Próba ognia

Roman Honet: Jan Potkań­ski w omó­wie­niu Żaren doszu­ku­je się pokre­wieństw two­jej poezji, dodam, że nie cho­dzi mu wyłącz­nie o tę książ­kę, z wier­sza­mi Róże­wi­cza i z utwo­ra­mi auto­rów Nowej Fali. Nie­wy­klu­czo­ne, że naj­moc­niej­szy nacisk poło­żył na nawią­za­nia do twór­czo­ści Cze­sła­wa Miło­sza, choć nie omiesz­kał wspo­mnieć o Witol­dzie Wirp­szy i Tymo­te­uszu Kar­po­wi­czu, cytu­ję: „poety­ka lin­gwi­stycz­na i sze­rzej awan­gar­do­wa nie­wąt­pli­wie współ­two­rzy styl poety, choć w nie­rów­nym stop­niu nazna­cza poszcze­gól­ne wier­sze i tomy”. Co sądzisz o kry­tycz­no­li­te­rac­kich pere­gry­na­cjach i sko­ja­rze­niach tego rodza­ju? Jakie daw­niej­sze tra­dy­cje pol­skiej poezji są dla cie­bie wyjąt­ko­wo żywot­ne i fra­pu­ją­ce? Albo: szcze­gól­nie odpy­cha­ją­ce czy obo­jęt­ne?

Prze­my­sław Sucha­nec­ki: Nie ukry­wam, że odna­le­zie­nie w moich wier­szach tro­pów miło­szow­skich, czy róże­wi­czow­skich mnie zasko­czy­ło, ale nie ode­pchnę­ło. Wła­ści­wie to się ucie­szy­łem, ponie­waż już od daw­na cią­gnie mnie do Miło­sza, szcze­gól­nie wła­śnie tego „środ­ko­we­go”, czy­li Miło­sza z tomów Król Popiel…, Gucio Zacza­ro­wa­ny, czy Gdzie wscho­dzi słoń­ce…, o któ­rym wspo­mi­na Potkań­ski. Mam wra­że­nie, że wła­śnie tam jego zdol­ność do prze­no­sze­nia mak­sy­mal­nej gęsto­ści zna­cze­nio­wo-sko­ja­rze­nio­wej przy dość nie­skom­pli­ko­wa­nej skład­ni się­gnę­ła zeni­tu. Gdy na nowo wra­cam do wier­szy Miło­sza z tam­te­go okre­su, to za każ­dym razem wła­śnie jest to powrót „na nowo” – mam wra­że­nie jak­bym czy­tał je po raz pierw­szy. Bar­dziej pro­ble­ma­tycz­ne, to zna­czy trud­niej prze­cho­dzą­ce przez gar­dło, jest dla mnie pokre­wień­stwo z Róże­wi­czem, ponie­waż o ile uwiel­biam jego poemat Non-Stop Show, tomy Nie­po­kójCzer­wo­na ręka­wicz­ka, o tyle nie czu­ję spe­cjal­nie, żebym coś od Róże­wi­cza brał, jakoś czę­sto o nim myślał ani namięt­nie do nie­go wra­cał. Jeśli już, to tego rodza­ju kon­cen­tra­cja myśli była­by fra­zą róże­wi­czo-podob­ną, zapo­śred­ni­czo­ną u innych poetów, na przy­kład Her­ber­ta, w któ­rym lata temu się zaczy­ty­wa­łem, czy choć­by póź­niej­szych tomów Mar­ci­na Sen­dec­kie­go, tu wymie­nię jego rewe­la­cyj­ny Przed­miar robót. Wirp­sza i Kar­po­wicz, ich dziw­ne zda­nia i poetyc­ko-sur­re­al­no-filo­zo­ficz­ne wywo­dy to aspek­ty, któ­re grze­ją mnie już od lat i fak­tycz­nie wpły­wa­ją na pew­ne ele­men­ty mojej twór­czo­ści, nawet przez dosłow­ne wspo­mnie­nie, tu i tam. Ogól­nie rzecz bio­rąc, sko­ja­rze­nia i pere­gry­na­cje tego rodza­ju odbie­ram z rado­ścią. A co do ożyw­czych tra­dy­cji w kon­tek­ście Żaren, myślę, że nie od para­dy było­by przy­wo­ła­nie tu Pau­la Cela­na, ponie­waż to wła­śnie w jego wier­szach – w tłu­ma­cze­niu Andrze­ja Lama – zaczy­ty­wa­łem się, gdy przy­go­to­wy­wa­łem mate­riał do tej książ­ki. Wiersz Pole­ce­nia pla­net pier­wot­nie nosił tytuł Celan, ale uzna­łem to za cokol­wiek pre­ten­sjo­nal­ne [śmiech]. Oprócz tego wszel­kie­go gatun­ku i imie­nia „sło­weńsz­czy­zna”; Sły­wyń­ski w tłu­ma­cze­niu Zadu­ry ze zbio­ru Rucho­my ogień, wcze­sny Żadan ze zbio­ru Histo­ria kul­tu­ry począt­ku stu­le­cia – tu rów­nież Zadu­ra w roli tłu­ma­cza, w ogó­le poezja ukra­iń­ska w tłu­ma­cze­niu Zadu­ry. Chleb­ni­kow też poja­wia się na hory­zon­cie. Więc, nie­ste­ty, ale Żar­na są naj­mniej „pol­ską” książ­ką, jeśli cho­dzi o wpły­wy, spo­śród tych, któ­re napi­sa­łem. Albo przy­szły do mnie te pol­skie wpły­wy z zamierz­chłych lek­tu­ro­wych cza­sów i tego nie zauwa­ży­łem. Wte­dy fak­tycz­nie były­by to naj­bar­dziej poto­czy­ste momen­ty Miło­sza i Sosnow­skie­go. Bar­giel­ska, w któ­rej zaczy­ty­wa­łem się przy oka­zji Łucz­ni­ka, Roman Honet, Jacek Pod­sia­dło z lat 90. ubie­głe­go wie­ku, naj­bar­dziej strze­li­ste epi­fa­nie Miło­sza Bie­drzyc­kie­go i Rober­ta Rybic­kie­go, Kry­nic­ki, Przy­boś, Peiper, Czuch­now­ski. Jest tego spo­ro, z bie­giem cza­su zapew­ne będą mia­ły miej­sce lek­tu­ro­we powro­ty do  kla­sy­ków, a wraz z tymi powro­ta­mi z pew­no­ścią nowe i żywe tra­dy­cje.

Z bie­giem cza­su umrze­my [śmiech]. Szyb­ko poło­ży­łeś znak rów­no­ści mię­dzy tym, co w lite­ra­tu­rze jest nowe i żywe. Dokąd mogą pro­wa­dzić, jak sam powie­dzia­łeś, „nowe tra­dy­cje”? Lubię wra­cać do tego pyta­nia, ponie­waż mnie fra­pu­je, drą­ży mnie, więc je roz­wi­nę: czy te „nowe tra­dy­cje” mogą pro­wa­dzić do „lepiej” czy choć­by „ina­czej” w wier­szu, w poezji, czy wyłącz­nie wio­dą do „nowo­ści”? Nawet jeśli ta „nowość” od same­go począt­ku jest mar­twa – jako chy­bio­ny gest, nie­uda­ny eks­pe­ry­ment? Jako zapa­trze­nie w sie­bie?

