Rozstaje

Pamię­tam, że gdy po raz pierw­szy prze­czy­ta­łem I Remem­ber Joego Bra­inar­da, pomy­śla­łem sobie: jakie to banal­ne! Gość notu­je bez ładu i skła­du jakieś oso­bi­ste prze­ży­cia, cała zaba­wa ani nie ma ukry­te­go sen­su, ani doni­kąd nie pro­wa­dzi, może co naj­wy­żej posłu­żyć jako zachę­ta do wyko­na­nia podob­nej robo­ty – albo wstęp­ne ćwi­cze­nie na kur­sie cre­ati­ve wri­ting, przed przej­ściem do innych, bar­dziej ambit­nych wyzwań. I tyle, krop­ka. Po jakimś cza­sie – i po sze­re­gu doświad­czeń zebra­nych wła­śnie na warsz­ta­tach twór­cze­go pisa­nia – zro­zu­mia­łem, że ta książ­ka jest być może łatwa w lek­tu­rze, ale była trud­na do napi­sa­nia.

Wra­cam do niej po latach nie po to, by doce­nić „szla­chet­ną pro­sto­tę” tytu­ło­wej for­mu­ły i zmu­sić się do zachwy­tu (czy to w ogó­le moż­li­we?), lecz by pod­dać reflek­sji para­dok­sal­ną natu­rę tego tek­stu. Jest to rzecz wybit­nie banal­na, dia­bel­nie łatwa i kon­se­kwent­nie kapry­śna. Łudzą­ca odbior­cę wra­że­niem bli­sko­ści i nie­moż­li­wa do przy­swo­je­nia. Doma­ga­ją­ca się cią­gu dal­sze­go, a zara­zem skoń­czo­na, nawet wie­lo­krot­nie skoń­czo­na – jak­by zło­żo­na z samych point. Pew­nie dla­te­go po pół wie­ku nadal intry­gu­je i inspi­ru­je, a wie­le piszą­cych osób – pośród nich Har­ry Mathews, Ted Ber­ri­gan, Sha­ne Alli­son, Jesús Mar­cha­ma­lo, Denis Hir­son i Zeina Abi­ra­ched – wciąż pró­bu­je stwo­rzyć wła­sny jej wariant.

Oto sce­na pier­wot­na eks­pe­ry­men­tu. Latem 1969 roku dwu­dzie­sto­let­ni arty­sta, wycho­wa­ny w Tul­sie (Okla­ho­ma), od paru lat zamiesz­ka­ły w Nowym Jor­ku, obra­ca­ją­cy się w krę­gu mło­dych pisa­rzy (takich jak Frank O’Hara, James Schuy­ler, Ken­neth Koch czy naj­bliż­si mu Ron Pad­gett i Ted Ber­ri­gan) zasia­da do biur­ka i notu­je:

Pamię­tam, jak po raz pierw­szy otrzy­ma­łem list z napi­sem na koper­cie „Po pię­ciu dniach zwró­cić do”; pomy­śla­łem, że po upły­wie pię­ciu dni powi­nie­nem ode­słać list do nadaw­cy.
Pamię­tam moje pod­nie­ce­nie, gdy szpe­ra­łem w szu­fla­dach rodzi­ców w poszu­ki­wa­niu gumek (Peacock).
Pamię­tam cza­sy, kie­dy polio było czymś naj­strasz­niej­szym w świe­cie.
Pamię­tam różo­we koszu­le wyj­ścio­we. I kra­wa­ty bolo.
Pamię­tam, jak usły­sza­łem od jakie­goś chło­pa­ka, że kwa­sko­wa­te list­ki przy­po­mi­na­ją­ce koni­czy­nę, któ­re lubi­li­śmy pod­ja­dać (wraz z żół­ty­mi kwiat­ka­mi), dla­te­go sma­ku­ją tak kwa­śno, bo sika­ły na nie psy. Pamię­tam, że mimo to jadłem je nadal.
Pamię­tam mój pierw­szy rysu­nek. Była to pan­na mło­da z bar­dzo dłu­gim tre­nem.
Pamię­tam moje­go pierw­sze­go papie­ro­sa. Był to kent. Na gór­ce. W Tul­sie, Okla­ho­mie. Z Ronem Pad­get­tem.
Pamię­tam moje pierw­sze erek­cje. Myśla­łem, że zapa­dłem na jakąś strasz­ną cho­ro­bę czy coś w tym rodza­ju1.

Czy­tam te linij­ki i nadal dzi­wię się wszyst­kim zachwy­tom – że to niby dzie­ło „geniu­sza w sta­nie czy­stym” (Mark Ford), odkry­cie uni­wer­sal­ne­go „wehi­ku­łu pamię­ci” (Siri Hustvedt) i tym podob­ne. Ani to nowa­tor­skie, ani nawet szcze­gól­nie pomy­sło­we jak na koniec lat 60. Wyso­ki moder­nizm bada mecha­ni­zmy pamię­ci co naj­mniej od cza­sów Mar­ce­la Pro­usta. Od nie­mal dwu­dzie­stu lat poeci Szko­ły Nowo­jor­skiej notu­ją z pie­ty­zmem dro­bi­ny codzien­ne­go doświad­cze­nia. Za oce­anem dzia­ła od począt­ku deka­dy eks­pe­ry­men­tal­na gru­pa OuLi­Po, któ­ra nie­stru­dze­nie wymy­śla ory­gi­nal­ne recep­ty na dzie­ła lite­rac­kie. W sztu­ce zaś trium­fy świę­ci pop-art, Andy War­hol i The Fac­to­ry wypusz­cza­ją na świat serial­ne dzie­ła two­rzo­ne według powta­rzal­ne­go wzo­ru. Garść nie­upo­rząd­ko­wa­nych remi­ni­scen­cji nie wyglą­da na tym tle szcze­gól­nie impo­nu­ją­co. Odwo­ły­wa­nie się przez ich auto­ra do auto­bio­gra­ficz­ne­go pisar­stwa Ger­tru­de Ste­in tyl­ko pogar­sza spra­wę. Tech­ni­ka powtó­rzeń i zapę­tleń, ryt­mi­za­cja języ­ka, efekt kola­żo­wy, polu­zo­wa­nie chro­no­lo­gii i prze­su­nię­cie akcen­tu z bio­gra­ficz­nych fak­tów na szcze­gół i ogól­ną atmos­fe­rę – wszyst­ko to odnaj­du­je­my już w słyn­nej Auto­bio­gra­fii Ali­ce B. Toklas (1933), wyko­rzy­sta­ne z nie­zrów­na­ną per­fek­cją. Ory­gi­nal­ność nie jest z pew­no­ścią pierw­szo­pla­no­wą zale­tą I Remem­ber. Co nią zatem jest?

