Czy trickster był(a) kobietą? To pytanie zasadzka. Celowa i zamierzona. Zastawiona na wszystkich, którym już podczas czytania tytułu znacząco drgnęła powieka. Jak bowiem analizować w kategoriach męskości i żeńskości archetyp, który wymyka się binarnym podziałom i płynnie przemieszcza między granicami, za nic mając wszelkie normy i nakazy? Jak definiować to, co z definicji niezdefiniowane? Przypisywać płeć tam, gdzie jej nie ma i być nie powinno? Albo gdzie wszystkie jej rodzaje mieszają się, mieniąc migotem najróżniejszych wcieleń? Nie musimy też sięgać po figurę człowieka, stawiać go w centrum, traktować jako wzoru i punktu odniesienia. Podstawą jest tu bowiem nieprzynależność do żadnego ze światów. Ani boskiego, ani śmiertelnego. Trickster wymyka się sprytnie wszelkim próbom klasyfikacji, wysuwa się znienacka z szuflady, wychodzi z szafy. Jego kwintesencją są transgresja, metamorfozy i mieszanie porządków. Podobnie jak w przypadku skaldowskiego króliczka, nie chodzi o to, by go usidlić i złapać, ale by go gonić. I z tego pościgu pod wezwaniem świętego znaku zapytania czerpać przyjemność i intelektualną rozkosz. Negować, rozbijać i dekonstruować. Nie czekając, aż odrodzi się nowy porządek, pławić się w znaczeniowym chaosie.
Skoro trickster ma tak duży potencjał, dlaczego szukamy tej figury głównie w męskich postaciach? Kultura europejska z całą mozaiką kształtujących ją wpływów, do której będę się odnosić, wydaje się rozpoznawać niemal wyłącznie nasycone testosteronem ślady. Utrwala trickstera w postaciach herosów, demonicznych braci, boskich pijaczyn, ludycznych wesołków czy niosących chaos umięśnionych awanturników. Gdyby jednak przyjrzeć się uważniej, wyostrzając korygowany przez wieki patriarchatem wzrok, można by dostrzec, że w orszakach im towarzyszących pełno jest różnorodnych postaci, w tym ogarniętych ekstatycznym szałem bachantek, menad, nimf, demonów i psotnic. Czy zatem udział żeńskiego pierwiastka w tricksterskim archetypie ogranicza się wyłącznie do roli towarzyszki, uroczej asystentki podającej magikowi czarodziejską różdżkę? Podążającej za męskim przewodnikiem i wodzonej na pokuszenie? Biernej i przyjmującej jak Matka Ziemia? Taka interpretacja nie wskazywałaby na transgresyjną siłę rozbijającą światy, lecz byłaby prostym odzwierciedleniem społecznych realiów z budującą je hierarchią przywilejów. Historia pisana jest przez dominujące narracje. Trudno zatem oczekiwać po patriarchalnych strukturach, że oddadzą obecność i wartość niesubordynowanych kobiet czy innych płci. Karl Kerényi, analizując postać trickstera, pisze, że „fallus jest jego alter ego”1. Wydaje się to dość radykalnym ograniczeniem tak nieograniczonej figury. Nasuwa się tu pytanie: gdzie jest miejsce na inne przedstawienia, interpretacje i elementy, które nie mieszczą się w męskim habitusie?
A gdyby tak zacząć od początku, czyli od chaosu? Zawiesić wszystko, co (po)znane i wbudowane w strukturę poszukiwań trickstera, i spróbować odnaleźć go/ją/je na nowo. Wejść w rytm świata na opak, odwrócić zasady, oddalić się od fallicznej narracji, szukać w tych mniej oczywistych obszarach? To, co i kogo tam znajdziemy, może nas zaskoczyć, pomóc zdekonstruować kilka kwestii, a na pewno wywołać wiele pytań. Czy znajdzie się tam miejsce dla figlarnej waginy? Błaźnicy, szachrajki stawiającej wyzwania światom? Bo właśnie jej śladów będę szukać. Mój wybór to tylko kolejny fragment interpretacji trickstera, dokonany przy zachowaniu pełnej świadomości istnienia całego spektrum płci i ich emanacji, które zawierają się w tej postaci.
