Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Ame­lia Sar­now­ska: Jaką funk­cję peł­ni język w Drze­wach Per­ci­va­la Eve­ret­ta?

Tomasz Macios:Drze­wach język dzie­li świat. Świat Money jest dosłow­nie i w prze­no­śni czar­no-bia­ły. To ude­rza już na samym począt­ku. Potem tu i ówdzie zaczy­na­ją prze­bi­jać odcie­nie sza­ro­ści. Dostrze­ga­my, że to, jak kto mówi, nie do koń­ca pokry­wa się z rasą czy geo­gra­fią, ale ma raczej nace­cho­wa­nie moral­ne. Miej­sco­wi bia­li, któ­rzy w ten czy inny spo­sób są zwią­za­ni z histo­rią lin­czu na Emmet­cie Til­lu, dzia­łal­no­ścią Ku Klux Kla­nu czy po pro­stu nie kry­ją się ze swo­im rasi­zmem, w więk­szo­ści mówią języ­kiem sty­li­zo­wa­nym na Southern Ame­ri­can English w nie­chluj­nym i wul­gar­nym wyda­niu. Czar­ni, nawet jeśli pocho­dzą z tego same­go mia­stecz­ka, sta­nu czy regio­nu, posłu­gu­ją się raczej Stan­dard Ame­ri­can English. Poka­zu­je to, nie­mal od pierw­szych stron książ­ki, że autor nie miał zamia­ru pisać powie­ści reali­stycz­nej, Połu­dnie jest tu bar­dziej sta­nem umy­słu niż kate­go­rią geo­gra­ficz­ną. W Money obo­wią­zu­je segre­ga­cja – ponad pół wie­ku po jej ofi­cjal­nym znie­sie­niu. To miej­sce odda­lo­ne od wiel­kie­go świa­ta, jakaś bocz­na odno­ga cza­su, śle­py tor. Przede wszyst­kim jed­nak to skan­sen men­tal­ny i moral­ny. Segre­ga­cja ist­nie­je w gło­wach dużej czę­ści bia­łych miesz­kań­ców mia­stecz­ka, co poka­zu­je ich język.

Czy­ta­nie pro­zy Eve­ret­ta zazwy­czaj prze­bie­ga dwu­to­ro­wo, wła­śnie ze wzglę­du na język. War­stwa języ­ko­wa czę­sto jest tu rów­nie waż­na jak fabu­ła, sam język (jego pocho­dze­nie, funk­cja, zdol­no­ści poznaw­cze) dla zro­zu­mie­nia opi­sy­wa­nych histo­rii nie­rzad­ko oka­zu­je się nie mniej istot­ny niż por­tre­ty psy­cho­lo­gicz­ne boha­te­rów, ich moty­wa­cje.

Nie wiem, czy w przy­pad­ku Drzew zacho­dzi koniecz­ność tego rodza­ju dwu­to­ro­wej lek­tu­ry. Język nie każe tutaj jakoś szcze­gól­nie się na sobie sku­piać, nie odry­wa czy­tel­ni­ka od opo­wia­da­nej histo­rii. Nie jest tak nie­prze­zro­czy­sty, by stać się „rze­czą samą w sobie” lub wyma­gać deko­do­wa­nia, raczej two­rzy rze­czy­wi­stość, któ­ra wyła­nia się z dia­lo­gów boha­te­rów.

Czy język tej powie­ści dopo­wia­da nam coś do jej fabu­ły? Pozwa­la spoj­rzeć na przed­sta­wio­ne w książ­ce ame­ry­kań­skie Połu­dnie z szer­szej per­spek­ty­wy?

Nie sadzę, by Eve­ret­to­wi cho­dzi­ło o szer­sze spoj­rze­nie na ame­ry­kań­skie Połu­dnie. W Drze­wach znaj­du­je­my raczej dość ste­reo­ty­po­wy jego obraz, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o bia­łych – bie­da, głu­po­ta, chci­wość, broń pal­na, pijań­stwo i rasizm. Nie sta­ra się on przed­sta­wić tej czę­ści Ame­ry­ki w całej jej zło­żo­no­ści i nie­jed­no­znacz­no­ści, tak jak robią to na przy­kład auto­rzy repor­ta­ży Głę­bo­kie Połu­dnie (Paul The­ro­ux) czy Naj­głęb­sze Połu­dnie (Richard Grant). Myślę, że w Drze­wach język dobrze słu­ży opo­wie­ści. Zgod­nie z zamy­słem Eve­ret­ta poka­zu­je mały świat wred­nych bia­łych boha­te­rów, nawet jeśli nie­któ­rzy z nich – jak Bab­cia C czy sze­ryf – są bar­dziej ludz­cy, nie zmie­nia to całe­go obra­zu. Nie jest to Prze­mi­nę­ło z wia­trem naszych cza­sów, nowa epo­pe­ja ame­ry­kań­skie­go Połu­dnia, ale raczej – by posłu­żyć się tytu­łem książ­ki Char­lie­go LeDuf­fa – shit­show.

