James Cameron szykuje Spider-Mana

Czy­tel­ni­cy, wydaw­cy, auto­rzy i kry­ty­cy w pol­skim śro­do­wi­sku komik­so­wym dzie­lą się – w olbrzy­mim uprosz­cze­niu – na trzy gru­py. O ile dla osób uro­dzo­nych w latach 20. i 30. ubie­głe­go wie­ku doświad­cze­nia­mi poko­le­nio­wy­mi były pierw­sza lek­tu­ra Przy­gód Kozioł­ka Matoł­ka lub bożo­na­ro­dze­nio­we spra­wun­ki w Domu Towa­ro­wym Bra­ci Jabł­kow­skich w War­sza­wie, spo­tka­nie z rysow­ni­kiem i zdo­by­cie pamiąt­ko­we­go zeszy­tu, o tyle z punk­tu widze­nia współ­cze­snych czy­tel­ni­ków ana­lo­gicz­ną rolę odgry­wa­ły zaku­py w kio­sku „Ruchu” (w póź­niej­szych latach zaś – w salo­nach Empi­ku), a następ­nie czy­ta­nie ulu­bio­nych tytu­łów pra­so­wych. W przy­pad­ku naj­star­szych odbior­ców były to głów­nie „Świat Mło­dych” i „Relax”, nie­co młod­szych inte­re­so­wa­ła przede wszyst­kim zeszy­to­wa seria TM-Semic (prze­kra­cza­ją­ca wyraź­nie gra­ni­ce cza­so­pi­sma perio­dycz­ne­go), naj­młod­si nato­miast naj­chęt­niej się­ga­li po maga­zyn „Kaczor Donald”.

Ze wzglę­du na poczu­cie obo­wiąz­ku publi­cy­stycz­ne­go i na sza­cu­nek do nesto­rów spo­łecz­no­ści wspo­mnę o tych ostat­nich – o naj­star­szych przed­sta­wi­cie­lach śro­do­wi­ska, dla któ­rych jesz­cze w latach 60. XX wie­ku porów­ny­wal­ny­mi doświad­cze­nia­mi były zbie­ra­nie i wkle­ja­nie do zeszy­tów pasków z komik­sa­mi, zamiesz­cza­nych cho­ciaż­by w „Wie­czo­rze Wybrze­ża” (pra­ce Janu­sza Chri­sty) czy „Sło­wie Ludu” (kolej­ne odcin­ki tasiem­co­we­go seria­lu komik­so­we­go Sier­żant Cień). Dziś są to kolek­cjo­ner­skie rary­ta­sy. Dopie­ro pod koniec lat 70. naro­dził się feno­men „poko­le­nia «Rela­xu»” (i toż­sa­me­go z nim „Świa­ta Mło­dych”) z rytu­ałem poran­nych kole­jek, zakła­da­nia teczek w zaprzy­jaź­nio­nych kio­skach, opra­wia­nia tomów i rocz­ni­ków, wyci­na­nia komik­so­wych plansz z ostat­nich stron „ŚM”, odkła­da­nia ich do spe­cjal­nych teczek – i tak dalej. Ten zło­żo­ny rytu­ał powta­rza­no w latach 90. XX wie­ku w przy­pad­ku cyklicz­ne­go wydaw­nic­twa TM-Semic (z wyjąt­kiem wyci­na­nia i wkle­ja­nia do zeszy­tów frag­men­tów histo­rii obraz­ko­wych). Wspo­mnia­ne doświad­cze­nia poko­le­nio­we i wpływ cza­so­pism komik­so­wych na kształ­to­wa­nie się całej for­ma­cji kul­tu­ro­wej są do tego stop­nia istot­ne, że oba tytu­ły docze­ka­ły się omó­wie­nia w osob­nych mono­gra­fiach: Czas na Relax autor­stwa Seba­stia­na Cho­siń­skie­go1 oraz TM-Semic. Naj­więk­sze komik­so­we wydaw­nic­two lat dzie­więć­dzie­sią­tych w Pol­sce pió­ra Łuka­sza Kowal­czu­ka2. Od dwóch mie­się­cy dostęp­ny jest wywiad rze­ka3 ze spi­ri­tus movens tego wydaw­nic­twa, Mar­ci­nem Rustec­kim, prze­pro­wa­dzo­ny przez Jaku­ba Demiań­czu­ka – dzien­ni­ka­rza „Poli­ty­ki” i „Kina”, któ­ry spe­cja­li­zu­je się w fil­mo­znaw­stwie i popkul­tu­rze.

