W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„eleWator”
W najnowszym numerze „eleWatora” Jakub Skurtys pisze o sporach dotyczących znaczenia współczesnej krytyki literackiej, która w ostatnich latach stała się obiektem wielu oczekiwań i przedmiotem wielu zarzutów, często wzajemnie sprzecznych. Oskarżanie jej o z jednej strony hermetyczność i wtórność, z drugiej – o nadmierne uleganie emocjom sprawiło, że obecnie funkcjonuje ona w atmosferze wzmożonego napięcia. Za problematyczną można uznać także sferę mediów społecznościowych, w których często dochodzi do wspomnianych sporów: daleko idące uproszczenia i zbyt emocjonalne reakcje mają negatywny wpływ na merytoryczny wymiar dyskusji krytycznej. W tekście Zapluty karzeł krytyki (i inne reakcje) Skurtys zwraca uwagę, że podważanie zasadności funkcji oceniającej współczesnej krytyki skutkuje kwestionowaniem prawa badaczy literatury do wartościowania. To ostatnie zaś stanowi – obok funkcji poznawczej i operacyjnej – istotę krytyki literackiej jako praktyki kulturowej. Z funkcją poznawczą łączy autor analizę i interpretację utworu, z kolei funkcja operacyjna odpowiada według Skurtysa „za umiejętność włączenia dzieła w pole literackie, podłączenia pod różne procesy społeczne, tworzenie kontekstów, organizowanie życia literackiego, również na poziomie popularyzacji książek”. Autor sprzeciwia się również mówieniu o „śmierci krytyki”; wskazuje raczej na zanik profesjonalnego języka rozmowy o literaturze, coraz częściej zastępowanego przez reakcje spontaniczne, a więc nieoparte na żadnej metodzie badania dzieła literackiego. Zaznacza także, że dryfowanie krytyki literackiej w rejony, w których służy ona jako narzędzie perswazji lub marketingu, odcina ją od funkcji interpretacyjnych, a w pewnym sensie również ontologicznych, co przyczynia się do wyraźnego zubożenia współczesnego dyskursu krytycznego. Uprawiając krytykę, która wyłącznie potwierdza nasze przekonania, nie pozwalamy sobie na wprawdzie ryzykowną, ale bez wątpienia ożywczą intelektualnie przygodę. Oczywiście przyjęcie odmiennej postawy, otwartej na inne sposoby widzenia literatury, wymaga od nas przenicowania własnych schematów myślowych, ale według Skurtysa właśnie ów podejmowany przez nas trud czyni możliwym nasze pełnoprawne uczestnictwo w kulturze. Posiłkując się różnorodnymi założeniami dotyczącymi filologii jako nauki oraz sztuki interpretacji – by wymienić choćby refleksje Hansa Ulricha Gumbrechta, Friedricha Nietzschego czy Martina Heideggera – Skurtys przekonuje, że komentowanie dzieła literackiego „okazuje się formą ekspresji, a więc działania społecznego i filozoficznego”.
*
Karol Samsel w eseju Diaromania i diaromachia. Sens dziennikopisarstwa w 2026 roku poddaje analizie współczesną diarystykę, nie stroniąc od dość radyklanych sformułowań. Krytykuje na przykład tak zwany dziennik intymny, uznając ten gatunek literacki za źródło wtórnych wzorców myślenia. Dostaje się trochę Filipowi Łobodzińskiemu i Jerzemu Andrzejewskiemu, a także Szczepanowi Twardochowi i Jackowi Dehnelowi (temu ostatniemu zdecydowanie najbardziej). Nawet Witold Gombrowicz, którego twórczość w pewnym sensie stanowi ważny punkt odniesienia dla Samsela, został w jego eseju oszacowany dość negatywnie. Z krytyką spotkał się zwłaszcza proces wydawniczy Kronosa: Samsel uznaje ów proces za przykład jaskrawego przykładu manipulacji rynkowej (o swego rodzaju dysfunkcjach tego rynku pisze zresztą szerzej). W swojej czasem zjadliwej, ale niewątpliwie erudycyjnej analizie Samsel zgłasza pewne postulaty i nadaje im głęboki sens. Twierdzi, że dziennik jako gatunek literacki w istocie należy do „gatunku Hefajstosa” – surowej kuźni, w której życie i literatura zlewają się w swoistą ontologiczną jedność. Według Samsela, parafrazującego słowa Jana Błońskiego, wzorcowy diarysta potrafi znienawidzić skórę świata, żeby dokonać na niej egzystencjalnej zemsty. Dziennik staje się wówczas arcyformą, która pozwala przekroczyć granice języka tam, gdzie kończy się literatura, a zaczyna ontologia. Samsel dodaje, że prawdziwy dziennik musi być aureliański: bolesny, odważny i antymieszczański. Zapisuje:
Dziennik to dźwignia, być może dźwignia wszystkiego dzisiaj, co dałoby się związać z życiem oraz z literaturą, pod tym wszelako warunkiem, że dźwignia ta musi wynikać z miary, stać więc w punkcie podparcia.
