Zmuszony do wypłynięcia na spiętrzone wody

Roman Honet: Zanim zacznie­my roz­ma­wiać o two­im naj­now­szym tomie, chciał­bym zapy­tać cię o począt­ki two­je­go pisa­nia, o to, jak je pamię­tasz. Wra­ca­ją do cie­bie?

Dariusz Sośnic­ki: Tak, wra­ca­ją. Pamię­tam kon­kret­ne oko­licz­no­ści: ile mia­łem lat, gdzie miesz­ka­łem i jak wyglą­da­ło moje życie – uczu­cio­we, towa­rzy­skie i zawo­do­we (czy­li stu­denc­kie). Zapa­dła mi w pamięć tak­że aura tego momen­tu, czu­łem, że dzie­je się coś waż­ne­go: mie­rzy­łem się z żywio­ła­mi języ­ka i poezji. Byłem jak począt­ku­ją­cy mag, któ­ry testu­je swo­je moce i odkry­wa, że cho­ciaż żywio­ły jesz­cze go nie słu­cha­ją, to już wie­dzą, że jest.

Jak prze­bie­ga­ło pisa­nie Repre­zen­ta­cji zwie­rząt, jak powsta­wa­ła? W jakiej mie­rze wyszar­pa­łeś sobie ów tom z trze­wi, jeśli tak moż­na powie­dzieć, a do jakie­go stop­nia jest on raczej rezul­ta­tem namy­słu nad moż­li­wo­ścia­mi repre­zen­to­wa­nia świa­ta przez język? Albo wię­cej – i rów­no­cze­śnie być może bli­żej cie­bie – nad nie­moż­li­wo­ścią stwo­rze­nia przez cie­bie repre­zen­ta­cji, żad­nej – ani zwie­rząt, ani jakiej­kol­wiek repre­zen­ta­cji zna­ne­go nam świa­ta, ponie­waż two­je­mu rozu­mie­niu poezji przy­świe­ca coś zupeł­nie inne­go?

Myślę, że tu nie ma alter­na­ty­wy, w mia­rę moż­li­wo­ści nale­ży robić jed­no i dru­gie. Pra­co­wać kon­cep­cyj­nie i w zgo­dzie z tą kon­cep­cją „wyszar­py­wać z trze­wi”. Ide­ałem jest rów­no­wa­ga, ale jeśli coś musi prze­wa­żyć, to niech to będzie wyszar­py­wa­nie z trze­wi. Nato­miast co do repre­zen­ta­cji, to pro­blem z nią jest inny – nie moż­na się przez nią prze­bić do rze­czy­wi­sto­ści.

Mag­da­le­na Śnie­dziew­ska w szki­cu o two­im naj­now­szym tomie napi­sa­ła: „tak jak Po domu było tomi­kiem, dla któ­re­go histo­rycz­nym tłem była pan­de­mia koro­na­wi­ru­sa, tak Repre­zen­ta­cja zwie­rząt jest książ­ką pisa­ną jako reak­cja na woj­nę w Ukra­inie”. O tej moż­li­wo­ści odczy­ta­nia począt­ko­wo pomy­śla­łem dosyć prze­lot­nie, raczej jako o pew­nym warian­cie inter­pre­ta­cyj­nym. Sta­ło się tak, ponie­waż pomi­ną­łem spo­łecz­ne i poli­tycz­ne odnie­sie­nia two­je­go tomu – jak dale­ce są waż­ne? I dla­cze­go?

To pomi­nię­cie jest cha­rak­te­ry­stycz­ne dla naszych cza­sów. Pozwo­lę sobie na banał – od póź­nych lat 80. do koń­ca pierw­szej deka­dy nowe­go wie­ku apo­li­tycz­ność była try­bem domyśl­nym młod­szej pol­skiej poezji. I cią­gle bywa. Ale prze­cież w takim myśle­niu nie ma nic oczy­wi­ste­go.

Powiem więcej, akurat w Polsce obojętność wobec spraw społecznych i odchodzenie od obowiązków wobec społeczeństwa prawie zawsze były cechą pokoleń „słabych”, próbujących się jakoś wyróżnić na tle poprzedników.

