Prasówka (8 maja 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„eleWator”

W naj­now­szym nume­rze „ele­Wa­to­ra” Jakub Skur­tys pisze o spo­rach doty­czą­cych zna­cze­nia współ­cze­snej kry­ty­ki lite­rac­kiej, któ­ra w ostat­nich latach sta­ła się obiek­tem wie­lu ocze­ki­wań i przed­mio­tem wie­lu zarzu­tów, czę­sto wza­jem­nie sprzecz­nych. Oskar­ża­nie jej o z jed­nej stro­ny her­me­tycz­ność i wtór­ność, z dru­giej – o nad­mier­ne ule­ga­nie emo­cjom spra­wi­ło, że obec­nie funk­cjo­nu­je ona w atmos­fe­rze wzmo­żo­ne­go napię­cia. Za pro­ble­ma­tycz­ną moż­na uznać tak­że sfe­rę mediów spo­łecz­no­ścio­wych, w któ­rych czę­sto docho­dzi do wspo­mnia­nych spo­rów: dale­ko idą­ce uprosz­cze­nia i zbyt emo­cjo­nal­ne reak­cje mają nega­tyw­ny wpływ na mery­to­rycz­ny wymiar dys­ku­sji kry­tycz­nej. W tek­ście Zaplu­ty karzeł kry­ty­ki (i inne reak­cje) Skur­tys zwra­ca uwa­gę, że pod­wa­ża­nie zasad­no­ści funk­cji oce­nia­ją­cej współ­cze­snej kry­ty­ki skut­ku­je kwe­stio­no­wa­niem pra­wa bada­czy lite­ra­tu­ry do war­to­ścio­wa­nia. To ostat­nie zaś sta­no­wi – obok funk­cji poznaw­czej i ope­ra­cyj­nej – isto­tę kry­ty­ki lite­rac­kiej jako prak­ty­ki kul­tu­ro­wej. Z funk­cją poznaw­czą łączy autor ana­li­zę i inter­pre­ta­cję utwo­ru, z kolei funk­cja ope­ra­cyj­na odpo­wia­da według Skur­ty­sa „za umie­jęt­ność włą­cze­nia dzie­ła w pole lite­rac­kie, pod­łą­cze­nia pod róż­ne pro­ce­sy spo­łecz­ne, two­rze­nie kon­tek­stów, orga­ni­zo­wa­nie życia lite­rac­kie­go, rów­nież na pozio­mie popu­la­ry­za­cji ksią­żek”. Autor sprze­ci­wia się rów­nież mówie­niu o „śmier­ci kry­ty­ki”; wska­zu­je raczej na zanik pro­fe­sjo­nal­ne­go języ­ka roz­mo­wy o lite­ra­tu­rze, coraz czę­ściej zastę­po­wa­ne­go przez reak­cje spon­ta­nicz­ne, a więc nie­opar­te na żad­nej meto­dzie bada­nia dzie­ła lite­rac­kie­go. Zazna­cza tak­że, że dry­fo­wa­nie kry­ty­ki lite­rac­kiej w rejo­ny, w któ­rych słu­ży ona jako narzę­dzie per­swa­zji lub mar­ke­tin­gu, odci­na ją od funk­cji inter­pre­ta­cyj­nych, a w pew­nym sen­sie rów­nież onto­lo­gicz­nych, co przy­czy­nia się do wyraź­ne­go zubo­że­nia współ­cze­sne­go dys­kur­su kry­tycz­ne­go. Upra­wia­jąc kry­ty­kę, któ­ra wyłącz­nie potwier­dza nasze prze­ko­na­nia, nie pozwa­la­my sobie na wpraw­dzie ryzy­kow­ną, ale bez wąt­pie­nia ożyw­czą inte­lek­tu­al­nie przy­go­dę. Oczy­wi­ście przy­ję­cie odmien­nej posta­wy, otwar­tej na inne spo­so­by widze­nia lite­ra­tu­ry, wyma­ga od nas prze­ni­co­wa­nia wła­snych sche­ma­tów myślo­wych, ale według Skur­ty­sa wła­śnie ów podej­mo­wa­ny przez nas trud czy­ni moż­li­wym nasze peł­no­praw­ne uczest­nic­two w kul­tu­rze. Posił­ku­jąc się róż­no­rod­ny­mi zało­że­nia­mi doty­czą­cy­mi filo­lo­gii jako nauki oraz sztu­ki inter­pre­ta­cji – by wymie­nić choć­by reflek­sje Han­sa Ulri­cha Gum­brech­ta, Frie­dri­cha Nie­tz­sche­go czy Mar­ti­na Heideg­ge­ra – Skur­tys prze­ko­nu­je, że komen­to­wa­nie dzie­ła lite­rac­kie­go „oka­zu­je się for­mą eks­pre­sji, a więc dzia­ła­nia spo­łecz­ne­go i filo­zo­ficz­ne­go”.