Być może roz­mach i kon­se­kwen­cja. Zaczy­na­ją­cych się w ten sam spo­sób frag­men­tów jest oko­ło tysią­ca pię­ciu­set. Pisarz ogra­ni­czył się do bar­dzo pro­ste­go gestu i powta­rzał go z upo­rem. Tro­chę jak rybak, któ­ry mono­ton­nym ruchem zarzu­ca sieć, a następ­nie przy­glą­da się temu, co wyło­wił z rze­ki cza­su. Raz są to oso­bi­ste wspo­mnie­nia, a nawet intym­ne szcze­gó­ły, innym razem banal­ne deta­le codzien­no­ści, relik­ty nie­od­le­głej prze­szło­ści, migaw­ki ze świa­ta popkul­tu­ry. Trud­no usta­lić tu jakąś regu­łę. Choć nie­któ­rzy pró­bu­ją – na przy­kład Paul Auster, wiel­bi­ciel tej ksią­żecz­ki, wyli­cza kate­go­rie tema­tycz­ne: rodzi­na, jedze­nie, ubra­nie, fil­my, tele­wi­zja i muzy­ka, szko­ła i kościół, cia­ło, sny i fan­ta­zje, seks, waka­cje, przed­mio­ty i pro­duk­ty, dow­ci­py i potocz­ne wyra­że­nia, przy­ja­cie­le i zna­jo­mi, frag­men­ty auto­bio­gra­ficz­ne, intro­spek­cje i wyzna­nia, fan­ta­zje.

Nie prze­ko­nu­je mnie to wca­le. W tych remi­ni­scen­cjach wszyst­ko jest jed­no­cze­śnie kon­kret­ne i zmy­sło­wo-cie­le­sne, auto­bio­gra­ficz­ne i zanu­rzo­ne w kli­ma­cie epo­ki, wyobraź­nio­we i rela­cyj­ne. W odnie­sie­niu do I Remem­ber każ­da typo­lo­gia będzie pro­wi­zo­rycz­na i otwar­ta, moż­li­wa do zastą­pie­nia dowol­ną inną. Na przy­kład taką, któ­ra dzie­li­ła­by wspo­mnie­nia Bra­inar­da na a) zabal­sa­mo­wa­ne, b) tre­so­wa­ne, c) fan­ta­stycz­ne, d) bez­pań­skie, e) włą­czo­ne do niniej­szej kla­sy­fi­ka­cji, f) mio­ta­ją­ce się jak sza­lo­ne, g) nie­zli­czo­ne, h) nary­so­wa­ne cien­kim pędzel­kiem z wiel­błą­dzie­go wło­sia, i) et cete­ra.

Być może lepiej do tej książ­ki przy­le­gać będą roz­pro­szo­ne reflek­sje, pozba­wio­ne usta­lo­nej kolej­no­ści i hie­rar­chii, jak ona wie­lo­ra­kie i mno­gie:

Przez aneg­do­ty prze­świe­ca sam autor. Nie, to coś inne­go niż prze­świe­ca­nie, coś wię­cej niż abs­trak­cyj­na zasa­da jed­no­ści; wyczu­wam jego obec­ność w każ­dym, nawet naj­mniej oso­bi­stym frag­men­cie.

Cały utwór osa­dzo­ny jest w bio­gra­fii. War­to posłu­chać, jak autor czy­ta tekst w fil­mie Mat­ta Wol­fa I Remem­ber: A Film Abo­ut Joe Bra­inard, choć i bez tego wyraź­nie sły­szy­my jego głos. Mecha­nicz­na regu­ła przy­wra­ca lite­ra­tu­rę gada­niu.

Nie jest to bio­gra­fia szcze­gól­na, przy żywo­tach bit­ni­ków czy świę­tych kontr­kul­tu­ry wypa­da raczej bla­do. Jasne, dol­ny Man­hat­tan prze­ło­mu lat 60. i 70. sam w sobie robi wra­że­nie, ale mamy do czy­nie­nia z kame­ral­nym przed­się­wzię­ciem skrom­ne­go czło­wie­ka (któ­ry notu­je: „Pamię­tam, jak myśla­łem, że jestem wiel­kim arty­stą”2). Zapi­ski dołą­cza­ją do rysun­ków, asam­bla­ży i kola­ży, gada­ją z nimi o dniu powsze­dnim i chwi­lach, któ­re minę­ły.

Ilość robi wra­że­nie, wie­lość wpro­wa­dza róż­ni­cę. Mozol­nie budo­wa­ny auto­por­tret roz­mie­nia się na miria­dę deta­li. Auster notu­je:

ile­kroć (mimo tych wie­lo­krot­nych poprzed­nich lek­tur) otwie­ram arcy­dzieł­ko Bra­inar­da, dozna­ję dziw­ne­go wra­że­nia, że oto sty­kam się z nim po raz pierw­szy3.

Szcze­gó­łów jest tak wie­le, że wypa­da­ją z pamię­ci. Moż­na się odprę­żyć, pozwo­lić sobie na luk­sus demen­cji.

Struk­tu­ra ma cha­rak­ter melo­dycz­ny: raczej ją sły­szy­my, ani­że­li widzi­my. Obraz pozo­sta­je nie­wy­raź­ny, ziar­ni­sty. Choć­by­śmy pró­bo­wa­li cof­nąć się, żeby objąć wzro­kiem całość, nigdy nie nabie­rze­my odpo­wied­nie­go dystan­su.

