Mieliśmy niezwykłego gościa

Anna Sadow­ska: Przy­po­mi­nasz sobie może pierw­szy moment, kie­dy w two­jej świa­do­mo­ści, czy to lite­ra­tu­ro­znaw­czy­ni, czy też w innej per­spek­ty­wie, poja­wi­ła się postać Róży Ostrow­skiej? Przy­go­to­wu­jąc się do tej roz­mo­wy, sama poszu­ki­wa­łam podob­nej chwi­li w cza­sie i uświa­do­mi­łam sobie, że być może takim pierw­szym kon­tak­tem dla mnie wca­le nie była lite­ra­tu­ra, tyl­ko nie­ist­nie­ją­cy już punkt na mapie Gdań­ska. To księ­gar­nia imie­nia Róży Ostrow­skiej w Oli­wie, z ozdob­ną kra­tą w drzwiach.

Ewa Gra­czyk: Cie­ka­we, bo sama wła­śnie takiej chwi­li nie pamię­tam, pew­nie dla­te­go, że odkry­wa­łam Różę dla sie­bie bar­dzo stop­nio­wo. Jestem prze­ko­na­na na przy­kład, że mogłam widzieć przed­sta­wie­nie Przed­wio­śnia Ste­fa­na Żerom­skie­go w 1969 roku – ona była autor­ką adap­ta­cji. Nato­miast świa­do­mie pozna­łam ją dużo póź­niej, kie­dy prze­czy­ta­łam Wyspę, a byłam już wte­dy zupeł­nie doro­sła, na począt­ku lat 2000. Ta książ­ka zro­bi­ła na mnie duże wra­że­nie, ale chy­ba dopie­ro gdy prze­czy­ta­łam ją po raz dru­gi, zro­zu­mia­łam, że to jest wiel­ki tekst.

Czy­li nie zetknę­łaś się z Wyspą w latach 60., gdy książ­ka uka­za­ła się po raz pierw­szy?

Wła­śnie nie. Teraz, gdy tak patrzę z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy, to nie­ste­ty oce­ni­ła­bym sie­bie jako mło­dą bar­dzo sno­bi­stycz­ną oso­bę. Czy­ta­łam wte­dy tyl­ko to, co dale­kie i „euro­pej­skie”. Nato­miast to była pisar­ka stąd, a sama wte­dy głę­bo­ko tym pogar­dza­łam. Ta per­spek­ty­wa wyda­je mi się oczy­wi­ście zupeł­nie absur­dal­na, ponie­waż dziś myślę dokład­nie odwrot­nie. To zresz­tą może typo­we dla osób awan­su­ją­cych, aspi­ru­ją­cych. Jako mło­da oso­ba taka byłam, chcia­łam być kimś wybit­nym, więc ci lokal­ni pisa­rze to nie był pułap, do któ­re­go dąży­łam. Dzi­siaj mnie to samą głę­bo­ko śmie­szy, ten kom­pleks lokal­nej pisar­ki, któ­ra nie ma nic do powie­dze­nia, bo prze­cież jest tutej­sza.

Pamię­tasz, kie­dy nastą­pi­ło to prze­war­to­ścio­wa­nie?

Wła­ści­wie to odkry­łam Różę Ostrow­ską, kie­dy już byłam femi­nist­ką i dzię­ki temu dopie­ro mogłam zoba­czyć, że jej twór­czość to mistrzo­stwo. Z tej per­spek­ty­wy napi­sa­łam dwa tek­sty o Wyspie. Bar­dzo bym jesz­cze chcia­ła napi­sać o Wyspie i o Moim cza­sie osob­nym łącz­nie, bo według mnie one się uzu­peł­nia­ją – według mnie razem są nie­sa­mo­wi­ty­mi tek­sta­mi.

Wła­śnie. Trzy­mam w ręku książ­kę, dzię­ki któ­rej uda­ło ci się przy­wró­cić Ostrow­ską pol­skiej lite­ra­tu­rze. To oczy­wi­ście Ryb­ka, Róża, bunt, pozy­cja wyda­na w zeszłym roku przez słowo/obraz tery­to­ria. Zresz­tą od razu powiem: pięk­nie wyda­na i zapro­jek­to­wa­na, z roślin­ny­mi akcen­ta­mi na wyklej­ce, któ­re prze­do­sta­ją się na okład­kę, na ten zamglo­ny lirycz­ny por­tret Róży.

