Pamiętam, że gdy po raz pierwszy przeczytałem I Remember Joego Brainarda, pomyślałem sobie: jakie to banalne! Gość notuje bez ładu i składu jakieś osobiste przeżycia, cała zabawa ani nie ma ukrytego sensu, ani donikąd nie prowadzi, może co najwyżej posłużyć jako zachęta do wykonania podobnej roboty – albo wstępne ćwiczenie na kursie creative writing, przed przejściem do innych, bardziej ambitnych wyzwań. I tyle, kropka. Po jakimś czasie – i po szeregu doświadczeń zebranych właśnie na warsztatach twórczego pisania – zrozumiałem, że ta książka jest być może łatwa w lekturze, ale była trudna do napisania.
Wracam do niej po latach nie po to, by docenić „szlachetną prostotę” tytułowej formuły i zmusić się do zachwytu (czy to w ogóle możliwe?), lecz by poddać refleksji paradoksalną naturę tego tekstu. Jest to rzecz wybitnie banalna, diabelnie łatwa i konsekwentnie kapryśna. Łudząca odbiorcę wrażeniem bliskości i niemożliwa do przyswojenia. Domagająca się ciągu dalszego, a zarazem skończona, nawet wielokrotnie skończona – jakby złożona z samych point. Pewnie dlatego po pół wieku nadal intryguje i inspiruje, a wiele piszących osób – pośród nich Harry Mathews, Ted Berrigan, Shane Allison, Jesús Marchamalo, Denis Hirson i Zeina Abirached – wciąż próbuje stworzyć własny jej wariant.
Oto scena pierwotna eksperymentu. Latem 1969 roku dwudziestoletni artysta, wychowany w Tulsie (Oklahoma), od paru lat zamieszkały w Nowym Jorku, obracający się w kręgu młodych pisarzy (takich jak Frank O’Hara, James Schuyler, Kenneth Koch czy najbliżsi mu Ron Padgett i Ted Berrigan) zasiada do biurka i notuje:
Pamiętam, jak po raz pierwszy otrzymałem list z napisem na kopercie „Po pięciu dniach zwrócić do”; pomyślałem, że po upływie pięciu dni powinienem odesłać list do nadawcy.
Pamiętam moje podniecenie, gdy szperałem w szufladach rodziców w poszukiwaniu gumek (Peacock).
Pamiętam czasy, kiedy polio było czymś najstraszniejszym w świecie.
Pamiętam różowe koszule wyjściowe. I krawaty bolo.
Pamiętam, jak usłyszałem od jakiegoś chłopaka, że kwaskowate listki przypominające koniczynę, które lubiliśmy podjadać (wraz z żółtymi kwiatkami), dlatego smakują tak kwaśno, bo sikały na nie psy. Pamiętam, że mimo to jadłem je nadal.
Pamiętam mój pierwszy rysunek. Była to panna młoda z bardzo długim trenem.
Pamiętam mojego pierwszego papierosa. Był to kent. Na górce. W Tulsie, Oklahomie. Z Ronem Padgettem.
Pamiętam moje pierwsze erekcje. Myślałem, że zapadłem na jakąś straszną chorobę czy coś w tym rodzaju1.
Czytam te linijki i nadal dziwię się wszystkim zachwytom – że to niby dzieło „geniusza w stanie czystym” (Mark Ford), odkrycie uniwersalnego „wehikułu pamięci” (Siri Hustvedt) i tym podobne. Ani to nowatorskie, ani nawet szczególnie pomysłowe jak na koniec lat 60. Wysoki modernizm bada mechanizmy pamięci co najmniej od czasów Marcela Prousta. Od niemal dwudziestu lat poeci Szkoły Nowojorskiej notują z pietyzmem drobiny codziennego doświadczenia. Za oceanem działa od początku dekady eksperymentalna grupa OuLiPo, która niestrudzenie wymyśla oryginalne recepty na dzieła literackie. W sztuce zaś triumfy święci pop-art, Andy Warhol i The Factory wypuszczają na świat serialne dzieła tworzone według powtarzalnego wzoru. Garść nieuporządkowanych reminiscencji nie wygląda na tym tle szczególnie imponująco. Odwoływanie się przez ich autora do autobiograficznego pisarstwa Gertrude Stein tylko pogarsza sprawę. Technika powtórzeń i zapętleń, rytmizacja języka, efekt kolażowy, poluzowanie chronologii i przesunięcie akcentu z biograficznych faktów na szczegół i ogólną atmosferę – wszystko to odnajdujemy już w słynnej Autobiografii Alice B. Toklas (1933), wykorzystane z niezrównaną perfekcją. Oryginalność nie jest z pewnością pierwszoplanową zaletą I Remember. Co nią zatem jest?