Pro­jekt Rust… (tak brzmi część tytu­łu książ­ki) otwo­rzy­łem cał­kiem przy­pad­ko­wo na frag­men­cie opi­su­ją­cym aneg­do­tycz­ną histo­rię zwią­za­ną z Jame­sem Came­ro­nem (jed­nym z naj­bar­dziej wpły­wo­wych reży­se­rów hol­ly­wo­odz­kich od lat 80. XX wie­ku, auto­rem Ter­mi­na­to­ra, Tita­ni­caAva­ta­ra), w któ­rej wymie­nio­na zosta­je komik­so­wa postać Spi­der-Mana. Jako czło­wiek mniej wię­cej raz do roku odwie­dza­ją­cy pary­skie Musée Méli­ès, pamię­tam zna­ko­mi­tą wysta­wę Świa­ty Jame­sa Came­ro­na, tyle że próż­no było na niej szu­kać choć­by jed­nej wzmian­ki o czło­wie­ku-pają­ku. Rustec­ki zaś był po pro­stu świad­kiem gar­gan­tu­icz­nej, absur­dal­nej cele­bry, zresz­tą cha­rak­te­ry­stycz­nej dla świa­ta fil­mu, kie­dy to na kon­fe­ren­cji pra­so­wej zapo­wia­da­no, że oto Came­ron nakrę­ci adap­ta­cję przy­gód jed­nej z iko­nicz­nych posta­ci Marve­la. Osta­tecz­nie film nigdy nie powstał, szam­pa­na wypi­to, kawior zje­dzo­no, ostry­gi wyssa­no. Typo­wa sytu­acja ze szczy­tów kul­tu­ry maso­wej, ale Rustec­ki – podróż­nik i dosko­na­ły gawę­dziarz – przy­ta­cza wie­le histo­rii tego rodza­ju. Pro­jek­tu Rust… nie moż­na bowiem zawę­żać do opo­wie­ści o czło­wie­ku, któ­ry całe poko­le­nie mło­dych czy­tel­ni­ków nad Wisłą zara­ził obraz­ko­wy­mi mita­mi o super­he­ro­sach w raj­tu­zach (lub – jeśli ktoś woli – w try­ko­tach). To rów­nież opo­wieść o feno­me­nach kul­tu­ry maso­wej po prze­ło­mie. Naj­le­piej ją czy­tać (a nawet pisać) z punk­tu widze­nia oso­by nie­bę­dą­cej fanem tej kul­tu­ry i wła­śnie oso­bom tego rodza­ju pole­cać wywiad Demiań­czu­ka. Mnie omi­nął świat i feno­men lek­tu­ro­wy TM-Semic (choć o nim wie­dzia­łem, podob­nie jak o kil­ku innych zja­wi­skach popkul­tu­ro­wych w Pol­sce). Gdy X‑Meni, Fan­ta­stycz­na Czwór­ka, Thor i inni opa­no­wy­wa­li wyobraź­nię dzi­siej­szych uta­len­to­wa­nych rysow­ni­ków i sce­na­rzy­stów od Prze­my­śla po Szcze­cin, sam odra­bia­łem zale­gło­ści z kon­te­sta­cyj­nej pro­zy Ame­ry­ki i pozo­sta­łych kon­ty­nen­tów w nowo­ściach z kon­ge­nial­ny­mi okład­ka­mi Marii „Muchy” Ihna­to­wicz i Wal­de­ma­ra Świe­rze­go. Pochła­niał mnie po pro­stu raczej świat Jame­sa Dic­keya, Fran­ka Mil­le­ra, Wer­ne­ra Rotha i rosyj­skie­go samiz­da­tu niż świa­ty wykre­owa­ne przez Sta­na Lee i Jac­ka Kirby’ego. Tym bar­dziej sta­łem się ide­al­nym czy­tel­ni­kiem tego wywia­du rze­ki.