Pięk­na gra­ficz­na alu­zja. Według mnie jest w tej roślin­no­ści nawią­za­nie do pierw­sze­go wyda­nia Wyspy, któ­re jest wpraw­dzie skrom­ne, ale bar­dzo ład­ne i odno­szą­ce się do moty­wów akwa­ry­stycz­nych. To oczy­wi­ście też znak, suge­stia rela­cji, któ­re łączy­ły pisar­kę z tym jezior­nym kra­jo­bra­zem, przy­ro­dą Kaszub i sze­rzej – ze świa­tem poza­ludz­kim w ogó­le.

W książ­ce znaj­dzie­my czte­ry róż­ne, wybra­ne przez cie­bie tek­sty Róży Ostrow­skiej – opo­wia­da­nia, mikro­po­wie­ści. Tak­że tytuł, do któ­re­go za moment wró­cę, jest two­im pomy­słem. Czu­jesz się współ­au­tor­ką tego tomu?

Wybra­łam te tek­sty ze spu­ści­zny pisar­ki według pew­ne­go klu­cza. I – nawią­zu­jąc do ter­mi­no­lo­gii sztuk wizu­al­nych – czu­ję się kura­tor­ką tej książ­ki, tego wybo­ru. Stwo­rzy­łam pew­ną kon­cep­cję tego, jak spoj­rzeć na jej twór­czość, by ujaw­ni­ła to, co w niej naj­wy­bit­niej­sze, w tym fakt, że Ostrow­ska jest pisar­ką zara­zem „do czy­ta­nia” i pisar­ką bar­dzo wybit­ną. Zasta­na­wia­łam się, jak współ­cze­snym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom poka­zać naj­cie­kaw­szą, repre­zen­ta­tyw­ną odsło­nę jej twór­czo­ści.

Ponieważ istnieje także Róża Ostrowska, którą nazywam na swój użytek „kobietą pracującą”, zarabiającą pisaniem, a przez to chwilami nadaktywną. I choć nie wszystko, co napisała, jest równej jakości, to wiele rzeczy jest bardzo ciekawych.

W wybo­rze, któ­ry zapro­po­no­wa­łam, widać, mam nadzie­ję, naj­więk­sze zale­ty twór­czo­ści Ostrow­skiej. Jako kura­tor­ka tego wybo­ru tek­stów czu­ję się, jak­bym włą­czy­ła reflek­tor i skie­ro­wa­ła snop świa­tła na jej napraw­dę wybit­ne tek­sty.

Wybra­łaś do dru­ku czte­ry utwo­ry – bar­dzo róż­ne, od pierw­sze­go, debiu­tanc­kie­go tek­stu mło­dziut­kiej dziew­czy­ny do bar­dzo doj­rza­łe­go, nie­ukoń­czo­ne­go. Od Itki Fej­gus do Moje­go cza­su osob­ne­go.

Klucz był dość pro­sty i wyda­je mi się, że sku­tecz­ny. Mia­łam poczu­cie, że źró­dłem głów­ne­go świa­tła na tej wysta­wie – by ponow­nie użyć meta­fo­ry kura­tor­skiej – musi być postać autor­ki, dla­te­go są tu wszyst­kie tek­sty, któ­re według mnie moż­na czy­tać w klu­czu auto­bio­gra­ficz­nym, za punkt odnie­sie­nia przyj­mu­jąc dziew­czyn­kę z pod­wi­leń­skiej wsi, następ­nie zbun­to­wa­ną nasto­lat­kę z klasz­tor­nej szko­ły, dalej – mło­dą kobie­tę, a wresz­cie oso­bę cięż­ko cho­rą, w kry­zy­sie. Ten porzą­dek chro­no­lo­gicz­ny i zara­zem auto­bio­gra­ficz­ny oświe­tla całość i cią­gle kie­ru­je uwa­gę ku oso­bie autor­ki. Inny klucz doty­czy z kolei głę­bo­kie­go związ­ku z dwo­ma ośrod­ka­mi: Wil­nem i Kaszu­ba­mi. Dla­te­go też w tym wybo­rze nie zna­lazł się żaden tekst z Siód­me­go pię­tra, tomu drob­nych opo­wia­dań, któ­rych akcja toczy się w Pary­żu.

Ryb­ka, Róża, bunt – tytuł intry­gu­ją­cy, ale też tajem­ni­czy.