Przede wszyst­kim cho­dzi­ło­by chy­ba o nowe spoj­rze­nie na coś, co już zda­wa­ło­by się zna­my. Na pew­no jest ci zna­ny stan umy­słu, kie­dy masz w gło­wie nazwi­sko jakie­goś kla­sycz­ne­go auto­ra, któ­re­go kie­dyś czy­ta­łeś, na przy­kład w szko­le, z przy­mu­su, masz z nim jakieś sko­ja­rze­nia, ale jeśli two­ja cie­ka­wość prze­ła­mie zasło­nę tych sko­ja­rzeń i fak­tycz­nie się­gnie na nowo po doko­na­nia tego twór­cy z prze­szło­ści, nagle może się oka­zać, że ta, zda­wa­ło­by się, zaku­rzo­na lite­ra­tu­ra mówi do cie­bie pięk­nym, świe­żym języ­kiem, prze­ma­wia do jakiejś czę­ści cie­bie, któ­ra daw­niej nie była tak wykształ­co­na jak w chwi­li powro­tu. Mam tak ostat­nio z Mic­kie­wi­czem, podob­nie oko­ło rok temu z Nad Nie­mnem – uwa­żam, że w przy­pad­ku tego ostat­nie­go pro­ble­mem nie są słyn­ne opi­sy przy­ro­dy, zresz­tą pięk­ne, lecz nud­na fabu­ła! [śmiech] A jeśli cho­dzi o prze­ło­że­nie na póź­niej­sze pisa­nie? Dla mnie to rów­nież jest jesz­cze tro­chę tajem­ni­cza kwe­stia. Rze­czy­wi­ście, tak rozu­mia­ne pona­wia­nie kon­tak­tów z tra­dy­cja­mi może odmie­niać coś w języ­ku twór­czo­ści, ale to jest pro­ces rów­no­le­gły do tej roz­mo­wy z jakąś ukształ­to­wa­ną przez czas i doświad­cze­nia czę­ścią cie­bie, o któ­rej mówi­łem przed chwi­lą. Mówiąc pro­ściej: musi zacho­dzić roz­wój wewnętrz­ny auto­ra – więc z zało­że­nia rów­nież czy­tel­ni­ka – aby te tra­dy­cje zdo­ła­ły zarów­no do nie­go mówić, jak i wpły­wać widocz­nie na to, co two­rzy. Tego rodza­ju roz­wój, mam wra­że­nie i nadzie­ję, zacho­dzi dość dyna­micz­nie w moim przy­pad­ku, dla­te­go może tyle w ostat­nich latach napi­sa­łem [śmiech].

Jawa,  mam na myśli rze­czy­wi­stość, jest na tyle „wszyst­kim”, że zazwy­czaj nie przy­dzie­la­no jej osob­ne­go boga. W prze­ci­wień­stwie do snu czy bez­sen­no­ści. Co jest dla cie­bie, albo co mogło­by być, „bogiem osob­nym” opi­sy­wa­nej przez cie­bie rze­czy­wi­sto­ści? A może „boga­mi”? Czy „radość, któ­ra jest pust­ką”? Albo wycho­dze­nie „z krę­gu zbęd­ne­go już świa­tła”? Czy może ten „nikły punk­cik, co żarzy się zapi­sem w ner­wach skó­ry, / w roz­luź­nio­nych mię­śniach i wewnętrz­nym uchu”?

Na boskość, jeśli w ogó­le miał­bym pró­bo­wać ją jakoś ujmo­wać, fak­tycz­nie patrzę jak na coś roz­ka­wał­ko­wa­ne­go. To jest coś, do cze­go mamy dostęp zale­d­wie przez chwi­lę i zaraz zni­ka. Na szczę­ście poezja może pole­gać tak­że na zbie­ra­niu takich mgnień, epi­fa­nii i gro­ma­dze­niu ich w swo­istych kata­lo­gach – czę­sto to robię i spra­wia mi to ogrom­ną przy­jem­ność. A może boskość to jest ten moment, gdy wyda­rzy się coś pięk­ne­go i odbior­ca tego pięk­na może przez chwi­lę ode­tchnąć tro­chę głę­biej? Nie wiem, w każ­dym razie nie lubię bosko­ści wszech­ogar­nia­ją­cej, ponie­waż z obec­no­ścią tego rodza­ju czu­ję się nie­wy­god­nie. Jestem w tej mie­rze zde­cy­do­wa­nie poli­te­istą, któ­ry wycho­dzi do swo­ich bogów, kie­dy mu się podo­ba i roz­ma­wia z nimi w ciszy.

Oprócz mowy, nawet jeśli mia­ła­by słu­żyć roz­mo­wie w ciszy, w two­ich utwo­rach czę­sto poja­wia się zmysł wzro­ku. Wiersz Cze­kaj spo­in­to­wa­łeś: „Dla­te­go uży­li ognia / i coś ze mnie wle­cia­ło każ­de­mu do oczu.”, w wier­szu Przed­sio­nek poja­wia się motyw pie­lę­gna­cji oczu, odręb­ny utwór nosi tytuł Oczy naszych sióstr – mógł­bym wyli­czać dłu­żej, ale żeby nie wyrę­czać czy­tel­ni­ków, poprze­sta­nę na cyta­cie z utwo­ru Pro­duk­ty nie­ba: „Dzi­siaj jest taki dzień, że widzę przez te oczy – / oba­wiam się, że skła­da­my się wyłącz­nie z nich”. Ludz­kie oczy umoż­li­wia­ją widze­nie wyłącz­nie małe­go frag­men­tu wid­ma elek­tro­ma­gne­tycz­ne­go. Świa­tło widzial­ne to nie­wiel­ka szcze­li­na w sze­ro­kim ciem­nym wid­mie, któ­re roz­cią­ga się od naj­krót­szych fal pro­mie­nio­wa­nia gam­ma po dłu­gie fale radio­we. Jak to więc jest „skła­dać się wyłącz­nie z oczu”? Jak wów­czas się patrzy i co moż­na zoba­czyć?

Rze­czy­wi­ście, wyobraź­nia, obraz czy serie prze­la­tu­ją­cych wizji to sko­ja­rze­nia czę­sto nasu­wa­ją­ce się po lek­tu­rze moich wier­szy. Już kil­ka osób mówi­ło mi o tym wła­śnie w ten spo­sób. Myślę, że to „prze­wzro­ko­wa­nie”, nad­mier­ne sku­pie­nie się aku­rat na tym zmy­śle spo­śród wszyst­kich pozo­sta­łych, któ­rych obec­ność pró­bu­ję opie­wać, wyni­ka z jakiejś kon­tro­lu­ją­cej neu­ro­zy. Tej neu­ro­zy wymu­sza­ją­cej cią­głą czuj­ność wobec nad­cho­dzą­ce­go nie­bez­pie­czeń­stwa. Cięż­ko wyłą­czyć ten mecha­nizm. Jed­no­cze­śnie w ota­cza­ją­cym świe­cie jest tyle pięk­na – z wie­kiem doce­niam je coraz głę­biej – że chce się w kół­ko je chło­nąć, nicze­go nie zgu­bić. Więc zbie­ram te wizu­al­ne wspo­mnie­nia, one we mnie prę­dzej czy póź­niej coś zapa­la­ją – i wów­czas powsta­ją tek­sty. Nie­zmier­nie przy­jem­ny jest moment, gdy znaj­du­jesz satys­fak­cjo­nu­ją­ce sło­wa do opi­su obra­zu, któ­ry ci się przy­da­rzył. Ale wró­żę sobie, że peł­ną doj­rza­łość osią­gnę w momen­cie, gdy fokus prze­nie­sie się na słuch i dotyk.

Wspo­mnia­ny przez cie­bie Zadu­ra w jed­nym z wywia­dów powie­dział, że zaczął pisać poezję, ponie­waż zde­cy­do­wał czy zale­d­wie pomy­ślał, nie pamię­tam, to było tak daw­no, że do nie­wie­lu przy­jem­no­ści w życiu war­to dodać przy­jem­ność pisa­nia wier­szy. Na czym więc według cie­bie pole­ga poezja? Albo wobec cze­go może polec, w takim sen­sie, że się kła­dzie, że nie nadą­ża? Obec­nie, w cza­sie gar­gan­tu­icz­ne­go roz­wo­ju tech­no­lo­gii, któ­re zapew­ne mają z nią nie­wie­le wspól­ne­go?

