W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Znak”
Z uwagą śledzimy cykle tematyczne proponowane przez redakcję „Znaku”. W majowym numerze tego miesięcznika z pewnością warto sięgnąć do rubryki Rozmowy o dobrym życiu. Tym razem Amelia Sarnowska przeprowadziła rozmowę z Anną Sasnal – Miło mi pana poznać. Reżyserka, scenarzystka i montażystka filmowa mówi o tym, jak ważne są dla niej podróże, szczególnie te, w które wyrusza razem z mężem Wilhelmem Sasnalem. Umożliwiają jej one odczuwanie, jak sama to określa, „stanu przyjemnej obcości”. Za to o mniej przyjemnych wymiarach tego odczucia opowiada, wspominając Obcego Alberta Camusa. Zaznacza:
To książka mojego życia. Tekst, do którego wracam i który z tyłu głowy wciąż analizuję. Na podstawie powieści Camusa zrobiliśmy też z Wilim film „Słońce, to słońce mnie oślepiło”. To opowieść o różnych wariantach bycia obcym. O świadomych wyborach […]. Lektura tej książki stanowi zarazem szansę, by w jakimś sensie porzucić siebie. Przyjrzeć się temu, czym obcość w ogóle jest. Spróbować zrozumieć, w jak różny sposób może się realizować. Najważniejsza w wymiarze moralnym, społecznym i politycznym jest tu jednak kategoria obcości narzuconej społecznie. Wynikająca z wrogości, niechęci, lęku przed innym człowiekiem.
Anna Sasnal ma na myśli emigrantów. To właśnie ich przybycie do Europy poniekąd wizjonersko zapowiedział film Sasnalów. Spora część rozmowy poświęcona została przemijaniu. Reżyserka nie ukrywa, że skończyła pięćdziesiąt lat, a jest to wiek skłaniający do wielu refleksji. Upływający czas z jednej strony wzbudza w artystce pewien rodzaj niepokoju, z drugiej jednak sprawia, że jej ciekawość świata staje się jeszcze większa. Jak mówi Sasnal:
[…] wczoraj byliśmy razem [z Wilhelmem – red.] w jednym z muzeów w Londynie. Odwiedziliśmy Tate Modern. Siedząc przy kawie, rozejrzałam się dookoła: znaleźliśmy się wśród samych starszych ludzi. W większości kobiet. Powiedziałam wtedy: „Wili, czy pomyślałeś kiedyś o tym, że jak się nam nic złego nie przydarzy, to kiedyś znów będziemy tutaj siedzieć? Wrócimy za 10 lat, o 10 lat starsi, potem o kolejne 10 – i czy to jest dla ciebie przyjemna perspektywa?”. Odpowiedział: „Wspaniała”.
*
W „Znaku” często pojawiają się także teksty poświęcone sztukom wizualnym. Tym razem poszczególne etapy twórczości Aliny Szapocznikow w artykule Zapamiętywanie ciała opisał Piotr Kosiewski. Choć ta wybitna i słynna artystka 16 maja obchodziłaby setne urodziny, w Polsce nie pomyślano o uczynieniu jej patronką 2026 roku. Może dlatego tym bardziej warto przypomnieć sobie zarówno jej dzieła, jak i związane z nimi mniej znane fakty. Na przykład niezrealizowaną rzeźbę Rolls-Royce’a, która miała pokazać, co artystka myślała o nadmiarze produkowanych przedmiotów. Kosiewski zapisuje:
Szapocznikow marzyła, by wyrzeźbić z marmuru Rolls-Royce’a naturalnej wielkości. Solidnego, z jednego kawałka. „To dzieło lub przedmiot będzie bardzo drogie, całkowicie bezużyteczne i będzie przykładem Boga Najwyższego Luksusu” – pisała w 1970 roku w tekście o znaczącym tytule „Mój amerykański sen”. Powstaniem pracy był zainteresowany legendarny dziś kurator Harald Szeemann, przygotowujący wówczas program wystawy w ramach „Documenta 5” w Kassel, jednego z największych wydarzeń artystycznych, i to nie tylko w Europie, poświęconych sztuce współczesnej. Ostatecznie rzeźby nie udało się zrealizować.