Czy aby wejść w ten język, się­gał Pan też do innych ksią­żek Eve­ret­ta? Jak przy­go­to­wy­wał się Pan do pra­cy nad prze­kła­dem?

Nie, nie się­ga­łem do innych jego tek­stów. Prze­kład odda­łem pół­to­ra roku temu, więc w cza­sie pra­cy nad nim Eve­rett jesz­cze nie ist­niał w pol­skim tłu­ma­cze­niu, poza tym jego książ­ki róż­nią się od sie­bie. Na przy­kład James to inna epo­ka i inna kon­wen­cja. Szu­ka­łem inspi­ra­cji i suge­stii raczej nie wprost. Prze­czy­ta­łem Mr. Lover­ma­na Ber­nar­di­ne Eva­ri­sto w tłu­ma­cze­niu Agi Zano, żeby zoba­czyć, jak moż­na prze­ło­żyć na pol­ski pew­ną szcze­gól­ną, lokal­ną odmia­nę angielsz­czy­zny z małej kara­ib­skiej wyspy. Wra­ca­łem też do Tra­in­spot­ting Pig­me­ja. Język powie­ści Eve­ret­ta nie jest tak zde­for­mo­wa­ny jak w tych książ­kach Irvine’a Welsha i Chuc­ka Palah­niu­ka, ale poka­za­ły mi one pew­ne eks­tre­mum, ku któ­re­mu być może powi­nie­nem zmie­rzać, choć ze świa­do­mo­ścią, że muszę się zatrzy­mać gdzieś w pół dro­gi. Zapo­zna­łem się też tro­chę bar­dziej z języ­kiem ame­ry­kań­skie­go Połu­dnia, by prze­ko­nać się, że Eve­rett nie sku­pia się na pie­czo­ło­wi­tym odtwo­rze­niu tego dia­lek­tu, któ­rym zresz­tą mówi tyl­ko część posta­ci, lecz, jak już wspo­mnia­łem, posłu­gu­je się sty­li­za­cją. Jeże­li cho­dzi o men­tal­ny kli­mat Połu­dnia, odświe­ży­łem sobie Wil­lia­ma Faulk­ne­ra i Cor­ma­ca McCarthy’ego.

Wie­lu kry­ty­ków doce­ni­ło powieść Eve­ret­ta za dia­lo­gi. Abs­tra­hu­jąc od ładun­ku humo­ry­stycz­ne­go tych par­tii tek­stu – w paru miej­scach wyda­ją się one jed­nak dość powierz­chow­ne, momen­ta­mi zbyt dosłow­ne. Lite­rac­ko nie jest to ten sam poziom, któ­ry autor zapre­zen­to­wał w Jame­sie. Jak Pan ode­brał tę książ­kę?

Dia­lo­gi spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by były wycię­te z sit­co­mów, ale to oczy­wi­ście celo­wy zabieg. Eve­rett się­ga po to, co niskie i try­wial­ne, żeby unik­nąć pato­su. Na tym pole­ga jego stra­te­gia – przed­sta­wia poważ­ny pro­blem w spo­sób lek­ki i zabaw­ny. Ludz­ka tra­ge­dia sta­je się gro­te­ską, gro­za histo­rycz­nych wyda­rzeń maka­bre­ską.

Rozmowy bohaterów służą jednak nie tylko do osiągnięcia efektu komizmu, ale także dynamizują akcję, sprawiają, że książkę po prostu dobrze się czyta.

Przy­znam jed­nak, że ten niski rejestr począt­ko­wo tro­chę mnie zasko­czył. Z jed­nej stro­ny moż­na odnieść wra­że­nie, że autor tu i ówdzie prze­gi­na, daje się ponieść zaba­wie słow­nej albo sprze­da­je jakieś sucha­ry, ale z dru­giej stro­ny rów­no­wa­ży to poważ­niej­szym tonem czy auten­tycz­ny­mi emo­cja­mi w innych miej­scach.