Pierw­sze dwa roz­dzia­ły to rodzaj dość dobrze nam zna­nej – z rodzin­nych lub przy­ja­ciel­skich prze­ka­zów tro­chę star­szych zna­jo­mych – opo­wie­ści edu­ka­cyj­nej, histo­rii o dora­sta­niu. Pro­wa­dzi ona od nie­zgo­dy i powi­kła­nej karie­ry szkol­nej w póź­nej (a w zasa­dzie schył­ko­wej) PRL przez dość pospiesz­ną emi­gra­cję w latach 80. XX wie­ku, naj­roz­ma­it­sze eta­py pra­cy w gastro­no­mii, budow­lan­ce, mniej­sze i więk­sze przy­kro­ści wyrzą­dza­ne przez roda­ków aż po cały ten egzo­tycz­ny kolo­ryt Lon­dy­nu, Nowe­go Jor­ku, Detro­it i Chi­ca­go (czy­li czte­rech metro­po­lii, do któ­rych naj­czę­ściej tra­fia­li ucie­ki­nie­rzy z „raju” demo­lu­dów). O tym wszyst­kim Rustec­ki opo­wia­da dość barw­nie i – jeśli porów­nać jego histo­rię z rela­cja­mi star­szych zna­jo­mych – napraw­dę wier­nie.

I wła­śnie wów­czas – w tej opo­wie­ści o remon­tach, tyn­kach i ukła­da­niu gła­dzi szpa­chlo­wych w lon­dyń­skich dziel­ni­cach – tra­fia­my na pewien nie­od­łącz­ny ele­ment każ­dej histo­rii o self-made manie. W zawo­dach arty­stycz­nych i pokrew­nych dzie­dzi­nach o powo­dze­niu prze­są­dza­ją – cze­go boha­ter tej opo­wie­ści nie ukry­wa, lecz wpla­ta ów wątek w dia­lo­go­wą nar­ra­cję – oso­bi­ste zna­jo­mo­ści, kon­tak­ty rodzin­ne, miej­sce uro­dze­nia czy śro­do­wi­sko. Cały kul­tu­ro­wy kapi­tał. I jeden drob­ny (loso­wy) ele­ment – przy­pa­dek. To wła­śnie ów przy­pa­dek histo­rycz­ny – zmia­na ustro­ju pod koniec lat 80. XX wie­ku – otwie­ra drzwi do suk­ce­su, nie­sa­mo­wi­te moż­li­wo­ści. Dopie­ro wów­czas zaczy­na się praw­dzi­wa opo­wieść. Lata 90. – czy­li pol­skie Eldo­ra­do, Klon­di­ke, Anglia okre­su rewo­lu­cji prze­my­sło­wej i rewo­lu­cja paź­dzier­ni­ko­wa, ale bez ofiar. Rewo­lu­cja w pol­skim poj­mo­wa­niu komik­su i w dostę­pie do sztu­ki komik­so­wej, któ­rej jed­nym z istot­niej­szych demiur­gów stał się Mar­cin Rustec­ki.

Demiań­czuk wycią­ga sta­re zdję­cia – swo­ją dro­gą nie­po­wta­rzal­ne, jeśli cho­dzi o kli­mat wspo­mnia­ne­go prze­ło­mu – i wypy­tu­je boha­te­ra tej nie­zwy­kle cie­ka­wej spo­wie­dzi. Nie pro­wo­ku­je go jed­nak, lecz postę­pu­je tro­chę na wzór węd­ka­rza, czy­li zarzu­ca przy­nę­tę, a tytu­ło­wy Rust, jako nie­zmier­nie spraw­ny gawę­dziarz, tka sieć tej opo­wie­ści o naro­dzi­nach pol­skie­go kapi­ta­li­zmu w obraz­kach (a tak­że przez nie).