Zanurzmy się zatem w opowieści.
Najpierw zejdźmy do podziemi, ale nie do alternatywnego undergroundu, lecz do mitycznej przestrzeni Hadesu, gdzie przebywa porwana przez jego władcę Kora/Persefona. Zrozpaczona matka, Demeter, bogini płodności i urodzaju, tuła się po ziemi w poszukiwaniu swojego dziecka. Pogrążona w smutku niczym Mater Dolorosa niesie ze sobą głód i jałową ziemię, ściągając nieszczęście na wszystko, co żyje. W swojej wędrówce trafia do Eleusis, gdzie w przebraniu starej kobiety zajmuje się królewskim synem. Z miłości kąpie niemowlę w płomieniach, pragnąc w ten sposób zapewnić mu nieśmiertelność. Pobyt Demeter na dworze królewskim wiąże się nie tylko z wątpliwymi w skutkach praktykami z ogniem, lecz także ze spotkaniem z Baubo. To jedna ze służących, o – jak się okaże – wyjątkowych cechach i mocach. Baubo za cel stawia sobie pocieszenie pogrążonej w żałobie bogini, choć nikomu do tej pory się to nie udało. Baubo jednak bez wstydu zalewa Demeter potokiem rubasznych opowieści i sprośnych żartów. Zaraża swoim szczerym, frywolnym śmiechem. Nie można się jej oprzeć. W punkcie kulminacyjnym konsolacyjnego rytuału odsłania przed Demeter swoje genitalia, co według mitu przynosi bogini radość i leczy jej smutek. Przywraca matkę Kory do życia i daje jej nowe siły.
Choć misja Baubo zakończyła się sukcesem, to jej postać traktowana jest jako poboczna, często pomijana w (re)interpretacjach mitu. Pamięć o niej przetrwała jednak tysiąclecia, zachowana w formie terakotowych figurek i literackich odniesień. Jej historia i wizualne przedstawienia są podstawą do tricksterskich podejrzeń/domniemań. Baubo często przedstawiana jest bez korpusu, z głową osadzoną na wzgórku łonowym i podbródkiem płynnie przechodzącym w kształt waginy. Bliskość fizjologii, wydzielin ciała, śmiechu wydobywającego się prosto z trzewi – bliskość seksualności i trawienia, a także bezczelność i nonszalancja wyrażane w obecności bóstwa niewątpliwie wskazują na mieszanie porządków. To zacieranie granicy między sacrum a profanum. Dodatkowo niepewność co do tożsamości Baubo sprawia, że postać ta przechodzi w narracjach liczne metamorfozy. Raz uznawana jest za królową Eleusis i matkę kąpanego w ogniu chłopca, innym razem za półboginię albo demona z orszaku mrocznej Hekate, kiedy indziej za „zwykłą” rubaszną staruszkę. Nie daje się jednoznacznie zakwalifikować. Czasem zamienia się w Jambe, składającą frywolne wiersze służącą o boskim rodowodzie. Patronkę drwiącej poezji, przeszywającej odbiorców na wskroś szpikulcem złośliwości. Baubo zmienia swoje tożsamości. Wymyka się jednoznacznym definicjom. Nie wiadomo, kim jest. Wiadomo jednak, że w swoim ucieleśnionym odwróceniu ma moc uzdrawiania bogów. Ma mądrość, która wydobywa się z trzewi rubasznym rechotem i przybiera formę sprośnej poezji wywołującej parsknięcia śmiechu. Zresztą guturalne odgłosy nieustannie towarzyszą Baubo. Jej ulubionym zwierzęciem i atrybutem jest świnia, pokaźna maciora, w tak wielu kulturach uznawana za nieczystą. Baubo siedzi dumnie na jej grzbiecie, ręką gładząc swoje wargi sromowe. W tej postaci pojawia się w Fauście Johanna Wolfganga Goethego. Podczas Nocy Walpurgii przewodzi ona spieszącym na celebrację czarownicom. Jest matką przewodniczką, wspomożycielką i opiekunką.
Przez miasta i wsie
chór czarownic mknie!
Za nami! za nami! wprzód!
przez lasy – przez góry – przez swąd i smród!