Interesująco brzmi również opis prezentowanej w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Paryżu pracy Goldfinger, w której Szapocznikow połączyła odlew kobiecych ud z tak zwanym wahaczem, czyli z częścią zawieszenia samochodu. Kosiewski relacjonuje:
Całość pokryła złotą farbą. Ciało stało się jednością z maszyną. Zostało uprzedmiotowione, bezbronne. Tytuł pracy i jej kolor wprost odniosły się do głośnego filmu z cyklu „007”, który rok wcześniej wszedł na ekrany kin. Praca przypominała o losie jednej z jego bohaterek, która dusi się, pokryta złotą farbą. Rzeźba otrzymuje nagrodę William and Noma Copley Foundation, a członkami jury, które ją przyznało, byli między innymi Jean Arp, Marcel Duchamp i Man Ray.
W dalszej części artykułu Kosiewski pisze o późniejszych rzeźbach artystki, które stanowią wyraz jej refleksji nad cielesnością, a zwłaszcza nad ciałem zagrożonym chorobą. Lektura tekstu być może skłoni czytelników do odwiedzenia Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie prezentowana jest obecnie wystawa Szapocznikow. Osobista, i Galerii Zachęta w Warszawie, gdzie rzeźby Aliny Szapocznikow zostaną pokazane obok prac irańsko-niemieckiej artystki wizualnej Nairy Baghramian.
„Strefa Kultury” tygodnika „Newsweek”
Każde życie ma znaczenie – to tytuł poruszającego wywiadu Katarzyny Janowskiej z Wojciechem Tochmanem, opublikowanego w najnowszej „Strefie Kultury”. Reporter ów od dłuższego czasu jeździ do Ukrainy, żeby ratować zwierzęta, które znalazły się na terytorium walk. W swojej najnowszej książce Delfiny i Belzebub opisał ludzi z narażeniem życia ewakuujących z linii frontu opuszczone psy i koty i szukających dla nich bezpiecznego miejsca. Tochman oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że zwierzęta zostały tam porzucone, mimo to nikogo nie ocenia. Twierdzi bowiem, że nikt z nas nie wie, jak zachowałby się w tak dramatycznej sytuacji. Znaczna część rozmowy jest poświęcona właśnie różnym postawom ludzi i rozmaitym dokonywanym przez nich wyborom. Jak podkreśla reporter:
Każde życie ma znaczenie. Co nie znaczy, że wszyscy tak sądzą. Wiele zwierząt nie doczekało ratunku, bo zostały zamknięte w mieszkaniach, zostawione na łańcuchach przy budach. Pisząc książkę, starałem się nie moralizować, nie mówić, co jest dobre, a co złe. Ludzie, którzy w panice uciekają przed bombami, zabierają swoje dzieci, swoje wnuki, pies może nie jest wtedy najważniejszy. Rozumiem. Nikogo nie oceniam. Zwłaszcza że niektórzy, kiedy już dotrą w bezpieczne miejsce, dzwonią do 12 Stróżów albo do Animal Rescue Kharkiv i proszą o uratowanie zostawionego kota czy psa.
Tochman podaje także przykład starszych samotnych kobiet, które zostają w opuszczonych domach na linii frontu i opiekują się zwierzętami sąsiadów zmuszonych do ucieczki. O pomoc proszą one dopiero wtedy, kiedy okazuje się, że nie zdołają dłużej samodzielnie karmić czworonogów, bo w okolicy zamknięto ostatni sklep. Wówczas ratownicy ze specjalnych organizacji zabierają zwierzęta do schronisk, które mimo wielu wad zapewniają psom i kotom szansę na przetrwanie. Tochman opowiada:
Kilkaset kilometrów od Fedoriwki w Kupiańsku na Charkowszczyźnie dzielna kobieta, Wiktoria Kruczyna, z zawodu architektka, sterylizowała psy. Wyjechała stamtąd w sierpniu 2025 roku jako jedna z ostatnich. W ostatniej chwili wywiozła 100 ulicznych psów. Wszystkie, które w tym bezludnym mieście dokarmiała przez trzy wojenne lata. Swoim małym samochodem zrobiła kilka kursów pod ostrzałem. Za każdym razem po 20 psów. Aż pod Kijów, gdzie miała umówione schroniska. Pukała do bramy, a tam nikogo nie było, nikt nie odbierał telefonów. Była zdesperowana, zbliżała się godzina policyjna, no i jak długo możesz trzymać zwierzęta w samochodzie? Boks na boksie. I kto przyjął te psy? Sasza Mezinowa, która boryka się z długami, ciągle brakuje jej pieniędzy na opłacenie weterynarzy, na zakup dobrej karmy. W sytuacji krytycznej to ona otwiera drzwi dla wojennych zwierząt. A potem czyta w internecie zarzuty, że przyjmuje ich za dużo.
Właśnie: wspomniana rozmowa dotyczy także skłonności do wytykania błędów innym ludziom. Przeczytajcie ją koniecznie. Sięgnijcie również po książkę Tochmana Delfiny i Belzebub. Jesteśmy przekonane, że będzie to owocna lektura.
