Pokolenie ludzi urodzonych w latach 30. ubiegłego wieku funkcjonowało w siatce kilku opowieści, które z czasem urosły do rangi pięknych mitów1. Jedną z legendarnych postaci był dla tego pokolenia Marian Walentynowicz, jego książeczki zaś odgrywały rolę niemal cudownych artefaktów.
Bajkowa atmosfera w tym przypadku splata się z rodzinną anegdotą, od której zacznę. Trzy dni przed Wigilią Bożego Narodzenia rozpoczynał się wielki, coroczny rytuał na Chłodnej – zakupy. Dziadek kupował ryby u Icka na rogu Leszna, słynnego dzięki najlepszym śledziom z beczki w Warszawie, sieci dostawców wprost z portu rybackiego w Pucku i trzynaściorgu dzieciom, spośród których wszystkie (wraz z rodzicami) zginęły w małym getcie warszawskim podczas jego likwidacji. Babcia maszerowała – zgodnie ze zwyczajem przyjętym już w połowie lat 30. – ze starszym bratem mojej mamy na Bracką 25 do Domu Towarowego Braci Jabłkowskich. Zakupy trwały najczęściej kilka godzin. Tymczasem na dachu domu towarowego – tu użyjmy współczesnej terminologii – wykwalifikowany „animator” (lub raczej zespół „animatorów”) odbierał dzieci od piastunek towarzyszących klientkom w zakupach i prowadził maluchy na cykl spektakli teatralnych przeplatanych piosenkami. Po widowisku każdy z małych widzów otrzymywał książeczkę z rysunkami Walentynowicza i tekstami usłyszanych piosenek, których autorem był najczęściej Kornel Makuszyński.
Bardzo podobne wspomnienie z dzieciństwa utrwalił w swojej autobiografii Wojciech Plewiński, słynny fotografik „Przekroju” z czasów redakcji Mariana Eilego. W publikacji przywołuje neon z Koziołkiem Matołkiem na ścianie Jabłkowskich i kolorowankę z rysunkami Walentynowicza (zamiast książeczki ze zwrotkami piosenek). I tak świąteczne spektakle u Jabłkowskich, Marian Walentynowicz, Koziołek Matołek jako marketingowa ikona, wymyślona postać otoczona niezwykłym kultem (setki, jeśli nie tysiące listów do wydawnictwa adresowanych było nie tylko do autorskiego tandemu Makuszyński–Walentynowicz, ale również do najsłynniejszego obywatela Pacanowa), symbol sukcesu i bohater bestselleru, stały się pokoleniowym mitem dla ludzi urodzonych około 1930 roku. Zanim otworzyłem nową biografię twórcy Małpki Fiki-Miki, wiedziałem trochę o dokonaniach komiksowych jej bohatera, o jakimś – wspomnianym ledwie fragmentarycznie przez Melchiora Wańkowicza w Karafce La Fontaine’a – skandalu obyczajowym z rysunkami oraz niezwykłym pomyśle na promocję i sprzedaż gazety „ABC” w regionie kielecko-radomskim, którego to pomysłu Walentynowicz był współautorem, jako jedna z najbarwniejszych postaci w redakcji.
Zanim wraz z Koziołkiem przeskoczę do samej książki Marka Górlikowskiego (dziennikarza, autora biografii Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój oraz Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie), wspomnę jeszcze o dość ciekawym kulturowym paradoksie związanym z publikacją „Ilustratora…”. W środowisku czytelników i publicystów (oraz wydawców magazynów komiksowych) na pierwszym miejscu jest zawsze stawiany rysownik, scenarzysta pozostaje w tle albo bywa pomijany. Analizując przypadek duetu autorskiego – ograniczmy się w tym przykładzie jedynie do komiksowego Koziołka Matołka – Kornel Makuszyński–Marian Walentynowicz, zauważamy, że w obiegu literackim i pozakomiksowym to właśnie pisarz-scenarzysta jest popularniejszy i doceniany w szerszych kręgach, staje się bohaterem dziesiątek artykułów i biografii. Już kilka lat temu wydano świetną publikację Mariusza Urbanka Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce. O Walentynowiczu zaś napisano wyłącznie kilka rozdziałów w specjalistycznych opracowaniach, biografii doczekał się on dopiero w połowie 2025 roku.