„Róża” jest zro­zu­mia­ła. Pozo­sta­łe dwa czło­ny są bar­dziej nie­oczy­wi­ste. „Ryb­ka” – z powo­du pew­nej ukry­tej stro­ny meta­fi­zycz­nej, poetyc­kiej tych tek­stów, bo wbrew pozo­rom nie cho­dzi tutaj o przy­ro­dę czy rybo­łów­stwo, ale o Ryb­kę Ada­ma Mic­kie­wi­cza z Bal­lad i roman­sów – ludo­wą, pogań­ską meta­fi­zy­kę, zwią­zek z litewskim/polskim roman­ty­zmem, z kur­ha­nem, któ­ry poja­wia się w Wyspie i któ­ry trak­to­wać moż­na jako zwią­zek z pierw­szym kra­jo­bra­zem w życiu Róży Ostrow­skiej. Ryb­ka to też per­spek­ty­wa sil­nie kobie­ca, wizja posta­ci na gra­ni­cy świa­ta wod­ne­go i świa­ta ludz­kie­go, boha­ter­ki doko­nu­ją­cej trans­gre­sji, by co noc wra­cać i po pro­stu nakar­mić dziec­ko.

Gdy o tym mówisz, sama tak­że wyraź­nie widzę ten ponie­kąd kur­han, stro­my brzeg rze­ki z Nad Nie­mnem Eli­zy Orzesz­ko­wej…

Tak, bo mam poczu­cie, że Ostrow­ska mia­ła całą tę roman­tycz­ną mito­lo­gię z tyłu gło­wy, była jej świa­do­ma. Zresz­tą sce­na, gdy Janek z Justy­ną są na Mogi­le, któ­ra ma cha­rak­ter nie tyl­ko reli­gij­ny, ale i ducho­wy, meta­fi­zycz­ny…

Okładka książki Róży Ostrowskiej pod tytułem „Rybka, Róża, bunt”.
Róża Ostrowska, „Rybka, Róża, bunt”, wyb. i posł. Ewa Graczyk, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2025.

A trze­ci człon? „Bunt”.

Poli­tycz­na stro­na Róży, ale nie tyl­ko poli­tycz­na. Cały spo­sób, w jaki Róża Ostrow­ska prze­ży­ła życie. Jej bunt miło­sny, kie­dy zre­zy­gno­wa­ła ze związ­ków z męż­czy­zna­mi, któ­rych – zgod­nie z tym, co czu­ła – nie kocha­ła, nie pożą­da­ła. Nato­miast co do poli­ty­ki – Róża zapła­ci­ła wyso­ką cenę za to, że w mar­cu 1968 roku razem z dwój­ką kole­gów zapro­te­sto­wa­ła prze­ciw­ko anty­se­mic­kiej nagon­ce.

Mogę tu przy­wo­łać sło­wa nie­ży­ją­ce­go już Paw­ła Huel­le­go, któ­ry wie­le lat temu w lokal­nym perio­dy­ku „30 dni” napi­sał, że „żaden pro­mi­nent­ny dzia­łacz kul­tu­ry czy pisarz z regio­nu Gdań­ska, Pomo­rza nie poparł wów­czas tego pro­te­stu. Wszy­scy byli odwró­ce­ni. Bali się”.

Ten frag­ment dobrze odda­je dusz­ny kli­mat mar­co­wy, nagon­ki na Różę, bo był „zapis” na jej nazwi­sko. Ostrow­ska stra­ci­ła pra­cę ofi­cjal­nie od stycz­nia 1969 roku, nie mia­ła z cze­go żyć. Tak jak Huel­le pisze: ludzie byli odwró­ce­ni. Może nie wszy­scy, ale zde­cy­do­wa­na więk­szość.

Przy­po­mi­na mi się retro­spek­tyw­na sce­na z Wyspy, gdy jed­na z akto­rek odma­wia zagra­nia cze­goś kon­tro­wer­syj­ne­go. Resz­ta mil­czy, to mło­dzi ludzie, a Moni­ka, głów­na boha­ter­ka, mówi o nich, że mie­li „twa­rze szkol­nych dyplo­ma­tów”.

Tak, tyl­ko pamię­taj, że Róża tej sce­ny nie pisa­ła po 1968 roku; opi­sy­wa­ła sytu­ację jesz­cze sprzed paź­dzier­ni­ko­wej odwil­ży, pew­nie z pierw­szej poło­wy lat 50.

