Wyrażać pretensje wobec najeźdźcy i oczekiwania wobec świata – to literaturze już nie wystarcza

Łukasz Kaczyń­ski: Minę­ło pół­to­ra roku, od kie­dy jesteś zmo­bi­li­zo­wa­ny w sze­re­gach ukra­iń­skiej armii, dokład­niej – jesteś człon­kiem bry­ga­dy „Char­tia”, któ­ra zaczę­ła dzia­łać czte­ry lata temu na tere­nie Char­kowsz­czy­zny. Co się zmie­ni­ło? Czym ten czas jest dla cie­bie?

Ser­hij Żadan: To waż­ny czas. Czas, któ­ry w spo­sób istot­ny zmie­nił moje życie, wpro­wa­dza­jąc w nie wię­cej poko­ry – poja­wił się zupeł­nie inny poziom odpo­wie­dzial­no­ści i inny spo­sób moje­go spo­łecz­ne­go funk­cjo­no­wa­nia jako jed­nost­ki. Pod­pi­sa­łem kon­trak­ty, jestem w Gwar­dii Naro­do­wej, mam kie­row­nic­two, swo­je obo­wiąz­ki – i to jest teraz dla mniej naj­waż­niej­sze. „Char­tia” to nowy model woj­ska, współ­dzia­ła­nia, nowy model łącze­nia się ludzi. Jest bar­dzo inno­wa­cyj­nym kor­pu­sem. Ini­cju­je i reali­zu­je w naszym woj­sku wie­le rze­czy, dotąd tu nie­spo­ty­ka­nych. W jed­nych sfe­rach nam się to uda­je, w innych być może nie, ale tak czy ina­czej jest to oddział z wła­sną filo­zo­fią, ze stra­te­gią, z wizją, z sil­ną moty­wa­cją i ukie­run­ko­wa­ną na to uwa­gą dowód­ców i sier­żan­tów. To nie­zwy­kle waż­na rzecz, a dla mnie oso­bi­ście wiel­ki zaszczyt i odpo­wie­dzial­ność – być czę­ścią tego wszyst­kie­go.

„Char­tia” powsta­ła jako DFTG [ДФТГ, Добровольче формування територіальної громади – Ł.K.], ochot­ni­czo utwo­rzo­na wspól­no­ta tery­to­rial­na – mała gru­pa ochot­ni­ków. W mar­cu 2022 roku, czy­li na samym począt­ku, oddział two­rzy­ło kil­ka­dzie­się­cio­ro męż­czyzn i kobiet, zarów­no zawo­do­wych woj­sko­wych, spe­cja­li­stów, jak i wła­śnie po pro­stu ochot­ni­ków. Nie miał ani nazwy, ani wypo­sa­że­nia. Poma­ga­li­śmy mu jako wolon­ta­riu­sze, to byli w dużej mie­rze nasi przy­ja­cie­le. Wła­ści­wie to ja wymy­śli­łem dla „Char­tii” nazwę. Po kil­ku mie­sią­cach jed­nost­ka wyszła na pozy­cje bojo­we, zaczę­ła wal­czyć, roz­ro­sła się do roz­mia­rów bata­lio­nu. Bra­ła udział mię­dzy inny­mi w wal­kach w Bach­mu­cie. Następ­nie na fun­da­men­cie „Char­tii” utwo­rzo­no jed­ną z bry­gad Gwar­dii Naro­do­wej Ukra­iny. Było to już kil­ka tysię­cy żoł­nie­rzy. A w zeszłym roku na bazie tej bry­ga­dy powstał 2. Kor­pus Gwar­dii Naro­do­wej Ukra­iny, któ­ry obec­nie skła­da się z pię­ciu róż­nych bry­gad. „Char­tia” nale­ży do jed­nej z tych bry­gad, ale kor­pus nosi tę samą nazwę. Dzi­siaj to jest duży, skom­pli­ko­wa­ny i trud­ny mecha­nizm. Każ­da bry­ga­da ma swo­ją histo­rię, ma swój bojo­wy szlak, swo­ich dowód­ców, ale jeste­śmy teraz jed­nym orga­ni­zmem i sta­ra­my się współ­dzia­łać, zna­leźć wspól­ny język.

To wszyst­ko spra­wi­ło, że oko­licz­no­ści, w jakich się znaj­du­ję, nie są już takie jak dwa lata temu. To nie jest już dotych­cza­so­we życie arty­stycz­ne, a moja codzien­ność nie jest już typo­wym pro­ce­sem twór­czym, któ­rym się dotąd zaj­mo­wa­łem. Służ­ba daje jed­nak moż­li­wo­ści wyko­rzy­sty­wa­nia tych doświad­czeń. Słu­żę jako spe­cja­li­sta od komu­ni­ka­cji, zaj­mu­ję się media­mi, inte­rak­cją mię­dzy kor­pu­sem a spo­łe­czeń­stwem, a doświad­cze­nia spo­łecz­ne­go akty­wi­zmu i dzia­łal­no­ści kul­tu­ral­nej, któ­re zdo­by­łem przed mobi­li­za­cją, też znaj­du­ją tu zasto­so­wa­nie. „Char­tia” to waż­ne doświad­cze­nie, waż­ny okres, któ­ry nadal trwa, a kie­dy to wszyst­ko się skoń­czy, nikt nie wie. Teraz wszy­scy mamy dużo pra­cy, trze­ba ją nale­ży­cie wyko­ny­wać – i to jest naj­waż­niej­sze.

