Mieliśmy niezwykłego gościa

Anna Sadow­ska: Przy­po­mi­nasz sobie może pierw­szy moment, kie­dy w two­jej świa­do­mo­ści, czy to lite­ra­tu­ro­znaw­czy­ni, czy też w innej per­spek­ty­wie, poja­wi­ła się postać Róży Ostrow­skiej? Przy­go­to­wu­jąc się do tej roz­mo­wy, sama poszu­ki­wa­łam podob­nej chwi­li w cza­sie i uświa­do­mi­łam sobie, że być może takim pierw­szym kon­tak­tem dla mnie wca­le nie była lite­ra­tu­ra, tyl­ko nie­ist­nie­ją­cy już punkt na mapie Gdań­ska. To księ­gar­nia imie­nia Róży Ostrow­skiej w Oli­wie, z ozdob­ną kra­tą w drzwiach.

Ewa Gra­czyk: Cie­ka­we, bo sama wła­śnie takiej chwi­li nie pamię­tam, pew­nie dla­te­go, że odkry­wa­łam Różę dla sie­bie bar­dzo stop­nio­wo. Jestem prze­ko­na­na na przy­kład, że mogłam widzieć przed­sta­wie­nie Przed­wio­śnia Ste­fa­na Żerom­skie­go w 1969 roku – ona była autor­ką adap­ta­cji. Nato­miast świa­do­mie pozna­łam ją dużo póź­niej, kie­dy prze­czy­ta­łam Wyspę, a byłam już wte­dy zupeł­nie doro­sła, na począt­ku lat 2000. Ta książ­ka zro­bi­ła na mnie duże wra­że­nie, ale chy­ba dopie­ro gdy prze­czy­ta­łam ją po raz dru­gi, zro­zu­mia­łam, że to jest wiel­ki tekst.

Czy­li nie zetknę­łaś się z Wyspą w latach 60., gdy książ­ka uka­za­ła się po raz pierw­szy?

Wła­śnie nie. Teraz, gdy tak patrzę z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy, to nie­ste­ty oce­ni­ła­bym sie­bie jako mło­dą bar­dzo sno­bi­stycz­ną oso­bę. Czy­ta­łam wte­dy tyl­ko to, co dale­kie i „euro­pej­skie”. Nato­miast to była pisar­ka stąd, a sama wte­dy głę­bo­ko tym pogar­dza­łam. Ta per­spek­ty­wa wyda­je mi się oczy­wi­ście zupeł­nie absur­dal­na, ponie­waż dziś myślę dokład­nie odwrot­nie. To zresz­tą może typo­we dla osób awan­su­ją­cych, aspi­ru­ją­cych. Jako mło­da oso­ba taka byłam, chcia­łam być kimś wybit­nym, więc ci lokal­ni pisa­rze to nie był pułap, do któ­re­go dąży­łam. Dzi­siaj mnie to samą głę­bo­ko śmie­szy, ten kom­pleks lokal­nej pisar­ki, któ­ra nie ma nic do powie­dze­nia, bo prze­cież jest tutej­sza.

Pamię­tasz, kie­dy nastą­pi­ło to prze­war­to­ścio­wa­nie?

Wła­ści­wie to odkry­łam Różę Ostrow­ską, kie­dy już byłam femi­nist­ką i dzię­ki temu dopie­ro mogłam zoba­czyć, że jej twór­czość to mistrzo­stwo. Z tej per­spek­ty­wy napi­sa­łam dwa tek­sty o Wyspie. Bar­dzo bym jesz­cze chcia­ła napi­sać o Wyspie i o Moim cza­sie osob­nym łącz­nie, bo według mnie one się uzu­peł­nia­ją – według mnie razem są nie­sa­mo­wi­ty­mi tek­sta­mi.

Wła­śnie. Trzy­mam w ręku książ­kę, dzię­ki któ­rej uda­ło ci się przy­wró­cić Ostrow­ską pol­skiej lite­ra­tu­rze. To oczy­wi­ście Ryb­ka, Róża, bunt, pozy­cja wyda­na w zeszłym roku przez słowo/obraz tery­to­ria. Zresz­tą od razu powiem: pięk­nie wyda­na i zapro­jek­to­wa­na, z roślin­ny­mi akcen­ta­mi na wyklej­ce, któ­re prze­do­sta­ją się na okład­kę, na ten zamglo­ny lirycz­ny por­tret Róży.