Być może rozmach i konsekwencja. Zaczynających się w ten sam sposób fragmentów jest około tysiąca pięciuset. Pisarz ograniczył się do bardzo prostego gestu i powtarzał go z uporem. Trochę jak rybak, który monotonnym ruchem zarzuca sieć, a następnie przygląda się temu, co wyłowił z rzeki czasu. Raz są to osobiste wspomnienia, a nawet intymne szczegóły, innym razem banalne detale codzienności, relikty nieodległej przeszłości, migawki ze świata popkultury. Trudno ustalić tu jakąś regułę. Choć niektórzy próbują – na przykład Paul Auster, wielbiciel tej książeczki, wylicza kategorie tematyczne: rodzina, jedzenie, ubranie, filmy, telewizja i muzyka, szkoła i kościół, ciało, sny i fantazje, seks, wakacje, przedmioty i produkty, dowcipy i potoczne wyrażenia, przyjaciele i znajomi, fragmenty autobiograficzne, introspekcje i wyznania, fantazje.
Nie przekonuje mnie to wcale. W tych reminiscencjach wszystko jest jednocześnie konkretne i zmysłowo-cielesne, autobiograficzne i zanurzone w klimacie epoki, wyobraźniowe i relacyjne. W odniesieniu do I Remember każda typologia będzie prowizoryczna i otwarta, możliwa do zastąpienia dowolną inną. Na przykład taką, która dzieliłaby wspomnienia Brainarda na a) zabalsamowane, b) tresowane, c) fantastyczne, d) bezpańskie, e) włączone do niniejszej klasyfikacji, f) miotające się jak szalone, g) niezliczone, h) narysowane cienkim pędzelkiem z wielbłądziego włosia, i) et cetera.
Być może lepiej do tej książki przylegać będą rozproszone refleksje, pozbawione ustalonej kolejności i hierarchii, jak ona wielorakie i mnogie:
Przez anegdoty prześwieca sam autor. Nie, to coś innego niż przeświecanie, coś więcej niż abstrakcyjna zasada jedności; wyczuwam jego obecność w każdym, nawet najmniej osobistym fragmencie.
Cały utwór osadzony jest w biografii. Warto posłuchać, jak autor czyta tekst w filmie Matta Wolfa I Remember: A Film About Joe Brainard, choć i bez tego wyraźnie słyszymy jego głos. Mechaniczna reguła przywraca literaturę gadaniu.
Nie jest to biografia szczególna, przy żywotach bitników czy świętych kontrkultury wypada raczej blado. Jasne, dolny Manhattan przełomu lat 60. i 70. sam w sobie robi wrażenie, ale mamy do czynienia z kameralnym przedsięwzięciem skromnego człowieka (który notuje: „Pamiętam, jak myślałem, że jestem wielkim artystą”2). Zapiski dołączają do rysunków, asamblaży i kolaży, gadają z nimi o dniu powszednim i chwilach, które minęły.
Ilość robi wrażenie, wielość wprowadza różnicę. Mozolnie budowany autoportret rozmienia się na miriadę detali. Auster notuje:
ilekroć (mimo tych wielokrotnych poprzednich lektur) otwieram arcydziełko Brainarda, doznaję dziwnego wrażenia, że oto stykam się z nim po raz pierwszy3.
Szczegółów jest tak wiele, że wypadają z pamięci. Można się odprężyć, pozwolić sobie na luksus demencji.
Struktura ma charakter melodyczny: raczej ją słyszymy, aniżeli widzimy. Obraz pozostaje niewyraźny, ziarnisty. Choćbyśmy próbowali cofnąć się, żeby objąć wzrokiem całość, nigdy nie nabierzemy odpowiedniego dystansu.
Impresja, logika skojarzeń i fragment, zawsze fragment. Brainard jest epizodykiem, odrzuca wielkie struktury narracyjne i tożsamościowe. Żegnamy je z westchnieniem ulgi. Żadne to memuary, żaden autoportret pisarza w wieku męskim. Żadna próba wyczerpującego opisania siebie samego, a tym bardziej scalenia. A więc można żyć, nie szukając opowieści – na złość wszystkim hermeneutom?
