Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Ame­lia Sar­now­ska: Jaką funk­cję peł­ni język w Drze­wach Per­ci­va­la Eve­ret­ta?

Tomasz Macios:Drze­wach język dzie­li świat. Świat Money jest dosłow­nie i w prze­no­śni czar­no-bia­ły. To ude­rza już na samym począt­ku. Potem tu i ówdzie zaczy­na­ją prze­bi­jać odcie­nie sza­ro­ści. Dostrze­ga­my, że to, jak kto mówi, nie do koń­ca pokry­wa się z rasą czy geo­gra­fią, ale ma raczej nace­cho­wa­nie moral­ne. Miej­sco­wi bia­li, któ­rzy w ten czy inny spo­sób są zwią­za­ni z histo­rią lin­czu na Emmet­cie Til­lu, dzia­łal­no­ścią Ku Klux Kla­nu czy po pro­stu nie kry­ją się ze swo­im rasi­zmem, w więk­szo­ści mówią języ­kiem sty­li­zo­wa­nym na Southern Ame­ri­can English w nie­chluj­nym i wul­gar­nym wyda­niu. Czar­ni, nawet jeśli pocho­dzą z tego same­go mia­stecz­ka, sta­nu czy regio­nu, posłu­gu­ją się raczej Stan­dard Ame­ri­can English. Poka­zu­je to, nie­mal od pierw­szych stron książ­ki, że autor nie miał zamia­ru pisać powie­ści reali­stycz­nej, Połu­dnie jest tu bar­dziej sta­nem umy­słu niż kate­go­rią geo­gra­ficz­ną. W Money obo­wią­zu­je segre­ga­cja – ponad pół wie­ku po jej ofi­cjal­nym znie­sie­niu. To miej­sce odda­lo­ne od wiel­kie­go świa­ta, jakaś bocz­na odno­ga cza­su, śle­py tor. Przede wszyst­kim jed­nak to skan­sen men­tal­ny i moral­ny. Segre­ga­cja ist­nie­je w gło­wach dużej czę­ści bia­łych miesz­kań­ców mia­stecz­ka, co poka­zu­je ich język.

Czy­ta­nie pro­zy Eve­ret­ta zazwy­czaj prze­bie­ga dwu­to­ro­wo, wła­śnie ze wzglę­du na język. War­stwa języ­ko­wa czę­sto jest tu rów­nie waż­na jak fabu­ła, sam język (jego pocho­dze­nie, funk­cja, zdol­no­ści poznaw­cze) dla zro­zu­mie­nia opi­sy­wa­nych histo­rii nie­rzad­ko oka­zu­je się nie mniej istot­ny niż por­tre­ty psy­cho­lo­gicz­ne boha­te­rów, ich moty­wa­cje.

Nie wiem, czy w przy­pad­ku Drzew zacho­dzi koniecz­ność tego rodza­ju dwu­to­ro­wej lek­tu­ry. Język nie każe tutaj jakoś szcze­gól­nie się na sobie sku­piać, nie odry­wa czy­tel­ni­ka od opo­wia­da­nej histo­rii. Nie jest tak nie­prze­zro­czy­sty, by stać się „rze­czą samą w sobie” lub wyma­gać deko­do­wa­nia, raczej two­rzy rze­czy­wi­stość, któ­ra wyła­nia się z dia­lo­gów boha­te­rów.

Czy język tej powie­ści dopo­wia­da nam coś do jej fabu­ły? Pozwa­la spoj­rzeć na przed­sta­wio­ne w książ­ce ame­ry­kań­skie Połu­dnie z szer­szej per­spek­ty­wy?

