Czytelnicy, wydawcy, autorzy i krytycy w polskim środowisku komiksowym dzielą się – w olbrzymim uproszczeniu – na trzy grupy. O ile dla osób urodzonych w latach 20. i 30. ubiegłego wieku doświadczeniami pokoleniowymi były pierwsza lektura Przygód Koziołka Matołka lub bożonarodzeniowe sprawunki w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich w Warszawie, spotkanie z rysownikiem i zdobycie pamiątkowego zeszytu, o tyle z punktu widzenia współczesnych czytelników analogiczną rolę odgrywały zakupy w kiosku „Ruchu” (w późniejszych latach zaś – w salonach Empiku), a następnie czytanie ulubionych tytułów prasowych. W przypadku najstarszych odbiorców były to głównie „Świat Młodych” i „Relax”, nieco młodszych interesowała przede wszystkim zeszytowa seria TM-Semic (przekraczająca wyraźnie granice czasopisma periodycznego), najmłodsi natomiast najchętniej sięgali po magazyn „Kaczor Donald”.
Ze względu na poczucie obowiązku publicystycznego i na szacunek do nestorów społeczności wspomnę o tych ostatnich – o najstarszych przedstawicielach środowiska, dla których jeszcze w latach 60. XX wieku porównywalnymi doświadczeniami były zbieranie i wklejanie do zeszytów pasków z komiksami, zamieszczanych chociażby w „Wieczorze Wybrzeża” (prace Janusza Christy) czy „Słowie Ludu” (kolejne odcinki tasiemcowego serialu komiksowego Sierżant Cień). Dziś są to kolekcjonerskie rarytasy. Dopiero pod koniec lat 70. narodził się fenomen „pokolenia «Relaxu»” (i tożsamego z nim „Świata Młodych”) z rytuałem porannych kolejek, zakładania teczek w zaprzyjaźnionych kioskach, oprawiania tomów i roczników, wycinania komiksowych plansz z ostatnich stron „ŚM”, odkładania ich do specjalnych teczek – i tak dalej. Ten złożony rytuał powtarzano w latach 90. XX wieku w przypadku cyklicznego wydawnictwa TM-Semic (z wyjątkiem wycinania i wklejania do zeszytów fragmentów historii obrazkowych). Wspomniane doświadczenia pokoleniowe i wpływ czasopism komiksowych na kształtowanie się całej formacji kulturowej są do tego stopnia istotne, że oba tytuły doczekały się omówienia w osobnych monografiach: Czas na Relax autorstwa Sebastiana Chosińskiego1 oraz TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce pióra Łukasza Kowalczuka2. Od dwóch miesięcy dostępny jest wywiad rzeka3 ze spiritus movens tego wydawnictwa, Marcinem Rusteckim, przeprowadzony przez Jakuba Demiańczuka – dziennikarza „Polityki” i „Kina”, który specjalizuje się w filmoznawstwie i popkulturze.
Projekt Rust… (tak brzmi część tytułu książki) otworzyłem całkiem przypadkowo na fragmencie opisującym anegdotyczną historię związaną z Jamesem Cameronem (jednym z najbardziej wpływowych reżyserów hollywoodzkich od lat 80. XX wieku, autorem Terminatora, Titanica i Avatara), w której wymieniona zostaje komiksowa postać Spider-Mana. Jako człowiek mniej więcej raz do roku odwiedzający paryskie Musée Méliès, pamiętam znakomitą wystawę Światy Jamesa Camerona, tyle że próżno było na niej szukać choćby jednej wzmianki o człowieku-pająku. Rustecki zaś był po prostu świadkiem gargantuicznej, absurdalnej celebry, zresztą charakterystycznej dla świata filmu, kiedy to na konferencji prasowej zapowiadano, że oto Cameron nakręci adaptację przygód jednej z ikonicznych postaci Marvela. Ostatecznie film nigdy nie powstał, szampana wypito, kawior zjedzono, ostrygi wyssano. Typowa sytuacja ze szczytów kultury masowej, ale Rustecki – podróżnik i doskonały gawędziarz – przytacza wiele historii tego rodzaju. Projektu Rust… nie można bowiem zawężać do opowieści o człowieku, który całe pokolenie młodych czytelników nad Wisłą zaraził obrazkowymi mitami o superherosach w rajtuzach (lub – jeśli ktoś woli – w trykotach). To również opowieść o fenomenach kultury masowej po przełomie. Najlepiej ją czytać (a nawet pisać) z punktu widzenia osoby niebędącej fanem tej kultury i właśnie osobom tego rodzaju polecać wywiad Demiańczuka. Mnie ominął świat i fenomen lekturowy TM-Semic (choć o nim wiedziałem, podobnie jak o kilku innych zjawiskach popkulturowych w Polsce). Gdy X‑Meni, Fantastyczna Czwórka, Thor i inni opanowywali wyobraźnię dzisiejszych utalentowanych rysowników i scenarzystów od Przemyśla po Szczecin, sam odrabiałem zaległości z kontestacyjnej prozy Ameryki i pozostałych kontynentów w nowościach z kongenialnymi okładkami Marii „Muchy” Ihnatowicz i Waldemara Świerzego. Pochłaniał mnie po prostu raczej świat Jamesa Dickeya, Franka Millera, Wernera Rotha i rosyjskiego samizdatu niż światy wykreowane przez Stana Lee i Jacka Kirby’ego. Tym bardziej stałem się idealnym czytelnikiem tego wywiadu rzeki.