*

Karol Sam­sel w ese­ju Dia­ro­ma­nia i dia­ro­ma­chia. Sens dzien­ni­ko­pi­sar­stwa w 2026 roku pod­da­je ana­li­zie współ­cze­sną dia­ry­sty­kę, nie stro­niąc od dość rady­kla­nych sfor­mu­ło­wań. Kry­ty­ku­je na przy­kład tak zwa­ny dzien­nik intym­ny, uzna­jąc ten gatu­nek lite­rac­ki za źró­dło wtór­nych wzor­ców myśle­nia. Dosta­je się tro­chę Fili­po­wi Łobo­dziń­skie­mu i Jerze­mu Andrze­jew­skie­mu, a tak­że Szcze­pa­no­wi Twar­do­cho­wi i Jac­ko­wi Deh­ne­lo­wi (temu ostat­nie­mu zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej). Nawet Witold Gom­bro­wicz, któ­re­go twór­czość w pew­nym sen­sie sta­no­wi waż­ny punkt odnie­sie­nia dla Sam­se­la, został w jego ese­ju osza­co­wa­ny dość nega­tyw­nie. Z kry­ty­ką spo­tkał się zwłasz­cza pro­ces wydaw­ni­czy Kro­no­sa: Sam­sel uzna­je ów pro­ces za przy­kład jaskra­we­go przy­kła­du mani­pu­la­cji ryn­ko­wej (o swe­go rodza­ju dys­funk­cjach tego ryn­ku pisze zresz­tą sze­rzej). W swo­jej cza­sem zja­dli­wej, ale nie­wąt­pli­wie eru­dy­cyj­nej ana­li­zie Sam­sel zgła­sza pew­ne postu­la­ty i nada­je im głę­bo­ki sens. Twier­dzi, że dzien­nik jako gatu­nek lite­rac­ki w isto­cie nale­ży do „gatun­ku Hefaj­sto­sa” – suro­wej kuź­ni, w któ­rej życie i lite­ra­tu­ra zle­wa­ją się w swo­istą onto­lo­gicz­ną jed­ność. Według Sam­se­la, para­fra­zu­ją­ce­go sło­wa Jana Błoń­skie­go, wzor­co­wy dia­ry­sta potra­fi znie­na­wi­dzić skó­rę świa­ta, żeby doko­nać na niej egzy­sten­cjal­nej zemsty. Dzien­nik sta­je się wów­czas arcy­for­mą, któ­ra pozwa­la prze­kro­czyć gra­ni­ce języ­ka tam, gdzie koń­czy się lite­ra­tu­ra, a zaczy­na onto­lo­gia. Sam­sel doda­je, że praw­dzi­wy dzien­nik musi być aure­liań­ski: bole­sny, odważ­ny i anty­miesz­czań­ski. Zapi­su­je:

Dzien­nik to dźwi­gnia, być może dźwi­gnia wszyst­kie­go dzi­siaj, co dało­by się zwią­zać z życiem oraz z lite­ra­tu­rą, pod tym wsze­la­ko warun­kiem, że dźwi­gnia ta musi wyni­kać z mia­ry, stać więc w punk­cie pod­par­cia.

Okładka czasopisma „eleWator” 2026, nr 1.
„eleWator” 2026, nr 1.