Górlikowski zaczyna opowieść o artyście niczym film sensacyjny, od wspomnienia napadu na mieszkanie bratanka Mariana, Wojciecha Walentynowicza, i od przywołania pytań, które zadawano w różnych okolicznościach przypadkowym widzom i przechodniom: kto narysował Koziołka Matołka? Podobno spośród dwustu pięćdziesięciu respondentów nikt nie znał odpowiedzi. Walentynowicz rozpłynął się w niebycie lub raczej otchłani niezwykle ciekawych czasów, w których przyszło mu żyć. I o tym między innymi jest ta książka. Ten otwierający opowieść opis jest tyleż dramatyczny, co podszyty groteską, całkiem w stylu Małpki Fiki-Miki (może trochę sarmatyzmem podszytej), gdy biograf czyta fragmenty innej biografii:
Mieszkała w okolicach Wilna na nędznym folwareczku Pikieliszki słynna w okolicy swoimi długami i dziećmi chorążyna Walentynowiczowa, mająca kilka córek głośnych z piękności. […] Pani Walentynowiczowa matka z twarzą ciemną jak piernik toruński nie wyglądała wcale na ich matkę.
Chciałoby się napisać, że autor biografii zaczyna każdy z rozdziałów nieomal proustowską magdalenką, ale ponieważ bohaterem jest ikona polskiej popkultury, więc przywołajmy raczej cieszący się wysoką oglądalnością serial telewizyjny sprzed dwudziestu lat, czyli Przeprowadzki: powtarzalny przez chwyt czy scenę z przedmiotem wyciągniętym z archiwum na strychu. Oto zdjęcie, szkic, rysunek, komiksowa plansza przywołująca kolejny epizod, ważny etap w karierze artystycznej Mariana Walentynowicza. Lub podróżniczej. Tu natrafiamy bowiem na jedną z niezwykłych (współczesnemu odbiorcy mało znanych) kreacji bohatera. Jeśli Walentynowicz jest rozpoznawany – raczej rzadko i incydentalnie – przez konsumenta kultury w XXI wieku, to jest wyłącznie jednym z dwóch (może trzech, trzecim jest wydawca) ojców Koziołka Matołka. Ten eksperyment z masowym bestsellerem komiksowym, anegdoty o powstaniu bohatera, nietypowym miejscu spotkań (sanatorium w Otwocku) i całym rozbudowanym micie wokół narodzin najsłynniejszego obywatela Pacanowa zostają precyzyjnie opisane przez Górlikowskiego, lecz nie one stanowią esencję tej biografii. Są nią fakty mniej znane lub kompletnie nieznane. Właśnie tu wracamy do jednej z przedwojennych ról Walentynowicza. Tej najsłynniejszej – ikony i wzoru podróżnika. Czytelnikowi międzywojennej prasy Walentynowicz był znany jako rysownik, owszem, zabawny, żartobliwy, lecz raczej autor historyjek dla dzieci. Natomiast estymą cieszył się jako korespondent zagraniczny, autor relacji i reportaży z dalekich wędrówek w nieznane rejony Azji i Afryki. Można posłużyć się porównaniem, że był gwiazdą na miarę Stanisława Szwarc-Bronikowskiego w latach 60. i Tony’ego Halika w schyłkowej PRL. Tu Górlikowski, relacjonując dokładnie wszystkie jego podróże, pokazał nam również kontekst geograficzno-kulturowy związany z odległymi krainami, tak niewiarygodnie mocno obecny w realiach II Rzeczpospolitej. To zestaw stereotypów nierzadko rasistowskich, ambicje kolonialne podszyte często absurdem i niezwykła siła w konserwowaniu tego rodzaju obrazów, jaką odegrał Walentynowicz. Pozwolę sobie nawet na stwierdzenie, że siatka owych stereotypów i poglądów (dotyczących zwłaszcza afrykańskiego kontynentu) została złamana dopiero przez literackie