Pierwsze dwa rozdziały to rodzaj dość dobrze nam znanej – z rodzinnych lub przyjacielskich przekazów trochę starszych znajomych – opowieści edukacyjnej, historii o dorastaniu. Prowadzi ona od niezgody i powikłanej kariery szkolnej w późnej (a w zasadzie schyłkowej) PRL przez dość pospieszną emigrację w latach 80. XX wieku, najrozmaitsze etapy pracy w gastronomii, budowlance, mniejsze i większe przykrości wyrządzane przez rodaków aż po cały ten egzotyczny koloryt Londynu, Nowego Jorku, Detroit i Chicago (czyli czterech metropolii, do których najczęściej trafiali uciekinierzy z „raju” demoludów). O tym wszystkim Rustecki opowiada dość barwnie i – jeśli porównać jego historię z relacjami starszych znajomych – naprawdę wiernie.
I właśnie wówczas – w tej opowieści o remontach, tynkach i układaniu gładzi szpachlowych w londyńskich dzielnicach – trafiamy na pewien nieodłączny element każdej historii o self-made manie. W zawodach artystycznych i pokrewnych dziedzinach o powodzeniu przesądzają – czego bohater tej opowieści nie ukrywa, lecz wplata ów wątek w dialogową narrację – osobiste znajomości, kontakty rodzinne, miejsce urodzenia czy środowisko. Cały kulturowy kapitał. I jeden drobny (losowy) element – przypadek. To właśnie ów przypadek historyczny – zmiana ustroju pod koniec lat 80. XX wieku – otwiera drzwi do sukcesu, niesamowite możliwości. Dopiero wówczas zaczyna się prawdziwa opowieść. Lata 90. – czyli polskie Eldorado, Klondike, Anglia okresu rewolucji przemysłowej i rewolucja październikowa, ale bez ofiar. Rewolucja w polskim pojmowaniu komiksu i w dostępie do sztuki komiksowej, której jednym z istotniejszych demiurgów stał się Marcin Rustecki.
Demiańczuk wyciąga stare zdjęcia – swoją drogą niepowtarzalne, jeśli chodzi o klimat wspomnianego przełomu – i wypytuje bohatera tej niezwykle ciekawej spowiedzi. Nie prowokuje go jednak, lecz postępuje trochę na wzór wędkarza, czyli zarzuca przynętę, a tytułowy Rust, jako niezmiernie sprawny gawędziarz, tka sieć tej opowieści o narodzinach polskiego kapitalizmu w obrazkach (a także przez nie).
Początki TM-Semic w Polsce to gigantyczne nakłady, sięgające stu tysięcy egzemplarzy, problemy z farbą, drukarniami (wówczas znajdowały się one w „starej” Unii, czyli po prostu w Unii Europejskiej, do której dołączyliśmy dopiero trzynaście lat później). To pierwsza wizyta w Warszawie Stana Lee (wyjaśnienie dla osób, które nie śledzą literatury wizualnej: słynny scenarzysta, showrunner ery papieru, dyrektor i mesjasz wydawnictwa Marvel w jednym, ktoś tak ważny w świecie historii komiksowych jak George Lucas w świecie filmu). To ogromnie dużo szczegółów technicznych z dziedziny druku, a równocześnie niezliczona liczba anegdotycznych opowieści dla pasjonatów superbohaterskiego uniwersum – o sposobie doboru postaci i tematów do komiksów, które kolejno były wydawane w Polsce. W ostatniej dekadzie XX wieku doszło do słynnego bankietu we Frankfurcie (na targach książki), gdzie Cameron miał opowiadać o Spider-Manie: entuzjazm i gigantomachię promocji komiksowych ze schyłku ubiegłego stulecia Rustecki porównuje z bankietem „u cesarza Bokassy”4. W Projekcie Rust… znajduje się również interesująca analiza przyczyn kryzysu branży, upadku imperium Marvela i wstrząsu, który – czy nam się to podoba czy nie – ćwierć wieku temu zmienił kształt kultury masowej i – w szerszym ujęciu – sposób finansowania kultury. Skutki tej metamorfozy odczuwamy nieustannie:
Sukces tego komiksowego Eldorado stał się główną przyczyną jego upadku. Sprzedawało się niemal wszystko, w wariackich jak na dzisiejsze czasy nakładach. W sposób niekontrolowany, na własne życzenie rynek czytelniczy zmienił się w rynek kolekcjonerski. Dwa, cztery, pięć wariantów okładek, świecących w nocy, tłoczonych, z wybiórczym lakierem, hologramem, nie żałowano kasy, bo kasy było w bród. Równocześnie powstawały niekończące się historie, rozlane na wiele tytułów w taki sposób, że żeby to wszystko skumać, czytelnik musiał kupować serie, których wcześniej nie śledził5.
