Karolina Koprowska: W swojej najnowszej książce Mam dla Was historię, opublikowanej przez Wydawnictwo Austeria, dzieli się pani z czytelnikami wybranymi przekładami z literatury jidysz. Jak ten język pojawił się w pani życiu?
Bella Szwarcman-Czarnota: Jidysz był moim pierwszym językiem. Urodziłam się w rodzinie, która porozumiewała się nim na co dzień. Rodzice obracali się w środowisku, w którym jidysz był naturalnym środkiem komunikacji. To była odradzająca się, a może raczej odnawiająca się społeczność żydowska, która postanowiła żyć dalej – mimo Zagłady, jak gdyby jej na przekór. Może dlatego język ten był w naszym domu tak żywy i obecny.
Wielokrotnie pytano mnie: „Kiedy zaczęłaś mówić po polsku?”. Nie potrafię wskazać konkretnego momentu. Po prostu z czasem polskiego było coraz więcej, a jidysz coraz mniej. Moi rodzice, w odróżnieniu od wielu innych ludzi, którzy przeżyli Zagładę, dobrze znali polski, kończyli polskie szkoły i posługiwali się językiem polskim niemal tak swobodnie jak jidysz. Językiem mojego domu pozostał jednak ten drugi, choć coraz częściej mówiliśmy po polsku. Żydowska szkoła w Warszawie została zamknięta tuż przed rozpoczęciem przeze mnie nauki, poszłam więc do szkoły polskiej.
Kiedy zaczęła pani tłumaczyć z jidysz?
Długo nie myślałam, że mogłabym się na to odważyć, choć zachęcał mnie do tego pan Michał Friedman. W czasie studiów pisywałam do żydowskiej gazety „Fołks Sztyme”, ale po polsku. Moja mama albo któraś z jej sióstr tłumaczyły te teksty na jidysz, a sama je później sprawdzałam – czy rzeczywiście oddają to, co chciałam powiedzieć. Miałam wtedy nieco ponad dwadzieścia lat.
Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy przeczytałam tekst Ireny Klepfisz o świeckiej tożsamości żydowskiej w Ameryce, zamieszczony później w czasopiśmie „Midrasz”. Niektóre doświadczenia autorki były mi bardzo bliskie, choć nie pochodziłam z rodziny bundowców i w moim domu podtrzymywano pewne tradycje religijne. Apel Klepfisz, że trzeba dołożyć starań, aby język i kultura jidysz mogły trwać dalej, bardzo mnie poruszył. Poczułam wtedy, że również mogę wnieść swoją małą cegiełkę.
Zaczęłam bardzo powoli, nieśmiało – właśnie od wierszy Klepfisz, które były dwujęzyczne, angielsko-jidyszowe. Dawało mi to pewien komfort. Tłumaczenia z jidysz uczyłam się stopniowo, po prostu przekładając. Zaczynałam od rzeczy pozornie prostych, na przykład od wierszy Rejzl Żychlińskiej. Jej poezja jest wspaniała, choć językowo niezwykle oszczędna – i w tym właśnie tkwi jej wielka maestria: w umiejętności utkania prawdziwej poezji z najprostszych słów.
Przekład wydaje mi się zajęciem niezwykle odpowiedzialnym. Wymaga umiejętnego wprowadzenia tekstu jidyszowego do polskiej kultury. Dlatego sama czasami odczuwam pewien opór przed tłumaczeniem.
Nie myślałam o tym w taki sposób. Raczej towarzyszyło mi poczucie, że trzeba działać – przekazać innym to, co mnie było niejako dane na starcie. Irena Klepfisz chciała podzielić się swoim doświadczeniem, pokazać, że można rozpocząć pracę od niewielkiego zasobu językowego. Podobnie było ze mną. Zaczynałam od tego, co było moją sytuacją, a może – bardziej patetycznie – losem: człowieka obracającego się zarówno w kulturze jidysz, jak i w kulturze polskiej. Obie kultury były dla mnie naturalnym środowiskiem, zapewne z wyjątkiem religii katolickiej, odczuwanej przeze mnie jako obca. I ta podwójność mi nie ciąży, nie odczuwam jej jako brzemienia. Owszem, jak zawsze przy tłumaczeniach, pojawiają się trudności i wątpliwości: co należy przenieść, co można pominąć, gdzie leżą granice objaśniania jednej kultury drugiej.
