Czy Trickster był(a) kobietą? Na tropie mitycznych szachrajek

Czy trick­ster był(a) kobie­tą? To pyta­nie zasadz­ka. Celo­wa i zamie­rzo­na. Zasta­wio­na na wszyst­kich, któ­rym już pod­czas czy­ta­nia tytu­łu zna­czą­co drgnę­ła powie­ka. Jak bowiem ana­li­zo­wać w kate­go­riach męsko­ści i żeń­sko­ści arche­typ, któ­ry wymy­ka się binar­nym podzia­łom i płyn­nie prze­miesz­cza mię­dzy gra­ni­ca­mi, za nic mając wszel­kie nor­my i naka­zy? Jak defi­nio­wać to, co z defi­ni­cji nie­zde­fi­nio­wa­ne? Przy­pi­sy­wać płeć tam, gdzie jej nie ma i być nie powin­no? Albo gdzie wszyst­kie jej rodza­je mie­sza­ją się, mie­niąc migo­tem naj­róż­niej­szych wcie­leń? Nie musi­my też się­gać po figu­rę czło­wie­ka, sta­wiać go w cen­trum, trak­to­wać jako wzo­ru i punk­tu odnie­sie­nia. Pod­sta­wą jest tu bowiem nie­przy­na­leż­ność do żad­ne­go ze świa­tów. Ani boskie­go, ani śmier­tel­ne­go. Trick­ster wymy­ka się spryt­nie wszel­kim pró­bom kla­sy­fi­ka­cji, wysu­wa się znie­nac­ka z szu­fla­dy, wycho­dzi z sza­fy. Jego kwin­te­sen­cją są trans­gre­sja, meta­mor­fo­zy i mie­sza­nie porząd­ków. Podob­nie jak w przy­pad­ku skal­dow­skie­go kró­licz­ka, nie cho­dzi o to, by go usi­dlić i zła­pać, ale by go gonić. I z tego pości­gu pod wezwa­niem świę­te­go zna­ku zapy­ta­nia czer­pać przy­jem­ność i inte­lek­tu­al­ną roz­kosz. Nego­wać, roz­bi­jać i dekon­stru­ować. Nie cze­ka­jąc, aż odro­dzi się nowy porzą­dek, pła­wić się w zna­cze­nio­wym cha­osie.

Sko­ro trick­ster ma tak duży poten­cjał, dla­cze­go szu­ka­my tej figu­ry głów­nie w męskich posta­ciach? Kul­tu­ra euro­pej­ska z całą mozai­ką kształ­tu­ją­cych ją wpły­wów, do któ­rej będę się odno­sić, wyda­je się roz­po­zna­wać nie­mal wyłącz­nie nasy­co­ne testo­ste­ro­nem śla­dy. Utrwa­la trick­ste­ra w posta­ciach hero­sów, demo­nicz­nych bra­ci, boskich pija­czyn, ludycz­nych wesoł­ków czy nio­są­cych cha­os umię­śnio­nych awan­tur­ni­ków. Gdy­by jed­nak przyj­rzeć się uważ­niej, wyostrza­jąc kory­go­wa­ny przez wie­ki patriar­cha­tem wzrok, moż­na by dostrzec, że w orsza­kach im towa­rzy­szą­cych peł­no jest róż­no­rod­nych posta­ci, w tym ogar­nię­tych eks­ta­tycz­nym sza­łem bachan­tek, menad, nimf, demo­nów i psot­nic. Czy zatem udział żeń­skie­go pier­wiast­ka w trick­ster­skim arche­ty­pie ogra­ni­cza się wyłącz­nie do roli towa­rzysz­ki, uro­czej asy­stent­ki poda­ją­cej magi­ko­wi cza­ro­dziej­ską różdż­kę? Podą­ża­ją­cej za męskim prze­wod­ni­kiem i wodzo­nej na poku­sze­nie? Bier­nej i przyj­mu­ją­cej jak Mat­ka Zie­mia? Taka inter­pre­ta­cja nie wska­zy­wa­ła­by na trans­gre­syj­ną siłę roz­bi­ja­ją­cą świa­ty, lecz była­by pro­stym odzwier­cie­dle­niem spo­łecz­nych realiów z budu­ją­cą je hie­rar­chią przy­wi­le­jów. Histo­ria pisa­na jest przez domi­nu­ją­ce nar­ra­cje. Trud­no zatem ocze­ki­wać po patriar­chal­nych struk­tu­rach, że odda­dzą obec­ność i war­tość nie­sub­or­dy­no­wa­nych kobiet czy innych płci. Karl Kerényi, ana­li­zu­jąc postać trick­ste­ra, pisze, że „fal­lus jest jego alter ego”1. Wyda­je się to dość rady­kal­nym ogra­ni­cze­niem tak nie­ogra­ni­czo­nej figu­ry. Nasu­wa się tu pyta­nie: gdzie jest miej­sce na inne przed­sta­wie­nia, inter­pre­ta­cje i ele­men­ty, któ­re nie miesz­czą się w męskim habi­tu­sie?