Nie sadzę, by Eve­ret­to­wi cho­dzi­ło o szer­sze spoj­rze­nie na ame­ry­kań­skie Połu­dnie. W Drze­wach znaj­du­je­my raczej dość ste­reo­ty­po­wy jego obraz, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o bia­łych – bie­da, głu­po­ta, chci­wość, broń pal­na, pijań­stwo i rasizm. Nie sta­ra się on przed­sta­wić tej czę­ści Ame­ry­ki w całej jej zło­żo­no­ści i nie­jed­no­znacz­no­ści, tak jak robią to na przy­kład auto­rzy repor­ta­ży Głę­bo­kie Połu­dnie (Paul The­ro­ux) czy Naj­głęb­sze Połu­dnie (Richard Grant). Myślę, że w Drze­wach język dobrze słu­ży opo­wie­ści. Zgod­nie z zamy­słem Eve­ret­ta poka­zu­je mały świat wred­nych bia­łych boha­te­rów, nawet jeśli nie­któ­rzy z nich – jak Bab­cia C czy sze­ryf – są bar­dziej ludz­cy, nie zmie­nia to całe­go obra­zu. Nie jest to Prze­mi­nę­ło z wia­trem naszych cza­sów, nowa epo­pe­ja ame­ry­kań­skie­go Połu­dnia, ale raczej – by posłu­żyć się tytu­łem książ­ki Char­lie­go LeDuf­fa – shit­show.

Czy aby wejść w ten język, się­gał Pan też do innych ksią­żek Eve­ret­ta? Jak przy­go­to­wy­wał się Pan do pra­cy nad prze­kła­dem?

Nie, nie się­ga­łem do innych jego tek­stów. Prze­kład odda­łem pół­to­ra roku temu, więc w cza­sie pra­cy nad nim Eve­rett jesz­cze nie ist­niał w pol­skim tłu­ma­cze­niu, poza tym jego książ­ki róż­nią się od sie­bie. Na przy­kład James to inna epo­ka i inna kon­wen­cja. Szu­ka­łem inspi­ra­cji i suge­stii raczej nie wprost. Prze­czy­ta­łem Mr. Lover­ma­na Ber­nar­di­ne Eva­ri­sto w tłu­ma­cze­niu Agi Zano, żeby zoba­czyć, jak moż­na prze­ło­żyć na pol­ski pew­ną szcze­gól­ną, lokal­ną odmia­nę angielsz­czy­zny z małej kara­ib­skiej wyspy. Wra­ca­łem też do Tra­in­spot­ting Pig­me­ja. Język powie­ści Eve­ret­ta nie jest tak zde­for­mo­wa­ny jak w tych książ­kach Irvine’a Welsha i Chuc­ka Palah­niu­ka, ale poka­za­ły mi one pew­ne eks­tre­mum, ku któ­re­mu być może powi­nie­nem zmie­rzać, choć ze świa­do­mo­ścią, że muszę się zatrzy­mać gdzieś w pół dro­gi. Zapo­zna­łem się też tro­chę bar­dziej z języ­kiem ame­ry­kań­skie­go Połu­dnia, by prze­ko­nać się, że Eve­rett nie sku­pia się na pie­czo­ło­wi­tym odtwo­rze­niu tego dia­lek­tu, któ­rym zresz­tą mówi tyl­ko część posta­ci, lecz, jak już wspo­mnia­łem, posłu­gu­je się sty­li­za­cją. Jeże­li cho­dzi o men­tal­ny kli­mat Połu­dnia, odświe­ży­łem sobie Wil­lia­ma Faulk­ne­ra i Cor­ma­ca McCarthy’ego.

Wie­lu kry­ty­ków doce­ni­ło powieść Eve­ret­ta za dia­lo­gi. Abs­tra­hu­jąc od ładun­ku humo­ry­stycz­ne­go tych par­tii tek­stu – w paru miej­scach wyda­ją się one jed­nak dość powierz­chow­ne, momen­ta­mi zbyt dosłow­ne. Lite­rac­ko nie jest to ten sam poziom, któ­ry autor zapre­zen­to­wał w Jame­sie. Jak Pan ode­brał tę książ­kę?