A co w tłumaczeniu z jidysz na polski przychodzi pani z łatwością?
Emocje. Po prostu odczuwam „pokrewieństwo” z tekstem i jeśli dobiorę odpowiednie słowa – co oczywiście zawsze jest wyzwaniem – myślę, że potrafię przekazać adekwatnie klimat tekstu. Mam wrażenie, że odczuwam go bardziej wyraziście niż w przypadku tekstów literatury francuskiej czy rosyjskiej, od których przecież zaczęłam pracę tłumaczki.
Przy tekstach rosyjskich i francuskich zdarzają się inne momenty niepewności, zwłaszcza dotyczące realiów. W przypadku jidysz na ogół nie mam takich trudności.
Najczęściej kłopot sprawiały mi hebraizmy. Podstawowe pojęcia liturgiczne znałam, więc nie musiałam ich szukać ani uczyć się od nowa, ale w innych przypadkach bywało trudniej. Z zazdrością słuchałam młodszych koleżanek, które mogły uczestniczyć w kursach loszn kojdesz, czyli hebrajskiego jako języka liturgii – czego sama nie doświadczyłam.
O książce Mam dla Was historię nie możemy rozmawiać bez przywołania „Midrasza”. Wszystkie zawarte w niej teksty – zarówno przekłady, jak i towarzyszące im eseje – pierwotnie zostały opublikowane na łamach tego czasopisma. Od jego założenia pod koniec 1997 roku do zamknięcia pod koniec 2019 roku należała pani do redakcji i prowadziła swój dział. Jaką rolę odegrał „Midrasz” w kształtowaniu żydowskiego życia w Polsce i zarazem w pani życiu?
Ta rola ulegała zmianom w zależności od zmian koncepcji pisma. Początkowo chodziło przede wszystkim o to, żeby w ogóle pokazać i objaśniać kulturę żydowską wraz z elementami tradycji czy – wcześniej w powojennej Polsce często pomijanej – religii. Był to czas, gdy wiele osób dopiero odkrywało swoje żydowskie pochodzenie albo postanowiło kultywować żydowską tradycję. W pierwszej kolejności myśleliśmy właśnie o nich. Zresztą podobne zadanie spełniała inna inicjatywa, w którą byłam zaangażowana – Żydowski Telefon Zaufania. Uważaliśmy, że powinniśmy mówić również o Zagładzie i antysemityzmie – choćby dlatego, że wielu Żydów mogłoby czuć się opuszczonych: po pierwsze w swojej żałobie, często nieprzepracowanej, a po drugie w codziennym doświadczaniu antysemityzmu.
Chcieliśmy przemawiać do mniejszych skupisk życia żydowskiego – jak choćby w Legnicy czy w Szczecinie. Pod koniec lat 90. XX wieku była tam jeszcze żywa społeczność, która z czasem zaczęła przygasać. Mieliśmy poczucie, że nasze pismo może ją w jakiś sposób poruszyć i podtrzymać. Jednocześnie panowało przekonanie, że „w szafach” ukrywa się jeszcze wielu Żydów, którzy w czasach PRL obawiali się otwarcie mówić o swojej żydowskości, a teraz będą mogli bez lęku wyjść z tych „szaf” i stworzą dużą, silną społeczność. Nie zgadzałam się z tym przekonaniem i protestowałam przeciwko niemu.
