Kuchenne rozmowy i niespełniona rewolucja

Już w wie­ku dzie­się­ciu lat – jak wspo­mi­na­ła w wywia­dzie dla „Le Mon­de” z 2021 roku – roz­wa­ża­ła emi­gra­cję lub „fascy­nu­ją­cą karie­rę” więź­nia poli­tycz­ne­go. Jej mat­ka, postać nie­zwy­kła i wciąż obec­na na kar­tach Per­se­po­lis, lubi­ła para­fra­zy i czę­sto powta­rza­ła daw­ne (deli­kat­nie uwspół­cze­śnio­ne) per­skie przy­sło­wie: „Być może ona była dosko­na­łą pły­wacz­ką olim­pij­ską, ale mia­ła do wybo­ru tyl­ko wan­nę”. 4 czerw­ca, w dniu śmier­ci irań­skiej artyst­ki Mar­ja­ne Satra­pi, w inter­ne­to­wym świe­cie – przy­naj­mniej w bar­dziej oświe­co­nych jego enkla­wach – poja­wi­ły się nie tyl­ko nekro­lo­gi, ale tak­że nie­zwy­kle oso­bi­ste i pięk­ne wspo­mnie­nia, krót­kie emo­cjo­nal­ne wpi­sy doku­men­tu­ją­ce duży wpływ, jaki twór­czość autor­ki Kur­cza­ka ze śliw­ka­mi wywar­ła na czy­tel­ni­ków, rysow­ni­ków, sce­na­rzy­stów i wydaw­ców dzieł komik­so­wych.

Wpływ Satra­pi na sztu­kę nasze­go kon­ty­nen­tu (a sze­rzej: na sztu­kę euro­atlan­tyc­ką) wykra­czał wyraź­nie poza sfe­rę komik­su. Artyst­ka two­rzy­ła bowiem rów­nież peł­no­me­tra­żo­we ani­ma­cje, fil­my fabu­lar­ne (jed­nym z jej cie­kaw­szych doko­nań jest nie­zwy­kle oso­bi­sta bio­gra­fia Marii Skło­dow­skiej-Curie z Rosa­mund Pike w roli tytu­ło­wej, fil­mo­wy esej z 2019 roku; losy pol­skiej lau­re­at­ki podwój­ne­go Nobla, emi­grant­ki, kobie­ty w obcym świe­cie patriar­chal­nych nauk ści­słych na prze­ło­mie epok, sta­no­wią tu meta­fo­rycz­ny obraz doświad­czeń samej Satra­pi) czy eks­pe­ry­men­tal­ne fabu­ły psy­cho­lo­gicz­ne, prze­kra­cza­ją­ce ramy gatun­ków (jak choć­by nagra­dza­ne wie­lo­krot­nie na festi­wa­lach Gło­sy z 2015 roku, meta­fi­zycz­ny hor­ror komicz­ny o seryj­nym mor­der­cy pro­wa­dzą­cym dys­kur­sy ze zwie­rzę­ta­mi; jedy­ny raz na dużym ekra­nie obja­wił się tutaj talent aktor­ski Ryana Rey­nold­sa). Twór­czość autor­ki gło­śne­go Per­se­po­lis nale­ży przed­sta­wiać w kul­tu­ro­wym kon­tek­ście sytu­acji współ­cze­sne­go Ira­nu, praw kobiet i kształ­tu dzie­wią­tej sztu­ki (czy­li komik­su), któ­rej ramy – czę­sto wbrew kry­ty­kom i usta­le­niom uni­wer­sy­tec­kim – Satra­pi pod­wa­ża­ła. Pyta­nia o doko­na­nia artyst­ki są zara­zem pyta­nia­mi o naszą wie­dzę i roz­po­zna­nie kul­tu­ro­wej topo­gra­fii, wize­run­ku i świa­ta twór­cze­go naj­więk­szej teo­kra­cji na naszej pla­ne­cie.