Zawsze fragment i detal, który zaświadcza o osobności. Nietrudno wyczytać z tych zapisków historię odmienności: dorastanie, dojrzewanie do sztuki, wyjazd do wielkiego miasta, homoseksualny coming-out. Historie pożądania, wstydu, ukrywania się, ujawnienia, relacji, seksu nie dominują jednak, wtapiają się w migotliwe tło.
Fragmenty układają się w mozaikę. Gdy ją kontempluję, czas ulega unieważnieniu. Nawet słowo „czas” wydaje się niewłaściwe; to pojęciowy fetysz, jak pisał Norbert Elias (Esej o czasie), reifikująca forma, która konstruuje mit czegoś mierzalnego. Tu widzimy podmiot, który żyje, postrzega, pragnie, wspomina, pisze.
Albo inaczej: mam wrażenie, że Joe przechadza się po przeszłości, zupełnie wolny od jakiegokolwiek przymusu. Czas istnieje, ale podlega uprzestrzennieniu. Został rozebrany na chwile, te zaś leżą obok siebie jak w muzeum lub hipermarkecie.
Wszystko jest równoważne. Ta książka przypomina wielkie zdanie współrzędne, z tysiąc pięćset razy powtórzonym „i”. Żadnej determinacji – wszystko mogło ułożyć się inaczej. Właściwie nadal może, jeśli tylko zaczniemy czytać wspak albo po skosie.
Dzisiejsze sylwy i autofikcje noszą ślad tradycyjnej opowieści. Lata Annie Ernaux zaczynają się radykalnie, a potem chwytają za nić chronologii. Karl Ove Knausgård w Mojej walce każe czytelnikowi zanurkować w minionym, lecz pozwala mu wynurzyć się na powierzchnię, by odetchnąć teraźniejszością. Brainard wybiera rozproszenie i rozpłynięcie się.
Impresja, logika skojarzeń i cięcie, zawsze cięcie. Zasady łączenia są niechronologiczne, czysto asocjacyjne, czasem przypominają strumień świadomości. Na przykład w takiej sekwencji: Bermudy i podkolanówki (2 zapisy) – dziecięce zabawy w lekarza z koleżanką (2) – „walenie konia”, „mokre sny” i erotyczne fantazje (7) – szczegóły anatomiczne, takie jak pępki, brzuchy, ręce, włosy (3) – ubrania typu T‑shirty, majtki (3) – erotyczne fantazje dotyczące ubrań (2). A potem, nagle: „pamiętam zieloną trawkę, na której leżały wielkanocne jajka”4. Co jak co, ale nikt nie spodziewał się zajączka! Zasady łączenia są czysto asocjacyjne albo nie ma ich wcale.
Maszyna do pamiętania działa jak tybetański młynek modlitewny: pamięta za nas. Przywraca szczegóły – gesty, kolory, melodie. Deszcz pada nierówno, palce marszczą się podczas kąpieli: wiemy to, nie pamiętając. Wyliczanka pozwala coś pochwycić, nie po to, by nadać temu znaczenie, lecz by przywrócić doznanie.
Maszyna zagarnia wszystko i zamazuje granice między sztuką a życiem. Pracuje w innych rejonach niż telewizyjne kamery. Rok 1969 jest piękny i straszny, ekscytujący i dramatyczny. Trwa gorące lato, w Stonewall wybuchają zamieszki, Richard Nixon ogłasza swoją doktrynę, człowiek ląduje na Księżycu, grupa Charlesa Mansona dokonuje mordu, a Brainard pisze: „Pamiętam jaskrawopomarańczowe brzoskwinie w puszce”5. Festiwal w Woodstock, masakra Mỹ Lei, testy atomowe na Alasce, a Joe na to: „pamiętam, że ojciec często drapał się po jajach”6.
„Czuję – pisze Brainard do przyjaciółki – że w takim samym stopniu jak o mnie, ta rzecz jest o każdym”7. To piękna (bardzo whitmanowska) deklaracja udziału w wielkiej wspólnocie doświadczenia. Brainard nie stara się uogólniać, mówi o sprawach prywatnych. Ale i tak jednostkowe i osobiste okazuje się uniwersalne i podzielne. Czy nie stąd płynie przyjemność lektury? Rozpoznajemy własne w cudzym. Tekst okazuje się inkluzywny, a nasze przeżycia nie tak wyjątkowe, jak się zdawało. „Ja” gubi kontury.
