Stwierdzenie Umberta Eco, że książki mówią o innych książkach, jest już w tym momencie truizmem. Każdy, kto pisze, wchodzi w dialog z tymi, którzy pisali przed nim, z regułami gatunków i konwencji, z gęstą siecią kulturowych odniesień, z różnymi modelami usytuowania się wobec form bardziej czy mniej tradycyjnych oraz bardziej czy mniej awangardowych. Tak pojmowana literatura staje się jednak czymś w rodzaju języka samozwrotnego, tautologicznego, mówiącego wyłącznie o samym sobie. Tymczasem doskonale wiemy, że odciskają się w niej też matryce czasu, dominujących dyskursów, monumentalnych systemów myślowych, wyzwań i ograniczeń poszczególnych epok. Literatura zawsze sięgała w głąb rzeczywistości. Była narzędziem pomiarowym odzwierciedlającym umysłowość świata.
Od pewnego czasu to właśnie sięganie do rzeczywistości stanowi istotę moich lekturowych wyborów, przy czym najczęściej chodzi – uściślę – o rzeczywistość tu i teraz, o późny antropocen, czasy wzmożonej świadomości narastania kryzysu klimatycznego. Można by to uprościć: czytam po prostu climate fiction, nie jest to jednak termin wyczerpująco definiujący teksty, po które sięgam. Nie zawsze dotyczą one tematycznie zmiany klimatu w sensie ścisłym. Chodzi mi o literaturę, która dotyka świata, wmyśla się w niego, a niekiedy konstruuje apokryficzne wersje rzeczywistych zdarzeń historycznych, politycznych czy biograficznych. Kryterium wyboru nie jest natomiast ideowe zaangażowanie, choć nie wątpię, że znaleźliby się tacy, którzy samo poruszenie pewnych kwestii uznają za ideologicznie podejrzane. Cóż, na każdy tekst można spojrzeć przez pryzmat własnych uprzedzeń. Zmierzam do tego, że o ile silny konstrukt ideowy dziełu literackiemu szkodzi, o tyle optyka, której poszukuję, funkcjonuje nie jako ideologia, lecz jako wyraz swoistej wrażliwości. A przecież fakt, że tekst uwrażliwia odbiorcę, kształtuje jego umiejętności sądzenia – że „myślimy literaturą” – nie dotyczy funkcji naddanej tejże literatury, ale jej sedna i istoty. Chodzi mi zatem o swoisty punkt przecięcia – w pół drogi pomiędzy czystą estetyzacją a wynikającym z wrażliwości zaangażowaniem.
Dipesh Chakrabarty, stawiając pytanie, jak humanistyka powinna się odnaleźć wobec antropocenu1, wskazuje na znaczące przejście od myślenia w kategoriach człowieka jako jednostki do myślenia o ludzkości jako gatunku. Ta szeroka, planetarna perspektywa stała mi się szczególnie bliska w literaturze, zwłaszcza gdy tekst dotyka punktów bolesnych lub wstydliwych, zawęźleń i zabliźnień na nagiej tkance człowieczeństwa. Literatura w czasach antropocenu musi wykraczać poza fikcjonalność, nawet jeśli rozwiązania fabularne są realizowane wyłącznie w sferze fikcji. Dookreśleniu tego, o czym chcę mówić, mogłaby służyć pewna pojemna metafora. W książce Ekonomia to stan umysłu… Andrzej Leder odwołuje się do pojęcia braudelowskiej „wibrującej membrany”2 dla opisania złożonego, dynamicznego procesu rozprowadzania energii i generowania znaczeń, łączenia znaków (w tym monetarnych) z innymi znakami. Korzystając z nieodpartego uroku, jaki ma w sobie próba dopasowania terminu do obiektu, chciałabym określić zjawisko literackie, o którym mówię, mianem „drgającej tafli”. Mowa oczywiście o powierzchni wody, z jednej strony zwartej, poddanej napięciu gwarantowanemu przez prawa fizyki rządzące cieczą, z drugiej zaś – reaktywnej, odbijającej niczym lustro, zmiennej, noszącej przez krótką chwilę ślad każdego przedmiotu, który miał z nią kontakt – czy to będzie kilwater ciągnący się za odpływającą łodzią, czy koncentryczne kręgi pozostające po wrzuconym kamyku. Ta reaktywność wydaje mi się cechą szczególnie istotną – teksty, o których mówię, muskają rzeczywistość, dotykają bolesnych punktów, odzwierciedlają traumy. Zarazem woda bywa ich istotnym tematem.