Zestaw do Ira­nu – by spa­ra­fra­zo­wać Susan Son­tag – skła­da się naj­czę­ściej z obra­zów monu­men­tal­nych kolumn, skrzy­dla­tych lwów i nie­zwy­kłych kolo­ro­wych mozaik z Pała­cu Dariu­sza Wiel­kie­go, pre­zen­to­wa­nych w skrzy­dle Riche­lieu pary­skie­go Luw­ru, dalej – z arcy­dzie­ła lite­rac­kie­go repor­ta­żu, czy­li Sza­chin­sza­cha Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go, fatwy (dekre­tu reli­gij­ne­go o cha­rak­te­rze klą­twy nało­żo­nej trzy­dzie­ści sie­dem lat temu na Sal­ma­na Rush­die­go i wszyst­kich zwią­za­nych z publi­ka­cją Sza­tań­skich wer­se­tów), a dla posia­da­czy zasob­ne­go port­fe­la – z kupio­nych na Alle­gro egzem­pla­rzy jedy­nej pol­skiej edy­cji Śle­pej sowy, powie­ści moder­ni­stycz­ne­go rewo­lu­cjo­ni­sty Sade­gha Heda­ja­ta. W for­mie cie­ka­wost­ki wspo­mi­na się o tym, że naj­po­pu­lar­niej­szym w Ira­nie pisa­rzem (nie­licz­nym z nie­za­ka­za­nych) jest wciąż czter­na­sto­wiecz­ny kla­syk poezji meta­fi­zycz­nej i miło­snej Hafiz (w pol­skim prze­kła­dzie jego utwo­ry moż­na czy­tać w nie­wiel­kim, peł­nym sym­bo­li zbior­ku z lat 70. Per­ski dywan), oraz o irań­skiej kine­ma­to­gra­fii, jed­nej z dzie­się­ciu bodaj naj­cie­kaw­szych na świe­cie. To w niej odszu­kać może­my tro­py obec­ne tak­że w emi­gra­cyj­nej twór­czo­ści Mar­ja­ne Satra­pi. Krę­co­ne głów­nie w tehe­rań­skich stu­diach fil­mo­wych, obsy­py­wa­ne nagro­da­mi, lecz ze śla­do­wą dys­try­bu­cją w rodzin­nym kra­ju, są feno­me­nem socjo­lo­gicz­no-kul­tu­ro­wym, przy­wo­łu­ją­cym nie­kie­dy sytu­ację arcy­dzieł dzie­sią­tej muzy z krę­gu Pol­skiej Szko­ły Fil­mo­wej lub – i to było­by porów­na­nie bar­dziej traf­ne – cze­skiej Nowej Fali po 1968 roku, dia­gno­zu­ją­ce psy­cho­lo­gicz­ne trau­my oby­wa­te­li kra­ju na kra­wę­dzi (jak cho­ciaż­by odkry­ty nie­daw­no dla publicz­no­ści nad Wełta­wą Porad­nik dla począt­ku­ją­ce­go kata), wyświe­tla­ne w kinach Zachod­niej Euro­py, we wła­snym kra­ju odkła­da­ne w naj­ciem­niej­szy kąt piw­nicz­ne­go archi­wum. Satra­pi nie kore­spon­du­je raczej inte­lek­tu­al­nie i tre­ścio­wo z naj­słyn­niej­szym repre­zen­tan­tem irań­skiej kine­ma­to­gra­fii – nie­ży­ją­cym Abba­sem Kia­ro­sta­mim, filo­zo­ficz­nym kli­ma­tem jego dzieł o śmier­ci i prze­mi­ja­niu. Z „irań­skim neo­re­ali­stą” (jak nazwał­bym piew­cę życia dzie­ci uli­cy, poetyc­kich nie­omal bajek w sty­lu Rober­ta Ros­sel­li­nie­go i Vit­to­ria de Siki) Maji­dem Maji­dim nie łączy jej wpraw­dzie kre­acja i pro­we­nien­cja boha­te­rów, już jed­nak nar­ra­cyj­ne chwy­ty, a nade wszyst­ko punkt wyj­ścia – to, co lite­ra­tu­ro­znaw­cy nazy­wa­ją moty­wem soko­ła – połą­czy lirycz­ne Buty Maji­die­go oraz Kur­cza­ka ze śliw­ka­mi Mar­ja­ne Satra­pi. Dla każ­dej reali­za­cji – co zresz­tą cha­rak­te­ry­stycz­ne rów­nież we wło­skim kinie powo­jen­nym, wystar­czy wspo­mnieć Zło­dziei rowe­rów lub pol­skich, poetyc­kich reali­za­cjach Janu­sza Nasfe­te­ra – isto­tą intry­gi jest utra­ta przed­mio­tu (baśnio­we­go arte­fak­tu) i nie­omal baj­ko­we poszu­ki­wa­nie oraz – naj­waż­niej­sze dla sym­bo­li­ki dzie­ła stop­nio­we (czę­sto opar­te na retro­spek­cji) pozna­nie praw­dy o boha­te­rach. Ten fabu­lar­ny szkie­let, tak cha­rak­te­ry­stycz­ny dla kine­ma­to­gra­fii kra­jów bied­nych (jak Wło­chy powo­jen­ne, PRL-owska pol­ska pro­win­cja, jak Iran w szpo­nach dyk­ta­tu­ry) czy­ni z nie­wiel­kiej czarno–białej książ­ki Satra­pi komiks fil­mo­wy, goto­wy – choć nie­ty­po­wo dopra­co­wa­ny sto­ry­bo­ard – ekra­no­we­go dzie­ła. Nie­dłu­go zresz­tą po wyda­niu Kur­czak ze śliw­ka­mi prze­nie­sio­ny zosta­je na fil­mo­wą taśmę (tym razem nie w ani­mo­wa­nej wer­sji na kształt wcze­śniej­sze­go Per­se­po­lis) a opo­wieść o uta­len­to­wa­nym wir­tu­ozie tary (tra­dy­cyj­ny instru­ment smycz­ko­wy), utra­cie „irań­skie­go stra­di­va­riu­sa”, poszu­ki­wa­niu, znie­chę­ce­niu i wresz­cie pra­gnie­niu śmier­ci, roz­gry­wa się na tle jed­nej z dość licz­nych rewo­lu­cji w dzie­jach per­skie­go pań­stwa, kie­dy dyna­stia Pah­la­wich umac­nia swo­ją wła­dzę w 1958 roku. Ta nostal­gicz­na i komicz­na, zara­zem prze­raź­li­wie smut­na opo­wieść przed­sta­wia osiem ostat­nich dni? wspo­mnień muzy­ka Nasse­ra Ali Cha­na. I choć Satra­pi pięk­nie reali­zu­je tu model komik­so­wo-fil­mo­we­go reali­zmu na swój spo­sób magicz­ne­go (poja­wia się nawet anioł śmier­ci Azra­el, zna­ny nam z Sza­tań­skich wer­se­tów i jed­nej z przy­gód Her­cu­le­sa Poiro­ta), to jest to w isto­cie mądra przy­po­wieść o powin­no­ści arty­sty, talen­cie, sła­wie i ułu­dzie. To roz­sze­rze­nie struk­tu­ry powie­ścio­wej two­rzą­cej świat przed­sta­wio­ny Maji­die­go czy wło­skich neo­re­ali­stów. Karie­ra fil­mo­wa Mar­ja­ne Satra­pi – w przy­pad­ku tego komik­su – jawi się nam jako czy­tel­na kon­se­kwen­cja ewo­lu­cji posta­wy twór­czej.