Impre­sja, logi­ka sko­ja­rzeń i frag­ment, zawsze frag­ment. Bra­inard jest epi­zo­dy­kiem, odrzu­ca wiel­kie struk­tu­ry nar­ra­cyj­ne i toż­sa­mo­ścio­we. Żegna­my je z wes­tchnie­niem ulgi. Żad­ne to memu­ary, żaden auto­por­tret pisa­rza w wie­ku męskim. Żad­na pró­ba wyczer­pu­ją­ce­go opi­sa­nia sie­bie same­go, a tym bar­dziej sca­le­nia. A więc moż­na żyć, nie szu­ka­jąc opo­wie­ści – na złość wszyst­kim her­me­neu­tom?

Zawsze frag­ment i detal, któ­ry zaświad­cza o osob­no­ści. Nie­trud­no wyczy­tać z tych zapi­sków histo­rię odmien­no­ści: dora­sta­nie, doj­rze­wa­nie do sztu­ki, wyjazd do wiel­kie­go mia­sta, homo­sek­su­al­ny coming-out. Histo­rie pożą­da­nia, wsty­du, ukry­wa­nia się, ujaw­nie­nia, rela­cji, sek­su nie domi­nu­ją jed­nak, wta­pia­ją się w migo­tli­we tło.

Frag­men­ty ukła­da­ją się w mozai­kę. Gdy ją kon­tem­plu­ję, czas ule­ga unie­waż­nie­niu. Nawet sło­wo „czas” wyda­je się nie­wła­ści­we; to poję­cio­wy fetysz, jak pisał Nor­bert Elias (Esej o cza­sie), reifi­ku­ją­ca for­ma, któ­ra kon­stru­uje mit cze­goś mie­rzal­ne­go. Tu widzi­my pod­miot, któ­ry żyje, postrze­ga, pra­gnie, wspo­mi­na, pisze.

Albo ina­czej: mam wra­że­nie, że Joe prze­cha­dza się po prze­szło­ści, zupeł­nie wol­ny od jakie­go­kol­wiek przy­mu­su. Czas ist­nie­je, ale pod­le­ga uprze­strzen­nie­niu. Został roze­bra­ny na chwi­le, te zaś leżą obok sie­bie jak w muzeum lub hiper­mar­ke­cie.

Wszyst­ko jest rów­no­waż­ne. Ta książ­ka przy­po­mi­na wiel­kie zda­nie współ­rzęd­ne, z tysiąc pięć­set razy powtó­rzo­nym „i”. Żad­nej deter­mi­na­cji – wszyst­ko mogło uło­żyć się ina­czej. Wła­ści­wie nadal może, jeśli tyl­ko zacznie­my czy­tać wspak albo po sko­sie.

Dzi­siej­sze syl­wy i auto­fik­cje noszą ślad tra­dy­cyj­nej opo­wie­ści. Lata Annie Ernaux zaczy­na­ją się rady­kal­nie, a potem chwy­ta­ją za nić chro­no­lo­gii. Karl Ove Knaus­gård w Mojej wal­ce każe czy­tel­ni­ko­wi zanur­ko­wać w minio­nym, lecz pozwa­la mu wynu­rzyć się na powierzch­nię, by ode­tchnąć teraź­niej­szo­ścią. Bra­inard wybie­ra roz­pro­sze­nie i roz­pły­nię­cie się.

Impre­sja, logi­ka sko­ja­rzeń i cię­cie, zawsze cię­cie. Zasa­dy łącze­nia są nie­chro­no­lo­gicz­ne, czy­sto aso­cja­cyj­ne, cza­sem przy­po­mi­na­ją stru­mień świa­do­mo­ści. Na przy­kład w takiej sekwen­cji: Ber­mu­dy i pod­ko­la­nów­ki (2 zapi­sy) – dzie­cię­ce zaba­wy w leka­rza z kole­żan­ką (2) – „wale­nie konia”, „mokre sny” i ero­tycz­ne fan­ta­zje (7) – szcze­gó­ły ana­to­micz­ne, takie jak pęp­ki, brzu­chy, ręce, wło­sy (3) – ubra­nia typu T‑shirty, majt­ki (3) – ero­tycz­ne fan­ta­zje doty­czą­ce ubrań (2). A potem, nagle: „pamię­tam zie­lo­ną traw­kę, na któ­rej leża­ły wiel­ka­noc­ne jaj­ka”4. Co jak co, ale nikt nie spo­dzie­wał się zającz­ka! Zasa­dy łącze­nia są czy­sto aso­cja­cyj­ne albo nie ma ich wca­le.

Maszy­na do pamię­ta­nia dzia­ła jak tybe­tań­ski mły­nek modli­tew­ny: pamię­ta za nas. Przy­wra­ca szcze­gó­ły – gesty, kolo­ry, melo­die. Deszcz pada nie­rów­no, pal­ce marsz­czą się pod­czas kąpie­li: wie­my to, nie pamię­ta­jąc. Wyli­czan­ka pozwa­la coś pochwy­cić, nie po to, by nadać temu zna­cze­nie, lecz by przy­wró­cić dozna­nie.

Maszy­na zagar­nia wszyst­ko i zama­zu­je gra­ni­ce mię­dzy sztu­ką a życiem. Pra­cu­je w innych rejo­nach niż tele­wi­zyj­ne kame­ry. Rok 1969 jest pięk­ny i strasz­ny, eks­cy­tu­ją­cy i dra­ma­tycz­ny. Trwa gorą­ce lato, w Sto­ne­wall wybu­cha­ją zamiesz­ki, Richard Nixon ogła­sza swo­ją dok­try­nę, czło­wiek lądu­je na Księ­ży­cu, gru­pa Char­le­sa Man­so­na doko­nu­je mor­du, a Bra­inard pisze: „Pamię­tam jaskra­wo­po­ma­rań­czo­we brzo­skwi­nie w pusz­ce”5. Festi­wal w Wood­stock, masa­kra Mỹ Lei, testy ato­mo­we na Ala­sce, a Joe na to: „pamię­tam, że ojciec czę­sto dra­pał się po jajach”6.