„Pole”
W najnowszym numerze „Pola” zostaje przypomniana postać Jakuba Wojciechowskiego. To twórca, jak pisze we wstępie Renata Bożek, mało znany, a nawet wśród wąskiej grupy odbiorców wzbudzający skrajne postawy. Jedni go wielbią, są niemal wyznawcami jego Życiorysu własnego robotnika, inni zaś odmawiają mu jakichkolwiek zdolności pisarskich. Wśród głosów przychylnych można znaleźć między innymi słowa Witolda Gombrowicza, Ireny Krzywickiej, Stanisława Helsztyńskiego, Jerzego Pluty czy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Ten ostatni z wymienionych stał się również w pewnym sensie promotorem Wojciechowskiego, ponieważ wspierał dążenia literackie tego ludowego pisarza i memuarysty. W przedruku z 1932 roku opublikowanym w „Polu” Boy-Żeleński zarysowuje biografię Wojciechowskiego: ubogie dzieciństwo, wczesną emigrację zarobkową i wyczerpującą fizycznie pracę. W tak naszkicowanym życiorysie następuje pęknięcie, dość niespodziewane i zdumiewające – Wojciechowski wygrywa konkurs Polskiego Instytutu Socjologicznego na Życiorys własny robotnika (wydany w 1930 roku). W ten sposób prawie czterdziestoletni mężczyzna – po ukończeniu zaledwie czterech klas szkoły podstawowej, pracujący jako tramwajarz w Magdeburgu – rozpoczyna swoją przygodę z literaturą. Co miał do zaoferowania Wojciechowski, a co tak zachwyciło Boya? Otóż ten znakomity tłumacz i krytyk, całkowicie świadomy dużej naiwności pisarstwa Wojciechowskiego i jego niedostatków językowych, dostrzegł wrodzony mu zmysł literacki, który rozwinął się mimo warunków całkowicie niesprzyjających rozwojowi talentu. Boy zapisał:
[…] nas, pisarzy, musi najbardziej obchodzić nie ta lub inna przynależność tego robotnika, ale on sam jako artysta, jako zjawisko, jako erupcja pisarskiego talentu. Musiała nas zachwycić fenomenalna plastyka jego pamięci, świeżość obrazowania, jego poczucie kadencji i rytmu zdań, zdolność sugerowania tonu.
Według Boya Wojciechowski nie jest więc jedynie fenomenem literackim czy społecznym, ale wartym uwagi i całkowicie osobnym twórcą.
*
Postacią w pewnym sensie podobną do Wojciechowskiego, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie związane z pochodzeniem i społecznym awansem, może być Stanisław Pigoń. Temu niemal rówieśnikowi Wojciechowskiego (urodził się rok później), pochodzącemu z ubogiej chłopskiej rodziny z okolic Jasła, przypadł w udziale znaczny awans społeczny: został historykiem literatury polskiej i rektorem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, a także profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Agnieszka Skolasińska w tekście O niewygodnych ideałach. Z Komborni w świat Stanisława Pigonia czytane przez współczesną postchłopkę analizuje jego opowieść, starając się poddać mit „drogi w górę” krytycznej rewizji. Zadaje pytanie, dlaczego – mimo obecnego fenomenu popularności przeróżnych ludowych narracji – wspomnienia Pigonia są odbierane raczej jako niezbyt odkrywcze. Co czyni jego zapiski dość marginalną lekturą, podczas gdy Chłopki Joanny Kuciel-Frydryszak stały się bestsellerem? Według Skolasińskiej Z Komborni w świat… legitymizują istniejący ówcześnie porządek społeczny – Pigoń opowiada o chłopskim doświadczeniu w ramach istniejącej hierarchii, bez próby jej podważenia. Proponuje raczej coś w rodzaju projektu dydaktycznego, wpisuje chłopskie doświadczenia w katolicko-narodową wizję wspólnoty. Chłodne analizy, relacjonowanie faktów czy zapis etnograficznych szczegółów nie zostawiają wiele miejsca na wprowadzenie do tej opowieści warstwy emocjonalnej. Wyjątkiem są pewne pęknięcia w narracji – fragmenty dziennika studenckiego, w których Pigoń odsłania swoją niepewność, poczucie obcości i lęk przed utratą tożsamości. Wersja „dydaktyczna” wówczas w pewnym sensie kruszeje, by pokazać człowieka, który dopiero odnajduje swoje miejsce w kulturze, krytycznie obserwuje społeczeństwo i doświadcza samotności. Ta niejednoznaczność broni Pigonia, ale nie na tyle, by dokonana przez Skolasińską reinterpretacja jego zapisków stała się istotnym komentarzem do współczesnych sporów o pamięć, o chłopskość i rolę społeczną tej ostatniej.