Myślę, że tutaj rów­nież wyzna­wał­bym zasa­dę przy­jem­no­ści. Pisząc na róż­nym pozio­mie już od kil­ku­na­stu lat, same­mu uku­łem taką teo­rię, że zanim w ogó­le zechce się myśleć o poka­za­niu komu­kol­wiek swo­ich doko­nań twór­czych, naj­pierw trze­ba sobie wyro­bić solid­ne poczu­cie fraj­dy z same­go pro­ce­su two­rze­nia, obra­bia­nia już utwo­rzo­ne­go i tak dalej. Jeśli to nie spra­wia przy­jem­no­ści two­rzą­ce­mu, wów­czas odbior­ca tak­że nie będzie miał fraj­dy z czy­ta­nia – dla mnie jest to oczy­wi­ste. Wszel­kie gada­nie o „twór­czych mękach”, „wyku­wa­niu się w tru­dach” to po pro­stu ema­na­cje auto­ra biczu­ją­ce­go się wła­snym sro­gim osą­dem i wykrę­co­nym poza ska­lę auto­kry­ty­cy­zmem. Pisa­nie powin­no być przy­jem­nym pro­ce­sem. Jeśli zaś cho­dzi o „nadą­ża­nie”, to w moim prze­ko­na­niu poezja abso­lut­nie nie musi biec czy lecieć w tym samym tem­pie co świat, a już na pew­no nie w tym samym co tech­no­lo­gia. Ponie­waż poezja jest wła­śnie po to, żeby dać nam wytchnie­nie od tego pędu. I jeśli już koniecz­nie trze­ba pędzić, to naj­wy­żej po to, żeby chłod­ny powiew tego roz­pę­du owio­nął nam twa­rze w upal­ny dzień.

Zejdź­my więc na zie­mię i załóż­my, że świat nie jest rezul­ta­tem ani przy­pad­ku, ani inten­cji, lecz wła­śnie wspo­mnia­ną rze­czy­wi­sto­ścią – tak samo jak ten chłod­ny powiew, ten upal­ny dzień, ale tak­że ubó­stwo, woj­ny, cho­ro­by, szpi­ta­le, wię­zie­nia – i tak dalej. Jest taki dla­te­go, że taka jest jego natu­ra i tak jest mu dobrze. Ale cza­sem ta natu­ra świa­ta może być nie­zno­śna. Jakie jej ele­men­ty są dla cie­bie nie­zno­śne w naj­więk­szym stop­niu? Czy to „kry­zys i bogac­two” z wier­sza Wszyst­kie pro­ste dro­gi, czy może wspo­mnia­na w utwo­rze Wejdź cho­ro­ba, któ­rej nazwa „to pierw­sze sło­wo, któ­re widzisz w gło­wie / gdy rodzisz się bez wzro­ku i masz tyl­ko język / na swo­je pocie­sze­nie i na kie­row­nic­two”?

Nie­zno­śne dla mnie, jak nie­trud­no się domy­ślić, jest wszyst­ko to, co przy­szło na świat za spra­wą ludzi: wszel­ka nie­spra­wie­dli­wość, igno­ran­cja, nad­mier­na sta­łość poglą­dów i nawy­ków prze­cho­dzą­ca w tok­sycz­ne skost­nie­nie. Podob­nie jest z poczu­ciem wiel­kiej misji, któ­rej każ­dy czło­wiek ma pod­po­rząd­ko­wać się za cenę przy­na­leż­no­ści. Pró­by osią­ga­nia dekla­ra­tyw­nie wyso­kich celów niski­mi środ­ka­mi. Wła­śnie to ostat­nie łączy się zarów­no ze skost­nie­niem, jak i igno­ran­cją, a naj­czę­ściej prze­cho­dzi tak­że w czy­nie­nie nie­spra­wie­dli­wo­ści. Szcze­gól­nie gdy owe „wyso­kie cele” osią­ga­ne są przy jed­no­cze­snym oka­zy­wa­niu pogar­dy i wyż­szo­ści ludziom z bliż­sze­go czy dal­sze­go oto­cze­nia.

Owszem, skost­nie­nie może być tok­sycz­ne, tak w naj­więk­szym skró­cie, a rów­no­cze­śnie w roz­sąd­nym, jeśli moż­na to tak rozu­mieć, prze­dłu­że­niu two­ich słów i myśli. Tak w życiu, jak w lite­ra­tu­rze. W zacho­wa­niach, w utwo­rach lite­rac­kich, w codzien­nym postę­po­wa­niu. Ale ste­try­cza­łe może być rów­nież sza­leń­stwo. Tak jak malar­stwo bizan­tyj­skie – dla mnie to wła­śnie jest skost­nia­łe sza­leń­stwo. Nie każ­dy pacjent oddzia­łu psy­chia­trycz­ne­go jest Napo­le­onem, wie­lu ludzi jest tam – po pro­stu. Wylą­do­wa­li. W skost­nie­niu. W zanie­by­ciu. Poza inny­mi ludź­mi. Poza życiem. „Bunt nie prze­mi­ja, / Bunt się usta­tecz­nia”, zapi­sał Gro­cho­wiak. Zapy­tam więc, czy wolał­byś skost­nieć w sza­leń­stwie, czy usta­tecz­nić się w tok­sycz­no­ści, co wybrał­byś i dla­cze­go?

Nie wiem, dla­cze­go miał­bym wybie­rać, sko­ro oba bie­gu­ny tej alter­na­ty­wy zawie­ra­ją skost­nie­nie i sta­tecz­ność, jest to wła­ści­we to samo. Z desz­czu pod ryn­nę, Scyl­la i Cha­ryb­da i tak dalej. Wolał­bym nie skost­nieć w żad­nym sza­leń­stwie, lecz raczej ela­stycz­nie sur­fo­wać mię­dzy sza­leń­stwem a spo­ko­jem ducha. A usta­tecz­nie­nie w tok­sycz­no­ści postrze­gam jako sytu­ację czy moment tego rodza­ju, gdy moje musi być na wierz­chu tak inten­syw­nie i upar­cie, że nie widzę już racji ani uczuć dru­gie­go czło­wie­ka: wyglą­da mi to na dość upior­ny stan. Jeśli kie­dy­kol­wiek ktoś zare­je­stru­je w moim postę­po­wa­niu coś podob­ne­go, pro­szę na mnie nakrzy­czeć [śmiech]. Naiw­no­ścią było­by jed­nak sądzić, że nigdy tak się nie zacho­wy­wa­łem ani nie zacho­wam. Czas poka­że. Nato­miast na wszel­kie wąt­pli­wo­ści w kwe­stii tego, cze­go prze­ja­wem jest albo może być okre­ślo­ne zacho­wa­nie czy wypo­wie­dzia­ne zda­nie, poma­ga cisza, wyco­fa­nie, medy­ta­cja. Dopó­ki trwa aktyw­ność i eks­pe­ry­ment, dopó­ty trwa­ją wąt­pli­wo­ści. I nigdy nie wia­do­mo do koń­ca, kie­dy ani jaki aspekt oso­bo­wo­ści się usta­tecz­ni albo skost­nie­je, o ile świat z mocą na to nie odpo­wie.

Nawet jeśli ów świat i ta jego moc to ele­men­ty wszech­świa­ta nie­zbyt sta­bil­ne­go, lecz prze­ciw­nie, przy­po­mi­na­ją­ce­go cha­otycz­ne uni­wer­sum z wier­sza Księ­życ, czy­li „Wszech­świat roz­bu­ja­ny, posie­ka­ny zdrój”?

Hm, to chy­ba jest już reflek­sja, któ­ra przy­cho­dzi z coraz więk­szą siłą po życiu w dużej mie­rze już prze­ży­tym. Potrze­ba cza­su i doświad­cze­nia, aby zro­zu­mieć i w peł­ni zaak­cep­to­wać, że cha­os jest nie­mal wszę­dzie, zmia­na dzie­je się cały czas. Zarów­no w środ­ku, jak i na zewnątrz. As abo­ve, so below. Ale bez zde­rzeń z mocą świa­ta – rozu­mia­ne­go jako zewnętrz­ność, infor­ma­cje, inni ludzie – nie było­by dyna­micz­nej ewo­lu­cji, jak­kol­wiek głę­bo­ko bywa ona bole­sna.