A gdy­by tak zacząć od począt­ku, czy­li od cha­osu? Zawie­sić wszyst­ko, co (po)znane i wbu­do­wa­ne w struk­tu­rę poszu­ki­wań trick­ste­ra, i spró­bo­wać odna­leźć go/ją/je na nowo. Wejść w rytm świa­ta na opak, odwró­cić zasa­dy, odda­lić się od fal­licz­nej nar­ra­cji, szu­kać w tych mniej oczy­wi­stych obsza­rach? To, co i kogo tam znaj­dzie­my, może nas zasko­czyć, pomóc zde­kon­stru­ować kil­ka kwe­stii, a na pew­no wywo­łać wie­le pytań. Czy znaj­dzie się tam miej­sce dla figlar­nej wagi­ny? Błaź­ni­cy, sza­chraj­ki sta­wia­ją­cej wyzwa­nia świa­tom? Bo wła­śnie jej śla­dów będę szu­kać. Mój wybór to tyl­ko kolej­ny frag­ment inter­pre­ta­cji trick­ste­ra, doko­na­ny przy zacho­wa­niu peł­nej świa­do­mo­ści ist­nie­nia całe­go spek­trum płci i ich ema­na­cji, któ­re zawie­ra­ją się w tej posta­ci.

Zanurz­my się zatem w opo­wie­ści.

Naj­pierw zejdź­my do pod­zie­mi, ale nie do alter­na­tyw­ne­go under­gro­un­du, lecz do mitycz­nej prze­strze­ni Hade­su, gdzie prze­by­wa porwa­na przez jego wład­cę Kora/Persefona. Zroz­pa­czo­na mat­ka, Deme­ter, bogi­ni płod­no­ści i uro­dza­ju, tuła się po zie­mi w poszu­ki­wa­niu swo­je­go dziec­ka. Pogrą­żo­na w smut­ku niczym Mater Dolo­ro­sa nie­sie ze sobą głód i jało­wą zie­mię, ścią­ga­jąc nie­szczę­ście na wszyst­ko, co żyje. W swo­jej wędrów­ce tra­fia do Eleu­sis, gdzie w prze­bra­niu sta­rej kobie­ty zaj­mu­je się kró­lew­skim synem. Z miło­ści kąpie nie­mow­lę w pło­mie­niach, pra­gnąc w ten spo­sób zapew­nić mu nie­śmier­tel­ność. Pobyt Deme­ter na dwo­rze kró­lew­skim wią­że się nie tyl­ko z wąt­pli­wy­mi w skut­kach prak­ty­ka­mi z ogniem, lecz tak­że ze spo­tka­niem z Bau­bo. To jed­na ze słu­żą­cych, o – jak się oka­że – wyjąt­ko­wych cechach i mocach. Bau­bo za cel sta­wia sobie pocie­sze­nie pogrą­żo­nej w żało­bie bogi­ni, choć niko­mu do tej pory się to nie uda­ło. Bau­bo jed­nak bez wsty­du zale­wa Deme­ter poto­kiem rubasz­nych opo­wie­ści i spro­śnych żar­tów. Zara­ża swo­im szcze­rym, fry­wol­nym śmie­chem. Nie moż­na się jej oprzeć. W punk­cie kul­mi­na­cyj­nym kon­so­la­cyj­ne­go rytu­ału odsła­nia przed Deme­ter swo­je geni­ta­lia, co według mitu przy­no­si bogi­ni radość i leczy jej smu­tek. Przy­wra­ca mat­kę Kory do życia i daje jej nowe siły.