Początkowo sądziliśmy, że pismo będzie przede wszystkim zaspokajało potrzeby społeczności żydowskiej w Polsce, adresowaliśmy je do osób, które niewiele wiedziały o żydowskości i chciały się czegoś dowiedzieć. Życie żydowskie w Polsce ewoluowało, zmieniały się też potrzeby czytelników. Teksty o obyczajach czy religii z czasem mniej ich zajmowały, ponieważ odbiorcy albo już tę wiedzę zdobyli, albo szukali czegoś innego. Co ciekawe, badanie socjologiczne, które zleciła redakcja w pierwszych latach istnienia pisma, wykazało, że znaczną część czytelników stanowili nie-Żydzi.
„Midrasz” wypełnił pewną lukę w świadomości żydowskiej, ćwierć wieku temu źródeł, z których dało się czerpać wiedzę, było o wiele mniej. Dlatego dziś, gdy ktoś mówi mi: „wychowałam się na „Midraszu”, czuję wzruszenie. To znaczy, że jednak nasze pismo odegrało większą rolę, niż sami przypuszczaliśmy, niż sama przypuszczałam.
Czym pani się kierowała, publikując na łamach „Midrasza” swoje przekłady i eseje?
Nie miałam żadnego z góry powziętego planu. Przede wszystkim tłumaczyłam autorów, o których już coś wiedziałam i których wcześniej czytałam. Często jednak było tak, że jeden pisarz prowadził mnie do drugiego: czytałam jakiś tekst, potem sięgałam po inne utwory tego autora, a następnie zapoznawałam się z tym, co o nim już napisano, i tak odkrywałam kolejne nazwiska. Na niektórych autorów trafiałam zupełnie przypadkowo. Tak było na przykład z moją ukochaną poetką izraelską, tworzącą w kibucu Bet Alfa, Rukhl Fishman, o której czytałam chyba w tekstach Davida Roskiesa, badacza literatury jidysz. Odnalazłam potem tomiki wierszy – opublikowała ich cztery. Wydaje się, że to niewiele, ale to wspaniała, poruszająca poezja. Zwięzła i nabrzmiała znaczeniami, emocjami. Wybrane wiersze przełożyłam do antologii Moja dzika koza. Tytuł ten jest skądinąd tytułem jednego z wierszy Fishman.
Wybrane eseje zamieszczane na łamach „Midrasza” w pierwszych latach istnienia pisma opublikowała pani wcześniej w dwóch zbiorach: Znalazłam wczorajszy dzień. Moja osobista tradycja żydowska (Homini, 2009) oraz W arce pamięci (Austeria, 2024). Jakie teksty znalazły się w najnowszej antologii?
Na łamach „Midrasza” ukazało się znacznie więcej tekstów, niż ostatecznie trafiło do antologii. Zależało mi na tym, żeby materiał podzielić możliwie sensownie, tak aby ułatwić czytelnikom lekturę. Dlatego antologia składa się z pięciu części: Świat i małe światy (Welt mit weltlech), Kobiety, dziewczęta, niewiasty (Mejdlech, frojen, wajber), Z żalu i gniewu (Fun car un corn), Tamten świat (Jene welt), Pisz i zapisuj! (Szrajb un farszrajb). Tytuły nie są przypadkowe – nawiązują do różnych tekstów i kontekstów kultury jidysz. Sygnalizują rozmaite tematy, emocje, doświadczenia i topografie. W tym sensie stają się zaproszeniem do świata tej literatury, pomagają się w niej poruszać.
Nowa książka nie jest pani pierwszą antologią. Wcześniej ukazały się Moja dzika koza. Antologia poetek jidysz (Austeria, 2018), współredagowana przez panią, Joannę Degler i Karolinę Szymaniak, oraz Chasydzka maszyna parowa i inne opowiadania (Żydowski Instytut Historyczny; Polskie Towarzystwo Studiów Jidyszystycznych, 2024), w której znalazły się między innymi pani tłumaczenia. Ta antologia ma jednak najbardziej osobisty wymiar, choćby dlatego że zawiera wyłącznie pani przekłady i eseje, stanowiące zapis osobistej lektury. Indywidualny rys podkreśla także tytuł Mam dla Was historię, który nawiązuje do opowiadania Icchoka Lejbusza Pereca. Tytuł zawiera trzy kluczowe wskazówki: pierwszoosobowe „mam”, w którym ujawnia się pani jako autorka; „dla was” – wskazujące odbiorcę; oraz „historię” – materiał literacki zamieszczony w tym zbiorze.