Pięk­na gra­ficz­na alu­zja. Według mnie jest w tej roślin­no­ści nawią­za­nie do pierw­sze­go wyda­nia Wyspy, któ­re jest wpraw­dzie skrom­ne, ale bar­dzo ład­ne i odno­szą­ce się do moty­wów akwa­ry­stycz­nych. To oczy­wi­ście też znak, suge­stia rela­cji, któ­re łączy­ły pisar­kę z tym jezior­nym kra­jo­bra­zem, przy­ro­dą Kaszub i sze­rzej – ze świa­tem poza­ludz­kim w ogó­le.

W książ­ce znaj­dzie­my czte­ry róż­ne, wybra­ne przez cie­bie tek­sty Róży Ostrow­skiej – opo­wia­da­nia, mikro­po­wie­ści. Tak­że tytuł, do któ­re­go za moment wró­cę, jest two­im pomy­słem. Czu­jesz się współ­au­tor­ką tego tomu?

Wybra­łam te tek­sty ze spu­ści­zny pisar­ki według pew­ne­go klu­cza. I – nawią­zu­jąc do ter­mi­no­lo­gii sztuk wizu­al­nych – czu­ję się kura­tor­ką tej książ­ki, tego wybo­ru. Stwo­rzy­łam pew­ną kon­cep­cję tego, jak spoj­rzeć na jej twór­czość, by ujaw­ni­ła to, co w niej naj­wy­bit­niej­sze, w tym fakt, że Ostrow­ska jest pisar­ką zara­zem „do czy­ta­nia” i pisar­ką bar­dzo wybit­ną. Zasta­na­wia­łam się, jak współ­cze­snym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom poka­zać naj­cie­kaw­szą, repre­zen­ta­tyw­ną odsło­nę jej twór­czo­ści.

Ponieważ istnieje także Róża Ostrowska, którą nazywam na swój użytek „kobietą pracującą”, zarabiającą pisaniem, a przez to chwilami nadaktywną. I choć nie wszystko, co napisała, jest równej jakości, to wiele rzeczy jest bardzo ciekawych.

W wybo­rze, któ­ry zapro­po­no­wa­łam, widać, mam nadzie­ję, naj­więk­sze zale­ty twór­czo­ści Ostrow­skiej. Jako kura­tor­ka tego wybo­ru tek­stów czu­ję się, jak­bym włą­czy­ła reflek­tor i skie­ro­wa­ła snop świa­tła na jej napraw­dę wybit­ne tek­sty.

Wybra­łaś do dru­ku czte­ry utwo­ry – bar­dzo róż­ne, od pierw­sze­go, debiu­tanc­kie­go tek­stu mło­dziut­kiej dziew­czy­ny do bar­dzo doj­rza­łe­go, nie­ukoń­czo­ne­go. Od Itki Fej­gus do Moje­go cza­su osob­ne­go.

Klucz był dość pro­sty i wyda­je mi się, że sku­tecz­ny. Mia­łam poczu­cie, że źró­dłem głów­ne­go świa­tła na tej wysta­wie – by ponow­nie użyć meta­fo­ry kura­tor­skiej – musi być postać autor­ki, dla­te­go są tu wszyst­kie tek­sty, któ­re według mnie moż­na czy­tać w klu­czu auto­bio­gra­ficz­nym, za punkt odnie­sie­nia przyj­mu­jąc dziew­czyn­kę z pod­wi­leń­skiej wsi, następ­nie zbun­to­wa­ną nasto­lat­kę z klasz­tor­nej szko­ły, dalej – mło­dą kobie­tę, a wresz­cie oso­bę cięż­ko cho­rą, w kry­zy­sie. Ten porzą­dek chro­no­lo­gicz­ny i zara­zem auto­bio­gra­ficz­ny oświe­tla całość i cią­gle kie­ru­je uwa­gę ku oso­bie autor­ki. Inny klucz doty­czy z kolei głę­bo­kie­go związ­ku z dwo­ma ośrod­ka­mi: Wil­nem i Kaszu­ba­mi. Dla­te­go też w tym wybo­rze nie zna­lazł się żaden tekst z Siód­me­go pię­tra, tomu drob­nych opo­wia­dań, któ­rych akcja toczy się w Pary­żu.

Ryb­ka, Róża, bunt – tytuł intry­gu­ją­cy, ale też tajem­ni­czy.