Jak pró­bu­jesz prze­ro­bić przy­wo­ła­ne wcze­śniej ele­men­ty – zarów­no w poezji, jak i w życiu – na bar­dziej zno­śne? Czy w ogó­le pró­bu­jesz? Mówię o tej „prze­rób­ce” jako o pew­ne­go rodza­ju prze­bu­dze­niu do rze­czy­wi­sto­ści, tak, aby to, co utrwa­lasz na piśmie, nie było wyłącz­nie grą wyobraź­ni, być może cho­ro­bli­wej, a z pew­no­ścią wła­ści­wej mło­dzień­cze­mu marzy­ciel­stwu. Zresz­tą w jed­nym z krót­kich wier­szy bez tytu­łu zapi­sa­łeś: „Nie leżał­bym tutaj, / gdy­by nie prze­bu­dze­nia przod­ków, / ich podró­że, / ich rów­ne mycie rąk”. Dla mnie to nie marzy­ciel­stwo, ale dotkli­wy bagaż, pew­ne­go rodza­ju myśl, inte­lek­tu­al­nie trzeź­wa, traf­na i głę­bo­ka. Może dla­te­go tak trud­no z nią żyć?

Gdy myślę o tym czte­ro­wer­sie i pró­bu­ję sobie przy­po­mnieć, co wte­dy czu­łem, to chy­ba jed­nak cho­dzi­ło mi o wdzięcz­ność za to, że żyję i że pew­na sekwen­cja wyda­rzeń dopro­wa­dzi­ła do tego, że tu jestem. W koń­cu gdy­by któ­ryś z moich przod­ków nie doty­kał swo­je­go potom­ka czy­sty­mi ręka­mi, to mogło­by mnie nie być z powo­dów czy­sto bio­lo­gicz­nych. Moż­na to uznać za dotkli­wy bagaż, a moż­na za obfi­ty dar. Sta­ram się jed­nak, żeby moje pisa­nie wciąż było, jak kie­dyś pięk­nie ujął to mój kole­ga Mar­cin Świąt­kow­ski, „z zachwy­tu”. A „uzno­śnie­nie” draż­nią­cych, nie­zno­śnych ele­men­tów? Sta­ram się trzy­mać z dale­ka od ludzi, któ­rzy tro­chę zbyt gło­śno pró­bu­ją nakło­nić mnie do swo­ich racji. Zwra­cam się tak­że w stro­nę przy­ro­dy, aby „doła­do­wać bate­rie” przed kolej­ny­mi pery­pe­tia­mi ze świa­tem spo­łecz­nym. Jeśli zaś cho­dzi o pozy­tyw­ne dzia­ła­nia, sta­ram się ota­czać ludź­mi życz­li­wy­mi, nie tyl­ko wobec mnie, i ocze­ki­wać od nich tyle, ile trze­ba. I robić wszyst­ko, co potra­fię, aby nie przy­mna­żać cier­pie­nia ani im, ani same­mu sobie.

Dla mnie brzmi to tro­chę jak przy­zna­nie się do mizan­tro­pii, a tro­chę tak, jak myśl sfor­mu­ło­wa­na być może na wzór cyni­ków, zwłasz­cza Anty­ste­nes paso­wał­by tutaj, że musia­łeś ufor­mo­wać świat na swój wła­sny obraz, któ­ry nie jest obra­zem pięk­nym, ale wyłącz­nie do nie­go przy­wy­kłeś.

Mizan­tro­pia? Nie wyda­je mi się. Myślę, że raczej prze­ja­wiam, albo przy­naj­mniej chciał­bym prze­ja­wiać pew­ne­go rodza­ju realizm. Albo efekt samo­po­zna­nia? Po pro­stu wiem, że świat spo­łecz­ny jest dla mnie na dłuż­szą metę wyczer­pu­ją­cy. Ale raczej kocham ludzi, przy­naj­mniej tych, któ­rzy są mi bli­scy. Albo lubię. Albo jakoś tam się do nich uśmie­cham z dale­ka. Wiem, że bez nich nie był­bym tym, kim jestem, nawet jeśli po pew­nym cza­sie mnie męczą. A jeśli krzy­wię się na ludzi w ogól­no­ści, rów­no­cze­śnie zda­ję sobie spra­wę z tego, że wyni­ka to z moje­go wewnętrz­ne­go sta­nu. Jeśli zaś mowa o for­mo­wa­niu świa­ta, ono jed­nak jest jakoś potrzeb­ne, żeby w nim prze­trwać. Prze­cież zwie­rzę­ta leśne ryją sobie nory i drą­żą dziu­ple, a tro­pi­kal­ne ryby cho­wa­ją się w skal­nych zagłę­bie­niach mor­skie­go dna. Nie widzę w tym nic szcze­gól­nie smut­ne­go ani nad­mier­nie rado­sne­go. Myślę, że jest to po pro­stu pięk­ne.

Czy wspo­mnia­ne przed­tem prze­bu­dze­nie do rze­czy­wi­sto­ści to według cie­bie tra­gicz­ny moment? Może ści­ślej: dla cie­bie. Wspo­mnę o Nocy ciem­nej św. Jana od Krzy­ża, wie­le razy pró­bo­wa­łem prze­czy­tać tę książ­kę, zresz­tą nie­zmier­nie skrom­ną, ale nie zro­zu­mia­łem wie­le oprócz tego, że czło­wiek w pew­nym wie­ku, prze­waż­nie śred­nim – oczy­wi­ście jeśli trak­tu­je poważ­nie swo­ją wia­rę – doświad­cza tej ciem­nej nocy, ona trwa nawet kil­ka lat – następ­nie zaś wycho­dzi z niej oczysz­czo­ny ducho­wo. Może więc zosta­je wypro­wa­dzo­ny przez Boga? Nie­mniej nie jestem czło­wie­kiem wia­ry, więc może dla­te­go to prze­sła­nie w moim przy­pad­ku oka­za­ło się raczej chy­bio­ne. Jak więc postrze­gasz to prze­bu­dze­nie do rze­czy­wi­sto­ści? W jaki spo­sób „nadą­żasz za cza­sem”?