„Czu­ję – pisze Bra­inard do przy­ja­ciół­ki – że w takim samym stop­niu jak o mnie, ta rzecz jest o każ­dym”7. To pięk­na (bar­dzo whit­ma­now­ska) dekla­ra­cja udzia­łu w wiel­kiej wspól­no­cie doświad­cze­nia. Bra­inard nie sta­ra się uogól­niać, mówi o spra­wach pry­wat­nych. Ale i tak jed­nost­ko­we i oso­bi­ste oka­zu­je się uni­wer­sal­ne i podziel­ne. Czy nie stąd pły­nie przy­jem­ność lek­tu­ry? Roz­po­zna­je­my wła­sne w cudzym. Tekst oka­zu­je się inklu­zyw­ny, a nasze prze­ży­cia nie tak wyjąt­ko­we, jak się zda­wa­ło. „Ja” gubi kon­tu­ry.

Czy pisząc auto­bio­gra­fię, nie kre­śli­my też por­tre­tu zbio­ro­wo­ści, do któ­rej przy­na­le­że­li­śmy? Zmy­śla­my i sie­bie, i ją.

Pamię­tam, jak pew­ne­go dnia, gdy wywo­ła­no moje nazwi­sko w cza­sie zajęć WF‑u, nie potra­fi­łem powie­dzieć „jestem”. Tak bar­dzo się jąka­łem, że nie­kie­dy sło­wa po pro­stu nie wycho­dzi­ły mi z ust. Musia­łem za karę bie­gać naoko­ło boiska8.

Recep­ta na jąka­nie się – zaczy­nać zda­nia od dobrze opa­no­wa­nej fra­zy. I Remem­ber jako for­ma logo­pe­dycz­na.

I Remem­ber jako kon­fe­sja: nie­śmia­ły, intro­wer­tycz­ny Joe wspo­mi­na dzie­cię­ce upo­ko­rze­nia… jest szcze­ry „do bólu”… przy­zna­je się do winy i wsty­du… wyzna­je grze­chy oraz wia­rę w potę­gę lite­rac­kiej spo­wie­dzi… Czyż­by? A może w ten spo­sób pro­du­ku­je sie­bie i oddzie­la się od świa­ta?

Tak, wyzna­nie jest zawsze wyzwa­niem. Tym pły­ną­cym ze stro­ny for­my i języ­ka oraz tym rzu­co­nym oby­cza­jom i czy­ta­ją­cej publicz­no­ści. Ale dziś jest też łatwi­zną, koniecz­nym try­bu­tem, opcją domyśl­ną. Wię­cej emo­cji budzą powścią­gli­wość, obro­na pry­wat­no­ści, ukry­wa­nie się. Skan­da­lem jest znik­nię­cie – Tho­mas Pyn­chon i Ele­na Fer­ran­te to mode­lo­wi obra­zo­bur­cy lite­rac­kie­go spek­ta­klu.

Cza­sem mówi się, że Bra­inard odzwier­cie­dla funk­cjo­no­wa­nie pamię­ci, że uka­zu­je jej cha­otycz­ność, imi­tu­je spon­ta­nicz­ne sko­ki – i tak dalej. I Remem­ber jako utwór elek­tro­en­ce­fa­lo­gra­ficz­ny: po kart­kach roz­cho­dzą się fale mózgo­we. Czy nie mamy dość tej domnie­ma­nej natu­ral­no­ści for­my? Nie dostrze­gam jej ani w piśmie auto­ma­tycz­nym, ani w poema­cie roz­kwi­ta­ją­cym, ani tu. Mam gdzieś, czy Bra­inard jest szcze­ry czy tę szcze­rość fin­gu­je. Trak­tu­ję jego tekst jak apa­rat do pro­duk­cji wspo­mnień.

Pamię­tam, że po raz pierw­szy czy­ta­łem Bra­inar­da na począt­ku wie­ku w księ­gar­ni na Bro­okly­nie. Byłem tam z przy­ja­cie­lem. Nie mie­li­śmy pie­nię­dzy na noc­leg i nie wie­dzie­li­śmy, co ze sobą zro­bić. Oczy­wi­ście chcie­li­śmy szla­jać się nocą po mie­ście, tyle że bez baga­żu, zna­leź­li­śmy więc w Pro­spect Park odpo­wied­nio gęsty zagaj­nik i ukry­li­śmy w nim swo­je ple­ca­ki. Nawet dziś był­bym w sta­nie odna­leźć to miej­sce. Wiem, że o świ­cie odna­leź­li­śmy swo­je rze­czy nie­tknię­te, ale zupeł­nie nie pamię­tam ani tam­tej nocy, ani dro­gi powrot­nej do domu.

*

Auster zasta­na­wia się, cze­go nie ma w książ­ce Bra­inar­da, po czym wyli­cza te bra­ki (kon­flik­ty z rodzeń­stwem, prze­moc, wspo­mnie­nia lek­tur i tym podob­ne), jak­by dosko­na­le wie­dział, co powin­no się zna­leźć się w pra­wi­dło­wych „remem­be­rach”. Mnie zasta­na­wia inne­go rodza­ju nie­obec­ność – czar­na mate­ria prze­szło­ści, czy­li to, cze­go Bra­inard nie wywa­bił na powierzch­nię wysło­wie­nia. Prze­cież więk­sza część doświad­cze­nia prze­pa­da bez śla­du, to zna­czy tur­la się przez próg świa­do­mo­ści i wpa­da do jakiejś oso­bi­stej nie­pa­mię­ci. Odczu­wam sta­le jej obec­ność – to jak­by zamknię­ty maga­zyn, z któ­re­go rzad­ko uda­je się coś wydo­być. Pię­trzy się w nim prze­ży­te o róż­nych odcie­niach mro­ku: to, o czym pamię­tam, że zapo­mnia­łem, i nie mogę sobie tego przy­po­mnieć; to, o czym zapo­mnia­łem, że zapo­mnia­łem, i nawet nie wiem, jak o to zapy­tać; to, o czym zapo­mnia­łem, że pamię­tam, co jest mną tak bar­dzo, że o tym nie wiem.