A czym jest Radio Char­tia, któ­re zało­ży­łeś? I po co w ogó­le armii takie radio?

Radio Char­tia to pierw­sze radio ukra­iń­skiej armii, któ­re stwo­rzy­li­śmy, gdy zosta­li­śmy zmo­bi­li­zo­wa­ni. To jeden z kie­run­ków mojej codzien­nej pra­cy, ale jak wspo­mnia­łem, nie­je­dy­ny. Do cze­go potrzeb­ne jest armii takie radio? Wyda­je mi się, że w tej woj­nie za mało jest takiej nor­mal­nej roz­mo­wy o woj­sku. Bez pro­pa­gan­dy, za to z naci­skiem na żywe gło­sy, na praw­dzi­we twa­rze, z akcen­tem na to, że w woj­sku wal­czą zwy­kli ludzie, któ­rzy jesz­cze wczo­raj byli cywi­la­mi, któ­rzy mają zamiar i chęć wró­cić do domu po zakoń­cze­niu tej woj­ny. Waż­ne jest dla nas kształ­to­wa­nie nor­mal­ne­go dia­lo­gu, nor­mal­ne­go kon­tak­tu mię­dzy woj­sko­wy­mi a cywi­la­mi, two­rze­nie plat­for­my, gdzie roz­brzmie­wa­ją gło­sy uczest­ni­ków tych wyda­rzeń. Dla­te­go stwo­rzy­li­śmy takie medium. Dzia­ła ono w for­ma­cie radia onli­ne, w naszym zespo­le są pro­fe­sjo­nal­ni woj­sko­wi, zmo­bi­li­zo­wa­ni cywi­le, ale też po pro­stu cywi­le. Dla­te­go jest to moim zda­niem znów coś nowe­go, bar­dzo cie­ka­wy eks­pe­ry­ment, któ­re­go wcze­śniej nikt u nas nie prze­pro­wa­dził. Jako pierw­si pró­bu­je­my mówić o armii, poka­zu­jąc nie stra­te­gie, nie ide­olo­ge­my, lecz żywych ludzi.

Chciał­bym cię zapy­tać o wie­le rze­czy, ale nasz czas jest ogra­ni­czo­ny. Wró­cę na chwi­lę do spo­tka­nia z publicz­no­ścią po pra­pre­mie­rze Inter­na­tu w Teatrze im. Ste­fa­na Jara­cza w Łodzi, kie­dy mówi­łeś o związ­kach lite­ra­tu­ry i ety­ki pod­czas woj­ny. Wspo­mnia­łeś o powie­ści Null Szcze­pa­na Twar­do­cha, któ­ra zdo­by­ła w Pol­sce i Niem­czech sze­reg nagród, jest medial­na, cie­szy się popu­lar­no­ścią, w kil­ku zna­nych mi biblio­te­kach trze­ba usta­wiać się po nią w kolej­ce. Według cie­bie Twar­doch – jako ten, któ­ry pisze „z zewnątrz” – może pozwo­lić sobie na wię­cej. A ty na co nie możesz sobie pozwo­lić? Na co sam sobie nie pozwa­lasz?

Powie­dział­bym, że rzecz doty­czy nie tyle cen­zu­ry, ile auto­cen­zu­ry, a pre­cy­zyj­niej: czy­sto etycz­nej auto­cen­zu­ry. Oczy­wi­ście nie mogę pisać o jakich­kol­wiek trwa­ją­cych ope­ra­cjach woj­sko­wych ani ujaw­niać żad­nych tajem­nic, któ­re mogły­by zaszko­dzić woj­sku. Nie chciał­bym też oce­niać dzia­łań ofi­ce­rów, tym bar­dziej że nie posia­dam peł­nej wie­dzy na dany temat. Nie ujaw­nił­bym rów­nież żad­nych oso­bi­stych histo­rii żoł­nie­rzy bez ich zgo­dy. Kie­dy mówisz albo piszesz o woj­sku, bar­dzo waż­ne jest, abyś pamię­tał, że czę­sto oso­by, o któ­rych chcesz opo­wie­dzieć, same mają ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści wyra­ża­nia się, bo w taki czy inny spo­sób wyko­nu­ją cięż­ką, nie­bez­piecz­ną, a nie­kie­dy po pro­stu taj­ną pra­cę i nie o wszyst­kim mogą mówić.