„Kraków i Świat”
W najnowszym numerze „Krakowa i Świata” znajdziemy interesującą rozmowę z Miłoszem Bembinowem, dyrygentem i kompozytorem, obecnie pełniącym funkcję prezesa Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Skupiłyśmy się na fragmentach poświęconych właśnie tej organizacji. Całą rozmowę – Siła dźwięku i moc prawa – przeprowadzili Anna Petelenz i Krzysztof Burnetko. Miłosz Bembinow porusza między innymi problem największych niebezpieczeństw, jakie zagrażają dzisiaj twórcom ze strony nowoczesnych technologii. Tak o nim opowiada:
Wyzwaniem na pewno jest generatywna sztuczna inteligencja, która – tak jak dla dziennikarzy, redakcji i wielu innych profesji – jest poważnym zagrożeniem choćby w zakresie odpowiedzialności za treść. Jeśli chodzi o dobra kultury – obraz, fotografię, film czy muzykę – mamy dziś w AI, z jednej strony, fantastyczne narzędzie dla świadomego twórcy. Bo dzięki wsparciu AI może on tworzyć nowe, ciekawe rzeczy. Z drugiej jednak, gdy mówimy o promptowaniu i powstających w ten sposób wytworach – bo to nie jest „utwór” w rozumieniu prawa, lecz wytwór.
Jednym z rozwiązań tego problemu mogłoby być wprowadzenie obowiązku oznaczania treści AI, a także utrzymywanie stosownych proporcji między tym, co tworzy artysta, a tym, co generuje sztuczna inteligencja. Wówczas kompozytor mógłby wykorzystywać do piętnastu procent muzyki generowanej przez algorytmy, a pozostałych osiemdziesiąt pięć procent musiałoby być efektem jego własnej pracy twórczej. Rozwiązanie tego rodzaju jest obecnie rozważane przez Unię Europejską.
Nie ulega wątpliwości, że regulacje prawne mają wielkie znaczenie i powinny jak najszybciej zostać wprowadzone w życie. Miłosz Bembinow zwraca uwagę również na kwestię edukacyjną, która – oczywiście w odmienny sposób – może sprawić, że kolejne pokolenia zyskają świadomość tego, jak ważną rolę w całym procesie twórczym odgrywa autor dzieła. Tak podsumowuje to prezes ZAiKS‑u:
Już czytając dziecku wiersze, można mówić, że kim innym jest pan Jan Brzechwa, a kim innym pan Julian Tuwim. Jeśli będziemy słuchać muzyki klasycznej i mówić: to Mozart, a to Bach, zaś przy muzyce rozrywkowej powtarzać: śpiewa Maryla Rodowicz, ale to piosenka autorstwa Agnieszki Osieckiej i Seweryna Krajewskiego, to też będziemy budować świadomość, że istnieje ktoś taki jak autor. Istotne jest także ułatwianie dostępu do dzieł – tworzenie jak najwięcej legalnych źródeł, z których można skorzystać w nowoczesny sposób.