Dia­lo­gi spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by były wycię­te z sit­co­mów, ale to oczy­wi­ście celo­wy zabieg. Eve­rett się­ga po to, co niskie i try­wial­ne, żeby unik­nąć pato­su. Na tym pole­ga jego stra­te­gia – przed­sta­wia poważ­ny pro­blem w spo­sób lek­ki i zabaw­ny. Ludz­ka tra­ge­dia sta­je się gro­te­ską, gro­za histo­rycz­nych wyda­rzeń maka­bre­ską.

Rozmowy bohaterów służą jednak nie tylko do osiągnięcia efektu komizmu, ale także dynamizują akcję, sprawiają, że książkę po prostu dobrze się czyta.

Przy­znam jed­nak, że ten niski rejestr począt­ko­wo tro­chę mnie zasko­czył. Z jed­nej stro­ny moż­na odnieść wra­że­nie, że autor tu i ówdzie prze­gi­na, daje się ponieść zaba­wie słow­nej albo sprze­da­je jakieś sucha­ry, ale z dru­giej stro­ny rów­no­wa­ży to poważ­niej­szym tonem czy auten­tycz­ny­mi emo­cja­mi w innych miej­scach.

Eve­rett to pisarz kwe­stio­nu­ją­cy. Pod­wa­ża­ją­cy kanon lite­rac­ki (w Jame­sie), ame­ry­kań­ską histo­rię i współ­cze­sne wyobra­że­nie spra­wie­dli­wo­ści. Doko­nu­je tego nie tyl­ko przez dobór histo­rii, ale też (a może i przede wszyst­kim) w języ­ku. Pora­ża­ją­ca, momen­ta­mi maka­brycz­na treść pod­wa­ża­na jest przez gry języ­ko­we, zaba­wę reje­strem czar­nej kome­dii, powie­ści detek­ty­wi­stycz­nej, powie­ści noir, co pozwa­la spoj­rzeć na roz­pi­sy­wa­ną tu histo­rię w kate­go­rii saty­ry. Czy pol­sz­czy­zna jest w sta­nie oddać te niu­an­se ory­gi­na­łu?

Z natu­ry rze­czy żaden prze­kład nie jest w sta­nie oddać wszyst­kich niu­an­sów ory­gi­na­łu, nale­ży jed­nak stwo­rzyć ich odpo­wied­ni­ki, nowe niu­an­se, i umie­ścić je tam, gdzie naj­le­piej będą odgry­wać swo­ją rolę, czy­li odda­wać ducha ory­gi­na­łu, jeże­li nie moż­na oddać jego lite­ry. Jeśli cho­dzi o zaba­wę kon­wen­cja­mi, to w przy­pad­ku tłu­ma­cze­nia trud­ność nie pole­ga na tym, że każ­da z nich ma swój nie­prze­kła­dal­ny idio­lekt. Gatun­ki funk­cjo­nu­ją w róż­nych języ­kach i w każ­dym z nich przy­na­leż­na im war­stwa słow­na jest dość ogra­ni­czo­na i ste­reo­ty­po­wa. Pro­blem doty­czy raczej prze­kła­du mię­dzy­kul­tu­ro­we­go. Lite­ra­tu­ra to coś wię­cej niż tyl­ko lite­ra­tu­ra, prze­kład wpro­wa­dza też dzie­ło w nowy kon­tekst, pew­ne zna­cze­nia siłą rze­czy scho­dzą na dal­szy plan, inne mogą zostać moc­niej zaak­cen­to­wa­ne, moc­niej wybrzmieć. Z jed­nej stro­ny trud­no było­by oddać wszyst­kie odwo­ła­nia kul­tu­ro­we i histo­rycz­ne – bo obej­mu­ją one tak­że to, co wykształ­co­ny ame­ry­kań­ski czy­tel­nik ma w gło­wie – bez obcią­ża­nia tek­stu przy­pi­sa­mi; z dru­giej – słow­na pre­cy­zja cza­sem nie jest tak istot­na, liczą się raczej emo­cjo­nal­ny ton, pew­ne odczu­cie. Być może nie wszyst­ko musi­my zro­zu­mieć, odbie­rać inte­lek­tu­al­nie. W klu­bie w Mem­phis dwaj detek­ty­wi słu­cha­ją blu­esma­na śpie­wa­ją­ce­go w jakimś dzi­wacz­nym języ­ku, z któ­re­go nikt nie poj­mu­je ani sło­wa, nawet bar­man­ka, cho­ciaż muzyk gra tam co wie­czór. Ale ów brak zro­zu­mie­nia wca­le im nie prze­szka­dza. Jeśli cho­dzi o wywro­to­wy czy „rewin­dy­ka­cyj­ny” cha­rak­ter pro­zy Eve­ret­ta, to w Jame­sie prze­pi­su­je on histo­rię w spo­sób, któ­ry mie­ści się w nur­cie dopusz­cza­nia do gło­su zepchnię­tych na mar­gi­nes, ska­za­nych dotąd na mil­cze­nie; w nur­cie two­rze­nia „rapor­tów mniej­szo­ści” – czar­nych, kobiet czy rdzen­nych Ame­ry­ka­nów – i przed­sta­wia­nia histo­rii z ich punk­tu widze­nia. Poja­wia się to tak­że w Drze­wach. Straż­nicz­ką „mniej­szo­ścio­wej” wer­sji dzie­jów jest tu Mama Z ze swo­im archi­wum lin­czu. W tej powie­ści Eve­rett jed­nak raczej dopi­su­je histo­rię; domy­ka ją, pro­po­nu­jąc inną – kon­tro­wer­syj­ną, przy­znaj­my – wer­sję spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej. Czy raczej podej­mu­je taką pró­bę, z pew­no­ścią świa­do­my tego, że jest ona tyl­ko fan­ta­zma­tem, kom­pen­sa­cyj­ną fan­ta­zją.