To kwestia etyki i moralności, ale również – celowości. Kiedy mówisz o czymś, co dotyczy armii, powinieneś najpierw trzy razy się zastanowić.

To doty­czy nawet Radia Char­tia, o któ­re mnie zapy­ta­łeś. Przy­go­to­wu­jąc mate­ria­ły radio­we, czę­sto fil­mu­je­my żoł­nie­rzy, a to ozna­cza bar­dzo sil­ny nacisk na pro­ce­du­ry bez­pie­czeń­stwa: nie może­my poka­zy­wać miej­sca prze­by­wa­nia żoł­nie­rzy ani ujaw­niać oko­licz­no­ści, z któ­rych mógł­by sko­rzy­stać wróg; nie może­my mówić nicze­go, co mogło­by zaszko­dzić żoł­nie­rzom. To pra­ca wyma­ga­ją­ca dużej deli­kat­no­ści. Ale nie cho­dzi o jakąś pań­stwo­wą cen­zu­rę, cho­dzi o przy­zwo­itość, o ety­kę dzien­ni­kar­ską i pisar­ską.

Mówisz: nie zaszko­dzić. Co to zna­czy w odnie­sie­niu do ludzi, do kra­ju, a co w odnie­sie­niu do lite­ra­tu­ry – jaka lite­ra­tu­ra nie szko­dzi?

No, spójrz: na przy­kład nie mogę pisać o licz­bie strat, ponie­waż jej nie znam. Jeśli zacznę poda­wać takie dane, czy to wśród ukra­iń­skich żoł­nie­rzy, czy też wśród żoł­nie­rzy oku­pan­ta, to będzie ozna­czać, że prze­ka­zu­ję nie­zwe­ry­fi­ko­wa­ne infor­ma­cje. Dla nie­któ­rych osób w naszym spo­łe­czeń­stwie może to być moty­wu­ją­ce, a dla innych prze­ciw­nie – demo­ty­wu­ją­ce. Z mojej per­spek­ty­wy poda­wa­nie takich infor­ma­cji bez posia­da­nia odpo­wied­nich mate­ria­łów i bez zna­jo­mo­ści real­ne­go obra­zu sytu­acji jest nie­od­po­wie­dzial­ne, nie­do­pusz­czal­ne. Oczy­wi­ście jako woj­sko­wy nie mogę uczest­ni­czyć w życiu par­tii poli­tycz­nych, ponie­waż mam kon­trakt i jestem żoł­nie­rzem, a nie poli­ty­kiem czy dzia­ła­czem poli­tycz­nym. To wyni­ka rów­nież z pew­nej mojej cechy – nigdy w dużej mie­rze nie zaj­mo­wa­łem się dzia­łal­no­ścią poli­tycz­ną. Są po pro­stu kon­kret­ne rze­czy, o któ­rych myślisz, jak będą odbie­ra­ne przez innych, i wte­dy odpo­wied­nio dzia­ła w tobie pew­ne­go rodza­ju filtr.

Oczy­wi­sty kon­tekst moje­go pyta­nia to wyda­ne nie­daw­no rów­nież w pol­skim prze­kła­dzie Ara­be­ski. Czy jako twór­ca posta­wi­łeś sobie jakąś gra­ni­cę? Zatrzy­ma­łeś się w jakimś miej­scu i powie­dzia­łeś: „nie, tego nie mogę napi­sać”? Wykre­śli­łeś coś?

Cóż, może nie było tak, że coś wykre­śla­łem, ale kie­dy opo­wia­dasz na przy­kład o rela­cjach mię­dzy męż­czy­zna­mi a kobie­ta­mi w armii, to sta­wiasz sie­bie wobec bar­dzo deli­kat­nej sytu­acji. Zasta­na­wia­łem się, jak o tym mówić, żeby niko­go nie ura­zić. W Ara­be­skach taka sytu­acja doty­czy opo­wia­da­nia Wte­dy Bóg wezwie kobie­tę. W tym tek­ście opi­su­ję, jak na pogrze­bie dowód­cy oprócz oddzia­łu zja­wia­ją się dwie kobie­ty, któ­re kocha­ły zmar­łe­go [żona oraz kochan­ka pozna­na na fron­cie, naj­pew­niej zwią­za­na z woj­skiem – Ł.K.]. To histo­ria, w któ­rej trze­ba zdo­być się na sub­tel­ność i podać opo­wieść w taki spo­sób, żeby nikt, kto był w takiej rela­cji, nie mógł tego odnieść bez­po­śred­nio do sie­bie. To w ogó­le jest waż­ne – ponie­waż gdy dzi­siaj mówisz o woj­nie, gdy przed­sta­wiasz jakiś jeden jej aspekt, jakąś pry­wat­ną histo­rię, i czy­nisz ją czę­ścią swo­jej lite­ra­tu­ry, ktoś prze­cież może ją potrak­to­wać jako histo­rię ogól­ną, uni­wer­sal­ną, ale ktoś inny może ją odnieść do sie­bie i kon­kret­nie do swo­jej sytu­acji. I to może być dla nie­go bole­sne. Było kil­ka momen­tów przed mobi­li­za­cją i jesz­cze wcze­śniej, kie­dy pisa­łem coś o woj­nie, a potem odzy­wa­li się do mnie ludzie, o któ­rych praw­dzi­wych histo­riach napi­sa­łem. Ktoś nie do koń­ca się z czymś zga­dzał, ktoś pro­sił o zmia­nę jakie­goś akcen­tu, ktoś pro­sił, żeby coś usu­nąć.