W jidysz słowo „majse” ma szerokie znaczenie – oznacza bajkę, legendę, opowieść, historię, a nawet morał. Po polsku nie ma jednego słowa, które pomieściłoby tę wieloznaczność. „Mam dla was opowieści” nie brzmi najlepiej, a „mam dla was bajkę” jeszcze gorzej. Dlatego zdecydowałam się pozostać przy „historii”, choć niewątpliwie to właśnie określenie „majse” jest tym właściwym, wspaniałym określeniem.
Myślę, że czytanie antologii to trochę jak gra na loterii – czytelnik nie wie do końca, co w niej znajdzie. To z jednej strony. Z drugiej nie wiadomo, kto po nią sięgnie. Może będzie to ktoś, kto znał wcześniej „Midrasz” albo mnie osobiście, a może osoba, która wcześniej nie miała styczności z literaturą jidysz – co obecnie jest mało prawdopodobne. To nie jest książka do czytania „do poduszki”, ale do czytania fragmentarycznego i wybiórczego. Wiem też, że teksty zamieszczone w antologii są wykorzystywane jako materiał dydaktyczny. O takich czytelnikach również myślałam, planując jej układ i dobór tekstów.
Dotychczas wydała pani dwa tomy opowieści o kobietach żydowskich, wraz z córką i siostrą opracowała pani rodzinny śpiewnik W poszukiwaniu złotego jabłka (Austeria, 2016), a nie tak dawno temu, również z córką i koleżanką ilustratorką – Świętujmy! Przewodnik dla rodziców, dzieci i ich przyjaciół (Gmina Wyznaniowa Żydowska w Warszawie, 2023). Teraz przyszła kolej na antologię Mam dla Was historię. Można odnieść wrażenie, że postawiła sobie pani zadanie przekazywania swojej tradycji i wiedzy przede wszystkim najbliższym.
Tak jest w istocie. Zapewne początkowo nie był to jasno sprecyzowany zamysł. W pewnym momencie jednak zdałam sobie sprawę, że właśnie o to mi chodzi, że wszystkie moje teksty i zapisane piosenki składają się na pewien bagaż – nie balast, mam nadzieję – który chciałabym przekazać.
Jeden z esejów w tej antologii kończy pani następująco: „I pewnie ważniejsze od tego glinianego pantofelka jest to, że dziadek miał kochające córki, które opowiadały o jego życiu nam, wnukom, urodzonym w wiele trudnych lat po jego śmierci. A my mamy o czym opowiadać jego prawnukom”.
Dla moich wnuków historia nie istnieje, jeśli nie pokażę im jakiegoś przedmiotu – świecznika chanukowego, zdjęcia czy glinianego pantofelka. Może to być cokolwiek, co pozwoli uchwycić fragment przeszłości.
Wtedy mogę opowiedzieć historię – nie abstrakcyjnie, lecz konkretnie. Takie opowieści działają zupełnie inaczej niż same słowa.
Sama zawsze przepadałam za słuchaniem historii rodzinnych. Pamiętam, że spędzałam wiele godzin z ciocią, gotowałyśmy razem albo po prostu siedziałyśmy i słuchałam jej opowieści. Wtedy słuchanie było dla mnie rozrywką, znacznie ważniejszą niż telewizor czy radio – żywe słowo miało ogromną moc.
Dziś moje wnuki też lubią, gdy im czytam, ale dla nich to przede wszystkim sposób na kontakt, na bliskość, a nie na poznawanie historii, opowieści. Mamy nawet własny rytuał z wnukiem – czytamy wiersze Tuwima dla dzieci naprzemiennie: on jedną zwrotkę, ja drugą.