„Róża” jest zro­zu­mia­ła. Pozo­sta­łe dwa czło­ny są bar­dziej nie­oczy­wi­ste. „Ryb­ka” – z powo­du pew­nej ukry­tej stro­ny meta­fi­zycz­nej, poetyc­kiej tych tek­stów, bo wbrew pozo­rom nie cho­dzi tutaj o przy­ro­dę czy rybo­łów­stwo, ale o Ryb­kę Ada­ma Mic­kie­wi­cza z Bal­lad i roman­sów – ludo­wą, pogań­ską meta­fi­zy­kę, zwią­zek z litewskim/polskim roman­ty­zmem, z kur­ha­nem, któ­ry poja­wia się w Wyspie i któ­ry trak­to­wać moż­na jako zwią­zek z pierw­szym kra­jo­bra­zem w życiu Róży Ostrow­skiej. Ryb­ka to też per­spek­ty­wa sil­nie kobie­ca, wizja posta­ci na gra­ni­cy świa­ta wod­ne­go i świa­ta ludz­kie­go, boha­ter­ki doko­nu­ją­cej trans­gre­sji, by co noc wra­cać i po pro­stu nakar­mić dziec­ko.

Gdy o tym mówisz, sama tak­że wyraź­nie widzę ten ponie­kąd kur­han, stro­my brzeg rze­ki z Nad Nie­mnem Eli­zy Orzesz­ko­wej…

Tak, bo mam poczu­cie, że Ostrow­ska mia­ła całą tę roman­tycz­ną mito­lo­gię z tyłu gło­wy, była jej świa­do­ma. Zresz­tą sce­na, gdy Janek z Justy­ną są na Mogi­le, któ­ra ma cha­rak­ter nie tyl­ko reli­gij­ny, ale i ducho­wy, meta­fi­zycz­ny…

Okładka książki Róży Ostrowskiej pod tytułem „Rybka, Róża, bunt”.
Róża Ostrowska, „Rybka, Róża, bunt”, wyb. i posł. Ewa Graczyk, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2025.

A trze­ci człon? „Bunt”.

Poli­tycz­na stro­na Róży, ale nie tyl­ko poli­tycz­na. Cały spo­sób, w jaki Róża Ostrow­ska prze­ży­ła życie. Jej bunt miło­sny, kie­dy zre­zy­gno­wa­ła ze związ­ków z męż­czy­zna­mi, któ­rych – zgod­nie z tym, co czu­ła – nie kocha­ła, nie pożą­da­ła. Nato­miast co do poli­ty­ki – Róża zapła­ci­ła wyso­ką cenę za to, że w mar­cu 1968 roku razem z dwój­ką kole­gów zapro­te­sto­wa­ła prze­ciw­ko anty­se­mic­kiej nagon­ce.

Mogę tu przy­wo­łać sło­wa nie­ży­ją­ce­go już Paw­ła Huel­le­go, któ­ry wie­le lat temu w lokal­nym perio­dy­ku „30 dni” napi­sał, że „żaden pro­mi­nent­ny dzia­łacz kul­tu­ry czy pisarz z regio­nu Gdań­ska, Pomo­rza nie poparł wów­czas tego pro­te­stu. Wszy­scy byli odwró­ce­ni. Bali się”.

Ten frag­ment dobrze odda­je dusz­ny kli­mat mar­co­wy, nagon­ki na Różę, bo był „zapis” na jej nazwi­sko. Ostrow­ska stra­ci­ła pra­cę ofi­cjal­nie od stycz­nia 1969 roku, nie mia­ła z cze­go żyć. Tak jak Huel­le pisze: ludzie byli odwró­ce­ni. Może nie wszy­scy, ale zde­cy­do­wa­na więk­szość.

Przy­po­mi­na mi się retro­spek­tyw­na sce­na z Wyspy, gdy jed­na z akto­rek odma­wia zagra­nia cze­goś kon­tro­wer­syj­ne­go. Resz­ta mil­czy, to mło­dzi ludzie, a Moni­ka, głów­na boha­ter­ka, mówi o nich, że mie­li „twa­rze szkol­nych dyplo­ma­tów”.

Tak, tyl­ko pamię­taj, że Róża tej sce­ny nie pisa­ła po 1968 roku; opi­sy­wa­ła sytu­ację jesz­cze sprzed paź­dzier­ni­ko­wej odwil­ży, pew­nie z pierw­szej poło­wy lat 50.