Czy da się prze­pro­wa­dzić inwen­ta­ry­za­cję tego archi­wum? Czy moż­li­we jest rów­nie zama­szy­ste I don’t Remem­ber lub I can’t Remem­ber? Nie pamię­tam pierw­sze­go dnia szko­ły, pierw­sze­go poca­łun­ku i wie­lu innych pierw­szyzn. Nie pamię­tam, co jada­łem na obiad pod­czas stu­diów i jak robi­łem wte­dy pra­nie. Nie pamię­tam co dru­giej zaba­wy z dzieć­mi, poło­wy podró­ży auto­sto­pem po Euro­pie i więk­szo­ści obej­rza­nych fil­mów. Nie pamię­tam dyplo­mu w szko­le muzycz­nej, sie­bie w wie­ku lat dwu­dzie­stu dwóch, sma­ku mię­sa, pisa­nia listów. Nie pamię­tam, czy, że i jak. Łazi za mną ta mała otchłań, zaglą­dam w nią cza­sem i wzdra­gam się ze gro­zą. Zapro­jek­to­wa­łem też wła­sny mecha­nizm – w książ­ce Ubyt­ki, któ­ra nie­ba­wem powin­na się uka­zać – pozwa­la­ją­cy wycią­gnąć coś na świa­tło z tej dziu­ry albo wręcz prze­ciw­nie: wepchnąć do niej odpo­wied­nio spre­pa­ro­wa­ne, flu­oro­scen­cyj­ne wspo­mnie­nie.

Moż­na też podejść do spra­wy pro­ściej. Andrzej Sta­siuk – naj­więk­szy melan­cho­lik wśród twar­dzie­li współ­cze­snej lite­ra­tu­ry (i na odwrót) – cią­gle zacho­wu­je kon­takt z ocie­nio­ną prze­szło­ścią. W Jak zosta­łem pisa­rzem (pró­ba auto­bio­gra­fii inte­lek­tu­al­nej) co rusz natra­fia na taki nega­tyw­ny byt i po pro­stu o tym mówi. „Nie pamię­tam, jakie buty nosi­ły gity”. „To były cie­ka­we roz­mo­wy. Żad­nej z nich już nie pamię­tam”. „Nie pamię­tam, jakie dosta­wa­li­śmy mydło, ale gacie były gra­na­to­we i zamiast gumek mia­ły sznur­ki”. I tak cią­gle, bo prze­szłość jest w dużej mie­rze zro­bio­na z zapo­mnie­nia. O kawie: „Nie pamię­tam, ile kosz­to­wa­ła”. O bun­cie w wię­zie­niu: „Za dia­bła nie pamię­tam, o co cho­dzi­ło”. O radio­wej liście prze­bo­jów: „Za cho­le­rę nie pamię­tam, co wte­dy było na topie”. O pły­cie Joh­na Cale’a: „Ni chu-chu nie pamię­tam tytu­łu”. Nie­kie­dy brak jest punk­to­wy, innym razem bar­dziej roz­lew­ny: „Nie pamię­tam wię­cej cen z tam­te­go cza­su”9. Naj­waż­niej­sze, że Sta­siuk snu­je o sobie zawa­diac­ką bal­la­dę pomi­mo tego wybra­ko­wa­nia. A może wła­śnie na prze­kór nie­mu.

*

Naj­słyn­niej­szy naśla­dow­ca Bra­inar­da to zdraj­ca jego idei. Geo­r­ges Perec w Je me souviens (Pamię­tam, że) respek­tu­je ele­men­tar­ne zasa­dy zaba­wy – spo­rzą­dza krót­kie nota­cje, zaczy­na je zawsze od sakra­men­tal­nej fra­zy i nie narzu­ca im żad­nej kolej­no­ści – ale posta­na­wia nie mówić o sobie. Swo­je zało­że­nie wykła­da w post­scrip­tum:

Zapi­ski te nie są tak napraw­dę wspo­mnie­nia­mi, a już zwłasz­cza nie są to wspo­mnie­nia oso­bi­ste, lecz okru­chy codzien­no­ści, spra­wy, w któ­rych w tym czy innym roku ludzie z tego same­go poko­le­nia byli świad­ka­mi, wspól­nie je prze­ży­wa­li i dzie­li­li, a któ­re następ­nie znik­nę­ły, popa­dły w zapo­mnie­nie10.

Perec spi­su­je tyl­ko to, co nale­ży do wszyst­kich (stąd sym­pa­tycz­ny pod­ty­tuł ze zmył­ko­wą nume­ra­cją: To, co wspól­ne 1). Wyzna­je to, co jaw­ne i ogól­no­do­stęp­ne. Ciąg czte­ry­stu osiem­dzie­się­ciu zapi­sów ukła­da się w poemat pamię­ci kul­tu­ro­wej, ana­to­mię pew­nej epo­ki i por­tret fran­cu­skie­go spo­łe­czeń­stwa. Leci to tak:

Pamię­tam, że Réda Caire wystę­po­wał na estra­dzie w kinie przy Por­te de Saint-Clo­ud.
Pamię­tam, że mój wuj miał CV11 o nume­rze reje­stra­cyj­nym 7070 RL2.
Pamię­tam kino „Les Agri­cul­teurs”, klu­bo­we fote­le w kinie „Caméra” i dwu­oso­bo­we kana­py w „Pan­théo­nie”.
Pamię­tam Leste­ra Youn­ga w „Club Saint-Ger­ma­in”; miał na sobie gar­ni­tur z błę­kit­ne­go jedwa­biu z pod­szew­ką z jedwa­biu czer­wo­ne­go.
Pamię­tam Ron­co­nie­go, Bram­bil­lę i Jesu­sa Mouji­cę; a tak­że Zaafa, tego wiecz­ne­go maru­de­ra11.

Oczy­wi­ście nie­mal każ­da linij­ka wyma­ga wyja­śnie­nia, bo mar­ki, mody, radio­we szla­gie­ry i reper­tu­ar kin zmie­nia­ją się nie­ustan­nie. Stąd koniecz­ność przy­pi­sów, i to wie­lu. Roland Bras­seur ule­pił z nich osob­ną książ­kę pod tytu­łem Intac­tes et minu­scu­les. Notes pour „Je me souviens” de Geo­r­ges Perec (1998). Na wstę­pie tak tłu­ma­czył swój pro­jekt:

Pamię­tam sobo­tę 20 stycz­nia 1989 roku w teatrze Moga­dor. Tego dnia widzia­łem i sły­sza­łem, jak Sami Frey, jadąc na rowe­rze, wypo­wia­dał 480 „Pamię­tam”. Pamię­tam przy­jem­ność, jaką odczu­wa­łem, czu­jąc przy­jem­ność innych widzów. Wie­lu mia­ło ponad 40 lat. I pamię­tam swój nie­po­kój: co może zro­zu­mieć czy­tel­nik albo widz dwu­dzie­sto­let­ni? […] Z każ­dym rokiem zapo­mnie­nie zdo­by­wa­ło nie­co wię­cej tere­nu kosz­tem „Pamię­tam”. Powie­dzia­łem sobie: „wyja­śnię im”12.