Eve­rett to pisarz kwe­stio­nu­ją­cy. Pod­wa­ża­ją­cy kanon lite­rac­ki (w Jame­sie), ame­ry­kań­ską histo­rię i współ­cze­sne wyobra­że­nie spra­wie­dli­wo­ści. Doko­nu­je tego nie tyl­ko przez dobór histo­rii, ale też (a może i przede wszyst­kim) w języ­ku. Pora­ża­ją­ca, momen­ta­mi maka­brycz­na treść pod­wa­ża­na jest przez gry języ­ko­we, zaba­wę reje­strem czar­nej kome­dii, powie­ści detek­ty­wi­stycz­nej, powie­ści noir, co pozwa­la spoj­rzeć na roz­pi­sy­wa­ną tu histo­rię w kate­go­rii saty­ry. Czy pol­sz­czy­zna jest w sta­nie oddać te niu­an­se ory­gi­na­łu?

Z natu­ry rze­czy żaden prze­kład nie jest w sta­nie oddać wszyst­kich niu­an­sów ory­gi­na­łu, nale­ży jed­nak stwo­rzyć ich odpo­wied­ni­ki, nowe niu­an­se, i umie­ścić je tam, gdzie naj­le­piej będą odgry­wać swo­ją rolę, czy­li odda­wać ducha ory­gi­na­łu, jeże­li nie moż­na oddać jego lite­ry. Jeśli cho­dzi o zaba­wę kon­wen­cja­mi, to w przy­pad­ku tłu­ma­cze­nia trud­ność nie pole­ga na tym, że każ­da z nich ma swój nie­prze­kła­dal­ny idio­lekt. Gatun­ki funk­cjo­nu­ją w róż­nych języ­kach i w każ­dym z nich przy­na­leż­na im war­stwa słow­na jest dość ogra­ni­czo­na i ste­reo­ty­po­wa. Pro­blem doty­czy raczej prze­kła­du mię­dzy­kul­tu­ro­we­go. Lite­ra­tu­ra to coś wię­cej niż tyl­ko lite­ra­tu­ra, prze­kład wpro­wa­dza też dzie­ło w nowy kon­tekst, pew­ne zna­cze­nia siłą rze­czy scho­dzą na dal­szy plan, inne mogą zostać moc­niej zaak­cen­to­wa­ne, moc­niej wybrzmieć. Z jed­nej stro­ny trud­no było­by oddać wszyst­kie odwo­ła­nia kul­tu­ro­we i histo­rycz­ne – bo obej­mu­ją one tak­że to, co wykształ­co­ny ame­ry­kań­ski czy­tel­nik ma w gło­wie – bez obcią­ża­nia tek­stu przy­pi­sa­mi; z dru­giej – słow­na pre­cy­zja cza­sem nie jest tak istot­na, liczą się raczej emo­cjo­nal­ny ton, pew­ne odczu­cie. Być może nie wszyst­ko musi­my zro­zu­mieć, odbie­rać inte­lek­tu­al­nie. W klu­bie w Mem­phis dwaj detek­ty­wi słu­cha­ją blu­esma­na śpie­wa­ją­ce­go w jakimś dzi­wacz­nym języ­ku, z któ­re­go nikt nie poj­mu­je ani sło­wa, nawet bar­man­ka, cho­ciaż muzyk gra tam co wie­czór. Ale ów brak zro­zu­mie­nia wca­le im nie prze­szka­dza. Jeśli cho­dzi o wywro­to­wy czy „rewin­dy­ka­cyj­ny” cha­rak­ter pro­zy Eve­ret­ta, to w Jame­sie prze­pi­su­je on histo­rię w spo­sób, któ­ry mie­ści się w nur­cie dopusz­cza­nia do gło­su zepchnię­tych na mar­gi­nes, ska­za­nych dotąd na mil­cze­nie; w nur­cie two­rze­nia „rapor­tów mniej­szo­ści” – czar­nych, kobiet czy rdzen­nych Ame­ry­ka­nów – i przed­sta­wia­nia histo­rii z ich punk­tu widze­nia. Poja­wia się to tak­że w Drze­wach. Straż­nicz­ką „mniej­szo­ścio­wej” wer­sji dzie­jów jest tu Mama Z ze swo­im archi­wum lin­czu. W tej powie­ści Eve­rett jed­nak raczej dopi­su­je histo­rię; domy­ka ją, pro­po­nu­jąc inną – kon­tro­wer­syj­ną, przy­znaj­my – wer­sję spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej. Czy raczej podej­mu­je taką pró­bę, z pew­no­ścią świa­do­my tego, że jest ona tyl­ko fan­ta­zma­tem, kom­pen­sa­cyj­ną fan­ta­zją.