Nie chcę się też wgłębiać w klasyfikowanie konwencji, meandrować w stronę definiowania biopunku, solarpunku czy różnego rodzaju dystopii, by następnie wpasowywać teksty w tak powstałe szuflady. Rzecz nie w tym, czy i w jakim stopniu dana powieść realizuje konwencję. Istotą zagadnienia jest próba uchwycenia szczególnego rodzaju wrażliwości, która decyduje o tym, że konkretne dzieło dotyka bolesnych zawęźleń naszej gatunkowej historii – w tym najnowszej. Daleka jestem od tego, by wytyczać mapę i terytorium tego typu literatury, chciałabym jednak zakreślić kilka punktów orientacyjnych, a niektórym spośród nich bardziej wnikliwie się przyjrzeć. Wzmiankowaną przeze mnie wrażliwość reprezentuje pisarstwo Richarda Powersa, Kima Stanleya Robinsona, Elif Shafak, Iidy Turpeinen, Naomi Alderman, Eleanor Catton i wielu innych. W nurt ten wpisuje się z pewnością „kwartet klimatyczny” Mai Lunde, w którego skład wchodzą powieści Historia pszczół, Błękit, Ostatni i Sen o drzewie. Z powieści polskich wymienić można natomiast choćby znakomity Wściek Magdaleny Salik. Twórczość Powersa wydaje się szczególnie dobrze reprezentować wspomniany nurt, wszystkie jego powieści cechuje ten stopień wrażliwości i zaangażowania, są więc doskonałym przykładem czułego instrumentu współczesności, literaturą na czas antropocenu, kiedy refleksja na temat przynależności gatunku ludzkiego do świata przyrody stała się palącą potrzebą. Monumentalna Listowieść Powersa (tytuł oryginału, Overstory, został moim zdaniem przełożony genialnie przez Michała Kłobukowskiego) wspaniale przeplata kilka narracji połączonych wspólnym elementem: drzewami, lasami, odwróceniem optyki, wedle którego na człowieka można patrzeć z punktu widzenia drzew, organizmów percypujących świat na niedostępnych dla nas poziomach. Dokonująca się w życiu bohaterów zmiana perspektywy kształtuje piekielnie wyostrzoną wrażliwość, popartą solidną dawką naukowej wiedzy i gorzką refleksją na temat daremności, a niekiedy wręcz śmieszności aktywizmu, bezsilnego wobec potęgi kapitału, który jest zupełnie ślepy na koszty ekologiczne forsowanych siłą inwestycji.