Począt­ki TM-Semic w Pol­sce to gigan­tycz­ne nakła­dy, się­ga­ją­ce stu tysię­cy egzem­pla­rzy, pro­ble­my z far­bą, dru­kar­nia­mi (wów­czas znaj­do­wa­ły się one w „sta­rej” Unii, czy­li po pro­stu w Unii Euro­pej­skiej, do któ­rej dołą­czy­li­śmy dopie­ro trzy­na­ście lat póź­niej). To pierw­sza wizy­ta w War­sza­wie Sta­na Lee (wyja­śnie­nie dla osób, któ­re nie śle­dzą lite­ra­tu­ry wizu­al­nej: słyn­ny sce­na­rzy­sta, show­run­ner ery papie­ru, dyrek­tor i mesjasz wydaw­nic­twa Marvel w jed­nym, ktoś tak waż­ny w świe­cie histo­rii komik­so­wych jak Geo­r­ge Lucas w świe­cie fil­mu). To ogrom­nie dużo szcze­gó­łów tech­nicz­nych z dzie­dzi­ny dru­ku, a rów­no­cze­śnie nie­zli­czo­na licz­ba aneg­do­tycz­nych opo­wie­ści dla pasjo­na­tów super­bo­ha­ter­skie­go uni­wer­sum – o spo­so­bie dobo­ru posta­ci i tema­tów do komik­sów, któ­re kolej­no były wyda­wa­ne w Pol­sce. W ostat­niej deka­dzie XX wie­ku doszło do słyn­ne­go ban­kie­tu we Frank­fur­cie (na tar­gach książ­ki), gdzie Came­ron miał opo­wia­dać o Spi­der-Manie: entu­zjazm i gigan­to­ma­chię pro­mo­cji komik­so­wych ze schył­ku ubie­głe­go stu­le­cia Rustec­ki porów­nu­je z ban­kie­tem „u cesa­rza Bokas­sy”4. W Pro­jek­cie Rust… znaj­du­je się rów­nież inte­re­su­ją­ca ana­li­za przy­czyn kry­zy­su bran­ży, upad­ku impe­rium Marve­la i wstrzą­su, któ­ry – czy nam się to podo­ba czy nie – ćwierć wie­ku temu zmie­nił kształt kul­tu­ry maso­wej i – w szer­szym uję­ciu – spo­sób finan­so­wa­nia kul­tu­ry. Skut­ki tej meta­mor­fo­zy odczu­wa­my nie­ustan­nie:

Suk­ces tego komik­so­we­go Eldo­ra­do stał się głów­ną przy­czy­ną jego upad­ku. Sprze­da­wa­ło się nie­mal wszyst­ko, w wariac­kich jak na dzi­siej­sze cza­sy nakła­dach. W spo­sób nie­kon­tro­lo­wa­ny, na wła­sne życze­nie rynek czy­tel­ni­czy zmie­nił się w rynek kolek­cjo­ner­ski. Dwa, czte­ry, pięć warian­tów okła­dek, świe­cą­cych w nocy, tło­czo­nych, z wybiór­czym lakie­rem, holo­gra­mem, nie żało­wa­no kasy, bo kasy było w bród. Rów­no­cze­śnie powsta­wa­ły nie­koń­czą­ce się histo­rie, roz­la­ne na wie­le tytu­łów w taki spo­sób, że żeby to wszyst­ko sku­mać, czy­tel­nik musiał kupo­wać serie, któ­rych wcze­śniej nie śle­dził5.

Czy nie tak dzia­ła pol­ski rynek od mniej wię­cej dwóch albo trzech lat? Trzy lub pięć warian­tów okła­dek, blan­ki (okład­ki jedy­nie z tytu­łem i pustym polem na ory­gi­nal­ny rysu­nek), tony gadże­tów zwią­za­nych z kon­kret­nym wyda­niem. Może to jeden z wąt­ków pobocz­nych, ale mimo to nie­zmier­nie istot­nych; może to wła­śnie mrocz­ne memen­to dla pol­skich wydaw­ców komik­sów, wyła­nia­ją­ce się ze stron wywia­du Pro­jekt Rust…?

Okładka książki pod tytułem „Projekt Rust. Wywiad rzeka. Marcin Rustecki w rozmowie z Jakubem Demiańczukiem”.
„Projekt Rust. Wywiad rzeka. Marcin Rustecki w rozmowie z Jakubem Demiańczukiem”, Warszawa: Bum Projekt, 2025.

Nostal­gicz­nie – być może to złe sło­wo – więc na pew­no gorz­ko wybrzmie­wa histo­ria schył­ku dzia­łal­no­ści wydaw­nic­twa w Pol­sce. To koniec lat 90. XX wie­ku: Marvel ban­kru­tu­je, ale Pola­cy tak­że nie kupu­ją już tylu komik­sów o super­bo­ha­te­rach. Na ryn­ku poja­wia się gigant – pol­ski Egmont. TM-Semic tonie. Nie­zwy­kła w tej sto­sun­ko­wo szyb­kiej, nie­roz­cią­gnię­tej na lata śmier­ci jest towa­rzy­szą­ca jej opo­wieść Rustec­kie­go o wiel­kiej księ­dze spre­zen­to­wa­nej przez arty­stę pol­skim rysow­ni­kom, a tak­że o jego pro­po­zy­cji, żeby obda­ro­wa­ni nary­so­wa­li wła­sną postać hero­sa. Jak to wyzwa­nie się koń­czy i co myśli tytu­ło­wy boha­ter książ­ki o podró­żach, muzy­ce i eko­lo­gii? Tutaj odsy­łam do koń­co­wych roz­dzia­łów wywia­du.