„Zakład”
W najnowszym numerze magazynu społeczno-literackiego „Zakład” znajdziemy artykuł Lynn Suha poświęcony twórczości Kim Hyesoon, uznawanej za jedną z najwybitniejszych koreańskich poetek. Jej Fantomowy ból skrzydeł łączy dwa porządki znaczeń, które przez wzajemną relację mnożą sensy i otwierają przed czytelnikami i czytelniczkami szerszą perspektywę interpretacyjną. Ten w pewnym sensie niemal matematyczny zabieg nie wynika z kalkulacji autorki, lecz jest naturalną konsekwencją stosowanych przez nią środków poetyckich. Suh w swojej interpretacji czerpie z tradycji koreańskiego szamanizmu – motywy obecne w tym imaginarium przekształca i wykorzystuje w sposób, który pozwala uwypuklić wiele kwestii związanych ze współczesnością. Suh interpretuje poezję Hyesoon, odwołując się do istotnych elementów tej twórczości: do postaci księżniczki Bari i do figury ptaka – pośrednika między światami żywych i umarłych. Motywy straty i porzucenia, które uosabia Bari, łączą się z transgresyjną zdolnością ptaka – z jego mocą do przekucia osamotnienia w siłę i sprawczość. Sama poetka nazywa swój tom „przebiegiem ptaszenia”, Suh zaś zapisuje:
[…] w twórczości Kim Hyesoon ptak staje się jej alter ego, figurą przemawiającą w imieniu „uśmierconej” kobiecości […]. Czasownik „ptaszę” można więc rozumieć szerzej jako „robię-kobietę” lub „robię-kobiecość” […]. Pisanie poezji nie jest tu jedynie zapisywaniem ptasiego głosu, lecz swego rodzaju ucieleśnionym, performatywnym aktem.
*
W Kolejnej rozmowie o poezji zaangażowanej Wojciech Kopeć razem ze swoimi interlokutorami – Tomaszem Bąkiem i Szczepanem Kopytem – zastanawia się nad sensem poezji zaangażowanej i wynikającymi z niej możliwościami. Trzech poetów rozważa, czym jest poezja zaangażowana, jakie przybiera formy oraz czy może wpływać na rzeczywistość społeczną i polityczną. Powyższe kwestie można sprowadzić do pytania: czy nie stoimy dziś raczej w obliczu sytuacji, w której potencjał zmiany i transformacji zastanych schematów myślenia spychany jest do niszowej sfery symbolicznych gestów? Zarówno Bąk, jak i Kopyt widzą sens w działaniach poetyckich – dostrzegają możliwość wpływu wiersza na kształtowanie sposobu myślenia odbiorców, na podawanie w wątpliwość utrwalonych schematów poznawczych i na demaskowanie pułapek intelektualnych. Wspomniana rozmowa nie jest wzajemnym przytakiwaniem – wszystkich trzech autorów różni temperatura emocji, z jaką podchodzą do kwestii poezji zaangażowanej, w różny sposób traktują oni także narzędzia i cele wyobraźni utopijnej i różnorako postrzegają ekonomiczne i polityczne uwikłania literackie. Bąk mówi:
Wydaje mi się, że wciąż staram się zwracać uwagę na zagadnienia, o których wygodniej i zdrowiej jest po prostu nie myśleć, nie traktując wiersza jako czegoś koniecznie przyjemnego w bliższym kontakcie, wierzę w transformacyjną siłę czytelniczego dyskomfortu.
Kopyt zaś dodaje:
Poezja, jeśli jest rewolucyjna, znosi stan obecny, domaga się zmian. Jest może bazowo malutką, ale jednak częścią praktyk prefiguratywnych – o ile naprawdę jest jakoś rewolucyjna. Trochę pachnie to awangardą, jakąś – jak nazwał to kiedyś Paweł Kaczmarski – opornością, która musi się pojawić, gdy sięga się po nowe, poszukuje.
Nawet jeśli autorom czasem zdarza się trochę dryfować, dwie powyższe dialogujące ze sobą perspektywy pokazują, że poezja zaangażowana jest nie tyle formą, ile ideą. Warto dodać: ideą pojemną i wartą nieustannego namysłu, a jej sens na pewno wychodzi poza kwestie związane z zaangażowaniem politycznym.