W twórczości Powersa dominuje coś, co nazwałabym poszerzeniem pola widzenia. Ludzki gatunkocentryzm ukazany zostaje tu z oddalonej perspektywy, jako narracja niewystarczająca, by sprostać potrzebom świata, którego inni mieszkańcy powinni – w obliczu nadciągającej katastrofy klimatycznej – zyskać własny głos. W Zadziwieniu ten poszerzony punkt widzenia należy do autystycznego chłopca przeżywającego żałobę po matce. W akcjach na rzecz ratowania ginących gatunków odnajduje on namiastkę sensu – nawet jeśli starania nie przynoszą rezultatów. W Placu zabaw rolę łącznika między światem ludzkim a przyrodą (w tym przypadku podwodną) przyjmuje badaczka oceanów Evelyne Beaulieu. Jej postać – na co autor wskazuje w posłowiu – wzorowana była na Sylvii Earle, amerykańskiej oceanografce, która w 1970 roku brała udział w programie Tekite II i spędziła dwa tygodnie w podwodnej bazie na głębokości piętnastu metrów. Beaulieu, kierowana obsesyjną wręcz miłością do oceanu, spędza pod wodą rekordową liczbę godzin i nurkuje aż do późnej starości, łącząc naukową pasję z głębokim rozumieniem i poszanowaniem inności nieludzi mieszkających wraz z nami na tej samej planecie. Podobnie jak las w Listowieści, tak tu ocean obdarzony zostaje hipnotyzującą literacką głębią. Relacje między trójką pozostałych bohaterów tworzą przyjacielsko-miłosny trójkąt i z jednej strony są pełnokrwistą opowieścią o ludzkich losach, z drugiej zaś modelują napięcia społeczne. Obserwujemy relacje między Toddem, białym chłopakiem z zamożnej rodziny, Rafim, czarnym ubogim dzieciakiem, a Iną Aroitą, hawajską artystką, która jest dla nich obydwu obiektem uczuć, ale ostatecznie wychodzi za mąż za Rafiego. Ich historia znajdzie swój finał na wyspie Makatea, której mieszkańcy będą musieli dokonać trudnego wyboru i z tego powodu pierwszy raz w swojej historii zdecydują się na rzecz tak dla nich nietypową jak głosowanie – nad tym, czy potężny kapitał może przekształcić wyspę, jeśli zacznie na niej realizować swój pionierski projekt. Na jednej szali tej wagi leży więc poprawa warunków życia ludzi, na drugiej zaś zachowanie wyspiarskiej tożsamości – ten eksperyment z demokracją staje się miniaturowym modelem kolonialnych strategii kapitalizmu. W tle pojawia się również kwestia przekształcania społeczeństw za pomocą mediów cyfrowych (tytułowy „Plac zabaw” to platforma internetowa, źródło zysku jednego z bohaterów) oraz sztuczna inteligencja o nazwie Profunda, która próbuje wspierać mieszkańców Makatei w podejmowaniu niełatwej decyzji. W Placu zabaw autor tworzy więc swego rodzaju świat w miniaturze, i choć nic w powieści nie skłania do jej alegorycznej interpretacji, jest w tekście wystarczająco dużo kluczy, by móc go postrzegać jako przypowieść o losach świata, wyraźny i dźwięczny głos ostrzeżenia, jaki rozbrzmiewa w narracjach okołoklimatycznych – niezależnie od tego, czy są one przekazywane w publikacjach literackich czy naukowych.
Apokryficznych biografii ludzi nauki dostarczają natomiast Żywe istoty Iidy Turpeinen. Powieść rozpoczyna się fabularyzowanym sprawozdaniem z wyprawy Vitusa Beringa, która zaowocowała odkryciem – a następnie szybką zagładą – krowy morskiej Stellera. Opowiedziane w książce historie splatają ludzki los z motywem wymierania gatunków, katalogowania tych wymarłych, bezradnego przyglądania się śmierci ptaków i innych zwierząt. Mentalny system, który rządzi światem wczesnych odkryć naukowych, wiąże się z przekonaniem, że w ramach boskiego porządku każde zwierzę ma swoje miejsce i coś takiego jak ginięcie całych gatunków, w dodatku z winy człowieka, nie jest możliwe. Bolesne zderzenie tego poglądu z rzeczywistością stanowi kanwę wszystkich mikrofabuł powieści.