„Pole”

W naj­now­szym nume­rze „Pola” zosta­je przy­po­mnia­na postać Jaku­ba Woj­cie­chow­skie­go. To twór­ca, jak pisze we wstę­pie Rena­ta Bożek, mało zna­ny, a nawet wśród wąskiej gru­py odbior­ców wzbu­dza­ją­cy skraj­ne posta­wy. Jed­ni go wiel­bią, są nie­mal wyznaw­ca­mi jego Życio­ry­su wła­sne­go robot­ni­ka, inni zaś odma­wia­ją mu jakich­kol­wiek zdol­no­ści pisar­skich. Wśród gło­sów przy­chyl­nych moż­na zna­leźć mię­dzy inny­mi sło­wa Witol­da Gom­bro­wi­cza, Ire­ny Krzy­wic­kiej, Sta­ni­sła­wa Helsz­tyń­skie­go, Jerze­go Plu­ty czy Tade­usza Boya-Żeleń­skie­go. Ten ostat­ni z wymie­nio­nych stał się rów­nież w pew­nym sen­sie pro­mo­to­rem Woj­cie­chow­skie­go, ponie­waż wspie­rał dąże­nia lite­rac­kie tego ludo­we­go pisa­rza i memu­ary­sty. W prze­dru­ku z 1932 roku opu­bli­ko­wa­nym w „Polu” Boy-Żeleń­ski zary­so­wu­je bio­gra­fię Woj­cie­chow­skie­go: ubo­gie dzie­ciń­stwo, wcze­sną emi­gra­cję zarob­ko­wą i wyczer­pu­ją­cą fizycz­nie pra­cę. W tak naszki­co­wa­nym życio­ry­sie nastę­pu­je pęk­nię­cie, dość nie­spo­dzie­wa­ne i zdu­mie­wa­ją­ce – Woj­cie­chow­ski wygry­wa kon­kurs Pol­skie­go Insty­tu­tu Socjo­lo­gicz­ne­go na Życio­rys wła­sny robot­ni­ka (wyda­ny w 1930 roku). W ten spo­sób pra­wie czter­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna – po ukoń­cze­niu zale­d­wie czte­rech klas szko­ły pod­sta­wo­wej, pra­cu­ją­cy jako tram­wa­jarz w Mag­de­bur­gu – roz­po­czy­na swo­ją przy­go­dę z lite­ra­tu­rą. Co miał do zaofe­ro­wa­nia Woj­cie­chow­ski, a co tak zachwy­ci­ło Boya? Otóż ten zna­ko­mi­ty tłu­macz i kry­tyk, cał­ko­wi­cie świa­do­my dużej naiw­no­ści pisar­stwa Woj­cie­chow­skie­go i jego nie­do­stat­ków języ­ko­wych, dostrzegł wro­dzo­ny mu zmysł lite­rac­ki, któ­ry roz­wi­nął się mimo warun­ków cał­ko­wi­cie nie­sprzy­ja­ją­cych roz­wo­jo­wi talen­tu. Boy zapi­sał:

[…] nas, pisa­rzy, musi naj­bar­dziej obcho­dzić nie ta lub inna przy­na­leż­ność tego robot­ni­ka, ale on sam jako arty­sta, jako zja­wi­sko, jako erup­cja pisar­skie­go talen­tu. Musia­ła nas zachwy­cić feno­me­nal­na pla­sty­ka jego pamię­ci, świe­żość obra­zo­wa­nia, jego poczu­cie kaden­cji i ryt­mu zdań, zdol­ność suge­ro­wa­nia tonu.

Według Boya Woj­cie­chow­ski nie jest więc jedy­nie feno­me­nem lite­rac­kim czy spo­łecz­nym, ale war­tym uwa­gi i cał­ko­wi­cie osob­nym twór­cą.