*
Łukasz Maciejewski w szkicu Światłość w sierpniu. Monika Niemczyk kreśli portret tej wybitnej autorki, znanej choćby z filmu Diabeł Andrzeja Żuławskiego, a także z wielu ważnych i cenionych realizacji teatralnych. Styl Maciejewskiego, dobrze znany z kolejnych tomów jego cyklu Autorki, jest niezmiernie szczegółowy, lecz niepozbawiony nieodłącznej elegancji nawet wtedy, gdy pisze o rzeczach bolesnych. Siedząc z Moniką Niemczyk w jej pełnym wypielęgnowanych roślin ogrodzie i popijając prosecco, Maciejewski snuje opowieść o jej trudnym dzieciństwie, pozbawionym uczucia ojcu, który opuścił rodzinę i wyjechał do Anglii. Zapisuje, że Niemczyk zobaczyła go dopiero wówczas, gdy zaczęła studiować Warszawie, podczas koncertu w Filharmonii Narodowej, następnie zaś oddaje głos samej aktorce:
Kupiłam kwiaty i wypracowałam formułkę: „Chciałam panu złożyć gratulacje jako artyście”. Powiedziałam to przy jego garderobie. Była ze mną o wiele starsza znajoma, pamiętająca rodziców z czasów, kiedy mieszkali w Polsce. Ojciec popatrzył najpierw na nią, potem na mnie i powiedział: „Masz piękną córkę”. Usłyszał w odpowiedzi: „Wacławie, ale to jest twoja córka”. Odparł: „No i co z tego?”. Cmoknął mnie w policzek, protekcjonalnie, obco. Tego było za wiele.
„Więcej się nie zobaczyli. Z Radia Wolna Europa Monika dowiedziała się, że ojciec umarł” – dodaje Niemczyk
Życie prywatne aktorki przeplata się tu z życiem artystycznym. Poznajemy najważniejszych dla niej reżyserów, którzy ją ukształtowali i których spektakle nie wyglądałyby tak samo bez jej udziału. Byli to między innymi Jerzy Goliński, Jerzy Krassowski, Irena Babel, Jerzy Grzegorzewski, Ryszard Major, Krystian Lupa, z którym zresztą Niemczyk współpracuje do dzisiaj. Łukasz Maciejewski przypomina także jej niezapomnianą rolę Molly Bloom w opartej na „Ulissesie” sztuce wyreżyserowanej Henryka Baranowskiego: recenzenci pisali, że kreacja Niemczyk jest mocniejsza niż w literackim arcydziele. Obecnie aktorkę możemy oglądać w przedstawieniach Krzysztofa Warlikowskiego i Michała Borczucha. Maciejewski podsumowuje:
Wytworna, chociaż niekiedy jest to wytworność z przymrużeniem oka, w spektaklach Borczucha, Lupy czy Warlikowskiego stoi na scenie bezbronna. Jakby jej bohaterki mówiły nam: „Zobaczcie, to tylko pozłotka, to tylko kostium, te moje damy, turniury, atłasy są okryciem przejmującej prawdy: o losie jednej dziewczyny, kobiety, o losie pokolenia, i o losie świata”. Kobieta – enigma, kobieta – poza wiekiem, kobieta – symbol innych kobiet. Przerwanych narracji, przerwanych biografii, zacerowanych życiorysów.
Która aktorka nie chciałaby być tak opisana?
„Odra”
Majowy numer „Odry”, w dwudziestą rocznicę śmierci Jerzego Ficowskiego częściowo poświęcony temu artyście, przynosi kilka intrygujących tekstów o jego twórczości. Marta Baron-Milian pisze o wierszach Ficowskiego, a Maciej Woźniak o jego opowiadaniach. Interesujący jest także „monolog do pytań o Jerzego Ficowskiego” – Stare i nowe dekrety Piotra Sommera, w którym ten tłumacz i poeta przybliża kilka kwestii związanych z poetycką twórczością Ficowskiego w kontekście badań nad kulturą cygańską tego ostatniego. W zapisanym w nietypowej formie rozmowy tekście Sommer wyjaśnia, skąd wzięła się jego fascynacja wierszami Ficowskiego:
Myślałem i pisałem o poezji Ficowskiego powiedzmy z trzech powodów. Po pierwsze poznałem go między piętnastym a szesnastym rokiem życia. […] Wiedziałem, że jest świetny, ale nawet na własny użytek nie umiałem wtedy jakoś uważniej powiedzieć, dlaczego jest świetny, no skąd. Nie miałem tego typu języka. I z pewnością – dziś to oczywiste – do pełniejszej lektury wierszy Ficowskiego trzeba było mieć świadomość językową wyostrzoną jakby od innej strony niż w wypadku jego mniej-więcej rówieśników. Różewicza czy Herberta łykało się od razu, a do czytania Fica trzeba było przyjaźnić się z polskim kontekstem inaczej.