„Pismo. Magazyn opinii”
Przestraszone dzieci przestraszonych rodziców to tytuł rozmowy Katarzyny Kazimierowskiej z Joanną Flis poświęconej zaburzeniom lękowym dzieci i tak zwanych młodych dorosłych, opublikowanej w majowym numerze „Pisma”. Z perspektywy psycholożki, psychoterapeutki i pedagożki Flis zarysowuje problematykę fobii społecznych, w tym ich wpływ na funkcjonowanie dotkniętych nimi osób oraz ich bliskich. Wyjaśnia źródła zaburzeń, analizuje przejawy zachowań lękowych i przedstawia narzędzia służące do oswajania i przezwyciężania dysfunkcyjnych wzorów. Psychoterapeutka przestrzega jednak przed zbyt szybkim, a przede wszystkim samodzielnym stawianiem diagnoz. Często prowadzi to bowiem do krzywdzących uproszczeń. Sama tak mówi o tym zjawisku:
Skąd płynie łatwość takiego diagnozowania? Skąd wiemy, że te diagnozy są trafne? Chętnie powielamy opinie o kryzysach psychicznych młodych ludzi, ale co to właściwie znaczy? I dlaczego nazywamy lękiem społecznym coś, co może być po prostu lękiem rozwojowym, zdrowym zjawiskiem powiązanym z intensywnymi zmianami, które pojawiają się w ciele i życiu młodych ludzi?
Flis oczywiście nie lekceważy istnienia zaburzeń lękowych, ale zaleca zwrócenie większej uwagi na język, który służy nam do opisu własnych doświadczeń. Młode osoby są świadome swojego zdrowia psychicznego, ale sposób jego opisywania często jest, jak zaznacza Flis: „oderwany od głębi”. Według psycholożki niektóre osoby „posługują się jedynie etykietami pochodzącymi z kultury terapii, skrótami myślowymi oddającymi naturę zjawisk psychicznych”. Tego rodzaju podejście pozwala subiektywnie opisać i nazwać doświadczenie pacjenta/pacjentki, lecz jest wtórne wobec tego, co powinno być zadaniem priorytetowym. Tym zaś jest właśnie kształtowanie odpowiedniego języka opisu wspomnianych doświadczeń; co ważne: pozbawionego skrótów myślowych. Przyglądanie się swoim indywidualnym przeżyciom i wychwytywanie ich niuansów pogłębiają naszą zdolność do refleksji, ułatwiając nam w pierwszej kolejności precyzyjne nazwanie własnego cierpienia, a następnie odnalezienie wyjścia z trudnej sytuacji. Praca nad językiem jest więc sposobem na oswojenie bólu egzystencjalnego i odzyskanie sprawczości.
*
W rubryce Z Pismem u… Adam Robiński zabiera czytelników i czytelniczki do świata karpackich dzikich zwierząt. Tropy wilków, jeleni, rysi i niedźwiedzi są codziennością Zenona Wojtasa – bohatera tekstu – i równocześnie wyznaczają rytm reportażowej opowieści Robińskiego. Wojtas, biolog, specjalista do spraw dużych drapieżników w Magurskim Parku Narodowym:
jest typowym terenowcem – rzadko można go zobaczyć w siedzibie parku, a jego służbowy mundur hibernuje w szafie. Wiedza, którą zdobył, została sumiennie wychodzona – beskidzkie lasy zna od dziecka, od kilkunastu lat w nich pracuje.
Robiński umiejętnie splata „jasną” opowieść o człowieku, który wrósł w tkankę lasu, a więc oddaje tej przestrzeni i jej sprawom swoje zaangażowanie i siły, z warstwą mroczniejszą. Jest to bowiem również historia o kłusownikach, nadgorliwych myśliwych i niepokojąco przerzedzających się wilczych rodzinach. Opowieść Wojtasa zostaje osnuta wokół tej leśnej rzeczywistości, a dzięki literackim zdolnościom Robińskiego nienachalnie, ale wyraźnie do głosu dochodzą tu sprawy niezmiernie istotne. Biolog oczywiście broni najsłabszych mieszkańców lasów, a także regularnie wypuszcza się za wschodnią granicę, żeby nieść pomoc ukraińskim sąsiadom. Jest założycielem Fundacji Linia Frontu, dostarczającej pomoc wojskową na ukraiński front w Donbasie. To działanie traktuje równie naturalnie jak obowiązki biologa, wciąż jednak tęskni za życiem blisko natury. Jak sam mówi na zakończenie rozmowy z Robińskim:
[…] tam, na pograniczu Ukrainy i Węgier, widziałem naprawdę piękne góry. Jak w Ameryce, szerokie drogi przecinające dzicz. Musimy się tam kiedyś razem wybrać. Ale nie na wojnę. Krajoznawczo.