GŁOS
Staruszka Baubo na maciorze
w skrach płomienistych wicher porze!
CHÓR
Chwała jej, chwała! za nią w bieg!
– Matka na świni – czart ich strzegł!2
Nazywana jest waginoustną. Może budzić lęk. Vagina dentata, rozwarta, gotowa, by pochłonąć w czeluści albo wydobyć z odmętów najgłębszą prawdę. Ten aspekt zainteresował Friedricha Nietzschego. Nie delikatne uchylenie rąbka, spojrzenie zza welonu, ale właśnie radykalne odsłonięcie Baubo stało się dla niego punktem wyjścia do rozważań o wiedzy radosnej. Tej zanurzonej w tkankach ciała i subiektywności doświadczenia. Oddalonej od metafizyki i abstrakcji, a bliskiej codziennemu życiu. Odsłanianie kobiecych genitaliów – inaczej anasyrma – do którego w swoich działaniach odwołuje się między innymi polska artystka Iwona Demko, pojawia się również w tradycji jako źródło mocy. Ma magiczną siłę, chroni przed złymi duchami. Zapewnia pokój i urodzaj, odstrasza przeciwników i nieprzyjaciół. Praktyka znana jest w wielu kulturach i stosowana w różnych formach przez tysiąclecia. Również Baubo miała swoje liczne odpowiedniczki. Sumeryjska Inanna, babilońska Isztar czy irlandzka Sheela na Gig, której przedstawienia umieszczano nad wejściami do kościołów jeszcze we wczesnym średniowieczu i o której w latach 90. śpiewała PJ Harvey. „Sheela na Gig, ty ekshibicjonistko!” Vagina dentata, wieszcząca zatracenie, i vagina beata, niosąca radość i dobrobyt, unurzana we frywolnym śmiechu. Czysto tricksterska, wywrotowa kombinacja.
Jej echa słychać było w trakcie antycznych celebracji, przede wszystkim misteriów eleuzyjskich i tesmoforiów. Oba święta organizowano na cześć wspomnianej już Demeter. Były czasem przejścia, momentem spotkania przemijalności i odrodzenia. Towarzyszyła im bogata symbolika płodności i seksualności, a poprzedzający je post kończyła uczta, po której na pola rozsypywano niedojedzone kawałki prosiąt.
Uczestniczkami świąt były kobiety, a wśród nich hetery. To grupa o wysokim tricksterskim potencjale. Towarzyszki, córy Koryntu, wysoko postawione kurtyzany potrafiły sprytnie przekraczać wyznaczane im społecznie granice. Manipulować, rozśmieszać, bawić, wzbudzać pożądanie, doprowadzać do pasji, ale i przemawiać, filozofować. Warto przywołać tu dwa przykłady: Aspazję i Fryne. Pierwsza jest chętniej pamiętana jako partnerka Peryklesa niż przedsiębiorczyni prowadząca własny przybytek nie tylko rozkoszy, lecz i spotkań oraz rozmów na wysokim poziomie. Nie bała się zabierać głosu, odważnie zadawać podchwytliwych pytań, wprawiać w zakłopotanie mężczyzn, postawionych w hierarchii wyżej niż ona sama. Co ciekawe, prawdopodobnie nie pochodziła z Aten. Była obcą, której nie dotyczyły lokalne prawa, mogła zatem bez skrępowania brać udział w życiu miasta. Nie będąc żoną, nie podlegała też obowiązkom i ograniczeniom związanym z tym statusem. Pod względem intelektu miała dorównywać mężczyznom. To od niej Sokrates miał się uczyć retoryki. Aspazja nie uznawała norm. Budziła oburzenie, była nazywana intrygantką i manipulatorką, której działania prowadziły do konfliktów. Mieszała w ateńskim porządku.