Choć misja Bau­bo zakoń­czy­ła się suk­ce­sem, to jej postać trak­to­wa­na jest jako pobocz­na, czę­sto pomi­ja­na w (re)interpretacjach mitu. Pamięć o niej prze­trwa­ła jed­nak tysiąc­le­cia, zacho­wa­na w for­mie tera­ko­to­wych figu­rek i lite­rac­kich odnie­sień. Jej histo­ria i wizu­al­ne przed­sta­wie­nia są pod­sta­wą do trick­ster­skich podejrzeń/domniemań. Bau­bo czę­sto przed­sta­wia­na jest bez kor­pu­su, z gło­wą osa­dzo­ną na wzgór­ku łono­wym i pod­bród­kiem płyn­nie prze­cho­dzą­cym w kształt wagi­ny. Bli­skość fizjo­lo­gii, wydzie­lin cia­ła, śmie­chu wydo­by­wa­ją­ce­go się pro­sto z trze­wi – bli­skość sek­su­al­no­ści i tra­wie­nia, a tak­że bez­czel­ność i non­sza­lan­cja wyra­ża­ne w obec­no­ści bóstwa nie­wąt­pli­wie wska­zu­ją na mie­sza­nie porząd­ków. To zacie­ra­nie gra­ni­cy mię­dzy sacrumpro­fa­num. Dodat­ko­wo nie­pew­ność co do toż­sa­mo­ści Bau­bo spra­wia, że postać ta prze­cho­dzi w nar­ra­cjach licz­ne meta­mor­fo­zy. Raz uzna­wa­na jest za kró­lo­wą Eleu­sis i mat­kę kąpa­ne­go w ogniu chłop­ca, innym razem za pół­bo­gi­nię albo demo­na z orsza­ku mrocz­nej Heka­te, kie­dy indziej za „zwy­kłą” rubasz­ną sta­rusz­kę. Nie daje się jed­no­znacz­nie zakwa­li­fi­ko­wać. Cza­sem zamie­nia się w Jam­be, skła­da­ją­cą fry­wol­ne wier­sze słu­żą­cą o boskim rodo­wo­dzie. Patron­kę drwią­cej poezji, prze­szy­wa­ją­cej odbior­ców na wskroś szpi­kul­cem zło­śli­wo­ści. Bau­bo zmie­nia swo­je toż­sa­mo­ści. Wymy­ka się jed­no­znacz­nym defi­ni­cjom. Nie wia­do­mo, kim jest. Wia­do­mo jed­nak, że w swo­im ucie­le­śnio­nym odwró­ce­niu ma moc uzdra­wia­nia bogów. Ma mądrość, któ­ra wydo­by­wa się z trze­wi rubasz­nym recho­tem i przy­bie­ra for­mę spro­śnej poezji wywo­łu­ją­cej par­sk­nię­cia śmie­chu. Zresz­tą gutu­ral­ne odgło­sy nie­ustan­nie towa­rzy­szą Bau­bo. Jej ulu­bio­nym zwie­rzę­ciem i atry­bu­tem jest świ­nia, pokaź­na macio­ra, w tak wie­lu kul­tu­rach uzna­wa­na za nie­czy­stą. Bau­bo sie­dzi dum­nie na jej grzbie­cie, ręką gła­dząc swo­je war­gi sro­mo­we. W tej posta­ci poja­wia się w Fau­ście Johan­na Wol­fgan­ga Goethe­go. Pod­czas Nocy Wal­pur­gii prze­wo­dzi ona spie­szą­cym na cele­bra­cję cza­row­ni­com. Jest mat­ką prze­wod­nicz­ką, wspo­mo­ży­ciel­ką i opie­kun­ką.

Przez mia­sta i wsie
chór cza­row­nic mknie!
Za nami! za nami! wprzód!
przez lasy – przez góry – przez swąd i smród!

 

GŁOS
Sta­rusz­ka Bau­bo na macio­rze
w skrach pło­mie­ni­stych wicher porze!

 

CHÓR
Chwa­ła jej, chwa­ła! za nią w bieg!
– Mat­ka na świ­ni – czart ich strzegł!2

Nazy­wa­na jest wagi­no­ust­ną. Może budzić lęk. Vagi­na den­ta­ta, roz­war­ta, goto­wa, by pochło­nąć w cze­lu­ści albo wydo­być z odmę­tów naj­głęb­szą praw­dę. Ten aspekt zain­te­re­so­wał Frie­dri­cha Nie­tz­sche­go. Nie deli­kat­ne uchy­le­nie rąb­ka, spoj­rze­nie zza welo­nu, ale wła­śnie rady­kal­ne odsło­nię­cie Bau­bo sta­ło się dla nie­go punk­tem wyj­ścia do roz­wa­żań o wie­dzy rado­snej. Tej zanu­rzo­nej w tkan­kach cia­ła i subiek­tyw­no­ści doświad­cze­nia. Odda­lo­nej od meta­fi­zy­ki i abs­trak­cji, a bli­skiej codzien­ne­mu życiu. Odsła­nia­nie kobie­cych geni­ta­liów – ina­czej ana­syr­ma – do któ­re­go w swo­ich dzia­ła­niach odwo­łu­je się mię­dzy inny­mi pol­ska artyst­ka Iwo­na Dem­ko, poja­wia się rów­nież w tra­dy­cji jako źró­dło mocy. Ma magicz­ną siłę, chro­ni przed zły­mi ducha­mi. Zapew­nia pokój i uro­dzaj, odstra­sza prze­ciw­ni­ków i nie­przy­ja­ciół. Prak­ty­ka zna­na jest w wie­lu kul­tu­rach i sto­so­wa­na w róż­nych for­mach przez tysiąc­le­cia. Rów­nież Bau­bo mia­ła swo­je licz­ne odpo­wied­nicz­ki. Sume­ryj­ska Inan­na, babi­loń­ska Isz­tar czy irlandz­ka She­ela na Gig, któ­rej przed­sta­wie­nia umiesz­cza­no nad wej­ścia­mi do kościo­łów jesz­cze we wcze­snym śre­dnio­wie­czu i o któ­rej w latach 90. śpie­wa­ła PJ Harvey. „She­ela na Gig, ty eks­hi­bi­cjo­nist­ko!” Vagi­na den­ta­ta, wiesz­czą­ca zatra­ce­nie, i vagi­na beata, nio­są­ca radość i dobro­byt, unu­rza­na we fry­wol­nym śmie­chu. Czy­sto trick­ster­ska, wywro­to­wa kom­bi­na­cja.