W jed­nym z wywia­dów pro­mu­ją­cych tę powieść autor nie bro­nił się przed zarzu­tem o ste­reo­ty­pi­za­cję miesz­kań­ców Połu­dnia („Tak, nie jestem spra­wie­dli­wy w tej powie­ści. Nie jest to książ­ka o spra­wie­dli­wo­ści. W rze­czy­wi­sto­ści, po napi­sa­niu pierw­szej stro­ny, przy­zna­łem się żonie, że nie jestem spra­wie­dli­wy – i nie zamie­rzam nic z tym zro­bić”). Tłu­ma­cza nie stać w swo­jej pra­cy na luk­sus bycia nie­spra­wie­dli­wym.

Zacznij­my od Eve­ret­ta. Spra­wie­dli­wość w lite­ra­tu­rze nie­ko­niecz­nie pole­ga na, że tak powiem, zacho­wy­wa­niu rów­no­wa­gi moral­nej. Na poka­zy­wa­niu, że dobro i zło nie mają kolo­ru, a okrut­ny i nie­ludz­ki może być zarów­no bia­ły, jak i czar­ny, czy na przed­sta­wia­niu każ­de­go boha­te­ra indy­wi­du­al­ne­go lub zbio­ro­we­go jako isto­ty, któ­ra ma zale­ty i wady. Takie uję­cie czę­sto sta­no­wi tyl­ko pozór albo, jak mógł­by to nazwać Sta­ni­sław Lem, pro­te­zę spra­wie­dli­wo­ści czy obiek­ty­wi­zmu.

Choć akcja „Drzew” toczy się współcześnie, Everett odnosi się do czasów i sytuacji, w których role kata i ofiary nie pozostawiały żadnych wątpliwości, i sam chce przemawiać w imieniu ofiar.

Moż­na oczy­wi­ście powie­dzieć, że gdy­by boha­te­ro­wie byli bar­dziej skom­pli­ko­wa­ni i wycie­nio­wa­ni, nie tak komik­so­wi, sta­li­by się bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy niż śmiesz­ni. Na przy­kład gdy­by tru­py z sza­fy wypa­da­ły pozor­nie libe­ral­nym i popraw­nym poli­tycz­nie przed­sta­wi­cie­lom kla­sy śred­niej, a nie obrzy­dli­wym fizycz­nie i moral­nie red­nec­kom, ale jak już wie­my, nie o to auto­ro­wi cho­dzi­ło.