Hah, dobrze, że przy­wo­łu­jesz aku­rat św. Jana od Krzy­ża! Trze­ba ci wie­dzieć, że swe­go cza­su, po matu­rze, na jakieś trzy lata zosta­łem kato­li­kiem, bierz­mo­wa­łem się z wła­snej woli i tak dalej. Chy­ba jedy­nie po to, aby zbun­to­wać się prze­ciw sym­bo­lom rodzi­ców, ponie­waż za mło­du obo­je byli prak­ty­ku­ją­cy­mi bud­dy­sta­mi [śmiech]. Ale pod­cho­dzi­łem do tego na tyle poważ­nie i wni­kli­wie, że z wiel­ką uwa­gą czy­ta­łem misty­ków, i to był pierw­szy okres w moim życiu, gdy rze­czy­wi­ście zaglą­da­łem w głąb sie­bie i odnaj­dy­wa­łem gąsz­cze wła­snej neu­ro­zy [śmiech]. Dobrze wspo­mi­nam tam­ten czas, dobrze wspo­mi­nam wer­to­wa­nie i zgłę­bia­nie nie­któ­rych ustę­pów, tak­że z Nocy ciem­nej. Rów­nież nie prze­czy­ta­łem jej do koń­ca – zresz­tą nie uwa­żam, żeby każ­dą książ­kę trze­ba było czy­tać do koń­ca, aby móc uznać ją za uko­cha­ną. A co do sed­na pyta­nia, to myślę, że prze­ży­łem w ostat­nich latach kil­ka „ciem­nych nocy”: jed­ną z nich na pew­no był począ­tek pan­de­mii, tak­że z tego powo­du, że zaraz przed jej roz­prze­strze­nie­niem się w Pol­sce zmarł mój pies. Sie­dzia­łem wte­dy przez czte­ry mie­sią­ce w Szcze­ci­nie, w dziw­nej żało­bie pomie­sza­nej z para­no­ją. Spa­ko­wa­łem się zale­d­wie na kil­ka dni, ponie­waż przy­je­cha­łem tyl­ko poże­gnać psa, nie prze­czu­wa­jąc, że za chwi­lę zamknie się cały świat. Ten czas zaowo­co­wał wier­sza­mi, któ­re zna­la­zły się w O. Kolej­nym cza­sem tego rodza­ju był moment pisa­nia Łucz­ni­ka, gdy uczęsz­cza­łem na tera­pię gru­po­wą na oddzia­le dzien­nym Zakła­du Psy­cho­te­ra­pii Szpi­ta­la Uni­wer­sy­tec­kie­go w Kra­ko­wie. Była to bar­dzo dziw­na, gęsta sytu­acja, owoc­na, ale wyzwa­la­ją­ca rów­nież tyle dziw­nych mocy, że w pew­nym momen­cie sku­mu­lo­wa­ły się i wów­czas poczu­łem kom­pul­sję gro­ma­dze­nia obra­zów, słów i opo­wia­da­nia histo­rii. Tak więc tutaj ta „noc” była cokol­wiek jaśniej­sza. Mógł­bym wymie­nić jesz­cze kil­ka podob­nych momen­tów, ale pod­su­mo­wu­jąc: to chy­ba poezja jest tym, co pozwa­la mi zdać rela­cję z tego, jak dziw­ny­mi momen­ta­mi są wspo­mnia­ne „prze­bu­dze­nia do rze­czy­wi­sto­ści”. Momen­ta­mi, gdy obja­wia ci się dual­ność, sprzecz­ność tego świa­ta, albo wręcz jego mul­ti­bie­gu­no­wość.

Jeśli pozwo­lisz, wróć­my do „kocha­nych ksią­żek”. Któ­re książ­ki kochasz tak gorą­co, że ich nie prze­czy­ta­łeś – z całą świa­do­mo­ścią tego, że wolał­byś nie, że raczej nie, że nie teraz? Sam myślę o Dzie­łach zebra­nych Con­ra­da, o tym, że nie prze­czy­tam, wiem o tym, zapew­ne nie wystar­czy cza­su. Dru­gi przy­kład to te wier­sze Lecho­nia i Tuwi­ma, któ­rych nauczy­łem się na pamięć, cza­sem recy­tu­ję je sobie na głos albo w myślach, ale boję się się­ga­nia po książ­ki w oba­wie, że źle je zapa­mię­ta­łem. Więc: jakie? I dla­cze­go?

Ostat­nio mam tak z Isa­akiem Bashe­vi­sem Sin­ge­rem – to nazwi­sko czę­ściej zaczę­ło się poja­wiać wokół mnie i ogar­nę­ło mnie prze­czu­cie, że muszę prze­czy­tać jego książ­ki, a gdy to zro­bię, dosta­nę w darze coś nie­ja­sne­go, ale dro­gie­go. Podob­nie mam ze ZłymDzien­ni­kiem 1954 Tyr­man­da – obie książ­ki mam na pół­ce i cze­ka­ją na odpo­wied­ni moment, ponie­waż po lek­tu­rze frag­men­tów wiem, że to będą petar­dy. Jesz­cze Czer­wo­na księ­ga Jun­ga. Czło­wiek, któ­ry śpi Pere­ca. Nie­prze­czy­ta­ne albo prze­czy­ta­ne daw­no temu powie­ści Flau­ber­ta, do któ­rych muszę wró­cić. To cie­ka­wa kwe­stia, ale nie jest ona jakąś moją ogrom­ną fik­sa­cją. Jak zdą­żę, to zdą­żę.

W utwo­rze Za cza­sem zapi­sa­łeś: jestem Wic­ked Game – naj­bar­dziej cove­ro­wa­nym, remik­so­wa­nym, obrzy­ga­nym kawał­kiem tego wie­ku”. O, jak na to cze­ka­łem! Denis Dide­rot napi­sał, że każ­dy wiek rodzi swo­ją ideę i zada­niem pisa­rzy, a więc tak­że poetów, jest jej sfor­mu­ło­wa­nie. Nie­wy­klu­czo­ne, że do tej myśli odwo­ły­wał się Sán­dor Márai, gdy w swo­im Dzien­ni­ku kre­ślił: „Ideą XIX wie­ku była wol­ność. Ideą XX wie­ku jest eme­ry­tu­ra”. Moim zda­niem ideą XXI wie­ku mogło­by być żebrac­two. A ty, jak uwa­żasz?

Może ideą prze­wod­nią w naszym stu­le­ciu mógł­by być wła­śnie remiks? Cove­ru­je­my, remik­su­je­my i prze­ra­bia­my na potę­gę, i chy­ba robi­my to w bez­czel­niej­szy spo­sób niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, szcze­gól­nie w muzy­ce. Ale nie cho­dzi mi tu o star­cze gde­ra­nie, raczej o coś, co mnie nie­odmien­nie fascy­nu­je i zdu­mie­wa, gdy sty­kam się – naj­czę­ściej przy­pad­kiem – z pew­ny­mi zja­wi­ska­mi kul­tu­ro­wy­mi. Świat, jaki sobie wytwa­rzam inten­cjo­nal­nie, z pomo­cą pie­czo­ło­wi­cie dobie­ra­nych wytwo­rów kul­tu­ry, to świat raczej pod­ziem­ny, ale nie tyl­ko taki. Może po pro­stu jakoś tajem­ni­czy. Albo pozwa­la­ją­cy mi wypły­nąć na głęb­sze wody jaź­ni. Jeśli cho­dzi o Wic­ked Game, po pro­stu nad­pi­sa­łem tę linij­kę, jedząc obiad w jakiejś mek­sy­kań­skiej knajp­ce w Lon­dy­nie. Aku­rat zagra­no ten kawa­łek i nagle uświa­do­mi­łem sobie, ile w ostat­nich latach sły­sza­łem wer­sji tej melo­dii – wów­czas poczu­łem pew­ne znie­chę­ce­nie, zmę­cze­nie kul­tu­rą popu­lar­ną. Ale wra­ca­jąc do poprzed­nich zdań: nie­sa­mo­wi­te w naszym stu­le­ciu jest to, że chy­ba jak żaden poprzed­ni daje nam oka­zję do zamknię­cia się w „swo­im świe­cie” – na dobre i na złe. Może­my czy­tać tyl­ko te książ­ki, któ­re lubi­my, słu­chać tyl­ko tej muzy­ki, któ­rą już lubi­my, przy­swa­jać tyl­ko te infor­ma­cje, któ­re algo­rytm już nam pod­su­nął jako te, któ­re będzie­my chcie­li przy­swo­ić w przy­szło­ści. Czy­li, być może, ideą prze­wod­nią dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku była­by komo­ra echa?

A może – sko­ro „Minął już czas lata­ją­cej śmier­ci” i sko­ro „zanu­rzy­łem się w nowiu i z dna wzią­łem całą wie­dzę”, jak zapi­sa­łeś w wier­szu Nów – raczej iro­nia? Zasta­na­wiam się, na ile była­by zwró­co­na w stro­nę komi­zmu lite­ra­tu­ry pika­rej­skiej, a na ile pod­szy­ta cyni­zmem i nihi­li­zmem, aku­rat wła­śnie tej lite­ra­tu­rze w pew­nej mie­rze i tak nie­ob­cej?