Jej echa sły­chać było w trak­cie antycz­nych cele­bra­cji, przede wszyst­kim miste­riów eleu­zyj­skich i tesmo­fo­riów. Oba świę­ta orga­ni­zo­wa­no na cześć wspo­mnia­nej już Deme­ter. Były cza­sem przej­ścia, momen­tem spo­tka­nia prze­mi­jal­no­ści i odro­dze­nia. Towa­rzy­szy­ła im boga­ta sym­bo­li­ka płod­no­ści i sek­su­al­no­ści, a poprze­dza­ją­cy je post koń­czy­ła uczta, po któ­rej na pola roz­sy­py­wa­no nie­do­je­dzo­ne kawał­ki pro­siąt.

Uczest­nicz­ka­mi świąt były kobie­ty, a wśród nich hete­ry. To gru­pa o wyso­kim trick­ster­skim poten­cja­le. Towa­rzysz­ki, córy Koryn­tu, wyso­ko posta­wio­ne kur­ty­za­ny potra­fi­ły spryt­nie prze­kra­czać wyzna­cza­ne im spo­łecz­nie gra­ni­ce. Mani­pu­lo­wać, roz­śmie­szać, bawić, wzbu­dzać pożą­da­nie, dopro­wa­dzać do pasji, ale i prze­ma­wiać, filo­zo­fo­wać. War­to przy­wo­łać tu dwa przy­kła­dy: Aspa­zję i Fry­ne. Pierw­sza jest chęt­niej pamię­ta­na jako part­ner­ka Pery­kle­sa niż przed­się­bior­czy­ni pro­wa­dzą­ca wła­sny przy­by­tek nie tyl­ko roz­ko­szy, lecz i spo­tkań oraz roz­mów na wyso­kim pozio­mie. Nie bała się zabie­rać gło­su, odważ­nie zada­wać pod­chwy­tli­wych pytań, wpra­wiać w zakło­po­ta­nie męż­czyzn, posta­wio­nych w hie­rar­chii wyżej niż ona sama. Co cie­ka­we, praw­do­po­dob­nie nie pocho­dzi­ła z Aten. Była obcą, któ­rej nie doty­czy­ły lokal­ne pra­wa, mogła zatem bez skrę­po­wa­nia brać udział w życiu mia­sta. Nie będąc żoną, nie pod­le­ga­ła też obo­wiąz­kom i ogra­ni­cze­niom zwią­za­nym z tym sta­tu­sem. Pod wzglę­dem inte­lek­tu mia­ła dorów­ny­wać męż­czy­znom. To od niej Sokra­tes miał się uczyć reto­ry­ki. Aspa­zja nie uzna­wa­ła norm. Budzi­ła obu­rze­nie, była nazy­wa­na intry­gant­ką i mani­pu­la­tor­ką, któ­rej dzia­ła­nia pro­wa­dzi­ły do kon­flik­tów. Mie­sza­ła w ateń­skim porząd­ku.

