o kłu­sow­ni­kach, nad­gor­li­wych myśli­wych i nie­po­ko­ją­co prze­rze­dza­ją­cych się wil­czych rodzi­nach. Opo­wieść Woj­ta­sa zosta­je osnu­ta wokół tej leśnej rze­czy­wi­sto­ści, a dzię­ki lite­rac­kim zdol­no­ściom Robiń­skie­go nie­na­chal­nie, ale wyraź­nie do gło­su docho­dzą tu spra­wy nie­zmier­nie istot­ne. Bio­log oczy­wi­ście bro­ni naj­słab­szych miesz­kań­ców lasów, a tak­że regu­lar­nie wypusz­cza się za wschod­nią gra­ni­cę, żeby nieść pomoc ukra­iń­skim sąsia­dom. Jest zało­ży­cie­lem Fun­da­cji Linia Fron­tu, dostar­cza­ją­cej pomoc woj­sko­wą na ukra­iń­ski front w Don­ba­sie. To dzia­ła­nie trak­tu­je rów­nie natu­ral­nie jak obo­wiąz­ki bio­lo­ga, wciąż jed­nak tęsk­ni za życiem bli­sko natu­ry. Jak sam mówi na zakoń­cze­nie roz­mo­wy z Robiń­skim:

[…] tam, na pogra­ni­czu Ukra­iny i Węgier, widzia­łem napraw­dę pięk­ne góry. Jak w Ame­ry­ce, sze­ro­kie dro­gi prze­ci­na­ją­ce dzicz. Musi­my się tam kie­dyś razem wybrać. Ale nie na woj­nę. Kra­jo­znaw­czo.

Okładka czasopisma „Pismo. Magazyn opinii” 2026, nr 5.
„Pismo. Magazyn opinii” 2026, nr 5.

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

– redaktorka, recenzentka literacka.

więcej →

Powiązane teksty