Ta ostroż­na „dyplo­ma­cja” się w mar­cu 1968 roku powtó­rzy. Sku­tek tych wyda­rzeń widzi­my w Moim cza­sie osob­nym, praw­da?

To już jest tekst oso­by, któ­ra czu­je się wyizo­lo­wa­na, na mar­gi­ne­sie. A prze­cież była duszą towa­rzy­stwa, każ­dy, kto, się z nią zetknął, był pod wra­że­niem jej nie­sa­mo­wi­te­go uro­ku.

To osamotnienie, które ją w pewnym momencie spotkało, musiało być dla niej czymś potwornym.

A jed­nak, choć samot­na i w Moim cza­sie osob­nym zmu­szo­na przez oko­licz­no­ści do przy­ziem­nej pra­cy, potra­fi napi­sać: „wsta­ję rano i cały czas jest mój”. To brzmi dziś, w 2026 roku, jak abso­lut­ny luk­sus.

Bo może, choć ludzie już jej nie ota­cza­ją, jej wewnętrz­ne świa­tło cią­gle bije, praw­da? Mój czas osob­ny moż­na czy­tać jako opo­wieść o momen­tach, w któ­rych autor­ka, pomi­mo pust­ki naoko­ło, potra­fi być szczę­śli­wa, potra­fi świę­to­wać. I o tym też jest Wyspa, duża część tej powie­ści jest o tym, jak wspa­nia­le jest być w dobrym dla sie­bie miej­scu i tam prze­ży­wać swo­je życie. Rzecz jasna, to nie jest ide­al­ne, nie jest nie­ru­cho­me, pod­le­ga cią­głej kon­fron­ta­cji z czymś, co wca­le tym nie jest.

Podzie­lasz prze­ko­na­nie, że Wyspa to naj­wy­bit­niej­szy utwór Róży Ostrow­skiej?

I tak, i nie. Naj­lep­szy, bo zamknię­ty, ukoń­czo­ny, taki, któ­ry ona odda­ła w cało­ści. Ale jed­no­cze­śnie w Moim cza­sie… znaj­dzie­my rze­czy bar­dzo nowa­tor­skie, jak choć­by sto­su­nek do wła­snej cie­le­sno­ści. To nie­zwy­kła swo­bo­da: nar­ra­cja roz­po­czy­na się w wychod­ku, a boha­ter­ka znaj­du­je tam swój tekst jako papier toa­le­to­wy.

Uwa­żasz, że to jej wła­sny tekst? Boha­ter­ka czy­ta go zachłan­nie, ale i bar­dzo kry­tycz­nie, nie­do­wie­rza­ją­co.

Myślę, że to jest wła­sny tekst nar­ra­tor­ki, Maj­ki, któ­ra sie­dzi w sta­rej cha­łu­pie, bie­du­je i pró­bu­je zaro­bić na życie. W wiej­skiej toa­le­cie znaj­du­je, jako efekt dość dra­stycz­ne­go recy­klin­gu, swój wła­sny tekst sprzed lat. Zauważ, że poja­wia się tam ta sama postać ciot­ki Elż­bie­ty, któ­rą znaj­dzie­my w Itce Fej­gus. To jest ta sama oso­ba, ta sama bio­gra­fia, myślę, że nale­ży czy­tać je razem.

Moż­na powie­dzieć, że naj­wy­raź­niej to kobie­ty spa­ja­ją tę tetra­lo­gię w całość. Wła­śnie, powróć­my do femi­ni­stycz­nej per­spek­ty­wy, od któ­rej zaczę­ły­śmy i któ­ra, jak wspo­mnia­łaś, pozwo­li­ła ci na dobre odkryć twór­czość Ostrow­skiej.

Tutaj jest pew­na wie­lo­znacz­ność, bar­dzo cie­ka­wa, z uwa­gi na to, że pod­mio­to­wość kobie­ca obja­wia się we wszyst­kich tych czte­rech tek­stach, ale szcze­gól­nie otwar­cie w Wyspie. Naj­bar­dziej rado­śnie. Uży­ła­bym nawet takie­go dio­ni­zyj­skie­go porów­na­nia: Moni­ka, boha­ter­ka, nar­ra­tor­ka, wie­dzie za sobą ten lokal­ny pochód, ten koro­wód ocza­ro­wa­nych nią, zako­cha­nych w niej osób.

Mamy tu też głę­bo­ką, intym­ną, sio­strza­ną więź dwóch kobiet, Moni­ki i gospo­dy­ni Wale­skiej.