Podob­nie jak Fry­ne, rów­nież cudzo­ziem­ka. Sły­ną­ca z pięk­na, choć przez żół­ta­wy kolor skó­ry prze­zy­wa­na Ropu­chą lub Cha­ryb­dą (od mor­skie­go potwo­ra pochła­nia­ją­ce­go żegla­rzy). Już to ostat­nie okre­śle­nie odsy­ła do topo­su vagi­ny den­ta­ty – zęba­te­go mon­strum czy­ha­ją­ce­go na męż­czy­znę. Hete­ra, kochan­ka, a na pew­no mąci­wo­da. Zosta­ła uwiecz­nio­na w pierw­szym peł­nym kobie­cym akcie jako Afro­dy­ta z Kni­dos. Podob­no przy­nio­sła ze sobą kult bóstwa sza­łu, a z nim wie­le nasy­co­nych ero­ty­ką prak­tyk i rytu­ałów, za co mia­ła sta­nąć przed are­opa­giem, oskar­żo­na o bez­boż­ność. Tam też doszło do odsło­nię­cia. Tym razem nie geni­ta­lia, lecz nagie pier­si wpra­wi­ły sędziów w zasko­cze­nie, zosta­wia­jąc ich bez tchu; Fry­ne zaś zapew­ni­ły unie­win­nie­nie. Histo­ria zapa­mię­ta­ła ją jako nie­zna­ją­cą umia­ru, fry­wol­ną i lubież­ną, a jed­no­cze­śnie szczo­drą, inte­li­gent­ną i zabaw­ną, cię­tym dow­ci­pem ude­rza­ją­cą w samo sed­no. Postać ta sta­ła się sym­bo­lem nie­skrę­po­wa­nej wol­no­ści i bez­pru­de­ryj­no­ści. Do Fry­ne odno­si się w Kwia­tach zła Char­les Bau­de­la­ire3: sta­je się ona pod­mio­tem zbio­ro­wym, w któ­rym w miło­snym uści­sku spla­ta­ją się cia­ła kobiet, wzbu­dza­jąc zazdrość nawet w Ero­sie. To kolej­ny lite­rac­ki przy­kład sub­li­ma­cji męskiej fan­ta­zji o les­bij­skiej ero­ty­ce. Jed­nak postać Fry­ne ma poza­fal­licz­ny, eman­cy­pa­cyj­ny i trans­gre­syj­ny poten­cjał, wyko­rzy­sty­wa­ny przez kolej­ne tysiąc­le­cia. „Moja odsło­nię­ta postać obna­ża moją duszę”, dekla­ro­wa­ła na począt­ku XX wie­ku Ado­rée Vil­la­ny, tajem­ni­cza naga tan­cer­ka, wyko­nu­ją­ca szo­ku­ją­cą jej współ­cze­snych cho­re­ogra­fię zaty­tu­ło­wa­ną Nowo­cze­sna Fry­ne przed are­opa­giem4. Owia­ny skan­da­lem per­for­ma­tyw­ny akt rady­kal­ne­go odsło­nię­cia ude­rzał w obo­wią­zu­ją­cy sys­tem, cen­zu­rę i krę­pu­ją­ce nor­my. Każ­da epo­ka sta­wia kobie­ty przed nowym are­opa­giem, wyda­je się mówić artyst­ka, a postać Fry­ne z trick­ster­ską prze­bie­gło­ścią towa­rzy­szy im na dro­dze odzy­ski­wa­nia ciał i eman­cy­pa­cji.