Nie wiem, czy wła­śnie dzie­więt­na­sty wiek nie był bar­dziej odważ­nie i naiw­nie iro­nicz­ny, może nawet prze­śmiew­czy. Na myśl przy­cho­dzi mi Nie­tz­sche i jego krót­kie tek­ści­ki ze Zmierz­chu bożyszcz – obra­zo­bur­cze, ale rów­no­cze­śnie pod­szy­te pew­ną bez­tro­ską naiw­no­ścią i lek­kim humo­rem. Tak przy­naj­mniej zapa­mię­ta­łem wra­że­nie z daw­nej lek­tu­ry. W każ­dym razie tego rodza­ju iro­nia była­by dzi­siaj nie­ade­kwat­na, naj­pew­niej ode­bra­na jako trą­cą­ca mysz­ką. Być może to, co jest teraz, to wła­śnie iro­nia wyni­ka­ją­ca ze świa­do­mo­ści, że wszyst­ko już było i zosta­ło nam tyl­ko prze­ra­bia­nie? Pod­cho­dzę jed­nak podejrz­li­wie  do tego typu wizji, ponie­waż, jak wia­do­mo, naj­star­sza babi­loń­ska gli­nia­na tablicz­ka mówi, że mło­dzież scho­dzi na psy i że kie­dyś było lepiej.

Jeże­li chce­my dowie­dzieć się cze­goś o pisa­rzu, odpo­wie­dzi nale­ży szu­kać nie w jego życiu, lecz w jego dzie­łach. Praw­dzi­wym życiem pisa­rza jest jego dzie­ło, cała resz­ta to co naj­wy­żej opa­ko­wa­nie. Tak twier­dził Bene­det­to Cro­ce, któ­ry naj­wy­raź­niej nie miał naj­lep­sze­go zda­nia o bio­gra­fiach pisa­rzy. Dość auto­ry­ta­tyw­ne stwier­dze­nie, choć nie­po­zba­wio­ne pew­ne­go inte­lek­tu­al­ne­go – a rów­no­cze­śnie uro­kli­we­go – wyzwa­nia, może nawet pew­nej praw­dy. Jak sądzisz?

Przez sze­reg lat wycho­dzi­łem z odwrot­ne­go zało­że­nia. Jeśli choć tro­chę spodo­ba­ło mi się dzie­ło dane­go auto­ra, musia­łem się dowie­dzieć wszyst­kie­go o jego życiu, aby ów obraz się nie­ja­ko dopeł­nił. Ten nawyk pozo­stał mi do dzi­siaj, choć sam ogląd duali­zmu autor–dzieło raczej się wypo­środ­ko­wał. To zna­czy, że dostrze­gam wię­cej war­tej uwa­gi opo­wie­ści o auto­rze w samym dzie­le, lepiej przy­cho­dzi sma­ko­wa­nie mi tej opo­wie­ści wraz z bie­giem lat i stop­nio­wym uka­zy­wa­niem się peł­niej­sze­go spek­trum mojej wła­snej opo­wie­ści. Wyda­je mi się, że wcze­śniej potrze­bo­wa­łem pali­wa, inspi­ra­cji do two­rze­nia moje­go wła­sne­go życia, dla­te­go tyle cza­su spę­dza­łem w bio­gra­fiach zamiast w dzie­le.

Czy teraz żal ci tego cza­su? A może się przy­dał?

Abso­lut­nie się przy­dał. Zgłę­bia­nie tych bio­gra­fii poka­za­ło mi, że nawet naj­więk­szy życio­wy nie­po­rzą­dek moż­na po latach poka­zać jako racjo­nal­ną, bie­gną­cą po pew­nej linii histo­rię [śmiech]. A i we mnie coś się prze­cież w tych dniach, mie­sią­cach i latach dzia­ło, raz bar­dziej poukła­da­nie, czę­ściej kapry­śnie, a z tych kapry­śnych kolei losu nie raz coś wykwi­ta­ło. Więc po pew­nym cza­sie, gdy zoba­czy­łem już więk­szy zakres tej swo­jej histo­rii, stwier­dzi­łem, że jest to los współ­dzie­lo­ny, i nie muszę się czuć gor­szy od kogo­kol­wiek inne­go, kto coś „osią­gnął” czy „został zapa­mię­ta­ny przez potom­nych”. To wszyst­ko jeden ludz­ki kocioł cha­osu.

Ten ludz­ki kocioł cha­osu, jak powie­dzia­łeś, cza­sem poja­wia się w two­jej poezji. Widzę w niej pew­ną figu­rę, dość dra­pież­ną – to oni. „Oni wyje­dzą z nas całą pust­kę, któ­ra pozo­sta­ła nam, aby czuć”, zapi­sa­łeś w wier­szu Patrzę na lite­ry – i dalej: oni „Dry­lu­ją spo­łecz­ne zło­ża na plat­for­mach wiszą­cych tuż nad naszym pierw­szym sło­wem o zmro­ku / piją nasze soki”, „doty­ka­ją nas”. „Jest w nich coś natręt­ne­go, ale cze­ka­ją na nas”. Rów­nież w utwo­rze Gdy­by tyl­ko poja­wia się zapis: „wysa­dza­ją mnie ze wszyst­kich miejsc”. Kim są oni?

To są ludzie, któ­rych nie znam, któ­rzy nie wia­do­mo cze­go ode mnie chcą, któ­rzy pró­bu­ją mi coś wmó­wić. Świa­dec­two pew­ne­go zdy­stan­so­wa­nia wobec świa­ta, umiej­sco­wie­nia z boku. Być może cza­sem sam wolał­bym się nie nazy­wać, nie odzna­czać się, dla­te­go odbie­ram imię tym posta­ciom. Nie­ko­niecz­nie złym.

Wła­śnie. Czło­wiek musi mieć w swo­im życiu jesz­cze inną obec­ność, kogoś inne­go; ma ją, być może wro­dzo­ną, albo wymy­śla lub dzie­dzi­czy w wie­rze, lecz zda­rza­ją się sytu­acje, czę­sto tra­gicz­ne, kie­dy ta, któ­rą ma, prze­pad­nie, wymy­ślo­na w koń­cu oka­że się złu­dze­niem dla nie­go same­go, a dzie­dzi­czo­na – pomył­ką lub buj­dą. Co sądzisz o tym stwier­dze­niu? Jaka albo czy­ja obec­ność pro­wa­dzi­ła cię albo nadal pro­wa­dzi przez wier­sze, przez życie?

Oso­by, któ­re kocham, bądź kocha­łem, moja rodzi­na, ludzie, któ­rych uwa­żam za przy­ja­ciół to chy­ba te „obec­no­ści”. Są nie­licz­ne, ale z upły­wa­ją­cym cza­sem wywie­ra­ją coraz głęb­szy wpływ. I nie jest to stwier­dze­nie cięż­kie, wręcz prze­ciw­nie. Mam wra­że­nie, że świa­do­mość posia­da­nia kil­kor­ga sta­bil­nych przy­ja­ciół jest w pewien spo­sób uskrzy­dla­ją­ca, że masz oso­by, z któ­ry­mi możesz się sobą w mia­rę swo­bod­nie podzie­lić, do któ­rych możesz pójść albo do sie­bie zapro­sić, jeśli jest na to czas i miej­sce.

Być może wiersz nie zna mia­ry pomię­dzy cza­sem, w któ­rym powstał, a swo­ją wła­sną dosko­na­ło­ścią. Kie­dy bra­ku­je tej nie­zro­zu­mia­łej siły, tego cze­goś, co tkwi wewnątrz czło­wie­ka i wypeł­za z nie­go, mówiąc „pisz”, moż­na zmar­no­wać wie­le godzin i zostać obda­ro­wa­nym gnio­tem co naj­wy­żej prze­cięt­nym. A w innej chwi­li zale­d­wie minu­ty spra­wia­ją, że powsta­je wspa­nia­ły klej­no­cik. Jak dłu­go piszesz jeden wiersz? Może piszesz kil­ka naraz? Tu pozwo­lę sobie przy­wo­łać dedy­ka­cję z Żaren: „Tę książ­kę dedy­ku­ję Osta­po­wi Sły­wyń­skie­mu, Ser­hi­jo­wi Żada­no­wi i innym poetom Ukra­iny, któ­rych fra­zy w tłu­ma­cze­niu doj­rza­ły we mnie w pro­ce­sie pisa­nia”. Więc ją przy­wo­łu­ję, ponie­waż, zain­try­go­wa­ny tymi sło­wa­mi, pra­gnął­bym dowie­dzieć się wię­cej o two­im pro­ce­sie twór­czym.