Po latach Sommer zyskał uznanie jako tłumacz literatury angloamerykańskiej i poeta, lecz jego podziw dla wierszy Ficowskiego nie zmalał: przejawia się choćby w opracowywaniu zbiorów wierszy tego zmarłego dwadzieścia lat temu poety. Sommer wprost deklaruje, że według niego Śmierć jednorożca jest jedną z najlepszych książek poetyckich, jakie ukazały się po wojnie. W szczególności zwraca uwagę na metamorficzność wyobraźni Jerzego:
W Pierwieściach, wierszu ze Śmierć jednorożca to, co ważne, idzie „z zadali” i „z podedna”. Dałoby się pewnie powiedzieć, że z wyjątkiem tomu Inicjał (1994), każda rzecz poddaje się u niego zmianie, również to, co raczej chciałoby być trwałe. W Zawczasie z poniewczasem jest wiersz Pamięć, który zaczyna się tak: „już mi się zacierają / kontury rodziców / i z poniewczasem zawczas / raz po raz się myli.
Dobrze się stało, że redakcja „Odry” zdecydowała się na publikację tekstów przypominających o twórczości tego być może trochę – a na pewno niesłusznie – przemilczanego poety.
*
Zatrzymałyśmy się dłużej przy opowiadaniu Mirosława Drabczyka Pociągiem przez noc. To wzruszająca historia o niespełnionej miłości, bez której życie – co oczywiste – miałoby niepełny smak. To opowieść o uczuciu dwojga ludzi, którzy widzieli się zaledwie raz, a ich oparty na braterstwie dusz związek podtrzymywało wysyłanie mejlów, pisanie esemesów i rozmowy telefoniczne. Kamilę poznajemy, kiedy opowiada narratorowi przez telefon o niezwykłym spotkaniu w wagonie:
Jechała pociągiem i w jej przedziale niewidoma kobieta rozwiązywała krzyżówki. Nie mogłem uwierzyć.
– Ale jak to robiła? Miała krzyżówki pisane brajlem?
– Nie, towarzyszyła jej nastoletnia wnuczka, która głośno odczytywała pytania, a babka równie głośno podawała hasła, na ogół bezbłędnie. Trzeba przyznać, że była niezła w te krzyżówki. Wnuczka nie nadążała z wpisywaniem haseł w kratki. Mimowolnie wszyscy w przedziale rozwiązywali w myślach te krzyżówki, ale nikt nie śmiał zwrócić jej uwagi. Może to była jedyna jej rozrywka. Powiem ci, czułam się, jakbym brała udział w scenie z filmu, najlepiej hiszpańskiego, bo oni byli dobrzy w surrealizmie.
Nawiązania do tego nurtu artystycznego w sztuce hiszpańskiej pojawia się w opowiadaniu Drabczyka kilka razy. Z podróży do Londynu narrator przywozi ukochanej album z obrazami Remedios Varo. Nie może jednak zobaczyć się z Kamilą, więc wysyła go na adres redakcji, w której ta pracuje. Kobieta ogromnie cieszy się z podarunku i zapisuje, że twórczość tej artystki „stanowi kwintesencję tego, za czym od zawsze podświadomie tęskniła”, i przemawia do niej znacznie głębiej niż obrazy Salvadora Dalego i jego naśladowców. Bohater opowiadania Drabczyka podsumowuje:
Miała później ten album w szpitalu i opisywała mi, co odczytuje z poszczególnych obrazów, podkreślając za każdym razem, że coraz głębiej zanurza się w tę baśń. Z zawodowego nawyku wymieniała, co ją tam kręci: subtelne rysunki, łagodność linii, dyscyplina kolorystyczna, intrygująca technika (mgławice kosmiczne usiane gwiazdami, które malarka uzyskiwała, przyciskając folię do zamalowanej powierzchni), fantastyczna maszyneria, niczym przeniesiona z powieści Jules’a Verne’a i klarowna symbolika wyprowadzona z tradycji mistycznych, ezoteryki czy czegoś w tym stylu.
Surrealne korzenie ma jeszcze jeden wątek w opisywanym tu opowiadaniu, ale go nie zdradzamy, ponieważ puentuje on całość. Dlatego z przyjemnością odsyłamy do osobistej lektury Pociągiem przez noc Mirosława Drabczyka.