Ta ostroż­na „dyplo­ma­cja” się w mar­cu 1968 roku powtó­rzy. Sku­tek tych wyda­rzeń widzi­my w Moim cza­sie osob­nym, praw­da?

To już jest tekst oso­by, któ­ra czu­je się wyizo­lo­wa­na, na mar­gi­ne­sie. A prze­cież była duszą towa­rzy­stwa, każ­dy, kto, się z nią zetknął, był pod wra­że­niem jej nie­sa­mo­wi­te­go uro­ku.

To osamotnienie, które ją w pewnym momencie spotkało, musiało być dla niej czymś potwornym.

A jed­nak, choć samot­na i w Moim cza­sie osob­nym zmu­szo­na przez oko­licz­no­ści do przy­ziem­nej pra­cy, potra­fi napi­sać: „wsta­ję rano i cały czas jest mój”. To brzmi dziś, w 2026 roku, jak abso­lut­ny luk­sus.

Bo może, choć ludzie już jej nie ota­cza­ją, jej wewnętrz­ne świa­tło cią­gle bije, praw­da? Mój czas osob­ny moż­na czy­tać jako opo­wieść o momen­tach, w któ­rych autor­ka, pomi­mo pust­ki naoko­ło, potra­fi być szczę­śli­wa, potra­fi świę­to­wać. I o tym też jest Wyspa, duża część tej powie­ści jest o tym, jak wspa­nia­le jest być w dobrym dla sie­bie miej­scu i tam prze­ży­wać swo­je życie. Rzecz jasna, to nie jest ide­al­ne, nie jest nie­ru­cho­me, pod­le­ga cią­głej kon­fron­ta­cji z czymś, co wca­le tym nie jest.

Podzie­lasz prze­ko­na­nie, że Wyspa to naj­wy­bit­niej­szy utwór Róży Ostrow­skiej?

I tak, i nie. Naj­lep­szy, bo zamknię­ty, ukoń­czo­ny, taki, któ­ry ona odda­ła w cało­ści. Ale jed­no­cze­śnie w Moim cza­sie… znaj­dzie­my rze­czy bar­dzo nowa­tor­skie, jak choć­by sto­su­nek do wła­snej cie­le­sno­ści. To nie­zwy­kła swo­bo­da: nar­ra­cja roz­po­czy­na się w wychod­ku, a boha­ter­ka znaj­du­je tam swój tekst jako papier toa­le­to­wy.

Uwa­żasz, że to jej wła­sny tekst? Boha­ter­ka czy­ta go zachłan­nie, ale i bar­dzo kry­tycz­nie, nie­do­wie­rza­ją­co.

Myślę, że to jest wła­sny tekst nar­ra­tor­ki, Maj­ki, któ­ra sie­dzi w sta­rej cha­łu­pie, bie­du­je i pró­bu­je zaro­bić na życie. W wiej­skiej toa­le­cie znaj­du­je, jako efekt dość dra­stycz­ne­go recy­klin­gu, swój wła­sny tekst sprzed lat. Zauważ, że poja­wia się tam ta sama postać ciot­ki Elż­bie­ty, któ­rą znaj­dzie­my w Itce Fej­gus. To jest ta sama oso­ba, ta sama bio­gra­fia, myślę, że nale­ży czy­tać je razem.

Moż­na powie­dzieć, że naj­wy­raź­niej to kobie­ty spa­ja­ją tę tetra­lo­gię w całość. Wła­śnie, powróć­my do femi­ni­stycz­nej per­spek­ty­wy, od któ­rej zaczę­ły­śmy i któ­ra, jak wspo­mnia­łaś, pozwo­li­ła ci na dobre odkryć twór­czość Ostrow­skiej.

Tutaj jest pew­na wie­lo­znacz­ność, bar­dzo cie­ka­wa, z uwa­gi na to, że pod­mio­to­wość kobie­ca obja­wia się we wszyst­kich tych czte­rech tek­stach, ale szcze­gól­nie otwar­cie w Wyspie. Naj­bar­dziej rado­śnie. Uży­ła­bym nawet takie­go dio­ni­zyj­skie­go porów­na­nia: Moni­ka, boha­ter­ka, nar­ra­tor­ka, wie­dzie za sobą ten lokal­ny pochód, ten koro­wód ocza­ro­wa­nych nią, zako­cha­nych w niej osób.