Bar­dzo cie­le­sną, zmy­sło­wą więź. Wspa­nia­ła jest zresz­tą postać tej Wale­skiej, oso­by w moim odczu­ciu jak­by poza płcią albo może bisek­su­al­nej? Tę ich rela­cję widzę tro­chę, jak to nazwa­ła Adrien­ne Rich, jako „kon­ti­nu­um les­bij­skie”, wyjąt­ko­wo głę­bo­kie spek­trum przy­jaź­ni i wza­jem­nej fascy­na­cji. Podob­nie poro­zu­mie­nie, któ­re łączy ciot­kę Elż­bie­tę i mło­dą Salo­meę z Moje­go cza­su osob­ne­go.

Zresztą sama Ostrowska żyła w domu kobiet, szybko weszła w życie rodzinne, urodziła córkę, gdy mieszkała w kobiecej wspólnocie z babcią i matką.

W jej utwo­rach jed­nak jest to czę­sto przy­jaźń w cie­niu patriar­cha­tu.

Uoso­bio­ne­go w co naj­mniej kil­ku męskich posta­ciach. Pro­ku­ra­to­ra w Wyspie, trak­tu­ją­ce­go swo­je biu­ro jak harem, dra­pież­ni­ka sek­su­al­ne­go, któ­ry co praw­da nie może dosię­gnąć Moni­ki, ale gdy­by mógł, to… Oraz Kle­muś, oczy­wi­ście, z ostat­niej, nie­do­koń­czo­nej powie­ści: to wyko­rzy­sty­wa­nie ota­cza­ją­cych go kobiet, ta prze­moc w bia­łych ręka­wicz­kach, tak­ty­ka bier­ne­go opo­ru. Kle­muś jest jak wiel­ki pies, któ­ry poło­ży się w przej­ściu, zata­ra­su­je wyj­ście i nie pozwa­la pójść dalej.

Ale jest jesz­cze jed­no obli­cze prze­mo­cy, w klasz­tor­nej szko­le. Mówię tu o opo­wia­da­niu Dzie­się­cio­ro przy­ka­zań sio­stry Imel­dy.

Cie­szę się, że o tym wspo­mi­nasz, o okru­cień­stwie tego opo­wia­da­nia, o samot­no­ści dziew­czyn­ki pozo­sta­wio­nej przez mat­kę, w dobrej wie­rze, w tym miej­scu, któ­re mia­ło być bez­piecz­ne, a sta­ło się pułap­ką.

Doro­ta, boha­ter­ka, kara­na jest na przy­kład przez tytu­ło­wą Imel­dę dłu­go­trwa­łym mil­cze­niem. Dzi­siaj roz­po­zna­je­my ten sche­mat, nazy­wa­my go po pro­stu mob­bin­giem. W ogó­le zdu­mie­wa mnie aktu­al­ność tej książ­ki, całe­go zbio­ru. Sto­su­nek do natu­ry, femi­ni­stycz­na wspól­no­ta, wraż­li­wość spo­łecz­na. Mam poczu­cie, że to wszyst­ko mogło­by zostać napi­sa­ne wczo­raj.

Cza­sem się sły­szy, że Róża Ostrow­ska tak mało po sobie pozo­sta­wi­ła…

 …ale ona umar­ła w wie­ku czter­dzie­stu dzie­wię­ciu lat!

To też. Ale pamię­taj­my, jak mówi­łam na począt­ku, że była „kobie­tą pra­cu­ją­cą”, posta­cią bar­dzo aktyw­ną, bo i recen­zje lite­rac­kie, i pra­ca w „Teatrze Wybrze­że”, i pro­wa­dze­nie audy­cji radio­wych, w tym Obe­rży pod Nep­tu­nem. Więc oczy­wi­ście, że przed­wcze­śnie urwa­ła się jej twór­czość, ale też w tych oko­licz­no­ściach Róża była zdu­mie­wa­ją­co aktyw­na i osią­gnę­ła zaska­ku­ją­co wie­le. Mam poczu­cie, że jest posta­cią kom­plet­ną; to, co po sobie pozo­sta­wi­ła, jest nie­zwy­kle inten­syw­ne, a w koń­cu inten­syw­ność to nie jest spra­wa ilo­ści, praw­da?