W jed­nym z wywia­dów pro­mu­ją­cych tę powieść autor nie bro­nił się przed zarzu­tem o ste­reo­ty­pi­za­cję miesz­kań­ców Połu­dnia („Tak, nie jestem spra­wie­dli­wy w tej powie­ści. Nie jest to książ­ka o spra­wie­dli­wo­ści. W rze­czy­wi­sto­ści, po napi­sa­niu pierw­szej stro­ny, przy­zna­łem się żonie, że nie jestem spra­wie­dli­wy – i nie zamie­rzam nic z tym zro­bić”). Tłu­ma­cza nie stać w swo­jej pra­cy na luk­sus bycia nie­spra­wie­dli­wym.

Zacznij­my od Eve­ret­ta. Spra­wie­dli­wość w lite­ra­tu­rze nie­ko­niecz­nie pole­ga na, że tak powiem, zacho­wy­wa­niu rów­no­wa­gi moral­nej. Na poka­zy­wa­niu, że dobro i zło nie mają kolo­ru, a okrut­ny i nie­ludz­ki może być zarów­no bia­ły, jak i czar­ny, czy na przed­sta­wia­niu każ­de­go boha­te­ra indy­wi­du­al­ne­go lub zbio­ro­we­go jako isto­ty, któ­ra ma zale­ty i wady. Takie uję­cie czę­sto sta­no­wi tyl­ko pozór albo, jak mógł­by to nazwać Sta­ni­sław Lem, pro­te­zę spra­wie­dli­wo­ści czy obiek­ty­wi­zmu.

Choć akcja „Drzew” toczy się współcześnie, Everett odnosi się do czasów i sytuacji, w których role kata i ofiary nie pozostawiały żadnych wątpliwości, i sam chce przemawiać w imieniu ofiar.

Moż­na oczy­wi­ście powie­dzieć, że gdy­by boha­te­ro­wie byli bar­dziej skom­pli­ko­wa­ni i wycie­nio­wa­ni, nie tak komik­so­wi, sta­li­by się bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy niż śmiesz­ni. Na przy­kład gdy­by tru­py z sza­fy wypa­da­ły pozor­nie libe­ral­nym i popraw­nym poli­tycz­nie przed­sta­wi­cie­lom kla­sy śred­niej, a nie obrzy­dli­wym fizycz­nie i moral­nie red­nec­kom, ale jak już wie­my, nie o to auto­ro­wi cho­dzi­ło.

Jakie warun­ki muszą zostać speł­nio­ne, by tłu­ma­cze­nie odda­wa­ło spra­wie­dli­wość ory­gi­nal­ne­mu tek­sto­wi? Co sta­no­wi­ło naj­więk­sze wyzwa­nie w pra­cy nad tym prze­kła­dem?

Tak czy ina­czej, pra­ca tłu­ma­cza raczej nie pole­ga na popra­wia­niu auto­ra ani na oce­nia­niu, czy jest spra­wie­dli­wy wobec boha­te­rów. Jak Pani powie­dzia­ła, prze­kład powi­nien oddać spra­wie­dli­wość tek­sto­wi, ale jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, z róż­nych wzglę­dów nie zawsze jest to łatwe i cza­sem powsta­je pro­te­za takiej spra­wie­dli­wo­ści (cze­go sam sta­ram się uni­kać). Jeże­li cho­dzi o wyzwa­nia, to czę­sto są nimi rze­czy nie­po­zor­ne, drob­nost­ki, szcze­gó­ły tech­nicz­ne, nad któ­ry­mi tłu­macz dłu­go się gło­wi, by w koń­cu się pod­dać i zro­bić przy­pis, tak jak mi się to zda­rzy­ło już na pierw­szej stro­nie z „domem na prze­strzał”, czy­li shot­gun house.

Wspo­mniał Pan na począt­ku roz­mo­wy o języ­ku sty­li­zo­wa­nym na Southern Ame­ri­can English „w nie­chluj­nym i wul­gar­nym wyda­niu”. Jak wyglą­da two­rze­nie pol­skiej wer­sji języ­ko­wej takich kon­struk­cji?