Podobnie jak Fryne, również cudzoziemka. Słynąca z piękna, choć przez żółtawy kolor skóry przezywana Ropuchą lub Charybdą (od morskiego potwora pochłaniającego żeglarzy). Już to ostatnie określenie odsyła do toposu vaginy dentaty – zębatego monstrum czyhającego na mężczyznę. Hetera, kochanka, a na pewno mąciwoda. Została uwieczniona w pierwszym pełnym kobiecym akcie jako Afrodyta z Knidos. Podobno przyniosła ze sobą kult bóstwa szału, a z nim wiele nasyconych erotyką praktyk i rytuałów, za co miała stanąć przed areopagiem, oskarżona o bezbożność. Tam też doszło do odsłonięcia. Tym razem nie genitalia, lecz nagie piersi wprawiły sędziów w zaskoczenie, zostawiając ich bez tchu; Fryne zaś zapewniły uniewinnienie. Historia zapamiętała ją jako nieznającą umiaru, frywolną i lubieżną, a jednocześnie szczodrą, inteligentną i zabawną, ciętym dowcipem uderzającą w samo sedno. Postać ta stała się symbolem nieskrępowanej wolności i bezpruderyjności. Do Fryne odnosi się w Kwiatach zła Charles Baudelaire3: staje się ona podmiotem zbiorowym, w którym w miłosnym uścisku splatają się ciała kobiet, wzbudzając zazdrość nawet w Erosie. To kolejny literacki przykład sublimacji męskiej fantazji o lesbijskiej erotyce. Jednak postać Fryne ma pozafalliczny, emancypacyjny i transgresyjny potencjał, wykorzystywany przez kolejne tysiąclecia. „Moja odsłonięta postać obnaża moją duszę”, deklarowała na początku XX wieku Adorée Villany, tajemnicza naga tancerka, wykonująca szokującą jej współczesnych choreografię zatytułowaną Nowoczesna Fryne przed areopagiem4. Owiany skandalem performatywny akt radykalnego odsłonięcia uderzał w obowiązujący system, cenzurę i krępujące normy. Każda epoka stawia kobiety przed nowym areopagiem, wydaje się mówić artystka, a postać Fryne z tricksterską przebiegłością towarzyszy im na drodze odzyskiwania ciał i emancypacji.
Hetery i podobne im postacie budziły niepokój społeczny starożytnej Grecji. Ich wywrotowy i transgresyjny potencjał był dostrzegany już wówczas. Konserwatywne kręgi podejmowały intensywne próby ich dyskredytacji, a tym samym utrzymania ich w ryzach, pod kontrolą. Stosowano w tym celu różne zabiegi. Kobiety oskarżano o zamachy stanu, zdrady i stawiano przed sądem. Skazywano je na wygnanie, a nawet śmierć. Tworzono przy tym ośmieszające narracje, mające studzić rewolucyjny ferment i restaurować stary porządek. W tym kontekście warto przywołać komedie Arystofanesa, którego motywacje wciąż wzbudzają liczne dyskusje. Niektórzy/niektóre podejrzewają go o celowe używanie kobiet jako głównych bohaterek w celu zawstydzenia niezdolnych do sprawnego podejmowania decyzji, „zniewieściałych” mężczyzn. Zgodnie z innymi teoriami autor doceniał sprawność i inteligencję kobiet, wskazywał przy tym, że cechy owe przydałyby się społeczeństwu upadających Aten. Lizystrata, tytułowa postać jednej z komedii, przewodzi strajkowi, w którym sprytnie wykorzystuje to, co Michel Foucault nazwałby zapewne elementami biowładzy. Za przewodnictwem bohaterki kobiety odmawiają współżycia z mężczyznami, dopóki ci nie zawrą pokoju. Tym samym seksualność wykorzystywana jest do działania politycznego. Kobiety przejmują kontrolę nie tylko nad reprodukcją, lecz i nad przyjemnością. Aspekt, do którego hierarchiczna struktura ograniczała ich rolę społeczną, stał się siłą pozwalającą sprawować władzę nad ogółem. Lizystrata odwraca porządek i zawiesza zasady. Doprowadza do szału niezaspokojonych mężczyzn, którzy owładnięci potrzebami ciała, nie są w stanie panować nad sobą ani podejmować decyzji. Bohaterka staje się konsekwentną, wyznaczającą reguły przewodniczką wśród chaosu. Podobnie w Sejmie kobiet – przebrane za mężczyzn kobiety oddają władzę samym sobie. Stojąca na ich czele Praxagora ogłasza zmiany mające zagwarantować pokój, równość i swobodę, również seksualną. Jej projekt jest utopijną wizją społeczeństwa. Przebrane kobiety z łatwością przejmują role mężczyzn, ci zaś, odziani w „żeńskie” stroje, równie szybko zmieniają swoje zachowanie. Praxagora proponuje świat na opak, wprowadza w życie utopię, narzuca nowe obowiązki. Jej wizja burzy ład społeczny i porządek natury, wprowadza chaos. Obie komedie przedstawiają sytuację znaczeniowego i prawnego nieładu/rozbicia, ukazaną z ironią i dowcipem, ale stanowiącą ostrzeżenie. Bohaterki, w których drzemie potencjał rewolucyjny, działają podstępem, wywracają struktury społeczne do góry nogami. Z jednej strony są destrukcyjną siłą zagrażającą oswojonemu układowi, a z drugiej – ucieleśniają kreatywną wizję i tęsknotę za realizacją utopijnych marzeń.