Potrze­bu­jesz wspól­no­ty odczu­wa­nia? Czy jeśli czy­tel­nicz­ka albo czy­tel­nik po lek­tu­rze Repre­zen­ta­cji zwie­rząt ude­rzą pię­ścią w stół albo melan­cho­lij­nie zapa­trzą się na wschód, na przy­kład wła­śnie w stro­nę Ukra­iny, wów­czas zawo­łasz: „o, to jest nas dwo­je!”?

Nie, to nie jest koniecz­ne. Wiersz nie musi się spo­tkać z natych­mia­sto­wym odze­wem, żeby dzia­łać i wpły­wać na świat. On to robi powo­li, naj­pierw prze­ni­ka do języ­ka uważ­nych czy­tel­ni­ków poezji, a potem, za ich pośred­nic­twem, do języ­ka całej wspól­no­ty, czy­li ponie­kąd do świa­ta wła­śnie.

W Po domu, two­im poprzed­nim tomie, rów­nież poja­wia­ją się zapi­sy afir­mu­ją­ce życie w pew­nym sen­sie nie­świa­do­me, przy­naj­mniej nam jego „nie­świa­do­mość” czy „świa­do­mość” jest nie­do­stęp­na. Przy­wo­łam wers: „ach, jak one umie­ją poprze­stać na małym!”. Tyle one. A gdzie ty? Prze­cież jako isto­ta świa­do­ma – choć­by swo­jej śmier­tel­no­ści – powi­nie­neś być raczej znie­cier­pli­wio­ny, może poiry­to­wa­ny, może rów­nież depre­syj­ny.

Po domu to jest książ­ka w pew­nej mie­rze „anty­ludz­ka”. Sta­ram się w niej wyjść poza obręb ludz­kie­go poj­mo­wa­nia świa­ta, wyjść z domu, by tak rzec, bo on stał się cia­sny i tok­sycz­ny. Zawsze mia­łem sła­bość do „niskich” form ist­nie­nia i do mate­rial­no­ści, w takim świe­cie roz­gry­wa się prze­cież moje debiu­tanc­kie Mar­le­wo. Ale w Po domu to jest po raz pierw­szy zde­kla­ro­wa­ne. Przy takiej opty­ce wszyst­kie wyróż­ni­ki bycia czło­wie­kiem, a do takich nale­ży prze­cież świa­do­mość, muszą być poda­wa­ne w wąt­pli­wość.

Nie tak daw­no w szki­cu o póź­nej poezji W.H. Aude­na zapi­sa­łeś, że autor wyco­fał się w jeden z naj­kon­ser­wa­tyw­niej­szych zakąt­ków Euro­py i że miał „odwa­gę poczuć się tam «szczę­śli­wy»”. Dla­cze­go do odczu­wa­nia szczę­ścia mia­ła­by być potrzeb­na odwa­ga? Wolał­bym tu tro­chę odda­lić się od bio­gra­fii Aude­na i odpo­wiedź na to pyta­nie pozo­sta­wić tobie.

Tej wypo­wie­dzi nie da się jed­nak oddzie­lić od kon­tek­stu, czy­li od życia Aude­na. Jak może pamię­tasz ze szki­cu, „sta­re­mu” poecie zarzu­ca­no dezer­cję z are­ny wal­ki o nowe spo­łe­czeń­stwo i nowe­go czło­wie­ka. Zwrot ku pry­wat­no­ści i Bogu. Innym by wyba­czo­no, ale nie jemu, bo do nie­daw­na był sym­bo­lem tej wal­ki. Wła­śnie w tym sen­sie bycie szczę­śli­wym poza polis, w sytej pry­wat­no­ści, na kon­ser­wa­tyw­nej pro­win­cji, za pan brat z teo­lo­gią i abso­lu­tem, było aktem odwa­gi. Ze mną nie ma to wie­le wspól­ne­go.

Skąd wziął się pomysł na podział tomu Repre­zen­ta­cja zwie­rząt na trzy czę­ści? Mnie to przy­po­mi­na choć­by Mo Yana i jego Żaby, oczy­wi­ście z zacho­wa­niem wszel­kich pro­por­cji, nie­mniej do podo­bieństw zali­czył­bym zwłasz­cza zróż­ni­co­wa­ną kon­struk­cję sty­li­stycz­ną, ale tak­że pew­ną for­mę aktyw­ne­go reago­wa­nia na rze­czy­wi­stość, na to, co dzie­je się tu i teraz.