Mamy tu też głę­bo­ką, intym­ną, sio­strza­ną więź dwóch kobiet, Moni­ki i gospo­dy­ni Wale­skiej.

Bar­dzo cie­le­sną, zmy­sło­wą więź. Wspa­nia­ła jest zresz­tą postać tej Wale­skiej, oso­by w moim odczu­ciu jak­by poza płcią albo może bisek­su­al­nej? Tę ich rela­cję widzę tro­chę, jak to nazwa­ła Adrien­ne Rich, jako „kon­ti­nu­um les­bij­skie”, wyjąt­ko­wo głę­bo­kie spek­trum przy­jaź­ni i wza­jem­nej fascy­na­cji. Podob­nie poro­zu­mie­nie, któ­re łączy ciot­kę Elż­bie­tę i mło­dą Salo­meę z Moje­go cza­su osob­ne­go.

Zresztą sama Ostrowska żyła w domu kobiet, szybko weszła w życie rodzinne, urodziła córkę, gdy mieszkała w kobiecej wspólnocie z babcią i matką.

W jej utwo­rach jed­nak jest to czę­sto przy­jaźń w cie­niu patriar­cha­tu.

Uoso­bio­ne­go w co naj­mniej kil­ku męskich posta­ciach. Pro­ku­ra­to­ra w Wyspie, trak­tu­ją­ce­go swo­je biu­ro jak harem, dra­pież­ni­ka sek­su­al­ne­go, któ­ry co praw­da nie może dosię­gnąć Moni­ki, ale gdy­by mógł, to… Oraz Kle­muś, oczy­wi­ście, z ostat­niej, nie­do­koń­czo­nej powie­ści: to wyko­rzy­sty­wa­nie ota­cza­ją­cych go kobiet, ta prze­moc w bia­łych ręka­wicz­kach, tak­ty­ka bier­ne­go opo­ru. Kle­muś jest jak wiel­ki pies, któ­ry poło­ży się w przej­ściu, zata­ra­su­je wyj­ście i nie pozwa­la pójść dalej.

Ale jest jesz­cze jed­no obli­cze prze­mo­cy, w klasz­tor­nej szko­le. Mówię tu o opo­wia­da­niu Dzie­się­cio­ro przy­ka­zań sio­stry Imel­dy.

Cie­szę się, że o tym wspo­mi­nasz, o okru­cień­stwie tego opo­wia­da­nia, o samot­no­ści dziew­czyn­ki pozo­sta­wio­nej przez mat­kę, w dobrej wie­rze, w tym miej­scu, któ­re mia­ło być bez­piecz­ne, a sta­ło się pułap­ką.

Doro­ta, boha­ter­ka, kara­na jest na przy­kład przez tytu­ło­wą Imel­dę dłu­go­trwa­łym mil­cze­niem. Dzi­siaj roz­po­zna­je­my ten sche­mat, nazy­wa­my go po pro­stu mob­bin­giem. W ogó­le zdu­mie­wa mnie aktu­al­ność tej książ­ki, całe­go zbio­ru. Sto­su­nek do natu­ry, femi­ni­stycz­na wspól­no­ta, wraż­li­wość spo­łecz­na. Mam poczu­cie, że to wszyst­ko mogło­by zostać napi­sa­ne wczo­raj.

Cza­sem się sły­szy, że Róża Ostrow­ska tak mało po sobie pozo­sta­wi­ła…

 …ale ona umar­ła w wie­ku czter­dzie­stu dzie­wię­ciu lat!

To też. Ale pamię­taj­my, jak mówi­łam na począt­ku, że była „kobie­tą pra­cu­ją­cą”, posta­cią bar­dzo aktyw­ną, bo i recen­zje lite­rac­kie, i pra­ca w „Teatrze Wybrze­że”, i pro­wa­dze­nie audy­cji radio­wych, w tym Obe­rży pod Nep­tu­nem. Więc oczy­wi­ście, że przed­wcze­śnie urwa­ła się jej twór­czość, ale też w tych oko­licz­no­ściach Róża była zdu­mie­wa­ją­co aktyw­na i osią­gnę­ła zaska­ku­ją­co wie­le. Mam poczu­cie, że jest posta­cią kom­plet­ną; to, co po sobie pozo­sta­wi­ła, jest nie­zwy­kle inten­syw­ne, a w koń­cu inten­syw­ność to nie jest spra­wa ilo­ści, praw­da?

