Radość odkrywania, radość tłumaczenia

Karo­li­na Koprow­ska: W swo­jej naj­now­szej książ­ce Mam dla Was histo­rię, opu­bli­ko­wa­nej przez Wydaw­nic­two Auste­ria, dzie­li się pani z czy­tel­ni­ka­mi wybra­ny­mi prze­kła­da­mi z lite­ra­tu­ry jidysz. Jak ten język poja­wił się w pani życiu?

Bel­la Szwarc­man-Czar­no­ta: Jidysz był moim pierw­szym języ­kiem. Uro­dzi­łam się w rodzi­nie, któ­ra poro­zu­mie­wa­ła się nim na co dzień. Rodzi­ce obra­ca­li się w śro­do­wi­sku, w któ­rym jidysz był natu­ral­nym środ­kiem komu­ni­ka­cji. To była odra­dza­ją­ca się, a może raczej odna­wia­ją­ca się spo­łecz­ność żydow­ska, któ­ra posta­no­wi­ła żyć dalej – mimo Zagła­dy, jak gdy­by jej na prze­kór. Może dla­te­go język ten był w naszym domu tak żywy i obec­ny.

Wie­lo­krot­nie pyta­no mnie: „Kie­dy zaczę­łaś mówić po pol­sku?”. Nie potra­fię wska­zać kon­kret­ne­go momen­tu. Po pro­stu z cza­sem pol­skie­go było coraz wię­cej, a jidysz coraz mniej. Moi rodzi­ce, w odróż­nie­niu od wie­lu innych ludzi, któ­rzy prze­ży­li Zagła­dę, dobrze zna­li pol­ski, koń­czy­li pol­skie szko­ły i posłu­gi­wa­li się języ­kiem pol­skim nie­mal tak swo­bod­nie jak jidysz. Języ­kiem moje­go domu pozo­stał jed­nak ten dru­gi, choć coraz czę­ściej mówi­li­śmy po pol­sku. Żydow­ska szko­ła w War­sza­wie zosta­ła zamknię­ta tuż przed roz­po­czę­ciem prze­ze mnie nauki, poszłam więc do szko­ły pol­skiej.

Kie­dy zaczę­ła pani tłu­ma­czyć z jidysz?

Dłu­go nie myśla­łam, że mogła­bym się na to odwa­żyć, choć zachę­cał mnie do tego pan Michał Fried­man. W cza­sie stu­diów pisy­wa­łam do żydow­skiej gaze­ty „Fołks Szty­me”, ale po pol­sku. Moja mama albo któ­raś z jej sióstr tłu­ma­czy­ły te tek­sty na jidysz, a sama je póź­niej spraw­dza­łam – czy rze­czy­wi­ście odda­ją to, co chcia­łam powie­dzieć. Mia­łam wte­dy nie­co ponad dwa­dzie­ścia lat.

Prze­łom nastą­pił dopie­ro wte­dy, gdy prze­czy­ta­łam tekst Ire­ny Klep­fisz o świec­kiej toż­sa­mo­ści żydow­skiej w Ame­ry­ce, zamiesz­czo­ny póź­niej w cza­so­pi­śmie „Midrasz”. Nie­któ­re doświad­cze­nia autor­ki były mi bar­dzo bli­skie, choć nie pocho­dzi­łam z rodzi­ny bun­dow­ców i w moim domu pod­trzy­my­wa­no pew­ne tra­dy­cje reli­gij­ne. Apel Klep­fisz, że trze­ba doło­żyć sta­rań, aby język i kul­tu­ra jidysz mogły trwać dalej, bar­dzo mnie poru­szył. Poczu­łam wte­dy, że rów­nież mogę wnieść swo­ją małą cegieł­kę.

Zaczę­łam bar­dzo powo­li, nie­śmia­ło – wła­śnie od wier­szy Klep­fisz, któ­re były dwu­ję­zycz­ne, angiel­sko-jidy­szo­we. Dawa­ło mi to pewien kom­fort. Tłu­ma­cze­nia z jidysz uczy­łam się stop­nio­wo, po pro­stu prze­kła­da­jąc. Zaczy­na­łam od rze­czy pozor­nie pro­stych, na przy­kład od wier­szy Rejzl Żychliń­skiej. Jej poezja jest wspa­nia­ła, choć języ­ko­wo nie­zwy­kle oszczęd­na – i w tym wła­śnie tkwi jej wiel­ka maestria: w umie­jęt­no­ści utka­nia praw­dzi­wej poezji z naj­prost­szych słów.

Prze­kład wyda­je mi się zaję­ciem nie­zwy­kle odpo­wie­dzial­nym. Wyma­ga umie­jęt­ne­go wpro­wa­dze­nia tek­stu jidy­szo­we­go do pol­skiej kul­tu­ry. Dla­te­go sama cza­sa­mi odczu­wam pewien opór przed tłu­ma­cze­niem.