Było to pra­wie czter­dzie­ści lat temu; strach pomy­śleć, ile zapo­mnie­nia naro­sło przez ten czas. W pro­jek­cie nie cho­dzi jed­nak o to, by kon­tem­plo­wać zmien­ność i egzal­to­wać się prze­mi­ja­niem, lecz by na moment przy­wró­cić coś „bez zna­cze­nia, cał­kiem banal­ne­go”.

Perec wspo­mi­na okres od dzie­sią­te­go do dwu­dzie­ste­go pią­te­go roku życia. Star­sze wspo­mnie­nia (jak sam zazna­cza) przy­na­le­żą do mitu. Zda­rza się, że bywa­ją fał­szy­we. Autor poda­je w posło­wiu dwa przy­kła­dy błę­dów, ale ich nie popra­wia. Fałsz pozo­sta­je praw­dą emo­cjo­nal­ną. W jed­nym z wywia­dów (Pra­ca pamię­ci. Roz­mo­wa z Fran­kiem Venaille’em), doda­je:

to sta­no­wi część tej sprzecz­no­ści mię­dzy życiem a instruk­cją obsłu­gi, mię­dzy zasa­da­mi gry, jakie usta­la­my, a parok­sy­zmem praw­dzi­we­go życia, któ­re nie­ustan­nie pochła­nia, nisz­czy ten porzą­dek, zresz­tą, na szczę­ście13.

Pamię­tam, że po raz pierw­szy Pere­ca czy­ta­łem pod koniec stu­le­cia, w księ­gar­ni na Mont­par­nas­se. Byłem tam z przy­ja­ciół­ką. Nie mie­li­śmy pie­nię­dzy na noc­leg i nie wie­dzie­li­śmy, co ze sobą zro­bić. Oczy­wi­ście chcie­li­śmy szla­jać się nocą po mie­ście, tyle że bez baga­żu. Zna­leź­li­śmy w Lasku Buloń­skim odpo­wied­nio gęsty zagaj­nik i tam ukry­li­śmy waliz­ki. Pamię­tam dokład­nie sza­lo­ną noc, prze­tań­czo­ną nad Sekwa­ną. Nawet dziś potra­fił­bym odtwo­rzyć każ­dą jej minu­tę. Nie­ste­ty, o świ­cie nie pamię­ta­li­śmy, gdzie ukry­li­śmy bagaż.

*

Na proś­bę auto­ra wydaw­ca Je me souviens zosta­wił na koń­cu parę pustych stron, by oso­ba czy­ta­ją­ca mogła dopi­sać wła­sne wspo­mnie­nia. W Pol­sce wyzwa­nie przy­ję­li mię­dzy inny­mi Tade­usz Komen­dant, Zbi­gniew Maj­chrow­ski i Krzysz­tof Zabłoc­ki, tłu­macz obu ksią­żek. Ten ostat­ni zaczął od pere­cow­skie­go Przy­po­mi­nam sobie (1998), póź­niej dopi­sał bar­dziej oso­bi­ste Pamię­tam że/jak/gdy…, wresz­cie wypra­co­wał dystan­su­ją­cą for­mu­łę „pamię­ta, że…”, by w kolej­nym tek­ście (2023) zbu­do­wać wła­sny gejow­ski Bil­dung­sro­man. Nie­daw­no Piotr Stan­kie­wicz uło­żył z takich bły­sków całą książ­kę. Zaczął od lat 80., więc naj­pierw rzą­dzą pio­sen­ki z Tik-Taka i sło­dy­cze schył­ko­we­go PRL, potem wjeż­dża­ją najn­ti­sy, a wraz z nimi gadu-gadu i tele­wi­zyj­na „Bar­ka”, potem domi­nu­ją gadże­ty mil­le­nial­sów. Czy­ta­jąc tę książ­kę, myśla­łem o potę­dze poko­le­nio­wych grep­sów i nawet wymy­śli­łem pro­sty test. Joe Bra­inard pisze tak:

pamię­tam gumę Double Bub­ble z komik­sa­mi, a tak­że zli­zy­wa­nie słod­kie­go pudru. Pamię­tam okres gumy do żucia Clo­ve. I okres Juicy-fru­it. A potem (szko­ła śred­nia) okres, kie­dy Den­ty­ne wyda­wa­ła się bar­dziej wyra­fi­no­wa­nym wybo­rem14.

A Cie­bie jakie gumy do żucia wzru­sza­ją? Kolo­ro­we gumy-kul­ki, Donald, Tur­bo, Hub­ba Bub­ba? Wynik powie o Tobie nie­wie­le, ale pozwo­li nawią­zać small talk z rówie­śni­ka­mi lub wej­rzeć w prze­paść mię­dzy­po­ko­le­nio­wą.

*

Bra­inard czy Perec? Wybór mię­dzy nimi może wyda­wać się pozor­ny. W koń­cu Nowo­jor­czyk robił to samo co Pary­ża­nin, tyl­ko bez pla­nu: „Pamię­tam 5‑Day Deodo­rant Pads. Pamię­tam The Arthur Mur­ray Par­ty. […] Pamię­tam Chef Boy-ar-dee- Spa­ghet­ti”15. Obaj udo­wod­ni­li, że pry­wat­ne prze­ni­ka się z publicz­nym i że pamięć kul­tu­ro­wa jest nie­trwa­ła. A jed­nak Joe opo­wia­dał o sobie, a Geo­r­ges o sobie z zało­że­nia (bar­dzo wymow­nie) mil­czał. Ich dzie­ła spo­tka­ły się dokład­nie pół wie­ku temu; to zna­mien­ny punkt na osi cza­su, coś jak­by epo­ko­we roz­sta­je.