Autor posłu­gu­je się okre­ślo­ną sty­li­za­cją, więc tłu­macz rów­nież musi zro­bić to samo w swo­im języ­ku. Oczy­wi­ście cho­dzi o stwo­rze­nie pew­ne­go efek­tu, a nie prze­pi­sy­wa­nie ory­gi­na­łu w rze­czy­wi­stym dia­lek­cie czy gwa­rze, cho­ciaż cza­sem poja­wia się taka poku­sa. Ale jak mie­li­by mówić boha­te­ro­wie Drzew w pol­skiej wer­sji: po góral­sku, po ślą­sku, po kaszub­sku? Efekt był­by bar­dziej gro­te­sko­wy, niż powi­nien. Zawsze trze­ba to odpo­wied­nio wywa­żyć, co bywa trud­ne.

Okładka powieści Percivala Everetta pod tytułem „Drzewa”.
Percival Everett, „Drzewa”, tłum. Tomasz Macios, Warszawa: Marginesy, 2026.

Sta­ra­łem się stwo­rzyć pew­ną syn­te­zę, nada­jąc potocz­nej, kośla­wej, czę­sto wul­gar­nej pol­sz­czyź­nie pew­ne cechy róż­nych gwar, wyko­rzy­stać pew­ne regio­na­li­zmy, by stwo­rzyć coś, co koja­rzy się z mową nie­wy­kształ­co­nych ludzi ze wsi, pejo­ra­tyw­nie nazy­wa­nych wie­śnia­ka­mi czy bura­ka­mi. Nie chcia­łem prze­sa­dzać ze sty­li­za­cją, bo Drze­wa nie są powie­ścią eks­pe­ry­men­tal­ną, zde­cy­do­wa­nie bli­żej im do lite­ra­tu­ry popu­lar­nej – za spra­wą wyko­rzy­sty­wa­nia jej kon­wen­cji.

Język jest też ele­men­tem klu­czo­wym dla toku opi­sa­nej tu histo­rii. Eve­rett osnu­wa swo­ją fik­cyj­ną opo­wieść wokół auten­tycz­ne­go wyda­rze­nia: lin­czu, do któ­re­go doszło w wyni­ku kłam­stwa. Autor wprost nawią­zu­je do mor­der­stwa trzy­na­sto­let­nie­go Emmet­ta Til­la (do zbrod­ni doszło w 1955 roku w mia­stecz­ku Money w sta­nie Mis­si­si­pi). Hor­ror tam­te­go chłop­ca zaczął się od pomó­wie­nia. Z jed­nej stro­ny każ­dy lincz rodzi się w języ­ku. Ale z dru­giej – sło­wa (imio­na, opo­wieść) odgry­wa­ją też klu­czo­wą rolę w zacho­wa­niu pamię­ci o ofia­rach. Moc słów odda­ją wyli­cze­nia – gest odczy­ta­nia i prze­pi­sa­nia na nowo imion ofiar setek lin­czów (jest to lista nazwisk osób zlin­czo­wa­nych w histo­rii Ame­ry­ki: czar­nych, bia­łych, Azja­tów). Jeden z boha­te­rów, któ­ry został spro­wa­dzo­ny do mia­stecz­ka Money, sie­dli­ska „bia­łych wie­śnia­ków”, potom­ków katów z Ku Klux Kla­nu, celem opi­sa­nia i wyja­śnie­nia tła doko­nu­ją­cych się wyda­rzeń zdo­by­wa się na gest prze­pi­sa­nia nazwisk tych wszyst­kich ofiar. Zakoń­cze­nie pozwa­la domnie­my­wać, że to wła­śnie ów gest dał począ­tek wyda­rze­niom, któ­re wymknę­ły się spod kon­tro­li. Czy może­my powie­dzieć, że Eve­rett na swój spo­sób posłu­gu­je się języ­kiem jak orę­żem?