Ludzie różnie reagują na swoją obecność w literaturze, na to, że stają się postaciami literackimi. Co innego, kiedy piszesz o wymyślonych bohaterach albo o spokojnym codziennym życiu, a co innego, kiedy piszesz o człowieku, który znajduje się w pobliżu strefy walk i ogląda śmierć z bliska. Opowiadanie o tym wymaga wielkiego szacunku i taktu.

À pro­pos tego, jak nale­ży mówić – wła­śnie wró­ci­łeś z Mona­chij­skiej Kon­fe­ren­cji Bez­pie­czeń­stwa. Znam treść two­je­go wystą­pie­nia i zasta­na­wia­łem się, do jakie­go stop­nia język, za pomo­cą któ­re­go opo­wia­dasz o Ukra­inie w kra­jach, powiedz­my ogól­nie, poło­żo­nych na zachód od Odry róż­ni się od języ­ka uży­wa­ne­go przez cie­bie w Pol­sce, gdzie chy­ba rozu­mie­my się nie­źle? Pytam w kon­tek­ście publi­ka­cji i auto­rów, któ­rzy powie­la­ją pew­ne ste­reo­ty­py i cli­ché doty­czą­ce Ukra­iny (mniej­sza teraz o tytu­ły tych publi­ka­cji).

Cóż, zacznij­my od tego, że byłem w Niem­czech po raz pierw­szy od trzech lat, bo nie mam teraz moż­li­wo­ści, żeby regu­lar­nie podró­żo­wać na Zachód i komu­ni­ko­wać się z tam­tej­szą publicz­no­ścią. To dla mnie dziw­ne doświad­cze­nie – powró­cić po trzech latach do Mona­chium, do Ber­li­na, gdzie przed woj­ną mia­łem wie­le wystą­pień, dość roz­le­głe kon­tak­ty, wie­lu przy­ja­ciół. Czy język, któ­re­go tam uży­wam, czymś się róż­ni? Nie, nie róż­ni się. Wyda­je mi się, że źle jest dosto­so­wy­wać się do jakichś regio­nal­nych cech i kon­tek­stów, wcho­dzić w okre­ślo­ną koniunk­tu­rę. Dużo waż­niej­sze jest to, żeby być szcze­rym, być sobą. Oczy­wi­ste jest, że dla nas, Ukra­iń­ców, zmie­nia­ją się oko­licz­no­ści już wte­dy, gdy prze­kra­cza­my gra­ni­cę ukra­iń­sko-pol­ską. W Pol­sce, dzię­ki Bogu, nie ma dzia­łań wojen­nych, w Pol­sce, dzię­ki Bogu, nie ma godzi­ny poli­cyj­nej ani alar­mów powietrz­nych, jest to dla nas tro­chę jak powrót do życia sprzed tej woj­ny. Ale gdy odwie­dzam inne kra­je Euro­py, sta­ram się przede wszyst­kim wier­nie wyra­żać swo­je myśli i mówić o swo­im kra­ju. W tych roz­mo­wach bar­dzo waż­ne jest, by nie ucie­kać się do klisz, o któ­rych wspo­mi­nasz, ale rów­no­cze­śnie nie odwo­ły­wać się do jakichś pro­pa­gan­do­wych ram i argu­men­tów, trze­ba mówić szcze­rze i otwar­cie zarów­no o dobrym, jak i o złym. Zawsze wyda­wa­ło mi się to waż­ne. Te wszyst­kie roz­mo­wy, któ­re toczy­ły się w Niem­czech, w Pol­sce są napraw­dę istot­ne i potrzeb­ne i chy­ba teraz tro­chę nam wszyst­kim tego bra­ku­je – dia­lo­gów bez poli­tycz­nych klisz, bez pro­pa­gan­dy, za to szcze­rych i otwar­tych.