Jakie warun­ki muszą zostać speł­nio­ne, by tłu­ma­cze­nie odda­wa­ło spra­wie­dli­wość ory­gi­nal­ne­mu tek­sto­wi? Co sta­no­wi­ło naj­więk­sze wyzwa­nie w pra­cy nad tym prze­kła­dem?

Tak czy ina­czej, pra­ca tłu­ma­cza raczej nie pole­ga na popra­wia­niu auto­ra ani na oce­nia­niu, czy jest spra­wie­dli­wy wobec boha­te­rów. Jak Pani powie­dzia­ła, prze­kład powi­nien oddać spra­wie­dli­wość tek­sto­wi, ale jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, z róż­nych wzglę­dów nie zawsze jest to łatwe i cza­sem powsta­je pro­te­za takiej spra­wie­dli­wo­ści (cze­go sam sta­ram się uni­kać). Jeże­li cho­dzi o wyzwa­nia, to czę­sto są nimi rze­czy nie­po­zor­ne, drob­nost­ki, szcze­gó­ły tech­nicz­ne, nad któ­ry­mi tłu­macz dłu­go się gło­wi, by w koń­cu się pod­dać i zro­bić przy­pis, tak jak mi się to zda­rzy­ło już na pierw­szej stro­nie z „domem na prze­strzał”, czy­li shot­gun house.

Wspo­mniał Pan na począt­ku roz­mo­wy o języ­ku sty­li­zo­wa­nym na Southern Ame­ri­can English „w nie­chluj­nym i wul­gar­nym wyda­niu”. Jak wyglą­da two­rze­nie pol­skiej wer­sji języ­ko­wej takich kon­struk­cji?

Autor posłu­gu­je się okre­ślo­ną sty­li­za­cją, więc tłu­macz rów­nież musi zro­bić to samo w swo­im języ­ku. Oczy­wi­ście cho­dzi o stwo­rze­nie pew­ne­go efek­tu, a nie prze­pi­sy­wa­nie ory­gi­na­łu w rze­czy­wi­stym dia­lek­cie czy gwa­rze, cho­ciaż cza­sem poja­wia się taka poku­sa. Ale jak mie­li­by mówić boha­te­ro­wie Drzew w pol­skiej wer­sji: po góral­sku, po ślą­sku, po kaszub­sku? Efekt był­by bar­dziej gro­te­sko­wy, niż powi­nien. Zawsze trze­ba to odpo­wied­nio wywa­żyć, co bywa trud­ne.

Okładka powieści Percivala Everetta pod tytułem „Drzewa”.
Percival Everett, „Drzewa”, tłum. Tomasz Macios, Warszawa: Marginesy, 2026.

Sta­ra­łem się stwo­rzyć pew­ną syn­te­zę, nada­jąc potocz­nej, kośla­wej, czę­sto wul­gar­nej pol­sz­czyź­nie pew­ne cechy róż­nych gwar, wyko­rzy­stać pew­ne regio­na­li­zmy, by stwo­rzyć coś, co koja­rzy się z mową nie­wy­kształ­co­nych ludzi ze wsi, pejo­ra­tyw­nie nazy­wa­nych wie­śnia­ka­mi czy bura­ka­mi. Nie chcia­łem prze­sa­dzać ze sty­li­za­cją, bo Drze­wa nie są powie­ścią eks­pe­ry­men­tal­ną, zde­cy­do­wa­nie bli­żej im do lite­ra­tu­ry popu­lar­nej – za spra­wą wyko­rzy­sty­wa­nia jej kon­wen­cji.