*

Posta­cią w pew­nym sen­sie podob­ną do Woj­cie­chow­skie­go, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o kwe­stie zwią­za­ne z pocho­dze­niem i spo­łecz­nym awan­sem, może być Sta­ni­sław Pigoń. Temu nie­mal rówie­śni­ko­wi Woj­cie­chow­skie­go (uro­dził się rok póź­niej), pocho­dzą­ce­mu z ubo­giej chłop­skiej rodzi­ny z oko­lic Jasła, przy­padł w udzia­le znacz­ny awans spo­łecz­ny: został histo­ry­kiem lite­ra­tu­ry pol­skiej i rek­to­rem Uni­wer­sy­te­tu Ste­fa­na Bato­re­go w Wil­nie, a tak­że pro­fe­so­rem Uni­wer­sy­te­tu Jagiel­loń­skie­go. Agniesz­ka Sko­la­siń­ska w tek­ście O nie­wy­god­nych ide­ałach. Z Kom­bor­ni w świat Sta­ni­sła­wa Pigo­nia czy­ta­ne przez współ­cze­sną post­chłop­kę ana­li­zu­je jego opo­wieść, sta­ra­jąc się pod­dać mit „dro­gi w górę” kry­tycz­nej rewi­zji. Zada­je pyta­nie, dla­cze­go – mimo obec­ne­go feno­me­nu popu­lar­no­ści prze­róż­nych ludo­wych nar­ra­cji – wspo­mnie­nia Pigo­nia są odbie­ra­ne raczej jako nie­zbyt odkryw­cze. Co czy­ni jego zapi­ski dość mar­gi­nal­ną lek­tu­rą, pod­czas gdy Chłop­ki Joan­ny Kuciel-Fry­dry­szak sta­ły się best­sel­le­rem? Według Sko­la­siń­skiej Z Kom­bor­ni w świat… legi­ty­mi­zu­ją ist­nie­ją­cy ówcze­śnie porzą­dek spo­łecz­ny – Pigoń opo­wia­da o chłop­skim doświad­cze­niu w ramach ist­nie­ją­cej hie­rar­chii, bez pró­by jej pod­wa­że­nia. Pro­po­nu­je raczej coś w rodza­ju pro­jek­tu dydak­tycz­ne­go, wpi­su­je chłop­skie doświad­cze­nia w kato­lic­ko-naro­do­wą wizję wspól­no­ty. Chłod­ne ana­li­zy, rela­cjo­no­wa­nie fak­tów czy zapis etno­gra­ficz­nych szcze­gó­łów nie zosta­wia­ją wie­le miej­sca na wpro­wa­dze­nie do tej opo­wie­ści war­stwy emo­cjo­nal­nej. Wyjąt­kiem są pew­ne pęk­nię­cia w nar­ra­cji – frag­men­ty dzien­ni­ka stu­denc­kie­go, w któ­rych Pigoń odsła­nia swo­ją nie­pew­ność, poczu­cie obco­ści i lęk przed utra­tą toż­sa­mo­ści. Wer­sja „dydak­tycz­na” wów­czas w pew­nym sen­sie kru­sze­je, by poka­zać czło­wie­ka, któ­ry dopie­ro odnaj­du­je swo­je miej­sce w kul­tu­rze, kry­tycz­nie obser­wu­je spo­łe­czeń­stwo i doświad­cza samot­no­ści. Ta nie­jed­no­znacz­ność bro­ni Pigo­nia, ale nie na tyle, by doko­na­na przez Sko­la­siń­ską rein­ter­pre­ta­cja jego zapi­sków sta­ła się istot­nym komen­ta­rzem do współ­cze­snych spo­rów o pamięć, o chłop­skość i rolę spo­łecz­ną tej ostat­niej.

Okładka czasopisma „Pole” 2026, nr 1.
„Pole” 2026, nr 1.

„Kraków i Świat”

W naj­now­szym nume­rze „Kra­ko­wa i Świa­ta” znaj­dzie­my inte­re­su­ją­cą roz­mo­wę z Miło­szem Bem­bi­no­wem, dyry­gen­tem i kom­po­zy­to­rem, obec­nie peł­nią­cym funk­cję pre­ze­sa Sto­wa­rzy­sze­nia Auto­rów ZAiKS. Sku­pi­ły­śmy się na frag­men­tach poświę­co­nych wła­śnie tej orga­ni­za­cji. Całą roz­mo­wę – Siła dźwię­ku i moc pra­wa – prze­pro­wa­dzi­li Anna Pete­lenz i Krzysz­tof Bur­net­ko. Miłosz Bem­bi­now poru­sza mię­dzy inny­mi pro­blem naj­więk­szych nie­bez­pie­czeństw, jakie zagra­ża­ją dzi­siaj twór­com ze stro­ny nowo­cze­snych tech­no­lo­gii. Tak o nim opo­wia­da:

Wyzwa­niem na pew­no jest gene­ra­tyw­na sztucz­na inte­li­gen­cja, któ­ra – tak jak dla dzien­ni­ka­rzy, redak­cji i wie­lu innych pro­fe­sji – jest poważ­nym zagro­że­niem choć­by w zakre­sie odpo­wie­dzial­no­ści za treść. Jeśli cho­dzi o dobra kul­tu­ry – obraz, foto­gra­fię, film czy muzy­kę – mamy dziś w AI, z jed­nej stro­ny, fan­ta­stycz­ne narzę­dzie dla świa­do­me­go twór­cy. Bo dzię­ki wspar­ciu AI może on two­rzyć nowe, cie­ka­we rze­czy. Z dru­giej jed­nak, gdy mówi­my o promp­to­wa­niu i powsta­ją­cych w ten spo­sób wytwo­rach – bo to nie jest „utwór” w rozu­mie­niu pra­wa, lecz wytwór.

Jed­nym z roz­wią­zań tego pro­ble­mu mogło­by być wpro­wa­dze­nie obo­wiąz­ku ozna­cza­nia tre­ści AI, a tak­że utrzy­my­wa­nie sto­sow­nych pro­por­cji mię­dzy tym, co two­rzy arty­sta, a tym, co gene­ru­je sztucz­na inte­li­gen­cja. Wów­czas kom­po­zy­tor mógł­by wyko­rzy­sty­wać do pięt­na­stu pro­cent muzy­ki gene­ro­wa­nej przez algo­ryt­my, a pozo­sta­łych osiem­dzie­siąt pięć pro­cent musia­ło­by być efek­tem jego wła­snej pra­cy twór­czej. Roz­wią­za­nie tego rodza­ju jest obec­nie roz­wa­ża­ne przez Unię Euro­pej­ską.

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że regu­la­cje praw­ne mają wiel­kie zna­cze­nie i powin­ny jak naj­szyb­ciej zostać wpro­wa­dzo­ne w życie. Miłosz Bem­bi­now zwra­ca uwa­gę rów­nież na kwe­stię edu­ka­cyj­ną, któ­ra – oczy­wi­ście w odmien­ny spo­sób – może spra­wić, że kolej­ne poko­le­nia zyska­ją świa­do­mość tego, jak waż­ną rolę w całym pro­ce­sie twór­czym odgry­wa autor dzie­ła. Tak pod­su­mo­wu­je to pre­zes ZAiKS‑u:

Już czy­ta­jąc dziec­ku wier­sze, moż­na mówić, że kim innym jest pan Jan Brze­chwa, a kim innym pan Julian Tuwim. Jeśli będzie­my słu­chać muzy­ki kla­sycz­nej i mówić: to Mozart, a to Bach, zaś przy muzy­ce roz­ryw­ko­wej powta­rzać: śpie­wa Mary­la Rodo­wicz, ale to pio­sen­ka autor­stwa Agniesz­ki Osiec­kiej i Sewe­ry­na Kra­jew­skie­go, to też będzie­my budo­wać świa­do­mość, że ist­nie­je ktoś taki jak autor. Istot­ne jest tak­że uła­twia­nie dostę­pu do dzieł – two­rze­nie jak naj­wię­cej legal­nych źró­deł, z któ­rych moż­na sko­rzy­stać w nowo­cze­sny spo­sób.

*

Łukasz Macie­jew­ski w szki­cu Świa­tłość w sierp­niu. Moni­ka Niem­czyk kre­śli por­tret tej wybit­nej autor­ki, zna­nej choć­by z fil­mu Dia­beł Andrze­ja Żuław­skie­go, a tak­że z wie­lu waż­nych i cenio­nych reali­za­cji teatral­nych. Styl Macie­jew­skie­go, dobrze zna­ny z kolej­nych tomów jego cyklu Autor­ki, jest nie­zmier­nie szcze­gó­ło­wy, lecz nie­po­zba­wio­ny nie­od­łącz­nej ele­gan­cji nawet wte­dy, gdy pisze o rze­czach bole­snych. Sie­dząc z Moni­ką Niem­czyk w jej peł­nym wypie­lę­gno­wa­nych roślin ogro­dzie i popi­ja­jąc pro­sec­co, Macie­jew­ski snu­je opo­wieść o jej trud­nym dzie­ciń­stwie, pozba­wio­nym uczu­cia ojcu, któ­ry opu­ścił rodzi­nę i wyje­chał do Anglii. Zapi­su­je, że Niem­czyk zoba­czy­ła go dopie­ro wów­czas, gdy zaczę­ła stu­dio­wać War­sza­wie, pod­czas kon­cer­tu w Fil­har­mo­nii Naro­do­wej, następ­nie zaś odda­je głos samej aktor­ce:

Kupi­łam kwia­ty i wypra­co­wa­łam for­muł­kę: „Chcia­łam panu zło­żyć gra­tu­la­cje jako arty­ście”. Powie­dzia­łam to przy jego gar­de­ro­bie. Była ze mną o wie­le star­sza zna­jo­ma, pamię­ta­ją­ca rodzi­ców z cza­sów, kie­dy miesz­ka­li w Pol­sce. Ojciec popa­trzył naj­pierw na nią, potem na mnie i powie­dział: „Masz pięk­ną cór­kę”. Usły­szał w odpo­wie­dzi: „Wacła­wie, ale to jest two­ja cór­ka”. Odparł: „No i co z tego?”. Cmok­nął mnie w poli­czek, pro­tek­cjo­nal­nie, obco. Tego było za wie­le.

„Wię­cej się nie zoba­czy­li. Z Radia Wol­na Euro­pa Moni­ka dowie­dzia­ła się, że ojciec umarł” – doda­je Niem­czyk

Życie pry­wat­ne aktor­ki prze­pla­ta się tu z życiem arty­stycz­nym. Pozna­je­my naj­waż­niej­szych dla niej reży­se­rów, któ­rzy ją ukształ­to­wa­li i któ­rych spek­ta­kle nie wyglą­da­ły­by tak samo bez jej udzia­łu. Byli to mię­dzy inny­mi Jerzy Goliń­ski, Jerzy Kras­sow­ski, Ire­na Babel, Jerzy Grze­go­rzew­ski, Ryszard Major, Kry­stian Lupa, z któ­rym zresz­tą Niem­czyk współ­pra­cu­je do dzi­siaj. Łukasz Macie­jew­ski przy­po­mi­na tak­że jej nie­za­po­mnia­ną rolę Mol­ly Blo­om w opar­tej na „Ulis­se­sie” sztu­ce wyre­ży­se­ro­wa­nej Hen­ry­ka Bara­now­skie­go: recen­zen­ci pisa­li, że kre­acja Niem­czyk jest moc­niej­sza niż w lite­rac­kim arcy­dzie­le. Obec­nie aktor­kę może­my oglą­dać w przed­sta­wie­niach Krzysz­to­fa War­li­kow­skie­go i Micha­ła Bor­czu­cha. Macie­jew­ski pod­su­mo­wu­je:

Wytwor­na, cho­ciaż nie­kie­dy jest to wytwor­ność z przy­mru­że­niem oka, w spek­ta­klach Bor­czu­cha, Lupy czy War­li­kow­skie­go stoi na sce­nie bez­bron­na. Jak­by jej boha­ter­ki mówi­ły nam: „Zobacz­cie, to tyl­ko pozłot­ka, to tyl­ko kostium, te moje damy, tur­niu­ry, atła­sy są okry­ciem przej­mu­ją­cej praw­dy: o losie jed­nej dziew­czy­ny, kobie­ty, o losie poko­le­nia, i o losie świa­ta”. Kobie­ta – enig­ma, kobie­ta – poza wie­kiem, kobie­ta – sym­bol innych kobiet. Prze­rwa­nych nar­ra­cji, prze­rwa­nych bio­gra­fii, zace­ro­wa­nych życio­ry­sów.

Któ­ra aktor­ka nie chcia­ła­by być tak opi­sa­na?

Okładka czasopisma „Kraków i Świat” 2026, nr 5–6.
„Kraków i Świat” 2026, nr 5–6.