Po pre­mie­rze pod­kre­śla­łeś – odwo­łu­jąc się do zna­ne­go ese­ju Mila­na Kun­de­ry Zachód porwa­ny albo tra­ge­dia Euro­py Środ­ko­wej z 1981 roku – że tam­to myśle­nie stra­ci­ło dziś rację bytu, że już tak się dziś nie myśli. Zapy­ta­łem wte­dy sam sie­bie: ale gdzie się tak już nie uwa­ża? Kto tak nie uwa­ża? Inte­lek­tu­ali­ści? I dla­cze­go – czy dla­te­go, że zmie­nił się Zeit­ge­ist?

Chy­ba nie do koń­ca umiem powie­dzieć, kto dziś jest inte­lek­tu­ali­stą, a kto nie. Poja­wie­nie się mediów spo­łecz­no­ścio­wych zmie­ni­ło sta­tus oby­wa­te­la oraz pozy­cję oso­by zwy­cza­jo­wo obda­rzo­nej gło­sem. Dziś każ­dy, kto ma swój awa­tar na Face­bo­oku czy na X‑ie, ma moż­li­wość wypo­wia­da­nia się, zbie­ra­nia swo­jej publicz­no­ści, a więc jego głos może mieć pew­ne zna­cze­nie. Dla­te­go poję­cie inte­lek­tu­ali­sty – sta­tu­su, jaki miał – wyda­je mi się poję­ciem z XX wie­ku, sprzed ery cyfro­wej. Z tego powo­du nie wiem, kto dzi­siaj może odwo­ły­wać się do tego kon­cep­tu Euro­py Środ­ko­wej. Oczy­wi­ście z mojej per­spek­ty­wy sama ta idea, sama struk­tu­ra ter­mi­nu „Euro­pa Środ­ko­wa” opie­ra się na okre­ślo­nej kon­cep­cji gra­ni­cy mię­dzy dwo­ma świa­ta­mi. W tam­tym cza­sie, w cza­sach Kun­de­ry, w cza­sach socja­li­zmu, póź­ne­go socja­li­zmu, Euro­pa Środ­ko­wa była w mniej­szym lub więk­szym stop­niu tery­to­rium tran­zy­to­wym pomię­dzy Impe­rium Radziec­kim a Euro­pą Zachod­nią. Euro­pa Środ­ko­wa to nie było cał­kiem Impe­rium Radziec­kie, cho­ciaż two­rzy­ły ją prze­cież kra­je socja­li­stycz­ne. Były one jed­nak wobec nie­go w opo­zy­cji, nazwij­my ją: men­tal­nej, świa­to­po­glą­do­wej. Nato­miast my, Ukra­iń­cy, Bia­ło­ru­si­ni, czy, powiedz­my, miesz­kań­cy kra­jów Kau­ka­zu, Moł­da­wii, kra­jów bał­tyc­kich, my tak czy ina­czej byli­śmy tymi, któ­rzy bez­po­śred­nio nale­że­li do impe­rium. Mimo że rów­nież sta­no­wi­li­śmy „poten­cjal­ną” opo­zy­cję, z punk­tu widze­nia Euro­py Środ­ko­wej, Pola­ków czy Cze­chów byli­śmy postrze­ga­ni jako część impe­rium. W tej sytu­acji napraw­dę potrzeb­ny był redak­tor cza­so­pi­sma „Kul­tu­ra”, aby gło­śno wybrzmia­ło, że bez nie­pod­le­głej Ukra­iny nie może być nie­pod­le­głej Pol­ski. Choć zakła­dam, że wie­lu ówcze­snych pol­skich inte­lek­tu­ali­stów tak nie myśla­ło. Dla nich Ukra­ina była po pro­stu czę­ścią Impe­rium Radziec­kie­go. Obec­nie „gra­nicz­ność” i „przy­gra­nicz­ność” prze­su­nę­ły się na wschód – do wschod­niej gra­ni­cy Ukra­iny oraz wschod­niej gra­ni­cy Litwy, Łotwy, Esto­nii, Fin­lan­dii. To ina­czej pro­ble­ma­ty­zu­je i okre­śla opo­zy­cyj­ność wobec impe­rium zawar­tą w kon­cep­cie Euro­py Środ­ko­wej.

Czy­li to nie tyle rezul­tat pro­ce­su kul­tu­ro­we­go, ile sku­tek glo­ba­li­za­cji, wię­zi eko­no­micz­nych, za spra­wą któ­rych żyje­my tak bli­sko sie­bie i tak jeste­śmy ze sobą powią­za­ni?