Świat w miniaturze czy też globalne problemy ludzkości w miniaturze są modelowane również przez Eleanor Catton w Lesie Birnamskim i Naomi Alderman w Przyszłości. W tym pierwszym, którego akcja toczy się w Nowej Zelandii, oglądamy pełny przekrój społeczny: od lewicowych aktywistów, zrzeszonych w organizacji pod tytułową szekspirowską nazwą Las Birnamski, którzy wykorzystują niezagospodarowane grunty, by uprawiać ogrodniczą partyzantkę, poprzez ambitnych, świeżo uszlachconych przedstawicieli klasy średniej – aż do miliardera. Ten ostatni odkrył cenne złoża metali ziem rzadkich, dokonuje więc zakupu ziemi, w której się znajdują, nie czeka jednak z wydobyciem na otrzymanie aktu własności. Kwestie napięć społecznych, różnorodności postaw ideowych, zmiany klimatu, rabunkowej gospodarki, niszczenia planety i zaniku bioróżnorodności nie przeciążają powieści – sensacyjna fabuła pozostaje czytelniczo atrakcyjna. Wydźwięk opisywanej historii jest jednak mocno pesymistyczny. Catton przekonująco kreśli ograniczenia poznawcze poszczególnych postaci, ich niepełną wiedzę i widzenie tunelowe oraz złożone, zupełnie prywatne motywacje, które bez wyjątku prowadzą do katastrofy.
Ze swego rodzaju odwróceniem ról mamy natomiast do czynienia we wspomnianej już Przyszłości Naomi Alderman. Ta powieść ukazuje świat w przededniu klęski, ale to miliarderzy stają się tu obiektami brutalnego eksperymentu społecznego. Owładnięci z jednej strony paranoicznym lękiem przed pandemią czy też inną formą globalnej zagłady, z drugiej zaś złudnym poczuciem własnej wszechmocy, tworzą plan ewakuacyjny, którego wcielenie w życie pozwoli im, jak wierzą, przetrwać. W istocie zaś pozwoli światu pozbyć się miliarderów. Oni zaś ze względu na te same cechy, które w świecie rządzonym przez pieniądz gwarantowały im sukces – podejrzliwość, nieufność, brutalność i troskę przede wszystkim o siebie – zgotują sobie taki los, na jaki zasłużyli. Nieprzypadkowo kontrapunktem fabularnym powieści jest przeszłość jednej z bohaterek, wychowywanej w sekcie. Tunelowe widzenie świata, charakterystyczne dla małej, zamkniętej społeczności, staje się tu uniwersalnym wzorcem ograniczeń poznawczych.
Trochę więcej uwagi chciałabym poświęcić powieści Elif Shafak Tam na niebie są rzeki, ponieważ książka ta w szczególny sposób rozszerza horyzont poznawczy, a jedocześnie ukazuje momenty traumatyczne, dając bolesne świadectwo temu, co człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi. Tekst ma charakterystyczną dla prozy tureckiej pisarki przeplataną strukturę. Trzy opowieści, pozornie od siebie odległe, zahaczają się w finałach przynoszących tyleż spełnienia, co smutku. Wszystkie też łączy jedna kropla wody – w prologu spada ona na głowę asyryjskiego króla Aszurbanipala, który przechadza się po tarasie swojego zamku w Niniwie, kryjącego słynną bibliotekę. Tysiące lat później ta sama kropla dotyka ust nowo narodzonego dziecka nędzarzy, Arthura Smytha, który stanie się w przyszłości wybitnym asyriologiem, odkrywcą Eposu o Gilgameszu (Shafak apokryficznie traktuje tutaj biografię autentycznego odkrywcy i tłumacza tekstu, George’a Smitha). Ta sama kropla wody dotknie też dwóch innych bohaterek – małej jazydki Narin, właśnie przygotowywanej do obrzędu chrztu, i hydrolożki Zaleekah, która w kryzysie życiowym i małżeńskim wyprowadza się na barkę na Tamizie. Kropla staje się w tekście przywołanym explicite symbolem wszechświata i nieskończoności, a także czasu i pamięci. Inne wędrujące motywy to błękitna tabliczka z fragmentem Gilgamesza – niepowtarzalna, bo wykonana nie z gliny, ale z lazurytu – oraz opiekuńcze duchy lamassu, których posągi strzec będą wejścia do pałacu Aszurbanipala. Tysiące lat później młody Arthur Smyth zapatrzy się na ich niezwykłe kamienne sylwetki, wnoszone do Muzeum Brytyjskiego. Mały posążek lamassu będzie natomiast ukochaną pamiątką Zaleekah. Subtelne symboliczne zaczepienia między elementami opowieści kreują specyficzne postrzeganie czasu. Ten ostatni jest tu jak woda i jak pismo klinowe – z jednej strony płynny, z drugiej zaś utrwalony, przyszpilony artefaktami, będącymi dziełem ludzkich rąk. Pamięć kulturowa wychodzi poza swoje ramy, stając się w pewnym sensie pamięcią gatunkową i biologiczną, bo zapisaną w ludzkich ciałach. Relacja człowieka z wodą pulsuje jako główny, stale powracający motyw, ale w jej ramach osadzone są bolesne zawęźlenia historii jednostek i społeczności.