Czy pisząc autobiografię, nie kreślimy też portretu zbiorowości, do której przynależeliśmy? Zmyślamy i siebie, i ją.
Pamiętam, jak pewnego dnia, gdy wywołano moje nazwisko w czasie zajęć WF‑u, nie potrafiłem powiedzieć „jestem”. Tak bardzo się jąkałem, że niekiedy słowa po prostu nie wychodziły mi z ust. Musiałem za karę biegać naokoło boiska8.
Recepta na jąkanie się – zaczynać zdania od dobrze opanowanej frazy. I Remember jako forma logopedyczna.
I Remember jako konfesja: nieśmiały, introwertyczny Joe wspomina dziecięce upokorzenia… jest szczery „do bólu”… przyznaje się do winy i wstydu… wyznaje grzechy oraz wiarę w potęgę literackiej spowiedzi… Czyżby? A może w ten sposób produkuje siebie i oddziela się od świata?
Tak, wyznanie jest zawsze wyzwaniem. Tym płynącym ze strony formy i języka oraz tym rzuconym obyczajom i czytającej publiczności. Ale dziś jest też łatwizną, koniecznym trybutem, opcją domyślną. Więcej emocji budzą powściągliwość, obrona prywatności, ukrywanie się. Skandalem jest zniknięcie – Thomas Pynchon i Elena Ferrante to modelowi obrazoburcy literackiego spektaklu.
Czasem mówi się, że Brainard odzwierciedla funkcjonowanie pamięci, że ukazuje jej chaotyczność, imituje spontaniczne skoki – i tak dalej. I Remember jako utwór elektroencefalograficzny: po kartkach rozchodzą się fale mózgowe. Czy nie mamy dość tej domniemanej naturalności formy? Nie dostrzegam jej ani w piśmie automatycznym, ani w poemacie rozkwitającym, ani tu. Mam gdzieś, czy Brainard jest szczery czy tę szczerość finguje. Traktuję jego tekst jak aparat do produkcji wspomnień.
Pamiętam, że po raz pierwszy czytałem Brainarda na początku wieku w księgarni na Brooklynie. Byłem tam z przyjacielem. Nie mieliśmy pieniędzy na nocleg i nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Oczywiście chcieliśmy szlajać się nocą po mieście, tyle że bez bagażu, znaleźliśmy więc w Prospect Park odpowiednio gęsty zagajnik i ukryliśmy w nim swoje plecaki. Nawet dziś byłbym w stanie odnaleźć to miejsce. Wiem, że o świcie odnaleźliśmy swoje rzeczy nietknięte, ale zupełnie nie pamiętam ani tamtej nocy, ani drogi powrotnej do domu.
*
Auster zastanawia się, czego nie ma w książce Brainarda, po czym wylicza te braki (konflikty z rodzeństwem, przemoc, wspomnienia lektur i tym podobne), jakby doskonale wiedział, co powinno się znaleźć się w prawidłowych „rememberach”. Mnie zastanawia innego rodzaju nieobecność – czarna materia przeszłości, czyli to, czego Brainard nie wywabił na powierzchnię wysłowienia. Przecież większa część doświadczenia przepada bez śladu, to znaczy turla się przez próg świadomości i wpada do jakiejś osobistej niepamięci. Odczuwam stale jej obecność – to jakby zamknięty magazyn, z którego rzadko udaje się coś wydobyć. Piętrzy się w nim przeżyte o różnych odcieniach mroku: to, o czym pamiętam, że zapomniałem, i nie mogę sobie tego przypomnieć; to, o czym zapomniałem, że zapomniałem, i nawet nie wiem, jak o to zapytać; to, o czym zapomniałem, że pamiętam, co jest mną tak bardzo, że o tym nie wiem.