Nie zawsze i – moim zda­niem – nie­cał­ko­wi­cie. Bez­po­śred­nio to kwe­stia geo­po­li­ty­ki. Nie tyle kwe­stia tego, co minio­ne, ile tego, co przed nami. Pamię­tasz Mona­chij­ską Kon­fe­ren­cję Bez­pie­czeń­stwa? Wygło­szo­na tam prze­ze mnie prze­mo­wa doty­czy­ła przy­szło­ści. Napi­sa­łem, że w taki czy inny spo­sób jeste­śmy powią­za­ni naszą przy­szło­ścią, tym, co nas cze­ka, co dopie­ro przed nami, a w mniej­szym stop­niu – naszą histo­rią. W taki czy inny spo­sób jeste­śmy ska­za­ni na wspól­ne soju­sze geo­po­li­tycz­ne, eko­no­micz­ne czy myślo­we. W prze­ciw­nym razie sta­nie­my się podat­ni na ata­ki i sła­bi. Dla­te­go oczy­wi­sta jest dla mnie nie­uchron­ność wej­ścia Ukra­iny do Unii Euro­pej­skiej, nie­uchron­ność roz­sze­rze­nia tego, co dzi­siaj nazy­wa się NATO (nie wiem, jak będzie to nazy­wa­ne jutro), nie­uchron­ność tej naszej wspól­nej gra­nicz­no­ści. Wcze­śniej ta linia prze­bie­ga­ła – określ­my to umow­nie – wzdłuż wschod­niej gra­ni­cy Pol­ski i Czech, ale teraz prze­su­nę­ła się i wyraź­nie prze­bie­ga już cał­kiem ina­czej.

Ale wyda­je mi się, że nie jest to kwe­stia wyłącz­nie geo­po­li­ty­ki. Bez wąt­pie­nia jest to tak­że kwe­stia zro­zu­mie­nia kul­tu­ro­we­go i wza­jem­nej kul­tu­ro­wej inte­rak­cji. Spójrz, w ostat­nich latach mię­dzy Ukra­iną a Pol­ską ist­nie­je sze­reg sprzecz­no­ści ide­olo­gicz­nych, ale dzie­je się to w sytu­acji, gdy rów­no­cze­śnie Ukra­ina wła­ści­wie osła­nia Pol­skę, a część Pola­ków nadal uwa­ża Ukra­iń­ców za poten­cjal­nych wro­gów. Myślę, że jest to absur­dal­na sytu­acja. Nie­nor­mal­na i kontr­pro­duk­tyw­na. Jest ona kontr­pro­duk­tyw­na dla nas, Ukra­iń­ców, bez wąt­pie­nia, ponie­waż bar­dzo pole­ga­my na Pol­sce i Pola­kach jako na naszych naj­bliż­szych sąsia­dach, jako na naro­dzie naj­bliż­szym nam pod wie­lo­ma wzglę­da­mi. Ale jestem prze­ko­na­ny, że to rów­nie kontr­pro­duk­tyw­ne dla samych Pola­ków, któ­rzy wyko­rzy­stu­ją tę oka­zję, aby glo­ry­fi­ko­wać samych sie­bie. Nie wspie­ra­jąc Ukra­iny, dystan­su­jąc się od Ukra­iny, w rze­czy­wi­sto­ści sta­je­cie się słab­si, nara­ża­cie się na poten­cjal­ny cios. Nie ma w tym ani logi­ki, ani korzy­ści, ani nie jest to etycz­ne. Tak, takie dzia­ła­nia ze stro­ny tych pol­skich, powiedz­my, poli­ty­ków czy inte­lek­tu­ali­stów – jeśli nadal mówi­my o inte­lek­tu­ali­stach – któ­rzy dzi­siaj pozwa­la­ją sobie na prze­ciw­sta­wia­nie Ukra­iń­ców Pola­kom, są po pro­stu nie­etycz­ne.

Ale są rów­nież dzien­ni­ka­rze, uczest­ni­cy deba­ty publicz­nej, któ­rzy piszą wprost, że nie­wspie­ra­nie Ukra­iny to po pro­stu zdra­da.

Dla­te­go kie­dy wyra­żam się kry­tycz­nie wobec któ­re­goś z pol­skich poli­ty­ków, dzien­ni­ka­rzy czy któ­rejś z osób publicz­nych, nie mam na myśli sta­no­wi­ska całe­go pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa. O ile mi wia­do­mo, nawet ofi­cjal­ne bada­nia socjo­lo­gicz­ne mówią, że więk­szość Pola­ków nadal wspie­ra Ukra­inę. Świad­czy to moim zda­niem o pol­skim spo­łe­czeń­stwie – jako doro­słym, poważ­nym i odpo­wie­dzial­nym. Tym bar­dziej są dla mnie nie­zro­zu­mia­łe i nie­ak­cep­to­wal­ne poje­dyn­cze gło­sy tych, któ­rzy dziś dążą do kon­fron­ta­cji mię­dzy Ukra­iń­ca­mi a Pola­ka­mi.

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że ta posta­wa – szko­dzić sobie na złość same­mu sobie – w obec­nej sytu­acji prze­kra­cza wymiar zwy­czaj­ne­go demo­kra­tycz­ne­go pro­ce­su i musi być zapi­sa­na w pol­skim DNA. Sko­ro o spo­rze mowa: czy w Ukra­inie w cza­sie woj­ny odby­wa­ją się spo­ry lite­rac­kie, gorą­ce dys­ku­sje? Czy teraz wszyst­ko jest odło­żo­ne na bok, odsu­nię­te w cza­sie?