Czy nie tak działa polski rynek od mniej więcej dwóch albo trzech lat? Trzy lub pięć wariantów okładek, blanki (okładki jedynie z tytułem i pustym polem na oryginalny rysunek), tony gadżetów związanych z konkretnym wydaniem. Może to jeden z wątków pobocznych, ale mimo to niezmiernie istotnych; może to właśnie mroczne memento dla polskich wydawców komiksów, wyłaniające się ze stron wywiadu Projekt Rust…?
Nostalgicznie – być może to złe słowo – więc na pewno gorzko wybrzmiewa historia schyłku działalności wydawnictwa w Polsce. To koniec lat 90. XX wieku: Marvel bankrutuje, ale Polacy także nie kupują już tylu komiksów o superbohaterach. Na rynku pojawia się gigant – polski Egmont. TM-Semic tonie. Niezwykła w tej stosunkowo szybkiej, nierozciągniętej na lata śmierci jest towarzysząca jej opowieść Rusteckiego o wielkiej księdze sprezentowanej przez artystę polskim rysownikom, a także o jego propozycji, żeby obdarowani narysowali własną postać herosa. Jak to wyzwanie się kończy i co myśli tytułowy bohater książki o podróżach, muzyce i ekologii? Tutaj odsyłam do końcowych rozdziałów wywiadu.
Marcin Rustecki sprowadził na polską ziemię dla grona wygłodniałych fanów – zresztą nieświadomych, z czego ten głód wynika – superbohaterskie historie i stworzył (choć sam się od tego odżegnuje) „pokolenie TM-Semic”. Gdy jednak czytam o jego biznesowo-artystycznej karierze, nasuwa mi się jeszcze jedno, z pozoru odległe skojarzenie. Na początku lat 20. XIX stulecia, gdy Polska ledwo dźwignęła się z zamętu wojen napoleońskich, najpierw w Warszawie, a później w całym Królestwie Polskim zaczął działać pewien niezwykle energiczny człowiek – tłumacz, krytyk literacki, a zwłaszcza wydawca i innowator. Franciszek Salezy Dmochowski do połowy lat 30. XIX wieku założył kilkanaście tytułów prasowych i kilka wydawnictw, lecz przede wszystkim położył fundament pod rozwój kultury masowej i przyzwyczaił do niej Polaków. Jako pierwszy pokazał, że w druku można swobodnie łączyć sekwencje obrazkowe z partiami tekstu, zaczął sprzedawać na naszym rynku tanie wydania na powszechnie dostępnym papierze, wprowadził również ukazującą się co dwa tygodnie popularną i niedrogą serię z dziełami najsłynniejszych w Europie pisarzy romantyzmu, literatury gotyckiej i sentymentalnej. Chociaż ostatnie lata życia spędził raczej w zapomnieniu (wśród ówczesnych pamiętano głównie złośliwą opinię, którą wydał o nim Adam Mickiewicz), przeszedł do historii jako zapewne pierwszy w Polsce wydawca z inklinacjami do popkultury. Marcinowi Rusteckiemu wypada życzyć – oby jak najpóźniej! – epitafium o podobnej randze. Na zakończenie wspomnę – to również ciekawy splot losów i przypadków – że ostatni wielki projekt wydawniczy Dmochowskiego, czyli Muzeum Domowe, poległ w nierównej walce z finansowanym z Francji, lecz założonym w Polsce „Magazynem Powszechnym”.
1 S. Chosiński, Czas na Relax, Koluszki: Wydawnictwo Kurc, 2019.
2 Ł. Kowalczuk, TM-Semic: największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce, Poznań: Wydawnictwo Centrala, 2013.
3 Projekt Rust. Wywiad rzeka. Marcin Rustecki w rozmowie z Jakubem Demiańczukiem, Warszawa: Bum Projekt, 2025.
4 Tamże, s. 152.
5 Tamże, s. 121.