Jest jed­nak nurt irań­skiej kine­ma­to­gra­fii, któ­re­go – krę­cąc fil­my w Tehe­ra­nie i będąc fil­mow­cem – mogła­by być Satra­pi imma­nent­ną czę­ścią. To kino (sztu­ka) o poli­tycz­nej pro­we­nien­cji, wcho­dzą­ca w dys­kurs – deli­kat­ny, na ile moż­li­wy – z ety­ką, kodek­sem, mecha­ni­zmem funk­cjo­no­wa­nia islam­skiej repu­bli­ki aja­tol­la­hów. Na spo­sób meta­fo­rycz­ny, ope­ru­jąc – tak dobrze nam zna­nym w Pol­sce języ­kiem ezo­po­wym. To powi­no­wac­two tema­tycz­ne łączy artyst­kę przede wszyst­kim z Jafa­rem Pana­him (reży­se­rem wie­lo­krot­nie pozba­wia­nym pra­wa do krę­ce­nia fil­mów, aresz­to­wa­nym, prze­trzy­my­wa­nym w odosob­nie­niu, obję­tym zaka­zem wyświe­tla­nia w Ira­nie) oraz z Baba­kiem Pay­amim, auto­rem kome­dio­we­go obra­zu Taj­ne gło­so­wa­nie (2001).