reportaże Ryszarda Kapuścińskiego. Przytoczone opisy – całkiem na poważnie toczonych rozmów z rządem Liberii i manifesty Ligi Kolonialnej – ukazują nam doskonale absurdalny świat, w którym i Tadeusz Dołęga-Mostowicz ze swoim złośliwym humorem, i Kornel Makuszyński z Marianem Walentynowiczem, ale i kabaretowe dzieła Juliana Tuwima z młodym Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim czują i odnajdują się doskonale. Ten fragment „Ilustratora” jest także najzabawniejszy. Jako konglomerat podróży i absurdu staje się inspiracją dla mniej znanych utworów komiksowych artysty, lub raczej znanych tylko kolekcjonerom i badaczom popkultury dwudziestolecia. To chociażby Jurek Czupurek, czy Imć Tchórzaczek. Górlikowski streszcza fabuły opowieści i prezentuje kreacje bohaterów, a współczesnym czytelnikom wypada jedynie czekać na zbiorcze wznowienie komiksów Walentynowicza. Jak donoszą dobrze poinformowane zwierzątka z faunarium rysownika, może ono nastąpić około 2026 roku.
Odsłona druga postaci Walentynowicza, ta również nieznana, to towarzyski aplauz, salonowe życie elit (jak z części kart powieści Dołęgi-Mostowicza), którego nieodłącznym uczestnikiem jest słynny rysownik. Wprawdzie, jak sugerowała w zacytowanych na początku tego tekstu pamiętnikach księżna Puzynina, Walentynowiczowie byli raczej biedni jak kościelne myszy, ale status urodzenia, pochodzenie i znajomości dawały „Marysiowi” wstęp do najszacowniejszych (a przede wszystkim najbogatszych i najbardziej wpływowych) domów w kraju. Przede wszystkim znajomość z Jadwigą, ministrową Beck, dla przyjaciół „Dziubą”. Przyszły rysownik Koziołka Matołka znał się z nią podobno jeszcze z piaskownicy. Później, jako artysta „zaufany”, otrzymał nawet zlecenie na architektoniczny projekt przebudowy prywatnej willi Becków. Nieźle, jak dowiadujemy się z biografii, układały mu się stosunki ze skrzydłem narodowym. Sądząc z liczby zleceń, klientów, licznych egzotycznych podróży Marian Walentynowicz był jednym z lepiej zarabiających twórców dwudziestolecia międzywojennego. I w przeciwieństwie do elit tamtej epoki po klęsce wrześniowej wcale nie poszedł na dno.
„Dziuba” Beckowa, kiedyś wiceprezeska Polskiej Akademii Literatury i najlepiej ubrana kobieta w Europie (chociaż to raczej przesada), po wrześniowej kapitulacji zaczyna pracę sprzątaczki w jednym z londyńskich hoteli, inny z dobrych znajomych „Marysia” – „pierwszy ułan”, czyli generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski – popełnia samobójstwo, skacząc z okna nowojorskiego apartamentu, wielu przedwojennych adwersarzy premiera Władysława Sikorskiego trafia do okrytego złą sławą obozu na Wyspie Węży, a Walentynowicz dość gładko odnajduje się w realiach emigracyjnego rządu i armii. Tu poznajemy trzecią z jego najciekawszych kreacji – przede wszystkim znakomitego fotografa-reportażysty, autora dokumentacji szlaku bojowego dywizji generała Stanisława Maczka. Przygody i „peregrynacje” wojskowe artysty – od pierwszej wojny światowej aż do wyzwolenia Bredy – są utrzymane trochę w duchu Bustera Keatona i przygód Józefa Szwejka, czyli tak samo jak jego komiksy. Poza dramatycznymi epizodami (wyzwolenie obozu koncentracyjnego dla kobiet) to znów wielka, pełna przygód podróż.