„Odra”

Majo­wy numer „Odry”, w dwu­dzie­stą rocz­ni­cę śmier­ci Jerze­go Ficow­skie­go czę­ścio­wo poświę­co­ny temu arty­ście, przy­no­si kil­ka intry­gu­ją­cych tek­stów o jego twór­czo­ści. Mar­ta Baron-Milian pisze o wier­szach Ficow­skie­go, a Maciej Woź­niak o jego opo­wia­da­niach. Inte­re­su­ją­cy jest tak­że „mono­log do pytań o Jerze­go Ficow­skie­go” – Sta­re i nowe dekre­ty Pio­tra Som­me­ra, w któ­rym ten tłu­macz i poeta przy­bli­ża kil­ka kwe­stii zwią­za­nych z poetyc­ką twór­czo­ścią Ficow­skie­go w kon­tek­ście badań nad kul­tu­rą cygań­ską tego ostat­nie­go. W zapi­sa­nym w nie­ty­po­wej for­mie roz­mo­wy tek­ście Som­mer wyja­śnia, skąd wzię­ła się jego fascy­na­cja wier­sza­mi Ficow­skie­go:

Myśla­łem i pisa­łem o poezji Ficow­skie­go powiedz­my z trzech powo­dów. Po pierw­sze pozna­łem go mię­dzy pięt­na­stym a szes­na­stym rokiem życia. […] Wie­dzia­łem, że jest świet­ny, ale nawet na wła­sny uży­tek nie umia­łem wte­dy jakoś uważ­niej powie­dzieć, dla­cze­go jest świet­ny, no skąd. Nie mia­łem tego typu języ­ka. I z pew­no­ścią – dziś to oczy­wi­ste – do peł­niej­szej lek­tu­ry wier­szy Ficow­skie­go trze­ba było mieć świa­do­mość języ­ko­wą wyostrzo­ną jak­by od innej stro­ny niż w wypad­ku jego mniej-wię­cej rówie­śni­ków. Róże­wi­cza czy Her­ber­ta łyka­ło się od razu, a do czy­ta­nia Fica trze­ba było przy­jaź­nić się z pol­skim kon­tek­stem ina­czej.

Po latach Som­mer zyskał uzna­nie jako tłu­macz lite­ra­tu­ry anglo­ame­ry­kań­skiej i poeta, lecz jego podziw dla wier­szy Ficow­skie­go nie zma­lał: prze­ja­wia się choć­by w opra­co­wy­wa­niu zbio­rów wier­szy tego zmar­łe­go dwa­dzie­ścia lat temu poety. Som­mer wprost dekla­ru­je, że według nie­go Śmierć jed­no­roż­ca jest jed­ną z naj­lep­szych ksią­żek poetyc­kich, jakie uka­za­ły się po woj­nie. W szcze­gól­no­ści zwra­ca uwa­gę na meta­mor­ficz­ność wyobraź­ni Jerze­go:

W Pier­wie­ściach, wier­szu ze Śmierć jed­no­roż­ca to, co waż­ne, idzie „z zada­li” i „z pode­dna”. Dało­by się pew­nie powie­dzieć, że z wyjąt­kiem tomu Ini­cjał (1994), każ­da rzecz pod­da­je się u nie­go zmia­nie, rów­nież to, co raczej chcia­ło­by być trwa­łe. W Zawcza­sie z ponie­wcza­sem jest wiersz Pamięć, któ­ry zaczy­na się tak: „już mi się zacie­ra­ją / kon­tu­ry rodzi­ców / i z ponie­wcza­sem zawczas / raz po raz się myli.

Dobrze się sta­ło, że redak­cja „Odry” zde­cy­do­wa­ła się na publi­ka­cję tek­stów przy­po­mi­na­ją­cych o twór­czo­ści tego być może tro­chę – a na pew­no nie­słusz­nie – prze­mil­cza­ne­go poety.