Z dłu­go­ścią moje­go pro­ce­su twór­cze­go jest bar­dzo róż­nie. Na pew­no nie piszę kil­ku wier­szy naraz, zwa­rio­wał­bym. Ale szli­fo­wać kil­ka rów­no­cze­śnie to już co inne­go [śmiech]. Rze­czy­wi­ście mam wier­sze, któ­re powsta­ły nie­zwy­kle szyb­ko, w cią­gu dzie­się­ciu czy pięt­na­stu minut, i póź­niej już nic albo nie­wie­le w nich zmie­nia­łem – tak było z Tra­ge­dią Sokra­te­saO albo z wier­szem Łucz­ni­ka. Nie­któ­re powsta­ją przez tydzień albo dłu­żej – wiersz my sie­dzi­my w czwór­ce któ­ra skrę­ca do kle­pa­rza… z Na rogu powsta­wał oko­ło trzech tygo­dni, Za cza­semŻaren oko­ło tygo­dnia. Raz to jest strzał Amo­ra i fra­zy same się pod­kła­da­ją albo bar­dzo szyb­ko odsła­nia się kom­po­zy­cja i rów­nie szyb­ko potra­fi się zamknąć, innym razem ten oddech jest znacz­nie głęb­szy i aby uzy­skać peł­ny wydech, trze­ba tro­chę powal­czyć. Ale pierw­szy szkic to pierw­szy szkic. Po jego ukoń­cze­niu, któ­re­go moment jest dla mnie raczej intu­icyj­ny, podob­nie jak z koń­cze­niem cało­ści książ­ko­wych, jest satys­fak­cja, jest przy­jem­ność, ale potem wiersz musi się „odle­żeć”, „zgnić”, czy raczej – jak lubię to okre­ślać – „prze­pa­lić”. Musi na nie­go podzia­łać ogień cza­su, prze­mi­ja­ją­cych chwil i doświad­czeń, żeby moż­na było na nie­go spoj­rzeć i swo­bod­nie ode­rwać wypa­lo­ne, nazbyt sła­be ele­men­ty. Więc wra­cam do nich po kil­ka, kil­ka­na­ście, kil­ka­dzie­siąt razy co jakiś czas (dwa tygo­dnie, mie­siąc, trzy?) i spraw­dzam, jak poszcze­gól­ne wier­sze zno­szą tę powol­ną pró­bę ognia.

Jakie warun­ki powin­ny być speł­nio­ne, aby ów pro­ces, o któ­rym zresz­tą w naszej roz­mo­wie wspo­mnia­łeś znacz­nie wcze­śniej, mógł trwać? Nawią­zu­ję do powin­no­ści, ponie­waż powie­dzia­łeś, że „to powi­nien być przy­jem­ny pro­ces”.

Naj­le­piej dla mnie, gdy jest ruch. Gdy przed ocza­mi, rów­nież wspo­mnia­ny­mi wcze­śniej, zmie­nia­ją się obra­zy albo, gdy dzia­ło się to chwi­lę wcze­śniej, na przy­kład w trak­cie podró­ży samo­cho­dem czy pocią­giem. Czę­sto wier­sze przy­da­rza­ją mi się w momen­tach jakie­goś napię­cia, stre­su, sło­wem: gdy dużo się dzie­je. A tak wewnętrz­nie to musi zaist­nieć w środ­ku jakaś próż­nia, gdzie moż­na będzie zassać i nazwać ele­men­ty świa­ta przed­sta­wio­ne­go. Tę próż­nię czę­sto ści­ska­ją ner­wi­ca, depre­sja albo jakaś nie­okre­ślo­na, cięż­ka świa­do­mość. Wte­dy cięż­ko zarów­no o wier­sze, jak i o pró­bę ognia. Ale moż­na ją sobie pró­bo­wać wypra­co­wać, i to mimo subiek­tyw­nych prze­ciw­no­ści. Mnie tak po wie­lo­kroć się uda­wa­ło. Wystar­czy chy­ba mieć pewien azy­mut wska­zu­ją­cy na zami­ło­wa­nie do tej czyn­no­ści.

Jak postę­pu­jesz z wier­sza­mi, któ­re nie wytrzy­mu­ją tej „pró­by ognia”? Popra­wiasz? Wyrzu­casz? Odkła­dasz?

Mam osob­ny plik z „odrzu­ta­mi”, gdzie skła­du­ję rze­czy, któ­re po wie­lu podej­ściach do nich wciąż nie chcą ze mną współ­pra­co­wać. Czas poka­że czy prze­pad­ną na zawsze, czy znaj­dę na nie jakiś pomysł. Róż­nie z tym bywa.

Pamięć ludz­ka z rze­czy zwy­kłych zdol­na jest uczy­nić świę­te i nie­na­ru­szal­ne, i w tym więk­szym stop­niu nie­re­al­ne, im nie­gdyś ich real­ność wyda­wa­ła się bliż­sza, wręcz natu­ral­na i nie­zbęd­na. Gdy wspo­mi­na­łem roz­ma­ite wypad­ki z moje­go życia, naj­pierw przez pewien czas widzia­łem sie­bie, nie­mal zawsze znaj­do­wa­łem się wte­dy w środ­ku minio­nych rze­czy i zda­rzeń, a nie­wie­le póź­niej było tak, jak­bym stał na zewnątrz, jak­bym jedy­nie rela­cjo­no­wał czy­jąś opo­wieść i nie­for­tun­nie pró­bo­wał wcie­lić się w jej boha­te­ra. Wspo­mi­nam o pamię­ci, ponie­waż w utwo­rze Teraz zapi­sa­łeś: „Woda plą­cze życie świę­tu­ją­cym ludziom, / gdy prze­sią­ka przez krót­ką sierść lśnią­ce­go psa, co goni i kąsa mi pamięć”. Na czym według cie­bie pole­ga „kąsa­nie pamię­ci” – na jej prze­wle­kło­ści czy zani­ka­niu? Co kąsa two­ją pamięć?

Cho­dzi­ło mi chy­ba raczej o pew­ne intru­zyw­ne myśli, któ­re powra­ca­ją nagle i meta­fo­rycz­nie kąsa­ją. Nie powo­du­ją wiel­kie­go bólu, ale lek­kie ukłu­cie. To ukłu­cie moż­na potrak­to­wać pla­ster­kiem i pocze­kać aż się zagoi, a moż­na tak­że roz­dra­pać je do roz­mia­rów wiel­kiej rany i wte­dy poja­wia się praw­dzi­wy ból, ale wyrzą­dzo­ny już post fac­tum, w dodat­ku przez nas samych. Zmie­rzam do tego, że pamięć, tak jak i emo­cje po pro­stu są neu­tral­ne. Mogą być narzę­dzia­mi, któ­ry­mi posłu­gu­je­my się dla swo­je­go dobra, lecz mogą być prze­szko­da­mi, a nawet całym torem prze­szkód, jeśli odpo­wied­nio się zanie­dba­my i w porę nie prze­bu­du­je­my tych zja­wisk ku wła­sne­mu dobru. W przy­to­czo­nym przez cie­bie przy­kła­dzie, przy­wo­ła­łem wspo­mnie­nie moje­go kocha­ne­go psa jako obra­zu w wier­szu. I myślę, że on w jakimś sen­sie ten wiersz ubar­wia, więc koń­co­wo efekt jest raczej pozy­tyw­ny.

Czy wier­sze pisze się dla czy­tel­ni­ka? Lubisz spo­tka­nia z czy­tel­ni­ka­mi?