Rzeki, pełnoprawne bohaterki tej powieści, to przede wszystkim Tygrys, Eufrat i Tamiza w jej dwóch odsłonach – dziewiętnastowieczna, brudna, śmierdząca i zaśmiecona, oraz dwudziestowieczna, co prawda czysta, ale przypominająca o możliwości wystąpienia globalnej katastrofy hydrologicznej, będącej jednym ze skutków zmiany klimatu. Cichymi bohaterkami są tu także „pogrzebane rzeki” Londynu (takie jak Fleet), które w pewnym momencie zakryto i zabudowano, zmieniając w podziemne kanały. Można w nich dostrzec metafory rzeczy i spraw trudnych, wypartych bądź brutalnie zniszczonych. Idąc „wodnym” tropem, przyjrzałabym się z jednej strony temu, co płynie i zapisuje się w „pamięci wody”, z drugiej – wspomnianym elementom pogrzebanym, trudnym i bolesnym.
Hipoteza „pamięci wody” nie ma, delikatnie mówiąc, dobrej prasy. Przypuszczenie, że cząsteczki wody w jakiś sposób „zapamiętują” strukturę substancji, z którymi wchodzą w kontakt, jest od dekad wykorzystywane przez szarlatanów do uzasadnienia działania pseudoleków homeopatycznych. Elif Shafak wychodzi od tej hipotezy – w Tam na niebie… „pamięć wody” miałaby zgłębiać jedna z postaci, Zaleekah, choć prowadzone przez jej ukochanego zmarłego mentora badania zostały w środowisku naukowym wyśmiane. Pseudonaukowa teoria stać się może jednak pojemną, potężną przenośnią. Gdy bohaterów dotyka kropla wody – ta sama, która spadła na głowę króla Aszurbanipala w Niniwie – zdaje się ona ofiarowywać im momenty nadświadomości, przedziwnego wglądu, łączyć ich ze sobą poprzez wieki. W „pamięci wody” istnieją zgłębiane przez Arthura tajemnice pisma klinowego, pielęgnowane przez jazydów tradycje i praktykowana przez nich wróżebna magia, otchłań minionych czasów. Zachowaniu pamięci służą również więzi – ciepło i miłość między dziewięcioletnią jazydką Narin a jej babcią, niespełnione uczucie Arthura do prababci Narin, przyjaźń Zaleekah i dziewczyny, która robi tatuaże pismem klinowym. Więzi wydają się małym schronieniem, ostatnim szańcem ocalenia w świecie, który oferuje najczęściej wyłącznie okrutną zagładę.