Czy da się przeprowadzić inwentaryzację tego archiwum? Czy możliwe jest równie zamaszyste I don’t Remember lub I can’t Remember? Nie pamiętam pierwszego dnia szkoły, pierwszego pocałunku i wielu innych pierwszyzn. Nie pamiętam, co jadałem na obiad podczas studiów i jak robiłem wtedy pranie. Nie pamiętam co drugiej zabawy z dziećmi, połowy podróży autostopem po Europie i większości obejrzanych filmów. Nie pamiętam dyplomu w szkole muzycznej, siebie w wieku lat dwudziestu dwóch, smaku mięsa, pisania listów. Nie pamiętam, czy, że i jak. Łazi za mną ta mała otchłań, zaglądam w nią czasem i wzdragam się ze grozą. Zaprojektowałem też własny mechanizm – w książce Ubytki, która niebawem powinna się ukazać – pozwalający wyciągnąć coś na światło z tej dziury albo wręcz przeciwnie: wepchnąć do niej odpowiednio spreparowane, fluoroscencyjne wspomnienie.
Można też podejść do sprawy prościej. Andrzej Stasiuk – największy melancholik wśród twardzieli współczesnej literatury (i na odwrót) – ciągle zachowuje kontakt z ocienioną przeszłością. W Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) co rusz natrafia na taki negatywny byt i po prostu o tym mówi. „Nie pamiętam, jakie buty nosiły gity”. „To były ciekawe rozmowy. Żadnej z nich już nie pamiętam”. „Nie pamiętam, jakie dostawaliśmy mydło, ale gacie były granatowe i zamiast gumek miały sznurki”. I tak ciągle, bo przeszłość jest w dużej mierze zrobiona z zapomnienia. O kawie: „Nie pamiętam, ile kosztowała”. O buncie w więzieniu: „Za diabła nie pamiętam, o co chodziło”. O radiowej liście przebojów: „Za cholerę nie pamiętam, co wtedy było na topie”. O płycie Johna Cale’a: „Ni chu-chu nie pamiętam tytułu”. Niekiedy brak jest punktowy, innym razem bardziej rozlewny: „Nie pamiętam więcej cen z tamtego czasu”9. Najważniejsze, że Stasiuk snuje o sobie zawadiacką balladę pomimo tego wybrakowania. A może właśnie na przekór niemu.
*
Najsłynniejszy naśladowca Brainarda to zdrajca jego idei. Georges Perec w Je me souviens (Pamiętam, że) respektuje elementarne zasady zabawy – sporządza krótkie notacje, zaczyna je zawsze od sakramentalnej frazy i nie narzuca im żadnej kolejności – ale postanawia nie mówić o sobie. Swoje założenie wykłada w postscriptum:
Zapiski te nie są tak naprawdę wspomnieniami, a już zwłaszcza nie są to wspomnienia osobiste, lecz okruchy codzienności, sprawy, w których w tym czy innym roku ludzie z tego samego pokolenia byli świadkami, wspólnie je przeżywali i dzielili, a które następnie zniknęły, popadły w zapomnienie10.
Perec spisuje tylko to, co należy do wszystkich (stąd sympatyczny podtytuł ze zmyłkową numeracją: To, co wspólne 1). Wyznaje to, co jawne i ogólnodostępne. Ciąg czterystu osiemdziesięciu zapisów układa się w poemat pamięci kulturowej, anatomię pewnej epoki i portret francuskiego społeczeństwa. Leci to tak:
Pamiętam, że Réda Caire występował na estradzie w kinie przy Porte de Saint-Cloud.
Pamiętam, że mój wuj miał CV11 o numerze rejestracyjnym 7070 RL2.
Pamiętam kino „Les Agriculteurs”, klubowe fotele w kinie „Caméra” i dwuosobowe kanapy w „Panthéonie”.
Pamiętam Lestera Younga w „Club Saint-Germain”; miał na sobie garnitur z błękitnego jedwabiu z podszewką z jedwabiu czerwonego.
Pamiętam Ronconiego, Brambillę i Jesusa Moujicę; a także Zaafa, tego wiecznego marudera11.
Oczywiście niemal każda linijka wymaga wyjaśnienia, bo marki, mody, radiowe szlagiery i repertuar kin zmieniają się nieustannie. Stąd konieczność przypisów, i to wielu. Roland Brasseur ulepił z nich osobną książkę pod tytułem Intactes et minuscules. Notes pour „Je me souviens” de Georges Perec (1998). Na wstępie tak tłumaczył swój projekt:
Pamiętam sobotę 20 stycznia 1989 roku w teatrze Mogador. Tego dnia widziałem i słyszałem, jak Sami Frey, jadąc na rowerze, wypowiadał 480 „Pamiętam”. Pamiętam przyjemność, jaką odczuwałem, czując przyjemność innych widzów. Wielu miało ponad 40 lat. I pamiętam swój niepokój: co może zrozumieć czytelnik albo widz dwudziestoletni? […] Z każdym rokiem zapomnienie zdobywało nieco więcej terenu kosztem „Pamiętam”. Powiedziałem sobie: „wyjaśnię im”12.