Nie myśla­łam o tym w taki spo­sób. Raczej towa­rzy­szy­ło mi poczu­cie, że trze­ba dzia­łać – prze­ka­zać innym to, co mnie było nie­ja­ko dane na star­cie. Ire­na Klep­fisz chcia­ła podzie­lić się swo­im doświad­cze­niem, poka­zać, że moż­na roz­po­cząć pra­cę od nie­wiel­kie­go zaso­bu języ­ko­we­go. Podob­nie było ze mną. Zaczy­na­łam od tego, co było moją sytu­acją, a może – bar­dziej pate­tycz­nie – losem: czło­wie­ka obra­ca­ją­ce­go się zarów­no w kul­tu­rze jidysz, jak i w kul­tu­rze pol­skiej. Obie kul­tu­ry były dla mnie natu­ral­nym śro­do­wi­skiem, zapew­ne z wyjąt­kiem reli­gii kato­lic­kiej, odczu­wa­nej prze­ze mnie jako obca. I ta podwój­ność mi nie cią­ży, nie odczu­wam jej jako brze­mie­nia. Owszem, jak zawsze przy tłu­ma­cze­niach, poja­wia­ją się trud­no­ści i wąt­pli­wo­ści: co nale­ży prze­nieść, co moż­na pomi­nąć, gdzie leżą gra­ni­ce obja­śnia­nia jed­nej kul­tu­ry dru­giej.

A co w tłu­ma­cze­niu z jidysz na pol­ski przy­cho­dzi pani z łatwo­ścią?

Emo­cje. Po pro­stu odczu­wam „pokre­wień­stwo” z tek­stem i jeśli dobio­rę odpo­wied­nie sło­wa – co oczy­wi­ście zawsze jest wyzwa­niem – myślę, że potra­fię prze­ka­zać ade­kwat­nie kli­mat tek­stu. Mam wra­że­nie, że odczu­wam go bar­dziej wyra­zi­ście niż w przy­pad­ku tek­stów lite­ra­tu­ry fran­cu­skiej czy rosyj­skiej, od któ­rych prze­cież zaczę­łam pra­cę tłu­macz­ki.

Przy tekstach rosyjskich i francuskich zdarzają się inne momenty niepewności, zwłaszcza dotyczące realiów. W przypadku jidysz na ogół nie mam takich trudności.

Naj­czę­ściej kło­pot spra­wia­ły mi hebra­izmy. Pod­sta­wo­we poję­cia litur­gicz­ne zna­łam, więc nie musia­łam ich szu­kać ani uczyć się od nowa, ale w innych przy­pad­kach bywa­ło trud­niej. Z zazdro­ścią słu­cha­łam młod­szych kole­ża­nek, któ­re mogły uczest­ni­czyć w kur­sach loszn koj­desz, czy­li hebraj­skie­go jako języ­ka litur­gii – cze­go sama nie doświad­czy­łam.

O książ­ce Mam dla Was histo­rię nie może­my roz­ma­wiać bez przy­wo­ła­nia „Midra­sza”. Wszyst­kie zawar­te w niej tek­sty – zarów­no prze­kła­dy, jak i towa­rzy­szą­ce im ese­je – pier­wot­nie zosta­ły opu­bli­ko­wa­ne na łamach tego cza­so­pi­sma. Od jego zało­że­nia pod koniec 1997 roku do zamknię­cia pod koniec 2019 roku nale­ża­ła pani do redak­cji i pro­wa­dzi­ła swój dział. Jaką rolę ode­grał „Midrasz” w kształ­to­wa­niu żydow­skie­go życia w Pol­sce i zara­zem w pani życiu?

Ta rola ule­ga­ła zmia­nom w zależ­no­ści od zmian kon­cep­cji pisma. Począt­ko­wo cho­dzi­ło przede wszyst­kim o to, żeby w ogó­le poka­zać i obja­śniać kul­tu­rę żydow­ską wraz z ele­men­ta­mi tra­dy­cji czy – wcze­śniej w powo­jen­nej Pol­sce czę­sto pomi­ja­nej – reli­gii. Był to czas, gdy wie­le osób dopie­ro odkry­wa­ło swo­je żydow­skie pocho­dze­nie albo posta­no­wi­ło kul­ty­wo­wać żydow­ską tra­dy­cję. W pierw­szej kolej­no­ści myśle­li­śmy wła­śnie o nich. Zresz­tą podob­ne zada­nie speł­nia­ła inna ini­cja­ty­wa, w któ­rą byłam zaan­ga­żo­wa­na – Żydow­ski Tele­fon Zaufa­nia. Uwa­ża­li­śmy, że powin­ni­śmy mówić rów­nież o Zagła­dzie i anty­se­mi­ty­zmie – choć­by dla­te­go, że wie­lu Żydów mogło­by czuć się opusz­czo­nych: po pierw­sze w swo­jej żało­bie, czę­sto nie­prze­pra­co­wa­nej, a po dru­gie w codzien­nym doświad­cza­niu anty­se­mi­ty­zmu.