Ten pierw­szy, ska­za­ny na ana­te­mę, po nakrę­ce­niu para­do­ku­men­tal­ne­go Taxi Tehe­ran (2015), zesta­wu krót­kich i dłuż­szych sce­nek z wnę­trza tak­sów­ki, dia­lo­gów same­go reży­se­ra wcie­la­ją­ce­go się w rolę kie­row­cy z przy­pad­ko­wy­mi pasa­że­ra­mi oraz aran­żo­wa­ny­mi wcze­śniej z udzia­łem zawo­do­wych akto­rów, two­rzą­cych nie­zwy­kły i nie­zwy­kle auten­tycz­ny kolaż kul­tu­ro­wo-oby­cza­jo­wy sto­li­cy współ­cze­sne­go Ira­nu. Co naj­cie­kaw­sze – wstręt „naj­wyż­szy” i obu­rze­nie „naj­głęb­sze” wywo­łał nie ten, cza­sem nie­le­d­wie nie­skry­wa­ny kry­tycz­ny dys­kurs z reżi­mem, lecz żale kobiet na brak pie­nię­dzy, na nie­do­stęp­ność towa­rów i powszech­ną w sto­li­cy dro­ży­znę. I jesz­cze kil­ka dow­ci­pów, malut­kich zło­śli­wo­ści o towa­rzy­skich zale­tach mężów, kuzy­nów i bra­ci. To nie­mal lustrza­ne odbi­cie komik­so­wych Wyszy­wa­nek Mar­ja­ne Satra­pi, zesta­wu roz­mów – poza cen­zu­rą – zwy­czaj­nych dia­lo­gów o życiu miesz­kań­ców dzie­się­cio­mi­lio­no­wej metro­po­lii. Nie­wiel­kie­go komik­so­we­go albu­mu, trak­to­wa­ne­go czę­sto jako przy­pis do nagra­dza­nej powie­ści gra­ficz­nej Per­se­po­lis – auto­bio­gra­fii samej Mar­ja­ne, histo­rii życia i uciecz­ki spod skrzy­deł szy­ic­kie­go reżi­mu. Ten pofrag­men­to­wa­ny zbiór kil­ku­na­stu roz­mów kobiet przy kuchen­nym sto­le (niczym pra­daw­nym ogni­sku). Te czę­sto rwa­ne, dow­cip­ne, pod­bi­te sur­re­ali­stycz­nym humo­rem, wie­lo­gło­so­we – jak to zwy­kle w kon­ser­wa­tyw­nych spo­łe­czeń­stwach, gdzie kuch­nia wie­lu poko­leń kobiet sta­no­wi jedy­ny w swym rodza­ju azyl – roz­mo­wy te o dzie­ciach, mężach, obo­wiąz­ku, plot­ki o zdra­dzie, o mał­żeń­stwie z miło­ści, męskich obse­sjach i pla­stycz­nych ope­ra­cjach, skła­da­ją się nie tyl­ko na obraz życia kobiet w repu­bli­ce islam­skiej, lecz sze­rzej – two­rzą obraz(ek) Ira­nu z wizji dużych i małych Cho­me­inich. Nie w spo­sób jed­nak bez­po­śred­ni – bo roz­ga­da­ne boha­ter­ki uni­ka­ją tema­tów poli­tycz­nych – ale pod­skór­nie, domyśl­nie, mię­dzy wier­sza­mi.

W fil­mo­wym dorob­ku Pana­hie­go odnaj­du­je­my rów­nież – o dzie­więć lat star­szy od słyn­ne­go Taxi Tehe­ran, obraz za któ­ry zosta­je obło­żo­ny kolej­nym wie­lo­let­nim zaka­zem two­rze­nia – film Na spa­lo­nym. Oto jest dzie­ło, inspi­ro­wa­ne oso­bi­stym prze­ży­ciem boha­te­ra, nie­omal jak­by kolej­na glos­sa do twór­czo­ści autor­ki Per­se­po­lis. Histo­ria grup­ki mło­dych dziew­cząt (w wie­ku jedy­nej cór­ki reży­se­ra) pra­gną­cych obej­rzeć mecz pił­kar­ski. Oka­zja ku temu wyda­je się ide­al­na – oto dru­ży­na Ira­nu ma roze­grać mecz eli­mi­na­cji do mistrzostw świa­ta w pił­ce noż­nej. Wstęp na sta­dion mają jedy­nie męż­czyź­ni. Ciąg absur­dal­nych, nie­kie­dy komicz­nych, czę­sto bru­tal­nych scen i zda­rzeń, to poli­tycz­ny poemat pro­zą peda­go­gicz­ny o wol­no­ści, o pra­wach czło­wie­ka, o wła­dzy w Ira­nie roku 2006. Już zna­my kon­tekst kul­tu­ro­wy irań­skiej sztu­ki, z któ­rej wyra­sta i z któ­rą kore­spon­du­je Mar­ja­ne Satra­pi. Tu pozna­je­my ele­ment dru­gi, tak istot­ny dla jej twór­czo­ści – pra­wa i sytu­ację irań­skich kobiet. Na spa­lo­nym jest tym fil­mo­wym komen­ta­rzem do jej twór­czo­ści, a komen­ta­rzem nie­zwy­kle śmiesz­nym, w tym duchu kry­sta­licz­nie kome­dio­wym – i nie­zwy­kłym jak na warun­ki cen­zu­ry w Tehe­ra­nie – jest Taj­ne gło­so­wa­nie, obraz sfi­nan­so­wa­ny przez auto­ry­tar­ne pań­stwo a wyświe­tla­ny tyl­ko na zamknię­tych poka­zach dla zaufa­nych reżi­mu. Co brzmi jak kolej­ny żart, ten film – pod mniej iro­nicz­nym tytu­łem Wybo­ry – repre­zen­to­wał Iran na festi­wa­lu w Wene­cji zdo­by­wa­jąc nagro­dę Srebr­ne­go Niedź­wie­dzia. Prze­śmiew­czy, posłu­gu­ją­cy się czę­sto chwy­tem zde­rze­nia ofi­cjal­nej pro­pa­gan­dy (i posta­wy oraz języ­ka) z cynicz­nym żar­tem cyr­ko­we­go bła­zna – nie wiem dla­cze­go chwi­la­mi przy­po­mi­na mi naj­lep­sze sce­ny anty­re­żi­mo­wej Kali­ny czer­wo­nej Szuk­szy­na – uka­zu­je podróż ofiar­nej urzęd­nicz­ki i towa­rzy­szą­ce­go jej zbla­zo­wa­ne­go żoł­nie­rza do odle­głych wio­sek w del­cie ogrom­nej rze­ki z urną wybor­czą. Ta nie­do­bra­na para musi zebrać gło­sy – od deli­kat­nie mówiąc nie­chęt­nych – miesz­kań­ców w wybo­rach par­la­men­tar­nych. Para­doks i komizm sytu­acji wyni­ka z zaprze­cze­nia regu­łom panu­ją­cym w „reli­gij­nej demo­kra­cji”, z arty­stycz­nej kre­acji świa­ta na opak. To pozba­wio­na wie­lu ele­men­tar­nych praw (wyni­ka­ją­cych z reli­gij­ne­go ustro­ju) kobie­ta, jako przed­sta­wi­ciel wła­dzy, wyda­je tu roz­ka­zy żoł­nie­rzo­wi, męż­czyź­nie. Witaj­cie w kra­ju, w któ­rym odzia­ne w hidża­by medycz­ki opra­co­wu­ją naj­bar­dziej inno­wa­cyj­ny pro­gram badań komó­rek macie­rzy­stych na świe­cie (nie­uf­nych zachę­cam do obej­rze­nia doku­men­tu What Is Iran Pre­pa­ring in Its Labs? tele­wi­zji Pla­ne­te). Witaj­cie w kra­ju, gdzie moż­na być wychło­sta­nym za publicz­ny poca­łu­nek. Witaj­cie w kra­ju, któ­ry jest w pierw­szej piąt­ce naj­czę­ściej sto­su­ją­cych karę śmier­ci (nie­zwy­kle czę­sto wobec mło­dych dziew­cząt bro­nią­cych się przed sek­su­al­ną prze­mo­cą lub uwi­kła­nych w zaka­za­ne roman­se – vide moc­ku­ment Sie­dem zim w Tehe­ra­nie). Witaj­cie w kra­ju skąd ucie­kła Mar­ja­ne Satra­pi.