Było to prawie czterdzieści lat temu; strach pomyśleć, ile zapomnienia narosło przez ten czas. W projekcie nie chodzi jednak o to, by kontemplować zmienność i egzaltować się przemijaniem, lecz by na moment przywrócić coś „bez znaczenia, całkiem banalnego”.
Perec wspomina okres od dziesiątego do dwudziestego piątego roku życia. Starsze wspomnienia (jak sam zaznacza) przynależą do mitu. Zdarza się, że bywają fałszywe. Autor podaje w posłowiu dwa przykłady błędów, ale ich nie poprawia. Fałsz pozostaje prawdą emocjonalną. W jednym z wywiadów (Praca pamięci. Rozmowa z Frankiem Venaille’em), dodaje:
to stanowi część tej sprzeczności między życiem a instrukcją obsługi, między zasadami gry, jakie ustalamy, a paroksyzmem prawdziwego życia, które nieustannie pochłania, niszczy ten porządek, zresztą, na szczęście13.
Pamiętam, że po raz pierwszy Pereca czytałem pod koniec stulecia, w księgarni na Montparnasse. Byłem tam z przyjaciółką. Nie mieliśmy pieniędzy na nocleg i nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Oczywiście chcieliśmy szlajać się nocą po mieście, tyle że bez bagażu. Znaleźliśmy w Lasku Bulońskim odpowiednio gęsty zagajnik i tam ukryliśmy walizki. Pamiętam dokładnie szaloną noc, przetańczoną nad Sekwaną. Nawet dziś potrafiłbym odtworzyć każdą jej minutę. Niestety, o świcie nie pamiętaliśmy, gdzie ukryliśmy bagaż.
*
Na prośbę autora wydawca Je me souviens zostawił na końcu parę pustych stron, by osoba czytająca mogła dopisać własne wspomnienia. W Polsce wyzwanie przyjęli między innymi Tadeusz Komendant, Zbigniew Majchrowski i Krzysztof Zabłocki, tłumacz obu książek. Ten ostatni zaczął od perecowskiego Przypominam sobie (1998), później dopisał bardziej osobiste Pamiętam że/jak/gdy…, wreszcie wypracował dystansującą formułę „pamięta, że…”, by w kolejnym tekście (2023) zbudować własny gejowski Bildungsroman. Niedawno Piotr Stankiewicz ułożył z takich błysków całą książkę. Zaczął od lat 80., więc najpierw rządzą piosenki z Tik-Taka i słodycze schyłkowego PRL, potem wjeżdżają najntisy, a wraz z nimi gadu-gadu i telewizyjna „Barka”, potem dominują gadżety millenialsów. Czytając tę książkę, myślałem o potędze pokoleniowych grepsów i nawet wymyśliłem prosty test. Joe Brainard pisze tak:
pamiętam gumę Double Bubble z komiksami, a także zlizywanie słodkiego pudru. Pamiętam okres gumy do żucia Clove. I okres Juicy-fruit. A potem (szkoła średnia) okres, kiedy Dentyne wydawała się bardziej wyrafinowanym wyborem14.
A Ciebie jakie gumy do żucia wzruszają? Kolorowe gumy-kulki, Donald, Turbo, Hubba Bubba? Wynik powie o Tobie niewiele, ale pozwoli nawiązać small talk z rówieśnikami lub wejrzeć w przepaść międzypokoleniową.
*
Brainard czy Perec? Wybór między nimi może wydawać się pozorny. W końcu Nowojorczyk robił to samo co Paryżanin, tylko bez planu: „Pamiętam 5‑Day Deodorant Pads. Pamiętam The Arthur Murray Party. […] Pamiętam Chef Boy-ar-dee- Spaghetti”15. Obaj udowodnili, że prywatne przenika się z publicznym i że pamięć kulturowa jest nietrwała. A jednak Joe opowiadał o sobie, a Georges o sobie z założenia (bardzo wymownie) milczał. Ich dzieła spotkały się dokładnie pół wieku temu; to znamienny punkt na osi czasu, coś jakby epokowe rozstaje.