Piszesz w posło­wiu do Ryb­ki…, że jest ona pre­qu­elem, zapo­wia­da­ją­cym publi­ka­cję pozo­sta­łych dzieł Róży Ostrow­skiej. Zatem – co będzie w następ­nym tomie, tomach?

Kolej­ny tom to pozo­sta­ła pro­za, ta ze zbio­ru Siód­me pię­tro, opo­wia­da­nia pary­skie, ale i z tomu Pre­mie­ra. Jest też podob­no tro­chę jej opo­wia­dań opu­bli­ko­wa­nych w cza­so­pi­smach i myślę, że war­to to wydać. Trze­ci tom ma mieć cha­rak­ter kaszub­ski i doty­czyć lokal­nej publi­cy­sty­ki, któ­ra jest obszer­na i cie­ka­wa. Tam tak­że powi­nien się zna­leźć słyn­ny Bede­ker kaszub­ski Róży i Iza­bel­li Tro­ja­now­skiej. Czwar­ty tom był­by zwią­za­ny z teatrem: adap­ta­cje, recen­zje, słu­cho­wi­ska, w tym nagra­dza­na Tra­ge­dia o boga­czu i Łaza­rzu, gra­na na sce­nach war­szaw­skich, abso­lut­ny suk­ces. Ist­nie­ją podob­no dzien­ni­ki Róży Ostrow­skiej, poza tym zacho­wa­ły się jej wier­sze, więc to rów­nież jest przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia. Chcia­ła­bym, żeby­śmy mogli ją poka­zać żywą, aktu­al­ną.

Uwa­żasz, że jest wystar­cza­ją­co dobrze upa­mięt­nio­na w Gdań­sku? Zaczę­ły­śmy naszą roz­mo­wę od wspo­mnie­nia oliw­skiej księ­gar­ni jej imie­nia, księ­gar­ni, któ­rej od kil­ku­na­stu lat już nie ma. Ostrow­ska jest patron­ką uli­cy, przy któ­rej sto­ją blo­ki, punk­tow­ce. Nie wiem, czy była­by szczę­śli­wa z tego powo­du.

Tak, to był czło­wiek natu­ry, czło­wiek polnych ście­żek. Nato­miast rze­czy­wi­ście – na pew­no nie pamię­ta się o niej wystar­cza­ją­co. Ale dopie­ro gdy teraz o to zapy­ta­łaś, zda­łam sobie spra­wę, że wcze­śniej się nad tym nie zasta­na­wia­łam. Więc może jakieś świę­to kul­tu­ral­ne jej imie­nia? Oso­bi­ście mam poczu­cie świą­tecz­no­ści tej posta­ci.

Czesław Miłosz powiedział kiedyś o Annie Świrszczyńskiej, że mieliśmy niezwykłego gościa, że zaszczycił nas ktoś wspaniały. Tak samo myślę o Róży – powinniśmy od czasu do czasu świętować, że ktoś taki wśród nas kiedyś był.

Mam też wiel­ką nadzie­ję, że książ­ka, o któ­rej dziś roz­ma­wia­my, jest świę­tem samym w sobie. Cie­szę się ogrom­nie z odze­wu, któ­ry wywo­łu­je. Mam wra­że­nie, że ukry­ty rewo­lu­cyj­ny poten­cjał twór­czo­ści Ostrow­skiej jest jesz­cze do wydo­by­cia. Przy oka­zji: bar­dzo żału­ję, że Róża nie doży­ła cza­sów KOR. Jestem prze­ko­na­na, że była­by tam waż­ną posta­cią. Tym­cza­sem nie było jej to dane.

Paweł Huel­le we wspo­mnia­nym tek­ście pisał, że chciał­by w Oli­wie, sko­ro nie ma już księ­gar­ni „ska­so­wa­nej eko­no­mią”, zoba­czyć duży foto­gra­ficz­ny por­tret autor­ki Wyspy.

To jest bar­dzo ład­ny pomysł. Może kie­dyś się ziści.

– literaturoznawczyni feministyczna i działaczka społeczna, profesora na Uniwersytecie Gdańskim.

więcej →

Anna Sadowska, fot. M. Starowieyska

– z wykształcenia historyczka sztuki, na co dzień pracuje w Dziale Projektów Społecznych Gdańskiego Archipelagu Kultury (GAK).

więcej →

Fallback Avatar

– pisarka, aktorka, scenarzystka.

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.