Naj­pierw odtwórz­my chro­no­lo­gię. W 1970 roku uka­zu­je się pierw­sza edy­cja I Remem­ber, któ­ra cie­szy się nie­spo­dzie­wa­ną popu­lar­no­ścią. W ślad za nią podą­ża­ją roz­sze­rze­nia: I Remem­ber More (1972), More I Remem­ber More oraz I Remem­ber Chri­st­mas (1973). Na począt­ku deka­dy Har­ry Mathews opo­wia­da Pere­co­wi o tej serii publi­ka­cji. Pomysł twór­cze­go naśla­dow­nic­twa doj­rze­wa powo­li. W stycz­niu 1973 roku Perec rzu­ca na papier pierw­sze wspo­mnie­nia. Gdy wszyst­kie ksią­żecz­ki Bra­inar­da zebra­ne zosta­ją pod jed­ną okład­ką – to już I Remem­ber, któ­re zna­my (1975) – Perec jest gotów zapre­zen­to­wać swój wariant. W 1976 roku publi­ku­je w cza­so­pi­śmie kul­tu­ral­nym pierw­sze sto sześć­dzie­siąt trzy zapi­sy. Prze­dru­ku­je je, wraz z całą resz­tą, w wyda­niu książ­ko­wym (1978).

Fakt, że Perec mil­czy o sobie, ma pod­ło­że bio­gra­ficz­ne: pisarz jest (jak powia­da Mathews) „zegar­mi­strzem nie­obec­no­ści” i tak kom­po­nu­je swo­je książ­ki, aby zawie­ra­ły jakiś brak. Ten brak ma wska­zy­wać na oso­bi­ste lęki i zra­nie­nia auto­ra, na jego doświad­cze­nie utra­ty rodzi­ców pod­czas woj­ny. W Pamię­tam, że Perec odtwa­rza spo­łecz­ny spek­takl, żeby nie wspo­mnieć o pust­ce, któ­rą sam jest pod­szy­ty. Gdy zde­cy­du­je się, nie­dłu­go przed śmier­cią (w Ellis Island), nazwać tę pust­kę, będzie mówił, że to „cisza, nie­obec­ność, / pyta­nie, wąt­pie­nie, / nie­pew­ność, nie­po­kój”, że to „coś bez­kształt­ne­go, / na gra­ni­cy wyra­żal­no­ści, / coś, co mogę nazwać zamknię­ciem / albo podzia­łem, albo cię­ciem”16. Tym­cza­sem, w roku 1976, pisarz sku­pia się na tytu­łach pio­se­nek i slo­ga­nach rekla­mo­wych. Wysi­łek „odpo­mi­na­nia” skry­wa inną pra­cę: zapo­mi­na­nia o trau­ma­tycz­nym dzie­ciń­stwie i luna­tycz­nej mło­do­ści. Perec zło­żył sie­bie w kryp­cie, a na jej stra­ży posta­wił brzę­czą­cy rój cie­ka­wo­stek i smacz­ków.

Autor Pamię­tam, że uczęsz­czał na wie­le psy­cho­te­ra­pii. Badacz­ki jego dzie­ła wie­dzą dokład­nie, co zna­czy lecze­nie u Fra­nço­ise Dolto czy Miche­la de M’Uzana, z czym wią­że się przej­ście do Jeana-Ber­tran­da Pon­ta­li­sa. To dłu­gi pro­ces tera­peu­tycz­ny, dobrze opi­sa­ny i pełen zwro­tów akcji, pod­czas któ­re­go Perec spi­su­je swo­je sny (tak powsta­je Mrocz­ny skle­pik) i wra­ca do wcze­snych lat (tak rodzi się W albo wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa). W toku psy­cho­ana­li­zy poja­wia się też kom­pul­sja zapi­sy­wa­nia „tego, co wspól­ne”. Pół wie­ku temu Perec opusz­cza sesje i wkra­cza w ostat­ni etap swo­jej twór­czo­ści, pro­wa­dzą­cy do Życia instruk­cji obsłu­gi. W tym samym cza­sie póź­na nowo­cze­sność sta­je się tym, czym jest: erą hiper­dia­gno­zy, któ­rej miesz­kań­cy defi­niu­ją się przez obcią­że­nia i zra­nie­nia. Od razu dodam, uprze­dza­jąc zło­śli­we uwa­gi: nie roz­wi­jam dzia­der­skie­go lamen­tu, że kie­dyś były cza­sy i żyło się nor­mal­nie. Teraz też są cza­sy, a nor­mal­ność to kate­go­ria wię­cej niż podej­rza­na. Nie tęsk­nię za świa­tem neu­ro­jed­no­rod­no­ści i weź­sięw­gar­ści­zmu. Cho­dzi mi o ogól­niej­szy pro­ces, a mia­no­wi­cie o nowy spo­sób kon­stru­owa­nia sie­bie. Albo ina­czej: o pro­duk­cję „indy­wi­du­al­nej psy­chi­ki” jako cze­goś, co kształ­tu­je się w toku życia (przede wszyst­kim rodzin­ne­go), a potem doma­ga nie­ustan­nej ochro­ny i obro­ny. Jak pisze Agniesz­ka Graff:

Nasiąk­nię­ta eto­sem tera­peu­tycz­nym kul­tu­ra wytwa­rza cha­rak­te­ry­stycz­ny sys­tem war­to­ści – ceni się auto­no­mię, auten­tycz­ność i auto­ek­spre­sję. Każ­de „ja” ma za zada­nie poznać praw­dę o sobie i dać wyraz swo­jej odręb­no­ści. Impe­ra­tyw auten­tycz­no­ści wyda­je się uwal­nia­ją­cy, jed­nak „bycie sobą” to w isto­cie pew­na kom­pe­ten­cja i zada­nie do wyko­na­nia. Kul­tu­ra tera­pii doma­ga się od jed­no­stek gigan­tycz­ne­go wysił­ku nakie­ro­wa­ne­go na kon­tem­pla­cję wła­sne­go wnę­trza, odna­le­zie­nie wła­snej wyjąt­ko­wo­ści oraz nie­ustan­ne komu­ni­ko­wa­nie jej innym17.