Najpierw odtwórzmy chronologię. W 1970 roku ukazuje się pierwsza edycja I Remember, która cieszy się niespodziewaną popularnością. W ślad za nią podążają rozszerzenia: I Remember More (1972), More I Remember More oraz I Remember Christmas (1973). Na początku dekady Harry Mathews opowiada Perecowi o tej serii publikacji. Pomysł twórczego naśladownictwa dojrzewa powoli. W styczniu 1973 roku Perec rzuca na papier pierwsze wspomnienia. Gdy wszystkie książeczki Brainarda zebrane zostają pod jedną okładką – to już I Remember, które znamy (1975) – Perec jest gotów zaprezentować swój wariant. W 1976 roku publikuje w czasopiśmie kulturalnym pierwsze sto sześćdziesiąt trzy zapisy. Przedrukuje je, wraz z całą resztą, w wydaniu książkowym (1978).
Fakt, że Perec milczy o sobie, ma podłoże biograficzne: pisarz jest (jak powiada Mathews) „zegarmistrzem nieobecności” i tak komponuje swoje książki, aby zawierały jakiś brak. Ten brak ma wskazywać na osobiste lęki i zranienia autora, na jego doświadczenie utraty rodziców podczas wojny. W Pamiętam, że Perec odtwarza społeczny spektakl, żeby nie wspomnieć o pustce, którą sam jest podszyty. Gdy zdecyduje się, niedługo przed śmiercią (w Ellis Island), nazwać tę pustkę, będzie mówił, że to „cisza, nieobecność, / pytanie, wątpienie, / niepewność, niepokój”, że to „coś bezkształtnego, / na granicy wyrażalności, / coś, co mogę nazwać zamknięciem / albo podziałem, albo cięciem”16. Tymczasem, w roku 1976, pisarz skupia się na tytułach piosenek i sloganach reklamowych. Wysiłek „odpominania” skrywa inną pracę: zapominania o traumatycznym dzieciństwie i lunatycznej młodości. Perec złożył siebie w krypcie, a na jej straży postawił brzęczący rój ciekawostek i smaczków.
Autor Pamiętam, że uczęszczał na wiele psychoterapii. Badaczki jego dzieła wiedzą dokładnie, co znaczy leczenie u Françoise Dolto czy Michela de M’Uzana, z czym wiąże się przejście do Jeana-Bertranda Pontalisa. To długi proces terapeutyczny, dobrze opisany i pełen zwrotów akcji, podczas którego Perec spisuje swoje sny (tak powstaje Mroczny sklepik) i wraca do wczesnych lat (tak rodzi się W albo wspomnienie z dzieciństwa). W toku psychoanalizy pojawia się też kompulsja zapisywania „tego, co wspólne”. Pół wieku temu Perec opuszcza sesje i wkracza w ostatni etap swojej twórczości, prowadzący do Życia instrukcji obsługi. W tym samym czasie późna nowoczesność staje się tym, czym jest: erą hiperdiagnozy, której mieszkańcy definiują się przez obciążenia i zranienia. Od razu dodam, uprzedzając złośliwe uwagi: nie rozwijam dziaderskiego lamentu, że kiedyś były czasy i żyło się normalnie. Teraz też są czasy, a normalność to kategoria więcej niż podejrzana. Nie tęsknię za światem neurojednorodności i weźsięwgarścizmu. Chodzi mi o ogólniejszy proces, a mianowicie o nowy sposób konstruowania siebie. Albo inaczej: o produkcję „indywidualnej psychiki” jako czegoś, co kształtuje się w toku życia (przede wszystkim rodzinnego), a potem domaga nieustannej ochrony i obrony. Jak pisze Agnieszka Graff:
Nasiąknięta etosem terapeutycznym kultura wytwarza charakterystyczny system wartości – ceni się autonomię, autentyczność i autoekspresję. Każde „ja” ma za zadanie poznać prawdę o sobie i dać wyraz swojej odrębności. Imperatyw autentyczności wydaje się uwalniający, jednak „bycie sobą” to w istocie pewna kompetencja i zadanie do wykonania. Kultura terapii domaga się od jednostek gigantycznego wysiłku nakierowanego na kontemplację własnego wnętrza, odnalezienie własnej wyjątkowości oraz nieustanne komunikowanie jej innym17.