Język jest też ele­men­tem klu­czo­wym dla toku opi­sa­nej tu histo­rii. Eve­rett osnu­wa swo­ją fik­cyj­ną opo­wieść wokół auten­tycz­ne­go wyda­rze­nia: lin­czu, do któ­re­go doszło w wyni­ku kłam­stwa. Autor wprost nawią­zu­je do mor­der­stwa trzy­na­sto­let­nie­go Emmet­ta Til­la (do zbrod­ni doszło w 1955 roku w mia­stecz­ku Money w sta­nie Mis­si­si­pi). Hor­ror tam­te­go chłop­ca zaczął się od pomó­wie­nia. Z jed­nej stro­ny każ­dy lincz rodzi się w języ­ku. Ale z dru­giej – sło­wa (imio­na, opo­wieść) odgry­wa­ją też klu­czo­wą rolę w zacho­wa­niu pamię­ci o ofia­rach. Moc słów odda­ją wyli­cze­nia – gest odczy­ta­nia i prze­pi­sa­nia na nowo imion ofiar setek lin­czów (jest to lista nazwisk osób zlin­czo­wa­nych w histo­rii Ame­ry­ki: czar­nych, bia­łych, Azja­tów). Jeden z boha­te­rów, któ­ry został spro­wa­dzo­ny do mia­stecz­ka Money, sie­dli­ska „bia­łych wie­śnia­ków”, potom­ków katów z Ku Klux Kla­nu, celem opi­sa­nia i wyja­śnie­nia tła doko­nu­ją­cych się wyda­rzeń zdo­by­wa się na gest prze­pi­sa­nia nazwisk tych wszyst­kich ofiar. Zakoń­cze­nie pozwa­la domnie­my­wać, że to wła­śnie ów gest dał począ­tek wyda­rze­niom, któ­re wymknę­ły się spod kon­tro­li. Czy może­my powie­dzieć, że Eve­rett na swój spo­sób posłu­gu­je się języ­kiem jak orę­żem?

Język oczy­wi­ście miał istot­ne zna­cze­nie w odczło­wie­cza­niu przy­wie­zio­nych siłą do Ame­ry­ki Afry­ka­nów i w uczy­nie­niu ich nie­wol­ni­ka­mi. Lin­cze były dal­szym cią­giem tego pro­ce­su i zda­rza­ły się jesz­cze dłu­go po znie­sie­niu nie­wol­nic­twa. Eve­rett, świa­do­my magicz­nej mocy języ­ka, któ­ra zmie­nia ludzi w rze­czy, posłu­gu­je się nim jako bro­nią, co jest natu­ral­ne, ponie­waż polem bitwy jest tu fik­cja lite­rac­ka. Sło­wo sta­je się narzę­dziem wymie­rza­nia spra­wie­dli­wo­ści, bo naj­wy­raź­niej nie moż­na w tej spra­wie liczyć na natu­rę, Boga ani histo­rię. Pozo­sta­je trzy­mać się magii języ­ka. Nie potrze­ba jed­nak spe­cjal­nych zaklęć. Mama Z, postrze­ga­na jako cza­row­ni­ca, nie skry­wa w swo­im domu żad­nych gri­mu­arów, lecz archi­wum doku­men­tu­ją­ce lin­cze. Wystar­czy przy­po­mnieć, przy­wo­łać nazwi­ska ofiar. Ich pozor­nie nie­win­ne wyli­cza­nie ma nie­ocze­ki­wa­ne skut­ki, oka­zu­je się magicz­nym aktem nekro­man­cji. Mistrzem cere­mo­nii, co cie­ka­we, nie jest sama nie­mal nie­re­al­nie wie­ko­wa kobie­ta, ale przy­bysz z inne­go świa­ta, mło­dy nauko­wiec, któ­ry zro­bił karie­rę pra­wie nie­osią­gal­ną w cza­sach, kie­dy żyły ofia­ry lin­czów. To wła­śnie on zupeł­nie nie­świa­do­mie „rzu­ca czar”, zapi­su­jąc nazwi­ska na kart­kach, naj­pierw ołów­kiem, póź­niej na maszy­nie. Przy­wró­ce­nie pamię­ci o zlin­czo­wa­nych czar­nych sta­je się zara­zem przy­wró­ce­niem ich do życia, a przy­naj­mniej do pew­nej for­my życia, dobrze zna­nej z kul­tu­ry popu­lar­nej, do któ­rej tra­fi­ła z wie­rzeń i prak­tyk haitań­skie­go voodoo. Mam tu oczy­wi­ście na myśli zom­bie.