Piszesz w posło­wiu do Ryb­ki…, że jest ona pre­qu­elem, zapo­wia­da­ją­cym publi­ka­cję pozo­sta­łych dzieł Róży Ostrow­skiej. Zatem – co będzie w następ­nym tomie, tomach?

Kolej­ny tom to pozo­sta­ła pro­za, ta ze zbio­ru Siód­me pię­tro, opo­wia­da­nia pary­skie, ale i z tomu Pre­mie­ra. Jest też podob­no tro­chę jej opo­wia­dań opu­bli­ko­wa­nych w cza­so­pi­smach i myślę, że war­to to wydać. Trze­ci tom ma mieć cha­rak­ter kaszub­ski i doty­czyć lokal­nej publi­cy­sty­ki, któ­ra jest obszer­na i cie­ka­wa. Tam tak­że powi­nien się zna­leźć słyn­ny Bede­ker kaszub­ski Róży i Iza­bel­li Tro­ja­now­skiej. Czwar­ty tom był­by zwią­za­ny z teatrem: adap­ta­cje, recen­zje, słu­cho­wi­ska, w tym nagra­dza­na Tra­ge­dia o boga­czu i Łaza­rzu, gra­na na sce­nach war­szaw­skich, abso­lut­ny suk­ces. Ist­nie­ją podob­no dzien­ni­ki Róży Ostrow­skiej, poza tym zacho­wa­ły się jej wier­sze, więc to rów­nież jest przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia. Chcia­ła­bym, żeby­śmy mogli ją poka­zać żywą, aktu­al­ną.

Uwa­żasz, że jest wystar­cza­ją­co dobrze upa­mięt­nio­na w Gdań­sku? Zaczę­ły­śmy naszą roz­mo­wę od wspo­mnie­nia oliw­skiej księ­gar­ni jej imie­nia, księ­gar­ni, któ­rej od kil­ku­na­stu lat już nie ma. Ostrow­ska jest patron­ką uli­cy, przy któ­rej sto­ją blo­ki, punk­tow­ce. Nie wiem, czy była­by szczę­śli­wa z tego powo­du.

Tak, to był czło­wiek natu­ry, czło­wiek polnych ście­żek. Nato­miast rze­czy­wi­ście – na pew­no nie pamię­ta się o niej wystar­cza­ją­co. Ale dopie­ro gdy teraz o to zapy­ta­łaś, zda­łam sobie spra­wę, że wcze­śniej się nad tym nie zasta­na­wia­łam. Więc może jakieś świę­to kul­tu­ral­ne jej imie­nia? Oso­bi­ście mam poczu­cie świą­tecz­no­ści tej posta­ci.

Czesław Miłosz powiedział kiedyś o Annie Świrszczyńskiej, że mieliśmy niezwykłego gościa, że zaszczycił nas ktoś wspaniały. Tak samo myślę o Róży – powinniśmy od czasu do czasu świętować, że ktoś taki wśród nas kiedyś był.

Mam też wiel­ką nadzie­ję, że książ­ka, o któ­rej dziś roz­ma­wia­my, jest świę­tem samym w sobie. Cie­szę się ogrom­nie z odze­wu, któ­ry wywo­łu­je. Mam wra­że­nie, że ukry­ty rewo­lu­cyj­ny poten­cjał twór­czo­ści Ostrow­skiej jest jesz­cze do wydo­by­cia. Przy oka­zji: bar­dzo żału­ję, że Róża nie doży­ła cza­sów KOR. Jestem prze­ko­na­na, że była­by tam waż­ną posta­cią. Tym­cza­sem nie było jej to dane.

Paweł Huel­le we wspo­mnia­nym tek­ście pisał, że chciał­by w Oli­wie, sko­ro nie ma już księ­gar­ni „ska­so­wa­nej eko­no­mią”, zoba­czyć duży foto­gra­ficz­ny por­tret autor­ki Wyspy.

To jest bar­dzo ład­ny pomysł. Może kie­dyś się ziści.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

02.06.2026 Cykl sportowy

Nobliwa sztuka mordobicia. Między ringiem a literaturą

Historia sportów walki, podobnie jak historia literatury, jest opowieścią o przekraczaniu granic społecznych, kulturowych i osobistych. Dobrym przykładem jest kwestia obecności kobiet. Na początku XX wieku powszechne było przekonanie, że nadmierna aktywność fizyczna kobiet może prowadzić do poważnych problemów zdrowotnych – o związkach między sztukami walki a literaturą pisze Sylwia Chutnik.