To mam wra­że­nie ten nader swo­isty, pełen meta­for, inte­li­gent­nych nie­do­mó­wień i para­dok­sów for­mal­ny i tema­tycz­ny cha­rak­ter irań­skiej kine­ma­to­gra­fii wpły­wa na – two­rzo­ne już we Fran­cji – komik­so­we i fil­mo­we dzie­ła Mar­ja­ne Satra­pi. Owa frag­men­ta­rycz­ność scen, dra­stycz­ne czę­sto cię­cia, lecz tak­że iro­nia, dystans i umie­jęt­ność ogry­wa­nia dyso­nan­su spo­wo­do­wa­ły nie­by­wa­ły suk­ces Per­se­po­lis, histo­rii o dzie­ciń­stwie tuż po rewo­lu­cji, wyjeź­dzie do Austrii, powro­cie, uciecz­ce z kra­ju toną­ce­go w zaka­zach moral­nych i absur­dal­nej woj­nie z Ira­kiem. Tę poety­kę kon­tra­stu, fil­mo­wość, żon­gler­kę kul­tu­ro­wy­mi tro­pa­mi widzi­my już na kil­ku­na­stu pierw­szych plan­szach naj­słyn­niej­sze­go dzie­ła Satra­pi. To led­wie począt­ki „reli­gij­nej odno­wy” islam­skie­go pań­stwa, gdy na uli­cach Tehe­ra­nu ście­ra­ją się mani­fe­sta­cje zwo­len­ni­czek tra­dy­cyj­nej chu­s­ty zakry­wa­ją­cej wło­sy i kontr­ma­ni­fe­sta­cje popie­ra­ją­ce euro­pej­skie kano­ny mody, któ­re wpro­wa­dził i popie­rał oba­lo­ny szach Reza Pah­la­wi. Na jed­nym ze zdjęć – rów­nież w zachod­niej pra­sie – poja­wia się mat­ka autor­ki pro­te­stu­ją­ca prze­ciw regu­la­cjom, nie­dłu­go się oka­że jak zło­wro­gim, straż­ni­ków rewo­lu­cji. Mat­ka Satra­pi – niczym w kla­sycz­nym fil­mie noir, jak hero­ina szpie­gow­skich fil­mów – tle­ni wło­sy na blond, zaczy­na nosić ciem­ne oku­la­ry, ukry­wa się w domu, a ulicz­ka­mi prze­my­ka tyl­ko bez­k­się­ży­co­wą nocą. Ta arty­stycz­na kal­ka, ten saty­rycz­ny z pozo­ru zabieg, ujaw­nia twór­czą meto­dę autor­ki Per­se­po­lis, obja­śnia­ją­cą gro­zę reżi­mu tym iro­nicz­nym, zaczerp­nię­tym z maso­wej wyobraź­ni, fil­mo­wym, a nie­kie­dy tele­wi­zyj­nym obra­zem. Dla kul­tu­ro­we­go kon­tek­stu jej twór­czo­ści i zro­zu­mie­nia poli­tycz­nej roli, któ­rą zaczę­ła peł­nić, istot­ne jest monu­men­tal­ne Per­se­po­lis, lecz jesz­cze istot­niej­sze są wyda­rze­nia roku 2022. Tu pozwo­lę sobie na skok kil­ka lat wstecz i nie­zbyt dłu­ga dygre­sję z życia dzien­ni­kar­skie­go.