„Drzewa” to także powieść o zombie. Myślę, że nie jest to przypadek. Na Haiti zombie nie jest bowiem zjadającym mózgi zmartwychwstańcem, który zaraża wszystkich swoją przypadłością, ale człowiekiem: zabitym i wskrzeszonym, by stać się niewolnikiem.

W powie­ści Eve­ret­ta żywe tru­py są mści­cie­la­mi zza gro­bu, a więc dla odmia­ny – przy­naj­mniej w pew­nym sen­sie – pozy­tyw­ny­mi boha­te­ra­mi, o ile moż­na ich nazwać boha­te­ra­mi, bo w grun­cie rze­czy sta­no­wią raczej nie­mal bez­oso­bo­wą siłę, tłum. Do pew­ne­go momen­tu cała kry­mi­nal­na intry­ga, choć dziw­na, ma, jak się wyda­je, racjo­nal­ne uza­sad­nie­nie. Osta­tecz­nie docho­dzą jed­nak do gło­su i ujaw­nia­ją się siły nad­przy­ro­dzo­ne, przy­wo­ła­ne wła­śnie mocą magii sło­wa. Jej prze­dłu­że­niem są okrzy­ki zom­bie, wzy­wa­ją­ce daw­ne ofia­ry, by powsta­ły – powsta­nie z mar­twych sta­je się powsta­niem prze­ciw panu­ją­ce­mu porząd­ko­wi.

Do cze­go odno­si się tytuł powie­ści?

Po pierw­sze, cho­dzi tu o drze­wa, na któ­rych wiszą „dziw­ne owo­ce”, czy­li czar­ne ofia­ry lin­czów. Śpie­wa o nich jed­na z posta­ci, wyko­nu­jąc pio­sen­kę Bil­lie Holi­day Stran­ge Fru­it. Po dru­gie, drze­wa to tak­że archi­wa natu­ry, pozwa­la­ją­ce na przy­kład na dato­wa­nie róż­nych wyda­rzeń; nośni­ki tego, co naukow­cy nazy­wa­ją dany­mi den­dro­chro­no­lo­gicz­ny­mi – a tym samym świad­ko­wie histo­rii, nie tak do koń­ca nie­mi. Gdy­by się w te dane zagłę­bić, być może uda­ło­by się jesz­cze odna­leźć wie­le innych zna­czeń i odnie­sień.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

22.06.2026 Rozmowy

Austen, siostry Brontë, Woolf. Czy ich życie mogło wyglądać tak, jak chcą filmowcy?

Gdybym miała wskazać główny cel powstania książki, byłoby nim dociekanie, czy faktycznie życie największych angielskich pisarek – Austen, Brontë, Woolf – mogło wyglądać tak, jak wyobrażali je sobie filmowcy – mówi Anna Śliwińska w rozmowie z Amelią Sarnowską o swojej publikacji Austen, Brontë, Woolf. Filmowe biografie.

22.07.2026 Recenzje

Kobiety i ich rzeczy

Mimo że Historia kobiet w 101 przedmiotach to książka wpisująca się w antropologię rzeczy, warto ją czytać także jako zbiór ciekawostek o tym, co nas otacza – o publikacji Annabelle Hirsch pisze Urszula Pieczek.

21.07.2026 Laba

Latem wracam do Prousta

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z artystką wizualną i malarką Katarzyną Wyszkowską rozmawia Małgorzata Bugaj.