Nie chciał­bym – i chy­ba nie potra­fił – roz­wo­dzić się nad mecha­ni­zma­mi mojej wyobraź­ni poetyc­kiej. Niech pozo­sta­ną zakry­te. Może­my roz­ma­wiać o tym, co widać – mamy w tomie wier­sze trzech rodza­jów, więc sen­sow­nie było podzie­lić książ­kę na trzy czę­ści. Co do róż­no­rod­no­ści for­mal­nej, to jestem zwo­len­ni­kiem szko­ły, któ­ra widzi w tym zale­tę. Kie­dyś mówi­ło się o poetach wszech­stron­nych – i to był kom­ple­ment.

Jeśli twórca naprawdę ma talent i coś do powiedzenia, to różnorodność formalna nie rozbije jego dzieła.

Dla jakie­go czy­tel­ni­ka napi­sa­łeś Repre­zen­ta­cję zwie­rząt? Tu szyb­ko dodam kolej­ne pyta­nie – zapew­ne w mniej­szej mie­rze zwią­za­ne z Repre­zen­ta­cją zwie­rząt, za to być może w więk­szej odno­szą­ce się do two­je­go pisa­nia: kto jest pierw­szym czy­tel­ni­kiem two­ich wier­szy?

Chy­ba wszy­scy – my, poet­ki i poeci – pisze­my dla tej samej czy­tel­nicz­ki. To oso­ba się­ga­ją­ca po współ­cze­sną pol­ską poezję i zdol­na czy­tać ją w kon­tek­ście histo­rii tego gatun­ku, pol­skiej i świa­to­wej, zwłasz­cza bliż­szej, przez co rozu­miem, powiedz­my, sto kil­ka­dzie­siąt ostat­nich lat. A moje nowe rze­czy naj­pierw czy­ta­ją naj­bliż­si, zwy­kle żona.

Wró­cę do wspo­mnia­ne­go szki­cu Mag­da­le­ny Śnie­dziew­skiej, któ­ra cytu­je frag­ment otwie­ra­ją­ce­go tom utwo­ru Mał­pa, papu­ga, co pro­wa­dzi ją do stwier­dze­nia o wyczu­wal­nej atmos­fe­rze gro­zy – „potę­go­wa­nej przez ciszę”. Mnie ów wiersz przy­wo­dzi na myśl zwłasz­cza poezję Tade­usza Gaj­ce­go i Bole­sła­wa Leśmia­na, zresz­tą nie on jeden w tomie. Dodał­bym tu tak­że Jaro­sła­wa Iwasz­kie­wi­cza i zazna­czył, że te sko­ja­rze­nia nie doty­czą wyłącz­nie Repre­zen­ta­cji

Gro­za to dobre sło­wo, w tym wier­szu mowa prze­cież o zabi­ja­niu. A za two­je sko­ja­rze­nie – jak naj­bar­dziej słusz­ne, jeśli mi wol­no oce­niać – odpo­wia­da chy­ba moja sła­bość do ryt­mów i melo­dii pol­skie­go wier­sza. Zawsze mnie pocią­ga­ła idio­ma­tycz­ność dobrych tek­stów poetyc­kich, to, że są sobą tyl­ko w języ­ku, w któ­rym powsta­ły. I że nie da się ich spa­ra­fra­zo­wać, a już na pew­no spro­wa­dzić do aneg­do­ty czy histo­ryj­ki.

Okładka książki Dariusza Sośnickiego pod tytułem „Reprezentacja zwierząt”.
Dariusz Sośnicki, „Reprezentacja zwierząt”, Wrocław: Wydawnictwo Warstwy, 2025.

W utwo­rze Bóbr zapi­sa­łeś: „Zda­rza­ją mu się pory­wy, owszem. Po pla­śnię­ciu sze­ro­kim, funk­cjo­nal­nym ogo­nem / w spię­trzo­ne uprzed­nio wody wyobraź­ni”. Ów ogon moż­na uznać za pew­ne­go rodza­ju dys­tynk­tyw­ną cechę bobra. A co jest two­ją? Jak pły­wasz w swo­ich „spię­trzo­nych wodach wyobraź­ni”? Być może to wca­le nie są „two­je wody”, stąd wła­śnie wzię­ło się pyta­nie o wspo­mnia­nych wcze­śniej poetów. Teraz pytam dla­te­go, że cie­ka­wi mnie, czy wolisz zdać się na rygor spraw­dzo­nej for­my czy powie­rzyć nie­pew­no­ści eks­pe­ry­men­tu? Dla­cze­go więc „fran­ko­fil­skie / stad­ko wyznaw­ców czy­ste­go śpie­wu” z prze­ło­żo­ne­go przez cie­bie utwo­ru Aude­na mia­ło­by więk­sze zna­cze­nie niż ryzy­ko popeł­nie­nia błę­du, któ­ry może przy­spo­rzyć wie­dzy albo tobie same­mu, albo przy­naj­mniej innym auto­rom?