Język oczy­wi­ście miał istot­ne zna­cze­nie w odczło­wie­cza­niu przy­wie­zio­nych siłą do Ame­ry­ki Afry­ka­nów i w uczy­nie­niu ich nie­wol­ni­ka­mi. Lin­cze były dal­szym cią­giem tego pro­ce­su i zda­rza­ły się jesz­cze dłu­go po znie­sie­niu nie­wol­nic­twa. Eve­rett, świa­do­my magicz­nej mocy języ­ka, któ­ra zmie­nia ludzi w rze­czy, posłu­gu­je się nim jako bro­nią, co jest natu­ral­ne, ponie­waż polem bitwy jest tu fik­cja lite­rac­ka. Sło­wo sta­je się narzę­dziem wymie­rza­nia spra­wie­dli­wo­ści, bo naj­wy­raź­niej nie moż­na w tej spra­wie liczyć na natu­rę, Boga ani histo­rię. Pozo­sta­je trzy­mać się magii języ­ka. Nie potrze­ba jed­nak spe­cjal­nych zaklęć. Mama Z, postrze­ga­na jako cza­row­ni­ca, nie skry­wa w swo­im domu żad­nych gri­mu­arów, lecz archi­wum doku­men­tu­ją­ce lin­cze. Wystar­czy przy­po­mnieć, przy­wo­łać nazwi­ska ofiar. Ich pozor­nie nie­win­ne wyli­cza­nie ma nie­ocze­ki­wa­ne skut­ki, oka­zu­je się magicz­nym aktem nekro­man­cji. Mistrzem cere­mo­nii, co cie­ka­we, nie jest sama nie­mal nie­re­al­nie wie­ko­wa kobie­ta, ale przy­bysz z inne­go świa­ta, mło­dy nauko­wiec, któ­ry zro­bił karie­rę pra­wie nie­osią­gal­ną w cza­sach, kie­dy żyły ofia­ry lin­czów. To wła­śnie on zupeł­nie nie­świa­do­mie „rzu­ca czar”, zapi­su­jąc nazwi­ska na kart­kach, naj­pierw ołów­kiem, póź­niej na maszy­nie. Przy­wró­ce­nie pamię­ci o zlin­czo­wa­nych czar­nych sta­je się zara­zem przy­wró­ce­niem ich do życia, a przy­naj­mniej do pew­nej for­my życia, dobrze zna­nej z kul­tu­ry popu­lar­nej, do któ­rej tra­fi­ła z wie­rzeń i prak­tyk haitań­skie­go voodoo. Mam tu oczy­wi­ście na myśli zom­bie.

„Drzewa” to także powieść o zombie. Myślę, że nie jest to przypadek. Na Haiti zombie nie jest bowiem zjadającym mózgi zmartwychwstańcem, który zaraża wszystkich swoją przypadłością, ale człowiekiem: zabitym i wskrzeszonym, by stać się niewolnikiem.

W powie­ści Eve­ret­ta żywe tru­py są mści­cie­la­mi zza gro­bu, a więc dla odmia­ny – przy­naj­mniej w pew­nym sen­sie – pozy­tyw­ny­mi boha­te­ra­mi, o ile moż­na ich nazwać boha­te­ra­mi, bo w grun­cie rze­czy sta­no­wią raczej nie­mal bez­oso­bo­wą siłę, tłum. Do pew­ne­go momen­tu cała kry­mi­nal­na intry­ga, choć dziw­na, ma, jak się wyda­je, racjo­nal­ne uza­sad­nie­nie. Osta­tecz­nie docho­dzą jed­nak do gło­su i ujaw­nia­ją się siły nad­przy­ro­dzo­ne, przy­wo­ła­ne wła­śnie mocą magii sło­wa. Jej prze­dłu­że­niem są okrzy­ki zom­bie, wzy­wa­ją­ce daw­ne ofia­ry, by powsta­ły – powsta­nie z mar­twych sta­je się powsta­niem prze­ciw panu­ją­ce­mu porząd­ko­wi.

Do cze­go odno­si się tytuł powie­ści?

Po pierw­sze, cho­dzi tu o drze­wa, na któ­rych wiszą „dziw­ne owo­ce”, czy­li czar­ne ofia­ry lin­czów. Śpie­wa o nich jed­na z posta­ci, wyko­nu­jąc pio­sen­kę Bil­lie Holi­day Stran­ge Fru­it. Po dru­gie, drze­wa to tak­że archi­wa natu­ry, pozwa­la­ją­ce na przy­kład na dato­wa­nie róż­nych wyda­rzeń; nośni­ki tego, co naukow­cy nazy­wa­ją dany­mi den­dro­chro­no­lo­gicz­ny­mi – a tym samym świad­ko­wie histo­rii, nie tak do koń­ca nie­mi. Gdy­by się w te dane zagłę­bić, być może uda­ło­by się jesz­cze odna­leźć wie­le innych zna­czeń i odnie­sień.

Tomasz Macios, fot. ze zbiorów autora

– tłumacz, redaktor, ghostwriter.

więcej →

Amelia Sarnowska, fot. ze zbiorów autorki

– krytyczka literacka, redaktorka, dziennikarka.

więcej →

Fallback Avatar

– amerykański pisarz, profesor anglistyki na Uniwersytecie Południowej Kalifornii.

więcej →

Powiązane teksty