Mniej wię­cej pół roku przed pan­de­mią, gdy wirus covid-19 zamy­kał nas w przy­mu­so­wym lock­dow­nie, wymy­śli­li­śmy w redak­cji by stwo­rzyć dru­gi odci­nek cyklu o biblio­te­kach i czy­tel­nic­twie w róż­nych rejo­nach świa­ta. Dwa lata wcze­śniej była to Skan­dy­na­wia i Mek­syk, tym razem boha­te­ra­mi stać się mie­li Ibe­ryj­czy­cy i bywal­cy czy­tel­ni z indo­ne­zyj­skich wysp, Hong­kon­gu i Sin­ga­pu­ru, zaś prze­ciw­wa­gą i uzu­peł­nie­niem dla gigan­tycz­nych, kapią­cych zło­tem biblio­tek Kuwej­tu, Tune­zji i Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów mia­ły się stać wypo­ży­czal­nie ksią­żek z per­skie­go Ira­nu. Nie nara­ża­jąc cier­pli­wo­ści osób czy­ta­ją­cych, nie pre­zen­tu­jąc całe­go łań­cusz­ka zda­rzeń, zosta­ję skie­ro­wa­ny na forum inter­ne­to­we, gdzie Irań­czy­cy (korzy­sta­jąc z komu­ni­ka­to­rów masku­ją­cych nadaw­ców) pro­wa­dzą dys­ku­sje ze świa­tem zewnętrz­nym. Tra­fi­łem tam i kil­ka­na­ście razy roz­ma­wia­łem z oso­bą, któ­rej na potrze­by tego tek­stu nadaj­my kryp­to­nim A. Wraz z trze­ma kole­żan­ka­mi na insta­gra­mo­wym pro­fi­lu (ukry­tym pod nie­wie­le zna­czą­cy­mi nic­ka­mi) pre­zen­to­wa­ły nagra­nia swo­ich pry­wat­nych kon­cer­tów. Witaj ponow­nie czy­tel­ni­ku w Ira­nie aja­tol­la­hów i wyobraź sobie czte­ry mło­de kobie­ty prze­bie­ra­ją­ce się w kostiu­my raso­wych zespo­łów punk roc­ka ze schył­ku lat 70. i w sty­li­sty­ce nie­omal Lon­don cal­ling ze słyn­nej pły­ty The Clash odgry­wa­ją­ce daw­ne melo­die per­skie na elek­trycz­ną gita­rę, bęb­ny i tra­dy­cyj­ne instru­men­ty ludo­we. Tro­chę póź­niej na owym pro­fi­lu roze­grał się per­for­man­ce, gdy czte­ry mło­de dziew­czy­ny zgo­li­ły wło­sy a kil­ka­na­ście dni póź­niej – gdy spo­łecz­no­ścio­we pro­fi­le mło­dych Irań­czy­ków zamil­kły – Mar­ja­ne Satra­pi zaczę­ła two­rzyć swój komiks życia, mani­fest-komiks. Nie było to bynaj­mniej słyn­ne – tak wie­lo­krot­nie tu przy­wo­ły­wa­ne, ani­mo­wa­ne póź­niej i nomi­no­wa­ne do Osca­ra Per­se­po­lis, lecz Fem­me. Vie. Liber­té, opo­wieść poświę­co­na Mah­sie Ami­ni, zaka­to­wa­nej przez straż­ni­ków rewo­lu­cji islam­skiej, za „nie­oby­czaj­nie” odkry­te wło­sy pod­czas spa­ce­ru uli­ca­mi sto­li­cy. Był rok 2022, fala maso­wych pro­te­stów i Satra­pi jako rzecz­nicz­ka zaan­ga­żo­wa­nej sztu­ki w obro­nie praw irań­skich kobiet. Ten motyw „femi­ni­stycz­ny” – jak uwiel­bia­ją drwią­co komen­to­wać jej arty­stycz­ne doko­na­nia repre­zen­tan­ci komik­so­wi alter­pra­wi­cy pol­skiej – pozwa­lał, w moim prze­ko­na­niu osta­tecz­nie utrwa­lić miej­sce rysow­nicz­ki z Tehe­ra­nu na mapie świa­to­wej lite­ra­tu­ry. Nie tyl­ko stwier­dzić, że mamy do czy­nie­nia z oso­bo­wo­ścią arty­stycz­ną wywie­ra­ją­cą na komik­so­wą sztu­kę wpływ podob­ny jak nie­gdyś Jane Austin na oby­cza­jo­wą pro­zę wik­to­riań­ską, Mary Shel­ley na fan­ta­sty­kę i lite­ra­tu­rę gro­zy, a Vir­gi­nia Woolf na psy­cho­lo­gicz­ną dia­ry­sty­kę, lecz zakwa­li­fi­ko­wać takie utwo­ry jak wła­śnie auto­bio­gra­ficz­ne Per­se­po­lis do nur­tu naj­cie­kaw­szych bil­dung­sro­man, a Kobie­tę. Życie. Wol­ność (tak brzmi pol­ski tytuł) do naj­bar­dziej twór­czych kon­ty­nu­acji epic­kich doko­nań teatru Ber­tol­da Brech­ta, aktu­al­nych, poli­tycz­nych, zaan­ga­żo­wa­nych, komen­tu­ją­cych, peł­nych pasji i wia­ry, że oto sztu­ka posia­dła moc zmie­nia­nia świa­ta. Kore­spon­den­cja dzieł Satra­pi z doko­na­nia­mi sztu­ki nie­miec­kiej jest nie­złym przy­czyn­kiem do krót­kiej cha­rak­te­ry­sty­ki pla­stycz­nej stro­ny jej dzieł. Pod­czas, gdy w sztu­ce irań­skiej tym wzor­cem z Sevres wciąż pozo­sta­ją eklek­tycz­ne obra­zy (łączą­ce tra­dy­cyj­ne wize­run­ki pta­ków i roślin roz­po­wszech­nio­ne w tka­ni­nie per­skiej jesz­cze w okre­sie póź­ne­go śre­dnio­wie­cza z oszczęd­nym, line­ar­nym moder­ni­zmem) dzie­więć­dzie­się­cio­pię­cio­let­nie­go, nie­daw­no zmar­łe­go Mah­mo­uda Far­sh­chia­na, nesto­ra i iko­ny malar­stwa per­skie­go od lat 60. ubie­głe­go wie­ku, Satra­pi wyraź­nie odna­la­zła odmien­ne środ­ki wizu­al­ne­go wyra­zu. Jej czar­no-bia­łe, ope­ru­ją­ce pla­mą i kon­tra­stem rysun­ki to nawią­za­nie oczy­wi­ste do prac kon­struk­ty­wi­stów – któ­rzy od wcze­snych lat 20. pra­cu­ją i two­rzą głów­nie w Niem­czech – a przede wszyst­kim eks­pre­sjo­ni­zmu, tego naj­bar­dziej twór­cze­go, anty­wo­jen­ne­go, poli­tycz­ne­go, nie zna­ją­ce­go kom­pro­mi­sów nur­tu w sztu­ce Repu­bli­ki Weimar­skiej. Nol­de, Grosz, nie­miec­cy fil­mow­cy to był­by gra­ficz­ny uni­wer­sy­tet mło­dej Mar­ja­ne Satra­pi. To był­by nurt, z któ­re­go zara­zem wyra­sta­ją naj­bar­dziej inte­re­su­ją­ce współ­cze­sne komik­sy.