Dziedzictwo starożytnej Grecji to jeden z filarów kulturowych Europy, co na pewno mocno skorelowane jest z liczbą zachowanych artefaktów i treści. Warto jednak wrócić do własnego ogródka, rozejrzeć się po jego przepastnych, często słabo udokumentowanych zagonach w poszukiwaniu figury o tricksterskim zacięciu. Idąc tropem kultu płodności i seksualności, który w antycznym świecie obfitował w szelmowskie postacie, dotrzemy do Marzanny, słowiańskiego bóstwa śmierci i zimy. Jej tandem z Dziewanną wydaje się odpowiednikiem relacji Demeter i Kory. Niewiele wiadomo o Marzannie, choć rytuał palenia bądź topienia jej podobizny, który ma rozpocząć wiosnę, przetrwał do dziś. Marzanna pojawia się w momencie przejścia. W liminalnej przestrzeni zmiany. Transformacja, unicestwienie tej figury ma przywrócić ziemi siły witalne i przynieść odrodzenie. Ofiara jest konieczna do odzyskania porządku. Marzanna sytuuje się również na styku światów, życia i śmierci. Ma moc zabierania duszy. Pojawienie się Marzanny to zwiastun rychłego końca. Jest ona łączniczką ze światem zmarłych, z którego wydostają się różnorodne zmory i mary. Zbieżność etymologiczna tych słów z imieniem Marzanny może wskazywać na ich znaczeniowe i zadaniowe pokrewieństwo. Błąkające się po ziemi duchy uprzykrzają ludzkie życie. Pojawiają się w koszmarach, zatrzymują oddech, męczą, wodzą na pokuszenie. Podstępnie zmieniają się w zwierzęta (żaby, koty, kuny), żeby zakraść się w pobliże człowieka.
Nie wiadomo dziś wcale,
Co się śniło Bajdale?
Lecz wiadomo, że szpecąc przystojność przestworza,
Wylazł z rowu Dusiołek, jak półbabek z łoża
Pysk miał z żabia ślimaczy –
(Że też taki żyć raczy!) –
A zad tyli, co kwoka, kiedy znosi jajo.
Milcz, gębo nieposłuszna, bo dziewki wyłają5.
Różnorodność zmór, ich postaci i wcieleń, nie tylko zapładniała romantyczną, dziewiętnastowieczną fantazję, obfitującą w poetyckie przedstawienia (jak w utworach Adama Mickiewicza), lecz i pojawiała się w późniejszym okresie, na przykład w tekstach Bolesława Leśmiana.
W Marzannie łączą się śmierć, choroba i zatracenie. W południowej Polsce postać ta nazywana była po prostu Śmiertką6. Nie tylko towarzyszyła nadejściu wiosny, ale także wchodziła w skład orszaku kolędników odwiedzających domy podczas celebracji Szczodrych Godów. Przedstawiana jako kościotrup lub biała zjawa z kosą, groziła, przestrzegała, ale i robiła przynoszące szczęście psikusy. Kolędnicy to grupa i rytuał z tricksterskiego porządku7. Gwarantują śmiech i dobrobyt, łączą ze sobą różne światy: ludzki, nie-ludzki i duchowy.