*

Zatrzy­ma­ły­śmy się dłu­żej przy opo­wia­da­niu Miro­sła­wa Drab­czy­ka Pocią­giem przez noc. To wzru­sza­ją­ca histo­ria o nie­speł­nio­nej miło­ści, bez któ­rej życie – co oczy­wi­ste – mia­ło­by nie­peł­ny smak. To opo­wieść o uczu­ciu dwoj­ga ludzi, któ­rzy widzie­li się zale­d­wie raz, a ich opar­ty na bra­ter­stwie dusz zwią­zek pod­trzy­my­wa­ło wysy­ła­nie mej­lów, pisa­nie ese­me­sów i roz­mo­wy tele­fo­nicz­ne. Kami­lę pozna­je­my, kie­dy opo­wia­da nar­ra­to­ro­wi przez tele­fon o nie­zwy­kłym spo­tka­niu w wago­nie:

Jecha­ła pocią­giem i w jej prze­dzia­le nie­wi­do­ma kobie­ta roz­wią­zy­wa­ła krzy­żów­ki. Nie mogłem uwie­rzyć.
– Ale jak to robi­ła? Mia­ła krzy­żów­ki pisa­ne braj­lem?
– Nie, towa­rzy­szy­ła jej nasto­let­nia wnucz­ka, któ­ra gło­śno odczy­ty­wa­ła pyta­nia, a bab­ka rów­nie gło­śno poda­wa­ła hasła, na ogół bez­błęd­nie. Trze­ba przy­znać, że była nie­zła w te krzy­żów­ki. Wnucz­ka nie nadą­ża­ła z wpi­sy­wa­niem haseł w krat­ki. Mimo­wol­nie wszy­scy w prze­dzia­le roz­wią­zy­wa­li w myślach te krzy­żów­ki, ale nikt nie śmiał zwró­cić jej uwa­gi. Może to była jedy­na jej roz­ryw­ka. Powiem ci, czu­łam się, jak­bym bra­ła udział w sce­nie z fil­mu, naj­le­piej hisz­pań­skie­go, bo oni byli dobrzy w sur­re­ali­zmie.

Nawią­za­nia do tego nur­tu arty­stycz­ne­go w sztu­ce hisz­pań­skiej poja­wia się w opo­wia­da­niu Drab­czy­ka kil­ka razy. Z podró­ży do Lon­dy­nu nar­ra­tor przy­wo­zi uko­cha­nej album z obra­za­mi Reme­dios Varo. Nie może jed­nak zoba­czyć się z Kami­lą, więc wysy­ła go na adres redak­cji, w któ­rej ta pra­cu­je. Kobie­ta ogrom­nie cie­szy się z poda­run­ku i zapi­su­je, że twór­czość tej artyst­ki „sta­no­wi kwin­te­sen­cję tego, za czym od zawsze pod­świa­do­mie tęsk­ni­ła”, i prze­ma­wia do niej znacz­nie głę­biej niż obra­zy Salva­do­ra Dale­go i jego naśla­dow­ców. Boha­ter opo­wia­da­nia Drab­czy­ka pod­su­mo­wu­je:

Mia­ła póź­niej ten album w szpi­ta­lu i opi­sy­wa­ła mi, co odczy­tu­je z poszcze­gól­nych obra­zów, pod­kre­śla­jąc za każ­dym razem, że coraz głę­biej zanu­rza się w tę baśń. Z zawo­do­we­go nawy­ku wymie­nia­ła, co ją tam krę­ci: sub­tel­ne rysun­ki, łagod­ność linii, dys­cy­pli­na kolo­ry­stycz­na, intry­gu­ją­ca tech­ni­ka (mgła­wi­ce kosmicz­ne usia­ne gwiaz­da­mi, któ­re malar­ka uzy­ski­wa­ła, przy­ci­ska­jąc folię do zama­lo­wa­nej powierzch­ni), fan­ta­stycz­na maszy­ne­ria, niczym prze­nie­sio­na z powie­ści Jules’a Verne’a i kla­row­na sym­bo­li­ka wypro­wa­dzo­na z tra­dy­cji mistycz­nych, ezo­te­ry­ki czy cze­goś w tym sty­lu.

Sur­re­al­ne korze­nie ma jesz­cze jeden wątek w opi­sy­wa­nym tu opo­wia­da­niu, ale go nie zdra­dza­my, ponie­waż puen­tu­je on całość. Dla­te­go z przy­jem­no­ścią odsy­ła­my do oso­bi­stej lek­tu­ry Pocią­giem przez noc Miro­sła­wa Drab­czy­ka.

Okładka czasopisma „Odra” 2026, nr 5.
„Odra” 2026, nr 5.

– redaktorka, recenzentka literacka.

więcej →

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

Powiązane teksty