Przy­go­to­wu­jąc – w tem­pie eks­pre­so­wym i wyda­jąc tę komik­so­wą opo­wieść o sza­leń­stwie nad­zwy­czaj­nym reżi­mu (Kobie­ta. Życie. Wol­ność), o wszyst­kich skrzyw­dzo­nych i poni­żo­nych z irań­skich ulic i wię­zień, Satra­pi nie tyl­ko wska­za­ła, iż w islam­skim świe­cie reli­gij­ne­go patriar­cha­tu tą siłą spraw­czą mogą być kobie­ty, ale do nie­zwy­kle ambit­ne­go pro­jek­tu arty­stycz­ne­go (wystar­czy tyl­ko spoj­rzeć na te kadry uwol­nio­ne, gra­ficz­ne roz­wią­za­nia, posta­ci nie­mal krzy­czą­ce, posta­ci pły­ną­ce, plan­sze peł­ne eks­plo­zji) zapro­si­ła kil­ka­na­ście osób – nie tyl­ko z licz­nej dia­spo­ry irań­skich dysy­den­tów – lecz rów­nież twór­ców nie­zwy­kle waż­nych dla roz­wo­ju i ewo­lu­cji współ­cze­snej dzie­wią­tej sztu­ki, publi­cy­sty­ki bli­skow­schod­niej i pro­zy. Wśród nich zna­leź­li się mię­dzy inny­mi Paco Roca, Jean-Pier­re Per­rin, Lewis Tron­dhe­im, Joann Sfar.