Marzannie towarzyszy bogata symbolika płodności i seksualności. Słoma, z której zrobiona jest kukła, to magiczny materiał zapewniający dobrobyt i urodzaj, dający życie, ale i umożliwiający szybką śmierć. Według tradycji słomę układano pod ciałami cierpiących, co miało pomóc im w odejściu. Z jednej strony Marzanna jest surowa i sucha, z drugiej – piękna, ozdobiona wstążkami i kolorami, „godna cesarza”8. Pełna kontrastów i sprzeczności, bliska cielesności, fizjologii w jej ekstremalnych wymiarach płodności czy erotycznej pasji, śmierci, wygaszania i zatrzymania. W ludowych przyśpiewkach nazywana jest „naszą”, czyli oswojoną. Była bohaterką rubasznych rymowanek, bałamuciła chłopaków, którzy różnymi sposobami chcieli ją podglądać: „Stoi Marzanka w kominie, wygląda okiem na świnie”9; „Nasza Marzaneczka na żerdzi, a co się poruszy, to pierdzi”10; „Nasza Marzaneczka w piwnicy, chodzą do niej panicy”11.
Marzanna łączy w sobie kontrasty, prowadzi do destrukcji i odrodzenia. Jest tam, gdzie zatrzymuje się czas, podczas radosnego świętowania zmian i w momencie przejścia-umierania. Wywołuje rubaszny śmiech i śmiertelny lęk. Czy można zatem nazwać ją naszą rodzimą tricksterką?
By odnaleźć ślady boskich szachrajek, musimy podążać krętymi zaułkami mitycznego świata – przez kulty płodności oraz praktyki seksualne, będące pretekstem do spotkania i wspólnego śmiechu, rechotu wydobywającego się prosto z podbrzusza. Musimy zanurzać się w intymnych obszarach ciała i szukać radykalnego odsłonięcia. Wiele kwestii wciąż pozostaje w sferze naszych domysłów, dywagacji i wyobrażeń, co rozbudza naszą ciekawość i wywołuje ekscytację. Nie wracamy z pustymi rękoma. Mityczne tricksterki, obudowane rozmaitymi narracjami, pobieżnie zapamiętane, przyjmujące drugorzędne, epizodyczne role, tylko czekają na wywrócone reguły analizy, które ujawnią szelmowski charakter ich postaci. Tych kilka figur kobiet, które udało się przywołać powyżej, to tylko początek. Zachęta. Zaproszenie. Gdzie urzędowały tricksterki wieków średnich? Błaźnice, klaunice, czarownice…
1 K. Kerényi, The Trickster in Relation to Greek Mythology [w:] P. Radin, The Trickster. A Study in American Indian Mythology, New York: Philosophical Library, 1956, s. 182.
2 J.W. Goethe, Faust, tłum. E. Zegadłowicz, online: https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/goethe-faust-czesc-pierwsza.pdf [dostęp: 14.05.2026].
3 Ch. Baudelaire, Lesbos [w:] tegoż, Kwiaty zła, tłum. B. Wydżga, Warszawa: Gebethner i Wolff, 1927, s. 137–141.
4 A. Villany, Phryné Moderne Devant l’Aréopage, 1913. Zob. B. LeFurgy, Shocking Dance: „Phryné Moderne Devant l’Aréopage”, 1913, online: https://billlefurgy.com/shocking-dance-phryne/ [dostęp: 14.05.2026].
5 B. Leśmian, Dusiołek [w:] tegoż, Łąka. Ballady, online: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/dusiolek, [dostęp: 14.05.2026].
6 U. Janicka-Krzywda, K. Ceklarz, Góralskie czary. Leksykon magii Podtatrza i Beskidów Zachodnich, Zakopane: Tatrzański Park Narodowy, 2014.
7 A. Zalewska, Elementy tricksteriady w dawnych polskich i rosyjskich zwyczajach kolędniczych, „Acta Polono-Ruthenica” 2020, t. XXV, nr 2.
8 M. Łuczyński, Kognitywna definicja Marzanny. Próba rekonstrukcji fragmentu tradycyjnego mitologicznego obrazu świata Słowian, „Studia Mythologica Slavica” 2008, nr 11, s. 178.
9 Tamże, s. 178.
10 Tamże, s. 179.
11 Tamże, s. 178.