Hete­ry i podob­ne im posta­cie budzi­ły nie­po­kój spo­łecz­ny sta­ro­żyt­nej Gre­cji. Ich wywro­to­wy i trans­gre­syj­ny poten­cjał był dostrze­ga­ny już wów­czas. Kon­ser­wa­tyw­ne krę­gi podej­mo­wa­ły inten­syw­ne pró­by ich dys­kre­dy­ta­cji, a tym samym utrzy­ma­nia ich w ryzach, pod kon­tro­lą. Sto­so­wa­no w tym celu róż­ne zabie­gi. Kobie­ty oskar­ża­no o zama­chy sta­nu, zdra­dy i sta­wia­no przed sądem. Ska­zy­wa­no je na wygna­nie, a nawet śmierć. Two­rzo­no przy tym ośmie­sza­ją­ce nar­ra­cje, mają­ce stu­dzić rewo­lu­cyj­ny fer­ment i restau­ro­wać sta­ry porzą­dek. W tym kon­tek­ście war­to przy­wo­łać kome­die Ary­sto­fa­ne­sa, któ­re­go moty­wa­cje wciąż wzbu­dza­ją licz­ne dys­ku­sje. Niektórzy/niektóre podej­rze­wa­ją go o celo­we uży­wa­nie kobiet jako głów­nych boha­te­rek w celu zawsty­dze­nia nie­zdol­nych do spraw­ne­go podej­mo­wa­nia decy­zji, „znie­wie­ścia­łych” męż­czyzn. Zgod­nie z inny­mi teo­ria­mi autor doce­niał spraw­ność i inte­li­gen­cję kobiet, wska­zy­wał przy tym, że cechy owe przy­da­ły­by się spo­łe­czeń­stwu upa­da­ją­cych Aten. Lizy­stra­ta, tytu­ło­wa postać jed­nej z kome­dii, prze­wo­dzi straj­ko­wi, w któ­rym spryt­nie wyko­rzy­stu­je to, co Michel Foucault nazwał­by zapew­ne ele­men­ta­mi bio­wła­dzy. Za prze­wod­nic­twem boha­ter­ki kobie­ty odma­wia­ją współ­ży­cia z męż­czy­zna­mi, dopó­ki ci nie zawrą poko­ju. Tym samym sek­su­al­ność wyko­rzy­sty­wa­na jest do dzia­ła­nia poli­tycz­ne­go. Kobie­ty przej­mu­ją kon­tro­lę nie tyl­ko nad repro­duk­cją, lecz i nad przy­jem­no­ścią. Aspekt, do któ­re­go hie­rar­chicz­na struk­tu­ra ogra­ni­cza­ła ich rolę spo­łecz­ną, stał się siłą pozwa­la­ją­cą spra­wo­wać wła­dzę nad ogó­łem. Lizy­stra­ta odwra­ca porzą­dek i zawie­sza zasa­dy. Dopro­wa­dza do sza­łu nie­za­spo­ko­jo­nych męż­czyzn, któ­rzy owład­nię­ci potrze­ba­mi cia­ła, nie są w sta­nie pano­wać nad sobą ani podej­mo­wać decy­zji. Boha­ter­ka sta­je się kon­se­kwent­ną, wyzna­cza­ją­cą regu­ły prze­wod­nicz­ką wśród cha­osu. Podob­nie w Sej­mie kobiet – prze­bra­ne za męż­czyzn kobie­ty odda­ją wła­dzę samym sobie. Sto­ją­ca na ich cze­le Pra­xa­go­ra ogła­sza zmia­ny mają­ce zagwa­ran­to­wać pokój, rów­ność i swo­bo­dę, rów­nież sek­su­al­ną. Jej pro­jekt jest uto­pij­ną wizją spo­łe­czeń­stwa. Prze­bra­ne kobie­ty z łatwo­ścią przej­mu­ją role męż­czyzn, ci zaś, odzia­ni w „żeń­skie” stro­je, rów­nie szyb­ko zmie­nia­ją swo­je zacho­wa­nie. Pra­xa­go­ra pro­po­nu­je świat na opak, wpro­wa­dza w życie uto­pię, narzu­ca nowe obo­wiąz­ki. Jej wizja burzy ład spo­łecz­ny i porzą­dek natu­ry, wpro­wa­dza cha­os. Obie kome­die przed­sta­wia­ją sytu­ację zna­cze­nio­we­go i praw­ne­go nieładu/rozbicia, uka­za­ną z iro­nią i dow­ci­pem, ale sta­no­wią­cą ostrze­że­nie. Boha­ter­ki, w któ­rych drze­mie poten­cjał rewo­lu­cyj­ny, dzia­ła­ją pod­stę­pem, wywra­ca­ją struk­tu­ry spo­łecz­ne do góry noga­mi. Z jed­nej stro­ny są destruk­cyj­ną siłą zagra­ża­ją­cą oswo­jo­ne­mu ukła­do­wi, a z dru­giej – ucie­le­śnia­ją kre­atyw­ną wizję i tęsk­no­tę za reali­za­cją uto­pij­nych marzeń.

Dzie­dzic­two sta­ro­żyt­nej Gre­cji to jeden z fila­rów kul­tu­ro­wych Euro­py, co na pew­no moc­no sko­re­lo­wa­ne jest z licz­bą zacho­wa­nych arte­fak­tów i tre­ści. War­to jed­nak wró­cić do wła­sne­go ogród­ka, rozej­rzeć się po jego prze­past­nych, czę­sto sła­bo udo­ku­men­to­wa­nych zago­nach w poszu­ki­wa­niu figu­ry o trick­ster­skim zacię­ciu. Idąc tro­pem kul­tu płod­no­ści i sek­su­al­no­ści, któ­ry w antycz­nym świe­cie obfi­to­wał w szel­mow­skie posta­cie, dotrze­my do Marzan­ny, sło­wiań­skie­go bóstwa śmier­ci i zimy. Jej tan­dem z Dzie­wan­ną wyda­je się odpo­wied­ni­kiem rela­cji Deme­ter i Kory. Nie­wie­le wia­do­mo o Marzan­nie, choć rytu­ał pale­nia bądź topie­nia jej podo­bi­zny, któ­ry ma roz­po­cząć wio­snę, prze­trwał do dziś. Marzan­na poja­wia się w momen­cie przej­ścia. W limi­nal­nej prze­strze­ni zmia­ny. Trans­for­ma­cja, uni­ce­stwie­nie tej figu­ry ma przy­wró­cić zie­mi siły wital­ne i przy­nieść odro­dze­nie. Ofia­ra jest koniecz­na do odzy­ska­nia porząd­ku. Marzan­na sytu­uje się rów­nież na sty­ku świa­tów, życia i śmier­ci. Ma moc zabie­ra­nia duszy. Poja­wie­nie się Marzan­ny to zwia­stun rychłe­go koń­ca. Jest ona łącz­nicz­ką ze świa­tem zmar­łych, z któ­re­go wydo­sta­ją się róż­no­rod­ne zmo­ry i mary. Zbież­ność ety­mo­lo­gicz­na tych słów z imie­niem Marzan­ny może wska­zy­wać na ich zna­cze­nio­we i zada­nio­we pokre­wień­stwo. Błą­ka­ją­ce się po zie­mi duchy uprzy­krza­ją ludz­kie życie. Poja­wia­ją się w kosz­ma­rach, zatrzy­mu­ją oddech, męczą, wodzą na poku­sze­nie. Pod­stęp­nie zmie­nia­ją się w zwie­rzę­ta (żaby, koty, kuny), żeby zakraść się w pobli­że czło­wie­ka.