Pro­ces wymia­ny „cha­rak­te­ru” na „oso­bo­wość” postę­po­wał wraz z seku­la­ry­za­cją i moder­ni­za­cją, by przy­spie­szyć w dobie kontr­kul­tu­ry, ruchów obro­ny praw oby­wa­tel­skich i mniej­szo­ści. Następ­nie etos tera­peu­tycz­ny prze­do­stał się do głów­ne­go nur­tu kul­tu­ry i został sko­mer­cja­li­zo­wa­ny – eman­cy­pa­cyj­ne hasła obró­ci­ły się w kor­po­ra­cyj­ne slo­ga­ny. Jak dowo­dzi Graff: „[w] latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wie­ku wywal­czo­ne przez bun­tow­ni­ków pra­wo do swo­bod­nej eks­pre­sji wła­snej oso­bo­wo­ści nie­po­strze­że­nie zamie­nia się w przy­mus auten­tycz­no­ści i ela­stycz­no­ści”18. Nie twier­dzę, że Perec jest agen­tem neo­li­be­ra­li­zmu, uwa­żam po pro­stu, że jego pisar­stwo wyła­nia się z tego wła­śnie pej­za­żu – jako nie­by­wa­le sub­tel­na tech­ni­ka pry­wa­ty­za­cji cier­pie­nia. Odma­wia on co praw­da budo­wa­nia spój­nej toż­sa­mo­ści nar­ra­cyj­nej, ale – na modłę refor­mo­wa­nej psy­cho­ana­li­zy – struk­tu­ry­zu­je się wokół trau­ma­tycz­ne­go jądra, utoż­sa­mia­ne­go z real­no­ścią.

Na tym tle Bra­inard jest zachwy­ca­ją­co ana­chro­nicz­ny. W ogó­le nie bawi się w psy­cho­lo­gię – inte­re­su­je go co inne­go. Moż­na by powie­dzieć, para­fra­zu­jąc słyn­ną mak­sy­mę Miche­la Foucaul­ta z Nad­zo­ro­wać i karać, że psy­chi­ka zastą­pi­ła nie­gdy­siej­szą „duszę” i sta­ła się nowym wię­zie­niem cia­ła. Bra­inard szu­ka dróg pro­wa­dzą­cych z powro­tem do nie­zdy­scy­pli­no­wa­ne­go cia­ła, do dzi­kich zmy­słów, nie­ja­snych wra­żeń. Jest bez­pro­gra­mo­wy, nie­sys­te­ma­tycz­ny i nie­fra­so­bli­wy. Odsu­wa grę na efekt, nie dba o „styl”, impro­wi­zu­je. Afir­mu­je zwy­czaj­ne życie, któ­re­go sta­no­wi część – i jako taki daje się lubić (John Ash­be­ry powie­dział, że to arty­sta „miły”: „nice as a per­son and nice as an artist”19). W świe­cie, któ­ry coraz bar­dziej przy­po­mi­na kom­bi­na­cję gabi­ne­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go z cało­do­bo­wą apte­ką, jego bez­pre­ten­sjo­nal­na książ­ka sta­no­wi odtrut­kę. Lubię jej nie­wy­mu­szo­ną eks­tra­wa­gan­cję, egzy­sten­cjal­ny luz, lek­kość i dezyn­wol­tu­rę, a tak­że to, że inność inten­syw­nie poszu­ku­je w niej wła­sne­go języ­ka.

*

Naj­pierw prze­czy­ta­łem Je me souviens, a potem I Remem­ber, ale od dzi­siaj pamię­tam, że było dokład­nie na odwrót.

 

1 J. Bra­inard, I Remem­ber, tłum. K. Zabłoc­ki, Kra­ków: Loka­tor, 2014, s. 21–22.

2 Tam­że, s. 37.

3 P. Auster, Przed­mo­wa [w:] J. Bra­inard, I Remem­ber, s. 7.

4 J. Bra­inard, I Remem­ber, s. 61–63.

5 Tam­że, s. 70.

6 Tam­że, s. 56.

7 Cyt. za: R. Pad­gett, Posło­wie [w:] J. Bra­inard, I Remem­ber, s. 214.

8 J. Bra­inard, I Remem­ber, s. 35.

9 A. Sta­siuk, Jak zosta­łem pisa­rzem (pró­ba auto­bio­gra­fii inte­lek­tu­al­nej), Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 1998. Cyta­ty pocho­dzą odpo­wied­nio ze stron: 15, 34, 38, 89, 62, 63, 101, 22.

10 G. Perec, Pamię­tam że. To, co wspól­ne I, tłum. K. Zabłoc­ki, Kra­ków: Loka­tor, 2013, s. 127–128.

11 Tam­że, s. 9–10.

12 R. Bras­seur, Intac­tes et minu­scu­les. Notes pour „Je me souviens” de Geo­r­ges Perec, onli­ne: https://docs.google.com/file/d/0B71JfRYrV2lYYzAzZGY0ZjgtM2YxZC00MTBiLWI3NTQtODI3NDBhOGEyMjRk/edit?resourcekey=0‑DK1IfeIPAQ2d-T7cY5Zdww [dostęp: 2.05.2026].

13 G. Perec, Pra­ca pamię­ci (roz­mo­wa z Fran­kiem Venaille’em), tłum. E. Kuniec [w:] tegoż, Uro­dzi­łem się. Ese­je, tłum. J. Gon­do­wicz i in., Kra­ków: Loka­tor, 2012, s. 203.

14 J. Bra­inard, I Remem­ber, s. 162.

15 Tam­że, s. 128.

16 G. Perec, Ellis Island, tłum. J. Fran­czak, Kra­ków: Loka­tor, 2024, s. 42.

17 A. Graff, Jak ryby w wodzie. Kul­tu­ra tera­pii i jej kry­ty­cy, „Er®go” 2024, nr 48, s. 335, onli­ne: https://journals.us.edu.pl/index.php/ERRGO/article/view/15035/13631 [dostęp: 2.05.2026].

18 Tam­że, s. 341.

19 J. Ash­be­ry, Joe Bra­inard, onli­ne: https://sigliopress.com/readings/john-ashbery-on-joe-brainard/ [dostęp: 2.05.2026].

– pisarz, eseista, literaturoznawca.

więcej →

Fallback Avatar

– poeta, malarz, rysownik i scenograf teatralny.

więcej →