Proces wymiany „charakteru” na „osobowość” postępował wraz z sekularyzacją i modernizacją, by przyspieszyć w dobie kontrkultury, ruchów obrony praw obywatelskich i mniejszości. Następnie etos terapeutyczny przedostał się do głównego nurtu kultury i został skomercjalizowany – emancypacyjne hasła obróciły się w korporacyjne slogany. Jak dowodzi Graff: „[w] latach siedemdziesiątych XX wieku wywalczone przez buntowników prawo do swobodnej ekspresji własnej osobowości niepostrzeżenie zamienia się w przymus autentyczności i elastyczności”18. Nie twierdzę, że Perec jest agentem neoliberalizmu, uważam po prostu, że jego pisarstwo wyłania się z tego właśnie pejzażu – jako niebywale subtelna technika prywatyzacji cierpienia. Odmawia on co prawda budowania spójnej tożsamości narracyjnej, ale – na modłę reformowanej psychoanalizy – strukturyzuje się wokół traumatycznego jądra, utożsamianego z realnością.
Na tym tle Brainard jest zachwycająco anachroniczny. W ogóle nie bawi się w psychologię – interesuje go co innego. Można by powiedzieć, parafrazując słynną maksymę Michela Foucaulta z Nadzorować i karać, że psychika zastąpiła niegdysiejszą „duszę” i stała się nowym więzieniem ciała. Brainard szuka dróg prowadzących z powrotem do niezdyscyplinowanego ciała, do dzikich zmysłów, niejasnych wrażeń. Jest bezprogramowy, niesystematyczny i niefrasobliwy. Odsuwa grę na efekt, nie dba o „styl”, improwizuje. Afirmuje zwyczajne życie, którego stanowi część – i jako taki daje się lubić (John Ashbery powiedział, że to artysta „miły”: „nice as a person and nice as an artist”19). W świecie, który coraz bardziej przypomina kombinację gabinetu psychologicznego z całodobową apteką, jego bezpretensjonalna książka stanowi odtrutkę. Lubię jej niewymuszoną ekstrawagancję, egzystencjalny luz, lekkość i dezynwolturę, a także to, że inność intensywnie poszukuje w niej własnego języka.
*
Najpierw przeczytałem Je me souviens, a potem I Remember, ale od dzisiaj pamiętam, że było dokładnie na odwrót.
1 J. Brainard, I Remember, tłum. K. Zabłocki, Kraków: Lokator, 2014, s. 21–22.
2 Tamże, s. 37.
3 P. Auster, Przedmowa [w:] J. Brainard, I Remember, s. 7.
4 J. Brainard, I Remember, s. 61–63.
5 Tamże, s. 70.
6 Tamże, s. 56.
7 Cyt. za: R. Padgett, Posłowie [w:] J. Brainard, I Remember, s. 214.
8 J. Brainard, I Remember, s. 35.
9 A. Stasiuk, Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej), Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 1998. Cytaty pochodzą odpowiednio ze stron: 15, 34, 38, 89, 62, 63, 101, 22.
10 G. Perec, Pamiętam że. To, co wspólne I, tłum. K. Zabłocki, Kraków: Lokator, 2013, s. 127–128.
11 Tamże, s. 9–10.
12 R. Brasseur, Intactes et minuscules. Notes pour „Je me souviens” de Georges Perec, online: https://docs.google.com/file/d/0B71JfRYrV2lYYzAzZGY0ZjgtM2YxZC00MTBiLWI3NTQtODI3NDBhOGEyMjRk/edit?resourcekey=0‑DK1IfeIPAQ2d-T7cY5Zdww [dostęp: 2.05.2026].
13 G. Perec, Praca pamięci (rozmowa z Frankiem Venaille’em), tłum. E. Kuniec [w:] tegoż, Urodziłem się. Eseje, tłum. J. Gondowicz i in., Kraków: Lokator, 2012, s. 203.
14 J. Brainard, I Remember, s. 162.
15 Tamże, s. 128.
16 G. Perec, Ellis Island, tłum. J. Franczak, Kraków: Lokator, 2024, s. 42.
17 A. Graff, Jak ryby w wodzie. Kultura terapii i jej krytycy, „Er®go” 2024, nr 48, s. 335, online: https://journals.us.edu.pl/index.php/ERRGO/article/view/15035/13631 [dostęp: 2.05.2026].
18 Tamże, s. 341.
19 J. Ashbery, Joe Brainard, online: https://sigliopress.com/readings/john-ashbery-on-joe-brainard/ [dostęp: 2.05.2026].