Mar­cin Rustec­ki spro­wa­dził na pol­ską zie­mię dla gro­na wygłod­nia­łych fanów – zresz­tą nie­świa­do­mych, z cze­go ten głód wyni­ka – super­bo­ha­ter­skie histo­rie i stwo­rzył (choć sam się od tego odże­gnu­je) „poko­le­nie TM-Semic”. Gdy jed­nak czy­tam o jego biz­ne­so­wo-arty­stycz­nej karie­rze, nasu­wa mi się jesz­cze jed­no, z pozo­ru odle­głe sko­ja­rze­nie. Na począt­ku lat 20. XIX stu­le­cia, gdy Pol­ska led­wo dźwi­gnę­ła się z zamę­tu wojen napo­le­oń­skich, naj­pierw w War­sza­wie, a póź­niej w całym Kró­le­stwie Pol­skim zaczął dzia­łać pewien nie­zwy­kle ener­gicz­ny czło­wiek – tłu­macz, kry­tyk lite­rac­ki, a zwłasz­cza wydaw­ca i inno­wa­tor. Fran­ci­szek Sale­zy Dmo­chow­ski do poło­wy lat 30. XIX wie­ku zało­żył kil­ka­na­ście tytu­łów pra­so­wych i kil­ka wydaw­nictw, lecz przede wszyst­kim poło­żył fun­da­ment pod roz­wój kul­tu­ry maso­wej i przy­zwy­cza­ił do niej Pola­ków. Jako pierw­szy poka­zał, że w dru­ku moż­na swo­bod­nie łączyć sekwen­cje obraz­ko­we z par­tia­mi tek­stu, zaczął sprze­da­wać na naszym ryn­ku tanie wyda­nia na powszech­nie dostęp­nym papie­rze, wpro­wa­dził rów­nież uka­zu­ją­cą się co dwa tygo­dnie popu­lar­ną i nie­dro­gą serię z dzie­ła­mi naj­słyn­niej­szych w Euro­pie pisa­rzy roman­ty­zmu, lite­ra­tu­ry gotyc­kiej i sen­ty­men­tal­nej. Cho­ciaż ostat­nie lata życia spę­dził raczej w zapo­mnie­niu (wśród ówcze­snych pamię­ta­no głów­nie zło­śli­wą opi­nię, któ­rą wydał o nim Adam Mic­kie­wicz), prze­szedł do histo­rii jako zapew­ne pierw­szy w Pol­sce wydaw­ca z inkli­na­cja­mi do popkul­tu­ry. Mar­ci­no­wi Rustec­kie­mu wypa­da życzyć – oby jak naj­póź­niej! – epi­ta­fium o podob­nej ran­dze. Na zakoń­cze­nie wspo­mnę – to rów­nież cie­ka­wy splot losów i przy­pad­ków – że ostat­ni wiel­ki pro­jekt wydaw­ni­czy Dmo­chow­skie­go, czy­li Muzeum Domo­we, poległ w nie­rów­nej wal­ce z finan­so­wa­nym z Fran­cji, lecz zało­żo­nym w Pol­sce „Maga­zy­nem Powszech­nym”.

 

1 S. Cho­siń­ski, Czas na Relax, Kolusz­ki: Wydaw­nic­two Kurc, 2019.

2 Ł. Kowal­czuk, TM-Semic: naj­więk­sze komik­so­we wydaw­nic­two lat dzie­więć­dzie­sią­tych w Pol­sce, Poznań: Wydaw­nic­two Cen­tra­la, 2013.

3 Pro­jekt Rust. Wywiad rze­ka. Mar­cin Rustec­ki w roz­mo­wie z Jaku­bem Demiań­czu­kiem, War­sza­wa: Bum Pro­jekt, 2025.

4 Tam­że, s. 152.

5 Tam­że, s. 121.

– redaktor naczelny Magazynu Kulturalnego „Projektor”, prowadzi galerię kuratorską ST „Zenit” w Ośrodku Pracy Twórczej „Baza Zbożowa”.

więcej →

Fallback Avatar

– człowiek renesansu, artysta, redaktor.

więcej →

Fallback Avatar

– krytyk filmowy i komiksowy, dziennikarz „Polityki”.

więcej →

Powiązane teksty