 Uzna­ję dość okle­pa­ną zasa­dę, że wier­sze pisze się przede wszyst­kim dla sie­bie. Po pierw­sze  dla­te­go, że sam jestem czy­tel­ni­kiem tego, co napi­sa­łem i w pierw­szej kolej­no­ści utwór ma spra­wiać fraj­dę wła­śnie mnie, ponie­waż jeśli nie będzie cie­szył mnie same­go, to jak ma ucie­szyć kogo­kol­wiek inne­go? Po dru­gie sam naj­bar­dziej lubię wier­sze, któ­re nie odsła­nia­ją się łatwo, są pro­ble­ma­tycz­ne i trze­ba do nich wra­cać, żeby odkry­ły coś nowe­go. Więc jeśli piszę dla czy­tel­ni­ka, to wła­śnie dla takie­go, któ­ry lubi szpe­rać, grze­bać, powra­cać, mie­sią­ca­mi trzy­mać książ­kę w tor­bie czy ple­ca­ku i zaglą­dać do niej w tram­wa­ju lub pocią­gu, aby wywal­czyć sobie pięk­ne wspo­mnie­nie wśród natło­ku róż­nych zobo­wią­zań. A spo­tka­nia z czy­tel­ni­ka­mi bar­dzo lubię, choć zda­ję sobie spra­wę, że stan­dar­do­wa for­mu­ła spo­tka­nia autor plus pro­wa­dzą­cy i oko­ło godzin­na roz­mo­wa to pew­ne­go rodza­ju per­for­man­ce. Dla­te­go trak­tu­ję te wystę­py pół­po­waż­nie, pozwa­lam sobie na żar­ci­ki i tak dalej. Praw­dzi­we spo­tka­nia odby­wa­ją się już póź­niej, gdy ci, któ­rzy zechcie­li mnie posłu­chać, opusz­cza­ją swo­je sie­dze­nia, wów­czas pod­cho­dzę do nich i może­my swo­bod­nie poroz­ma­wiać. Przy oka­zji kra­kow­skiej pre­mie­ry Żaren pró­bo­wa­łem odejść od wspo­mnia­nej for­mu­ły i z Ale­xem Clo­vem (sak­so­fo­ni­stą, muzy­kiem zespo­łów Nie­chęć i Nin­ja Epi­sko­pat) zro­bi­li­śmy nie­mal godzin­ne czy­ta­nie z muzy­ką, któ­re­go odbiór oka­zał się pozy­tyw­ny, więc myślę, że od cza­su do cza­su będę do tego wra­cał.

Wspo­mnia­łeś o muzy­ce, dla­te­go chciał­bym cię zapy­tać, czy poezja Tade­usza Gaj­ce­go, któ­ry ani razu nie poja­wił się w naszej roz­mo­wie, kie­dy opo­wia­da­łeś o swo­ich lite­rac­kich podró­żach i fascy­na­cjach, wywar­ła wpływ na two­je pisa­nie? Fra­zy z two­je­go wier­sza Teraz: „Teraz, gdy już wie­my, że nie ma tajem­ni­cy, / zie­mia mar­nu­je powie­trze mię­dzy nami. // Ugi­na tra­sę zrzu­tu jak nad­gar­stek mumii, / jak uca­ło­wa­na kość, zrzu­co­na do dołu”, fra­zy z wier­sza Pole­ce­nia pla­net: „Rękę podać pod zie­mią, / podać książ­kę nad świe­cą, / gdy dzień się zbie­ra spod powiek, / a widok nie tłu­cze szkła”. Teraz Gaj­cy: „Mię­dzy nami / jak dło­nie dwie złą­czo­ne są / pamię­ci nasze i miło­ści, / a jeden tyl­ko wspól­ny dom, / któ­ry nade mną w tobie rośnie. / Piszę — jak gra­barz dół wybie­ra / na cia­ła bez­ruch, dło­ni roz­pacz / i sło­wo małe sta­je nie­raz / jak krzyż lub wie­niec”. Twój wiersz Wejdź: „[…] godzi­ny otwar­cia: // pły­ną w dębo­wych szu­fla­dach / prze­wie­szo­nych przez ręce naszych zmar­łych / albo zakry­tych życiem przed cho­ro­bą”. Gaj­cy: „i domy z pra­wej, domy z lewej, / w któ­rych o twa­rzach nam podob­nych / w poście­lach leżą, oczy mru­żą / ludzie znu­że­ni jak obło­ki / w sen zapa­trze­ni niby w lustro”. Mnie two­je wier­sze bły­ska­wicz­nie sko­ja­rzy­ły się wła­śnie z Gaj­cym, dla­te­go przy­wo­ła­łem frag­men­ty jego poema­tu Do potom­ne­go. Zresz­tą cof­nij­my się w cza­sie: w wier­szu Mapa z tomu Łucz­nik zapi­sa­łeś: „Moż­li­we, że cię nie dra­śnie obcość moich dło­ni, / na kla­wia­tu­rze leżą jak korze­nie w bagnie”. A teraz znów Gaj­cy: „Cokol­wiek piesz­czą dło­nie nasze / nie­wier­ne jest: czy liść czy woda / prze­cie­ka poprzez pal­ce”. Stąd moje pyta­nie wła­śnie o Tade­usza Gaj­ce­go.

Jeśli miał­bym wska­zać tego z Kolum­bów, któ­re­go twór­czość mia­ła na mnie naj­więk­szy wpływ to był­by to raczej Baczyń­ski. Gaj­ce­go czy­ta­łem tro­chę, ale nie tyle, co Baczyń­skie­go. A już na pew­no Cze­cho­wi­cza, w któ­rym zaczy­ty­wa­li się, jak sądzę, obaj. Coś mnie poru­sza w spo­so­bie tego obra­zo­wa­nia i skła­da­nia zdań zro­dzo­ne­go z napraw­dę doty­kal­nie tra­gicz­nej sytu­acji. Jak Miłosz ukła­da­ją­cy swo­je Poema naiw­ne, gdy gdzieś tam w tle łapan­ki, gru­zy, głód i strach. Może dla­te­go moje wier­sze mogą się wyda­wać tro­chę nie­ade­kwat­ne? Bo nie mam jak odczu­wać gro­zy tego gatun­ku, a mimo to pró­bu­ję ją odtwa­rzać w skład­ni? Może od Gaj­ce­go prze­ją­łem cząst­kę tego nie­po­ko­ju? A może krą­ży mi to w genach od dziad­ka Woły­nia­ka, więź­nia Dachau?

„W nauce pró­bu­je­my w spo­sób zro­zu­mia­ły dla wszyst­kich opo­wie­dzieć o tym, o czym nikt wcze­śniej nie miał poję­cia. W poezji – wręcz prze­ciw­nie” – to sło­wa Pau­la Dira­ca. Nie wiem, czy zgo­dził­byś się z nimi, nie­mniej zesta­wię je z frag­men­tem two­je­go wier­sza Del­ta: „Radość odbie­ra zaba­wę, / ska­czesz w del­tę snu, / jak zwy­kle nad ranem, / gdy nie wiesz, dokąd pły­nąć”. Dla­te­go na zakoń­cze­nie zapy­tam: dokąd pły­niesz i co albo kogo ze sobą zabie­rasz?

Lubię myśleć, że w spo­sób nie­zro­zu­mia­ły opo­wia­dam o rze­czach, o któ­rych nikt wcze­śniej nie miał poję­cia [śmiech]. Pły­nę ku coraz szer­szym zato­kom, wypły­wa­ją ku mnie łodzie nie­zna­nych ple­mion. Witam się z nimi gesta­mi, pró­bu­ję się doga­dać, jak umiem. Ja daję im Coca-Colę i dżem mali­no­wy, a oni w rewan­żu poda­ro­wu­ją mi owo­ce o nazwach nie­zna­nych w języ­kach sze­ro­kie­go świa­ta.

Dzię­ku­ję ci za roz­mo­wę.

Okładka książki Przemysława Suchaneckiego pod tytułem „Żarna”.
Przemysław Suchanecki, „Żarna”, Warszawa: Convivo, 2025.

– poeta, tłumacz z języka angielskiego.

więcej →

– poeta, redaktor, twórca i współtwórca antologii polskiej poezji współczesnej.

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.