To napraw­dę cie­ka­wy temat i doty­czy w pew­nym sen­sie spraw obszer­niej­szych, bo bez wąt­pie­nia życie kul­tu­ral­ne w Ukra­inie jest dzi­siaj – jak inne sfe­ry – czę­ścio­wo wstrzy­ma­ne. Oczy­wi­ście nie jest teraz tak inten­syw­ne, boga­te, jak było przed woj­ną.

Wiele osób związanych z kulturą dołączyło do armii, wojska, objęło różne stanowiska, służy i walczy. Ale mimo to życie kulturalne, w tym życie literackie, trwa.

Powsta­je lite­ra­tu­ra, a wręcz się ona prze­obra­ża, bo w isto­cie jest coraz czę­ściej pisa­na przez ludzi znaj­du­ją­cych się w sytu­acji woj­ny, przez woj­sko­wych, któ­rzy są w armii. To wie­le zmie­nia. Zmie­nia się boha­ter naszej lite­ra­tu­ry – wyda­je mi się to bar­dzo waż­ne. Zmie­nia­ją się jej tema­ty­ka i jej into­na­cja, a w związ­ku z tym zmie­nia­ją się pew­ne dys­ku­sje, któ­re od cza­su do cza­su się odby­wa­ją. Ostat­nio czy­ta­łem coś, co wywo­ła­ło spo­ry rezo­nans – cie­ka­wą publi­ka­cję twór­cy i żoł­nie­rza Arte­ma Cze­cha. Wie­le pisa­no o jego tek­ście. Artem był w armii jesz­cze przed 2022 rokiem, teraz znaj­du­je się w siłach obro­ny, dla­te­go pisał z per­spek­ty­wy oso­by, któ­ra zna woj­nę od środ­ka. Otóż jego zda­niem teraz nie ma o czym pisać – wszyst­ko, co widział i cze­go doświad­czył, już prze­ana­li­zo­wał i opi­sał. Dal­sze pisa­nie będzie już więc tyl­ko powta­rza­niem tre­ści. Wyda­je mi się, że mówiąc o sobie w ten czy inny spo­sób, mówił rze­czy, któ­re moż­na zasad­ni­czo odnieść do tej lite­ra­tu­ry wojen­nej, lite­ra­tu­ry tej woj­ny. Wie­le tema­tów, wie­le spraw rze­czy­wi­ście już omó­wi­li­śmy i wpro­wa­dza­nie ich do lite­ra­tu­ry napraw­dę prze­sta­je być sku­tecz­ne; jako temat prze­sta­ją być one efek­tyw­ne.

Wyda­je mi się teraz, że cała nasza lite­ra­tu­ra, w ogó­le – kul­tu­ra, powin­na szu­kać nowe­go języ­ka, nowych słów, nowej into­na­cji. To dość trud­ne, dość nie­wy­god­ne, ale jeśli chce­my się jakoś opo­wie­dzieć i sobie (oraz innym) coś wytłu­ma­czyć, jeśli chce­my sie­bie wyra­zić, to poszu­ki­wa­nie jest koniecz­ne. Fakt, że będzie­my w ogó­le pisać, opi­sy­wać wojen­ną rze­czy­wi­stość, wyra­żać pre­ten­sje wobec najeźdź­cy, wobec oku­pan­ta i wobec świa­ta – chy­ba już nie wystar­cza. Aby napraw­dę stwo­rzyć jakiś nowy sens, napraw­dę być zro­zu­mia­nym i widocz­nym, trze­ba szu­kać nowych stra­te­gii twór­czych. Dys­ku­sja na ten temat, nie zawsze arty­ku­ło­wa­ny wprost, nie zawsze jasno wyra­ża­ny, zda­je się teraz wisieć w powie­trzu, przy­naj­mniej moim zda­niem.

Czy to wszyst­ko pozwa­la utrzy­mać sens daw­niej­szych, przed­wo­jen­nych spraw i pomy­słów, na przy­kład ten zawar­ty w two­im ese­ju o Bru­no­nie Schul­zu? Uda­ło ci się dokoń­czyć ten tekst?