Two­je pyta­nie jest dłu­gie, to wła­ści­wie wie­le pytań, więc pozwól, że wybio­rę jed­no, któ­re wyda­je mi się naj­po­jem­niej­sze: „czy wolisz zdać się na rygor spraw­dzo­nej for­my czy powie­rzyć nie­pew­no­ści eks­pe­ry­men­tu”. Zawsze wolę rygor. Tyle że nie cho­dzi o zda­wa­nie się na nie­go i na „spraw­dzo­ność”, ale o wyzwa­nie.

Co mi powie język niepoddany rygorom, wiem od samego początku: z grubsza to, co pomyślę i co mu każę powiedzieć.

Dopie­ro rygor – uwa­ga, kolej­ny banał! – wyzwa­la z pod­le­gło­ści mecha­ni­zmom psy­chi­ki i zmu­sza do wypły­nię­cia na wody poezji. Oczy­wi­ście – uprzed­nio spię­trzo­ne.

Twoi mistrzo­wie lite­rac­cy? Któ­rzy z nich mie­li na cie­bie wpływ? Któ­rzy poma­ga­li i poma­ga­ją ci w pisa­niu, w życiu? A któ­rzy oddzia­ły­wa­li na cie­bie w spo­sób odmien­ny, być może skut­ku­ją­cy cho­ro­bli­wą obse­sją? Mam na myśli to, że nie możesz albo dłu­go nie mogłeś się od niej uwol­nić.

Lista mistrzów była­by dłu­ga. Uczy­łem się u nie­mal wszyst­kich waż­nych pol­skich poetów, może poza baro­ko­wy­mi. Nie zawsze tak samo pil­nie, ale jed­nak. Nato­miast cho­ro­bli­wych obse­sji raczej nie mie­wa­łem.

Ponie­waż naszą roz­mo­wę zaczę­li­śmy od prze­szło­ści, pozwo­lę sobie na ostat­nie spoj­rze­nie wstecz. Gdy­byś na zakoń­cze­nie mógł powie­dzieć coś do sie­bie same­go – jako poety – sprzed trzy­dzie­stu lat, jakie były­by to sło­wa?

Tak trzy­mać!

Czytaj także

13.08.2025 Rozmowy

Próba ognia

Często wiersze przydarzają mi się w momentach napięcia, stresu, gdy dużo się dzieje. A tak wewnętrznie to musi zaistnieć jakaś próżnia, gdzie można będzie zassać i nazwać elementy świata przedstawionego. Tę próżnię często ściskają nerwica, depresja albo jakaś nieokreślona, ciężka świadomość – mówi Przemysław Suchanecki w rozmowie z Romanem Honetem.

24.07.2025 Rozmowy

„byle nie za linię koniecznie za linię”

„Często najciekawsze są i najwięcej mówią te nie do końca zaplanowane treści, położone tak trochę obok głównej linii tekstu. Dla mnie praca z wierszem to pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne – ja wpływam na tekst, a on wpływa na mnie” – z Agatą Puwalską rozmawia Roman Honet.

03.06.2025 Rozmowy

Nie rozmieniał się na drobne

Juliusz tropił życie, zajmowała go witalność – pomimo wszystko. W wierszach znajdziesz głównie owo „mimo wszystko”, ale na pierwszym planie było u Julka pierwotne zdziwienie tym, że coś jest, że jest on sam, który potrafi to zobaczyć i ma narzędzia, żeby spróbować to opowiedzieć – mówi Radosław Wiśniewski w rozmowie z Romanem Honetem o życiu i poezji Juliusza Gabryela.

20.05.2025 Rozmowy

Poezja nie jest ukryta za murem

„Myślę, że to jest również tajemnica poezji i sztuki w ogóle – niezachwiana wiara w moc wyobraźni”. Z Magdaleną Bielską rozmawia Roman Honet.