Bowiem to właśnie różne formy zagłady tętnią w tej powieści podziemnym nurtem pogrzebanych rzek. Każda z wykreowanych przez Shafak postaci doświadcza momentów kryzysu i rozpadu, a ich indywidualne cierpienia wydają się jedynie drobnymi elementami w wielkiej układance świata. Najstraszniejsze klęski dotykają jazydów, zwanych pogardliwie czcicielami szatana. Obrzęd chrztu Narin na brzegu Tygrysu w Turcji przerywa brutalnie mężczyzna z buldożerem, wyrównujący teren pod budowę zapory, a Jazydzi mają zostać wysiedleni, ponieważ deweloper ignoruje ekologiczne i kulturowe koszty swojej inwestycji. Boją się tego, bo w nowych miejscach zamieszkania mogą stać się ofiarami brutalnych prześladowań. Samo wysiedlenie wydaje się jednak niczym w porównaniu ze scenami ludobójstwa, gdy tę samą grupę etniczno-religijną postanawiają eksterminować islamscy terroryści.
„Pogrzebanie rzeki” może mieć również charakter indywidualny. Dotyka ono w pewien sposób Maleka, wuja Zaleekah, który wypiera własną przeszłość i tożsamość etniczną, stając się dzięki ogromnemu majątkowi statystycznym przedstawicielem brytyjskiej wyższej klasy średniej. Malek uważa, że imigrant nie może pozwolić sobie na słabość, i to samo przekonanie próbuje wpoić siostrzenicy. Żyje odcięty od własnych korzeni, dokonując niekiedy wątpliwych etycznie wyborów. Sama Zaleekah ma świadomość kosztów, jakie przyjdzie ludzkości ponieść w związku z katastrofą klimatyczną, zaś Arthur zaczyna rozumieć, jak straszliwym zawłaszczeniem jest wywożenie dziedzictwa kultury asyryjskiej do Wielkiej Brytanii. Powieść staje się więc monumentalną przestrzenią scen zagłady i małych incydentów ocalenia, przeplata dawne mity z kwestiami kolonializmu, uprzedzeń o charakterze etnicznym i religijnym, kapitalizmu, światowej polityki i terroryzmu, imigracji, relacji człowieka ze środowiskiem, w jakim ten żyje. Fabuła nie wydaje się jednak tą szeroką perspektywą przeciążona. Wręcz przeciwnie – książka jest literacko piękna, wstrząsająco wrażliwa, pozostaje bardzo blisko człowieka – z jego nadziejami, miłościami, tęsknotami i bólem. Jest to istota tego, co nazywam „drgającą taflą” – literatura niedydaktyczna, a jednak precyzyjnie wyznaczająca w rzeczywistości bolesne punkty styczne, diagnozująca świat na swój własny sposób.
Być może dyskusyjne wydaje się znalezienie wspólnego mianownika dla tak szerokiego wachlarza tekstów. Ekologia, kryzys klimatyczny, kapitalizm, postkolonializm, technofeudalizm czy sztuczna inteligencja – są to tematy ważkie, obecne w naukowym dyskursie i obiegu publicystycznym. Można by natomiast podejrzewać, że przeciążą literaturę, uczynią z niej narzędzie perswazji, zawężą pola możliwych odczytań. Zapewne tak by się stało, gdyby nie to, że literatura ta pozostaje przede wszystkim literaturą, jej atutem są potężne, bogate narracje, mikrohistorie obfitujące w ludzkie prawdy oraz przesycone wrażliwością, odmienne spojrzenia na rzeczywistość. Nie znajdziemy w wymienionych powieściach uproszczonego przekazu – znajdziemy jednak „drgania”, delikatne dotykanie historii, geopolityki, biografii, falowanie metafor na powierzchni fabuł, strukturyzowanie głębszych znaczeń. Koncepcja „drgającej tafli” nie jest i nie ma być jakąkolwiek kategorią krytycznoliteracką – pozostanie jednak dla mnie prywatnym kryterium doboru lektury, tak bym mogła zanurzyć się w literaturze i jednocześnie nieustannie podejmować dialog ze światem.
Bibliografia tekstów przywołanych w artykule:
1 D. Chakrabarty, Humanistyka w czasach antropocenu, tłum. M. Borowski i in., red. E. Domańska, M. Sugiera, Kraków: Universitas, 2023.
2 A. Leder, Ekonomia to stan umysłu. Ćwiczenie z semantyki języków ekonomicznych, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2023.