Tak, napi­sa­łem go. To wła­ści­wie nie poje­dyn­czy esej, a kil­ka małych tek­stów, mała książ­ka o Bru­no­nie Schul­zu, któ­ra, mam nadzie­ję, wyj­dzie w tym roku, po ukra­iń­sku i po pol­sku. Dla mnie Schulz jest bar­dzo waż­ny, ale nie ma to związ­ku z woj­ną i ze służ­bą. To tekst, któ­ry zaczą­łem pisać jesz­cze przed mobi­li­za­cją, przed­sta­wia­ją­cy kwe­stie tro­chę trans­cen­den­tal­ne, pozo­sta­ją­ce poza cza­sem. Bru­no Schulz jest dla mnie bar­dzo waż­nym auto­rem i bar­dzo waż­ną posta­cią, a w cza­sach woj­ny – za spra­wą jego bio­gra­fii – brzmi jakoś szcze­gól­nie aktu­al­nie. Oprócz genial­no­ści, oprócz czy­sto histo­rycz­nej war­to­ści jego lite­ra­tu­ry, jego bio­gra­fia i sztu­ka two­rzą opo­wieść o abso­lut­nie fatal­nej bez­bron­no­ści kul­tu­ry, któ­ra w takim cza­sie jak dziś potrze­bu­je wspar­cia i bar­dzo tro­skli­we­go podej­ścia. Schulz to genial­ny pisarz, któ­re­go po pro­stu zastrze­lo­no na uli­cy. Dziś rów­nież doświad­cza­my tego, że kul­tu­ra w cza­sie woj­ny sta­je się nie­mal cał­ko­wi­cie bez­bron­na – i tro­chę o to toczy się ta gra. W Ukra­inie w cią­gu ostat­nich czte­rech lat znisz­czo­no wie­le zabyt­ków kul­tu­ry, archi­tek­tu­ry, wie­le teatrów, muze­ów i innych obiek­tów. Ich wymiar mate­rial­ny, któ­ry wcze­śniej umy­kał naszej uwa­dze, w cza­sie woj­ny czy­ni je wła­śnie bez­bron­ny­mi.

Do lute­go w Muzeum Sztu­ki w Łodzi mogli­śmy oglą­dać wysta­wę dzieł sztu­ki z ukra­iń­skich muze­ów. Eks­po­zy­cja powsta­ła mię­dzy inny­mi wła­śnie po to, żeby prze­nieść wspo­mnia­ne dzie­ła poza miej­sca, w któ­rych mogły­by być znisz­czo­ne. Ale wróć­my do Schul­za: czy­tasz go w ory­gi­na­le, w prze­kła­dzie na ukra­iń­ski, a może i tak, i tak?

Czy­tam w tłu­ma­cze­niu, cho­ciaż mam tak­że książ­ki Schul­za wyda­ne po pol­sku. Mogę go czy­tać po pol­sku, ale w ukra­iń­skiej lite­ra­tu­rze jest kil­ka napraw­dę fan­ta­stycz­nych tłu­ma­czeń Schul­za. W szcze­gól­no­ści lubię tłu­ma­cze­nia Juri­ja Andru­cho­wy­cza. To, co on zro­bił, jest dla mnie po pro­stu dzie­łem sztu­ki. Wyda­je mi się, że Jur­ko bar­dzo dobrze wyczu­wa pisa­nie Schul­za, odda­je je tak sub­tel­nie, że nie odbie­ra się tego jak prze­kład. Tak, takiej to ran­gi lite­rac­ka robo­ta.

Mówisz o Schul­zu, że jest trans­cen­den­tal­ny. Pamię­tam, jak okre­śli­łeś swo­ją powieść Inter­nat – jako histo­rię czło­wie­ka spo­ty­ka­ją­ce­go na swej dro­dze zło. Przy­po­mniał mi się wte­dy twój wiersz, któ­ry z muzy­ką Soba­ków stał się pio­sen­ką – Marat. Opo­wia­dasz histo­rię życia i tajem­ni­czej śmier­ci pew­ne­go chło­pa­ka, nad któ­re­go gro­bem imam mówi sło­wa­mi pro­ro­ka, że „zło poże­ra zło”. Czy myślisz dziś jesz­cze tymi trans­cen­dent­ny­mi, meta­fi­zycz­ny­mi kate­go­ria­mi?

Chy­ba tak. Nie sądzę, żeby coś się dla mnie zmie­ni­ło. Napraw­dę jestem prze­ko­na­ny, że zło samo sie­bie poże­ra, że nie ma ono swo­jej racjo­nal­no­ści, ale jest samo­de­struk­cyj­ną siłą. To nie ozna­cza, że musi się samo cał­ko­wi­cie znisz­czyć, i nie ozna­cza, że nie nale­ży przy­czy­niać się do znisz­cze­nia tego zła. Ale to siła, z któ­rą trud­no dys­ku­to­wać na pozio­mie argu­men­tów, na pozio­mie logi­ki. Ona nie potrze­bu­je ani two­ich kontr­ar­gu­men­tów, ani two­jej logi­ki. To jest cała praw­da o niej.

Serhij Żadan, fot. Mykola Swarnyk.

– poeta, pisarz, tłumacz, wokalista ska punkowego zespołu Żadan i Psy.

więcej →

– były redaktor działu kultury „Dziennika Łódzkiego” oraz redaktor i autor „Przekroju”.

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.