W esejach wprowadzających do poszczególnych tekstów literackich pojawiają się wątki autobiograficzne. Na przykład poszukiwanie śladów rodziny pani dziadka w Berdyczowie splata się z literackimi obrazami tego miasta. Z kolei w eseju o Rozie Palatnik wspomina pani, że nie może oprzeć się odruchowi porównania – jej wczesne lata przypominają losy najstarszej siostry pani matki. Jaką rolę odgrywa w pani życiu literatura?
Literatura jidysz mocniej dotyka tych obszarów, które związane są z moją żydowską tożsamością, dzieciństwem i rodziną. W naszym domu istniał zwyczaj głośnego czytania wieczorami – nie tylko lektur na dobranoc, takich jak Kubuś Puchatek czy inne książeczki dla dzieci. Siadaliśmy w kółku i czytano nam, dzieciom, wiersze Kadii Mołodowskiej czy opowiadania Szolema Alejchema w oryginale. Pamiętam, jak zamiast się śmiać, rozpłakałam się przy jednym z fragmentów powieści Motel, syn kantora, bo wydał mi się rozpaczliwie smutny.
Oczywiście literatura zawsze odgrywała ważną rolę w moim życiu – czasami na przemian z muzyką. Bywały okresy, kiedy to właśnie muzyka dostarczała mi więcej bodźców. Niektórzy potrafią pracować przy muzyce – w moim przypadku jest to absolutnie niemożliwe, bo natychmiast moja uwaga kieruje się w stronę dźwięków i nie mogę się skupić ani na czytaniu, ani na tłumaczeniu, a nawet na mechanicznym przepisywaniu tekstu.
Literatura pomaga mi rozplątywać węzły, które w życiu zapętlają się na różne sposoby – pozwala je rozpoznać, rozsupłać albo dopiero na nie natrafić i je odkryć. Właśnie dlatego literatura jidysz odgrywa w moim życiu inną rolę niż literatura ogólnoświatowa: jest mi bliższa, bardziej osobista i intymna.
W kontekście twórczości Icchoka Lejbusza Pereca pisze pani: „I nawet jeśli uwierzymy Moniszowi/Perecowi, że jidysz nie nadaje się do wyrażania miłości czy pożądania, to «bycie nie na swoim miejscu», poczucie niepewności i rozdarcia jest tym, co ten język potrafi opisać lepiej niż jakikolwiek inny”. Ile wobec tego erotyki i miłości jest w literaturze jidysz?
Myślę, że w tradycyjnej literaturze żydowskiej niepisanie o erotycznym wymiarze miłości, o pożądaniu, wynikało z postawy, którą z dzisiejszej perspektywy możemy nazwać purytańską. O uczuciach czy doświadczeniach miłosno-erotycznych można było pisać jedynie ogólnikowo: że kogoś się kocha albo za kimś tęskni. Podobnie bywa w dawnej literaturze rosyjskiej – to są sprawy, o których po prostu się nie pisze.
Twórczość Icchoka Baszewisa Singera, o wiele śmielsza pod tym względem, bywała przez tradycyjnych „konsumentów” literatury jidysz uznawana za nieprzyzwoitą, czasem niemal za pornograficzną, ponieważ w powszechnym przekonaniu „porządny pisarz” nie zajmuje się takimi tematami. Zecer gazety żydowskiej „Forwerts” przyznał, że gdy przechodził na emeryturę, wyrzucił do kosza na śmieci opowiadanie Singera przeznaczone do druku, bo uznał je za zbyt sprośne. Opór wobec pisania o erotyce był ogromny. A przecież takie teksty powstawały – tyle że w tradycyjnym środowisku żydowskim wiele z nich musiało pozostać w ukryciu, podobnie jak romanse między Żydami a nie-Żydami czy miłość homoseksualna.