Przy­pa­trz­my się jesz­cze na – nie­prze­ce­nio­ny – wpływ, któ­ry wywar­ła Mar­ja­ne Satra­pi na sztu­kę komik­su. Ostat­ni z jej wiel­kich rysun­ko­wych pro­jek­tów, Kobie­ta. Życie. Wol­ność, obok arty­stycz­nej maestrii twór­ców zawie­ra rów­nież, coś, co nazwał­bym ele­men­ta­rzem wie­dzy, słow­ni­kiem pojęć o współ­cze­snym Ira­nie. Ten komiks-mani­fest epic­ki (jak pozwo­li­łem sobie napi­sać) odar­ty z for­my pla­stycz­nej, z tej wizu­al­nej opra­wy, był­by zale­d­wie kolej­nym publi­cy­stycz­nym komen­ta­rzem do zbrod­ni Naj­wyż­szych Straż­ni­ków Islam­skiej Rewo­lu­cji. Dzię­ki tej for­mie (podob­nie jak we wcze­śniej­szym autor­skim Per­se­po­lis) osią­ga Satra­pi poziom poli­tycz­ne­go dzie­ła, doku­men­tu o prze­mo­cy i gro­zie świa­ta, któ­ry moż­na posta­wić obok Mau­sa Arta Spie­gel­ma­na czy dzieł Joego Sac­ca. Jest wresz­cie (lub była raczej, nie­ste­ty) artyst­ka rzecz­nicz­ką trak­to­wa­nia komik­su, jako lite­ra­tu­ry posłu­gu­ją­cej się narzę­dziem kul­tu­ry wizu­al­nej. Ten pogląd – dość obcy pol­skiej reflek­sji komik­so­lo­gicz­nej, a prze­cież, gór­no­lot­nie mówiąc, jedy­ny słusz­ny, logicz­ny i praw­dzi­wy – czy­ni Satra­pi nie tyl­ko jed­ną z naj­waż­niej­szych w moim prze­ko­na­niu twór­czyń (twór­ców) nowo­cze­sne­go komik­su, ale lite­ra­tu­ry świa­to­wej.

Już koń­cząc – w tak cokol­wiek tonie pane­gi­rycz­nym – ten krót­ki prze­gląd doko­nań irań­skiej rysow­nicz­ki, pisar­ki i posta­ci współ­cze­sne­go kina, pod­rzu­cam jesz­cze jeden wątek: sce­na­riu­szo­wa nagro­da dla Mar­ja­ne Satra­pi za Per­se­po­lis na festi­wa­lu w Ango­ulême w 2002 roku i rok wcze­śniej­sza za naj­lep­szy album, ruszy­ła nie tyl­ko lawi­nę nagród dla kolej­nych twór­czyń dzie­wią­tej sztu­ki, lecz – a był­by to praw­do­po­dob­nie temat na osob­ny esej – spro­wo­ko­wa­ła i ośmie­li­ła wie­le mło­dych kobiet do, już bez stra­chu nad­mier­ne­go, ryso­wa­nia i publi­ko­wa­nia wła­snych komik­sów.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

16.02.2026 Szkice

Remake wielkiej smuty?

Narodziny kolejnych magazynów komiksowych w Polsce mogą być dowodem dojrzałości lub schyłku rynku, niezwykłej siły twórczej oraz optymizmu artystów i wydawców albo – by ująć to trochę filozoficznie – przeobrażenia wszelkich wartości – o polskim rynku komiksowym pisze Paweł Chmielewski.

26.01.2026 Recenzje

W osiemdziesiąt kadrów dookoła świata

Autor zaczyna opowieść o artyście niczym film sensacyjny, od wspomnienia napadu na mieszkanie bratanka Mariana, Wojciecha Walentynowicza, i od przywołania pytań, które zadawano przypadkowym widzom i przechodniom: kto narysował Koziołka Matołka? – o książce Marka Górlikowskiego Ilustrator. Przygody ojca Koziołka Matołka tylko dla dorosłych pisze Paweł Chmielewski.

18.12.2025 Recenzje

James Cameron szykuje Spider-Mana

Publikacji tej nie można zawężać do opowieści o człowieku, który całe pokolenie młodych czytelników nad Wisłą zaraził obrazkowymi mitami o superherosach w rajtuzach. To również opowieść o fenomenach kultury masowej po przełomie – o książce Projekt Rust. Wywiad rzeka. Marcin Rustecki w rozmowie z Jakubem Demiańczukiem pisze Paweł Chmielewski.

02.07.2026 Laba

Pocztówka z zaczarowanej Desny. Czernihowszczyzna. Ukraina

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Olesi Mamczycz.