PRL to w biografii epizod krótki i raczej nieciekawy. Artysta rysuje pewne komiksy, odtwarza Koziołka Matołka w nowych realiach, prowadzi radiowe pogadanki. Nie jest jakoś specjalnie prześladowany. Słowem: to raczej Walentynowicz nudny. Ktoś mógłby zadać pytanie: a gdzie wśród trzech najważniejszych kreacji podział się Walentynowicz „tylko dla dorosłych” krzyczący z tytułu okładki? Chyba tylko w marketingowych planach działu promocji wydawnictwa. Jest kilka stron o rysuneczkach artysty do świntuszących utworów hrabiego Aleksandra Fredry. To rodzaj żartu towarzyskiego i równocześnie powód anegdotek, które z nudów opowiadali sobie panowie w przedwojennych klubach. Więc jest to swojego rodzaju pijarowski wtręt wydawcy, cokolwiek zbędny. A Marian, patrząc z jakiejś chmurki czy innego miejsca, mógłby tylko powiedzieć: „Nareszcie!”. Ta biografia – cytując obiegowy bon mot – po prostu należała się jednemu z najlepszych polskich rysowników XX wieku.
Tu w ramach apendyksu – Walentynowicz uwielbiał w swoich komiksach dygresje i suplementy (poniekąd wymuszał je scenariuszowy temperament Makuszyńskiego) – krótki fragmencik o gazecie „ABC”, nieobecny w biografii Górlikowskiego, a dość ciekawy. Dziennik powstaje w Warszawie jako liberalno-demokratyczne lekarstwo na propagandę obozu sanacji po przewrocie majowym 1926 roku. Cały nakład jest drukowany w Warszawie, a do oddziałów terenowych rozsyłany z jedną lub dwiema pustymi stronami, które miały zostać zapełnione przez wiadomości lokalne. Regionalne „ABC” kielecko-radomskie sprzedaje się najgorzej w kraju, a redakcją wstrząsają skandale finansowe. Tymczasem – wbrew pozorom – jest to ciekawa (być może jedna z ciekawszych w międzywojniu) gazeta popularna. Swoją najnowszą powieść drukuje tam mistrz Kornel, zamieszczane są całkiem fachowo przygotowane „reportaże” z rzekomego odkrycia podwodnej stolicy państwa Atlantów (podobno niektóre szaleńcze pomysły reportaży podróżnych podrzucał sam Walentynowicz) a clou tego tytułu stają się rysunki Kamila Mackiewicza (niezwykle zdolny rysownik, autor ilustracji do pierwszego komiksu w niepodległej Polsce, czyli Szalonego Grzesia) i przede wszystkim surrealistyczne, niczym projekty z powojennych „Szpilek” lub późniejsze absurdalne wyklejanki Wisławy Szymborskiej, rysunkowo-językowe rebusy Mariana Walentynowicza. „ABC” na radomsko-kieleckim terytorium nadal rozchodzi się w niewielkim nakładzie (różne źródła podają liczby od sześciuset do tysiąca egzemplarzy). Wtedy pojawia się kolejny niekonwencjonalny pomysł. Legenda głosi, że Mackiewicza lub samego rysownika Mariana. Gazetę należy sprzedawać wyłącznie w dworcowych bufetach i za pośrednictwem małych chłopców na peronach, którzy mają uciekać przed klientami. Jaki przyniosło to efekt? Nie wiemy. „ABC” zamknięto, a później przekształcono w „Prosto z mostu”, główny organ ONR. Walentynowicz, chociaż na ogół zlecenia przyjmował od każdego, tam jednak nie zamieszczał już swoich kalamburów.
1 O wspólnych doświadczeniach czytelniczych tego pokolenia, a także innych grup – w tym współczesnych odbiorców literatury – wspominam w artykule opublikowanym na łamach „Dziennika Literackiego” w grudniu ubiegłego roku. Zob. P. Chmielewski, James Cameron szykuje Spider-Mana, „Dziennik Literacki”, 18.12.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/pawel-chmielewski-james-cameron-szykuje-spider-mana/ [dostęp: 26.01.2026].