Nie wia­do­mo dziś wca­le,
Co się śni­ło Baj­da­le?
Lecz wia­do­mo, że szpe­cąc przy­stoj­ność prze­stwo­rza,
Wylazł z rowu Dusio­łek, jak pół­ba­bek z łoża
Pysk miał z żabia śli­ma­czy –
(Że też taki żyć raczy!) –
A zad tyli, co kwo­ka, kie­dy zno­si jajo.
Milcz, gębo nie­po­słusz­na, bo dziew­ki wyła­ją5.

Róż­no­rod­ność zmór, ich posta­ci i wcie­leń, nie tyl­ko zapład­nia­ła roman­tycz­ną, dzie­więt­na­sto­wiecz­ną fan­ta­zję, obfi­tu­ją­cą w poetyc­kie przed­sta­wie­nia (jak w utwo­rach Ada­ma Mic­kie­wi­cza), lecz i poja­wia­ła się w póź­niej­szym okre­sie, na przy­kład w tek­stach Bole­sła­wa Leśmia­na.

W Marzan­nie łączą się śmierć, cho­ro­ba i zatra­ce­nie. W połu­dnio­wej Pol­sce postać ta nazy­wa­na była po pro­stu Śmiert­ką6. Nie tyl­ko towa­rzy­szy­ła nadej­ściu wio­sny, ale tak­że wcho­dzi­ła w skład orsza­ku kolęd­ni­ków odwie­dza­ją­cych domy pod­czas cele­bra­cji Szczo­drych Godów. Przed­sta­wia­na jako kościo­trup lub bia­ła zja­wa z kosą, gro­zi­ła, prze­strze­ga­ła, ale i robi­ła przy­no­szą­ce szczę­ście psi­ku­sy. Kolęd­ni­cy to gru­pa i rytu­ał z trick­ster­skie­go porząd­ku7. Gwa­ran­tu­ją śmiech i dobro­byt, łączą ze sobą róż­ne świa­ty: ludz­ki, nie-ludz­ki i ducho­wy.

Marzan­nie towa­rzy­szy boga­ta sym­bo­li­ka płod­no­ści i sek­su­al­no­ści. Sło­ma, z któ­rej zro­bio­na jest kukła, to magicz­ny mate­riał zapew­nia­ją­cy dobro­byt i uro­dzaj, dają­cy życie, ale i umoż­li­wia­ją­cy szyb­ką śmierć. Według tra­dy­cji sło­mę ukła­da­no pod cia­ła­mi cier­pią­cych, co mia­ło pomóc im w odej­ściu. Z jed­nej stro­ny Marzan­na jest suro­wa i sucha, z dru­giej – pięk­na, ozdo­bio­na wstąż­ka­mi i kolo­ra­mi, „god­na cesa­rza”8. Peł­na kon­tra­stów i sprzecz­no­ści, bli­ska cie­le­sno­ści, fizjo­lo­gii w jej eks­tre­mal­nych wymia­rach płod­no­ści czy ero­tycz­nej pasji, śmier­ci, wyga­sza­nia i zatrzy­ma­nia. W ludo­wych przy­śpiew­kach nazy­wa­na jest „naszą”, czy­li oswo­jo­ną. Była boha­ter­ką rubasz­nych rymo­wa­nek, bała­mu­ci­ła chło­pa­ków, któ­rzy róż­ny­mi spo­so­ba­mi chcie­li ją pod­glą­dać: „Stoi Marzan­ka w komi­nie, wyglą­da okiem na świ­nie”9; „Nasza Marza­necz­ka na żer­dzi, a co się poru­szy, to pier­dzi”10; „Nasza Marza­necz­ka w piw­ni­cy, cho­dzą do niej pani­cy”11.