Wynikało to z codzienności żydowskiej, podporządkowanej przepisom judaizmu – choć trzeba podkreślić, że jest to obraz uproszczony. W Talmudzie o seksie mówi się przecież całkiem dużo: precyzyjnie określa się prawa i obowiązki małżonków, jest tu także miejsce na wzajemne wymagania i oczekiwania. Sprzeczność między rozumieniem przepisów religii a doświadczeniem wyraźnie jednak odbijała się w literaturze.
Z książki dowiadujemy się, że od jakiegoś czasu krąży pani wokół biografii i twórczości Lejba Rochmana. Co takiego fascynuje panią w jego pisarstwie? I czy w jakiś sposób się pani do niego zbliżyła?
Zafascynowały mnie zarówno postać Rochmana, jak i jego pisarstwo. Nie pamiętam już, czy po raz pierwszy natknęłam się na niego w tekstach Aharona Appelfelda czy gdzie indziej, ale stopniowo zaczęłam zdobywać kolejne książki i odkrywać jego niezwykły sposób pisania o Zagładzie.
To pisarstwo jest odmienne od wszystkiego, co czytałam, i zarazem trudno oddać je słowami. Podczas lektury ma się jednocześnie poczucie dystansu i głębokiego zaangażowania; jest się naraz w teraźniejszości, przeszłości i przyszłości, po stronie żywych i razem z umarłymi. Wszystkie te porządki przenikają się i zlewają, a pytanie o to, kto mówi, przestaje mieć znaczenie – liczy się całe zdarzenie, cały obraz. Rochman nie używa w ogóle słowa Churbn (destrukcja), lecz umkum (całkowita zagłada); zamiast „obozu” w jego twórczości pojawia się „dolina” (plejn). Ta „dolina” natychmiast odsłania przed czytelnikiem wizję pustej przestrzeni, z której stopniowo wyłaniają się postaci, przesuwające się przed nami w korowodzie czy też kondukcie pogrzebowym. Lektura Rochmana to naprawdę niesamowite doświadczenie.
Tłumaczenie jego dzieł wymaga całkowitego odizolowania się od świata, bycia sam na sam z tekstem. Podobnie – choć na mniejszą skalę – jest w przypadku Lameda Szapiry, którego opowiadania przetłumaczyłam: jego pisarstwo również domaga się wyjścia poza codzienność i pełnego zanurzenia się w tekście.
Wokół jidysz narosło wiele wyobrażeń i mitów. Leo Rosten nazwał go na przykład „Robin Hoodem języków”, który okrada lingwistycznie bogate języki i daje językowi biednemu.
To określenie, jak każdy bon mot, błyszczy i ładnie dźwięczy, ale w gruncie rzeczy niewiele oznacza. A jeśli się nad nim głębiej zastanowić, to stwierdzenie jest nawet trochę obraźliwe dla jidysz. Wszystkie języki „kradną”, więc dlaczego jidysz, ze swoją tysiącletnią historią, miałby się tego wstydzić bardziej niż inne?
Przed laty przyszła mi do głowy myśl, że jidysz niekiedy odgrywa dziś rolę podobną do tej, jaką dawniej pełnił „loszn kojdesz” – język cenny.
Warto go zachować i świadomie nad nim pracować. Myśleć o nim jako o języku o szczególnym statusie, bo jako język codzienny – nawet w środowiskach chasydzkich – staje się on coraz mniej obecny.
Równocześnie pojawiają się nowe użycia jidysz, nowe zjawiska i inicjatywy pokazujące, że on wciąż żyje. Choćby organizowane w Centrum Kultury Jidysz słuchowiska, warzywno-owocowe festiwale i inne działania artystyczne.
Po 1968 roku naprawdę sądziłam, że w Polsce niewiele osób będzie chciało zajmować się językiem i literaturą jidysz czy choćby mówić w tym języku. Ostatnie ćwierćwiecze uświadomiło mi, że historia lubi zaskakiwać i że warto po prostu robić swoje, realizować swoje plany i marzenia. Mamy jeszcze mnóstwo pracy.