Marzan­na łączy w sobie kon­tra­sty, pro­wa­dzi do destruk­cji i odro­dze­nia. Jest tam, gdzie zatrzy­mu­je się czas, pod­czas rado­sne­go świę­to­wa­nia zmian i w momen­cie przej­ścia-umie­ra­nia. Wywo­łu­je rubasz­ny śmiech i śmier­tel­ny lęk. Czy moż­na zatem nazwać ją naszą rodzi­mą trick­ster­ką?

By odna­leźć śla­dy boskich sza­chra­jek, musi­my podą­żać krę­ty­mi zauł­ka­mi mitycz­ne­go świa­ta – przez kul­ty płod­no­ści oraz prak­ty­ki sek­su­al­ne, będą­ce pre­tek­stem do spo­tka­nia i wspól­ne­go śmie­chu, recho­tu wydo­by­wa­ją­ce­go się pro­sto z pod­brzu­sza. Musi­my zanu­rzać się w intym­nych obsza­rach cia­ła i szu­kać rady­kal­ne­go odsło­nię­cia. Wie­le kwe­stii wciąż pozo­sta­je w sfe­rze naszych domy­słów, dywa­ga­cji i wyobra­żeń, co roz­bu­dza naszą cie­ka­wość i wywo­łu­je eks­cy­ta­cję. Nie wra­ca­my z pusty­mi ręko­ma. Mitycz­ne trick­ster­ki, obu­do­wa­ne roz­ma­ity­mi nar­ra­cja­mi, pobież­nie zapa­mię­ta­ne, przyj­mu­ją­ce dru­go­rzęd­ne, epi­zo­dycz­ne role, tyl­ko cze­ka­ją na wywró­co­ne regu­ły ana­li­zy, któ­re ujaw­nią szel­mow­ski cha­rak­ter ich posta­ci. Tych kil­ka figur kobiet, któ­re uda­ło się przy­wo­łać powy­żej, to tyl­ko począ­tek. Zachę­ta. Zapro­sze­nie. Gdzie urzę­do­wa­ły trick­ster­ki wie­ków śred­nich? Błaź­ni­ce, klau­ni­ce, cza­row­ni­ce…

 

1 K. Kerényi, The Trick­ster in Rela­tion to Gre­ek Mytho­lo­gy [w:] P. Radin, The Trick­ster. A Stu­dy in Ame­ri­can Indian Mytho­lo­gy, New York: Phi­lo­so­phi­cal Libra­ry, 1956, s. 182.

2 J.W. Goethe, Faust, tłum. E. Zega­dło­wicz, onli­ne: https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/goethe-faust-czesc-pierwsza.pdf [dostęp: 14.05.2026].

3 Ch. Bau­de­la­ire, Les­bos [w:] tegoż, Kwia­ty zła, tłum. B. Wydżga, War­sza­wa: Gebe­th­ner i Wolff, 1927, s. 137–141.

4 A. Vil­la­ny, Phry­né Moder­ne Devant l’Aréopage, 1913. Zob. B. LeFur­gy, Shoc­king Dan­ce: „Phry­né Moder­ne Devant l’Aréopage”, 1913, onli­ne: https://billlefurgy.com/shocking-dance-phryne/ [dostęp: 14.05.2026].

5 B. Leśmian, Dusio­łek [w:] tegoż, Łąka. Bal­la­dy, onli­ne: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/dusiolek, [dostęp: 14.05.2026].

6 U. Janic­ka-Krzyw­da, K. Ceklarz, Góral­skie cza­ry. Lek­sy­kon magii Pod­ta­trza i Beski­dów Zachod­nich, Zako­pa­ne: Tatrzań­ski Park Naro­do­wy, 2014.

7 A. Zalew­ska, Ele­men­ty trick­ste­ria­dy w daw­nych pol­skich i rosyj­skich zwy­cza­jach kolęd­ni­czych, „Acta Polo­no-Ruthe­ni­ca” 2020, t. XXV, nr 2.

8 M. Łuczyń­ski, Kogni­tyw­na defi­ni­cja Marzan­ny. Pró­ba rekon­struk­cji frag­men­tu tra­dy­cyj­ne­go mito­lo­gicz­ne­go obra­zu świa­ta Sło­wian, „Stu­dia Mytho­lo­gi­ca Sla­vi­ca” 2008, nr 11, s. 178.

9 Tam­że, s. 178.

10 Tam­że, s. 179.

11 Tam­że, s. 178.

Sabina Drąg, fot. ze zbiorów autorki.

– niezależna badaczka i artystka.

więcej →