Chcie­li­śmy prze­ma­wiać do mniej­szych sku­pisk życia żydow­skie­go – jak choć­by w Legni­cy czy w Szcze­ci­nie. Pod koniec lat 90. XX wie­ku była tam jesz­cze żywa spo­łecz­ność, któ­ra z cza­sem zaczę­ła przy­ga­sać. Mie­li­śmy poczu­cie, że nasze pismo może ją w jakiś spo­sób poru­szyć i pod­trzy­mać. Jed­no­cze­śnie pano­wa­ło prze­ko­na­nie, że „w sza­fach” ukry­wa się jesz­cze wie­lu Żydów, któ­rzy w cza­sach PRL oba­wia­li się otwar­cie mówić o swo­jej żydow­sko­ści, a teraz będą mogli bez lęku wyjść z tych „szaf” i stwo­rzą dużą, sil­ną spo­łecz­ność. Nie zga­dza­łam się z tym prze­ko­na­niem i pro­te­sto­wa­łam prze­ciw­ko nie­mu.

Począt­ko­wo sądzi­li­śmy, że pismo będzie przede wszyst­kim zaspo­ka­ja­ło potrze­by spo­łecz­no­ści żydow­skiej w Pol­sce, adre­so­wa­li­śmy je do osób, któ­re nie­wie­le wie­dzia­ły o żydow­sko­ści i chcia­ły się cze­goś dowie­dzieć. Życie żydow­skie w Pol­sce ewo­lu­owa­ło, zmie­nia­ły się też potrze­by czy­tel­ni­ków. Tek­sty o oby­cza­jach czy reli­gii z cza­sem mniej ich zaj­mo­wa­ły, ponie­waż odbior­cy albo już tę wie­dzę zdo­by­li, albo szu­ka­li cze­goś inne­go. Co cie­ka­we, bada­nie socjo­lo­gicz­ne, któ­re zle­ci­ła redak­cja w pierw­szych latach ist­nie­nia pisma, wyka­za­ło, że znacz­ną część czy­tel­ni­ków sta­no­wi­li nie-Żydzi.

„Midrasz” wypeł­nił pew­ną lukę w świa­do­mo­ści żydow­skiej, ćwierć wie­ku temu źró­deł, z któ­rych dało się czer­pać wie­dzę, było o wie­le mniej. Dla­te­go dziś, gdy ktoś mówi mi: „wycho­wa­łam się na „Midra­szu”, czu­ję wzru­sze­nie. To zna­czy, że jed­nak nasze pismo ode­gra­ło więk­szą rolę, niż sami przy­pusz­cza­li­śmy, niż sama przy­pusz­cza­łam.

Czym pani się kie­ro­wa­ła, publi­ku­jąc na łamach „Midra­sza” swo­je prze­kła­dy i ese­je?

Nie mia­łam żad­ne­go z góry powzię­te­go pla­nu. Przede wszyst­kim tłu­ma­czy­łam auto­rów, o któ­rych już coś wie­dzia­łam i któ­rych wcze­śniej czy­ta­łam. Czę­sto jed­nak było tak, że jeden pisarz pro­wa­dził mnie do dru­gie­go: czy­ta­łam jakiś tekst, potem się­ga­łam po inne utwo­ry tego auto­ra, a następ­nie zapo­zna­wa­łam się z tym, co o nim już napi­sa­no, i tak odkry­wa­łam kolej­ne nazwi­ska. Na nie­któ­rych auto­rów tra­fia­łam zupeł­nie przy­pad­ko­wo. Tak było na przy­kład z moją uko­cha­ną poet­ką izra­el­ską, two­rzą­cą w kibu­cu Bet Alfa, Rukhl Fish­man, o któ­rej czy­ta­łam chy­ba w tek­stach Davi­da Roskie­sa, bada­cza lite­ra­tu­ry jidysz. Odna­la­złam potem tomi­ki wier­szy – opu­bli­ko­wa­ła ich czte­ry. Wyda­je się, że to nie­wie­le, ale to wspa­nia­ła, poru­sza­ją­ca poezja. Zwię­zła i nabrzmia­ła zna­cze­nia­mi, emo­cja­mi. Wybra­ne wier­sze prze­ło­ży­łam do anto­lo­gii Moja dzi­ka koza. Tytuł ten jest skąd­inąd tytu­łem jed­ne­go z wier­szy Fish­man.

Okładka książki Belli Szwarcman-Czarnoty pod tytułem „Mam dla was historię”.
Bella Szwarcman-Czarnota, „Mam dla was historię”, Kraków: Austeria, 2025.

Wybra­ne ese­je zamiesz­cza­ne na łamach „Midra­sza” w pierw­szych latach ist­nie­nia pisma opu­bli­ko­wa­ła pani wcze­śniej w dwóch zbio­rach: Zna­la­złam wczo­raj­szy dzień. Moja oso­bi­sta tra­dy­cja żydow­ska (Homi­ni, 2009) oraz W arce pamię­ci (Auste­ria, 2024). Jakie tek­sty zna­la­zły się w naj­now­szej anto­lo­gii?

Na łamach „Midra­sza” uka­za­ło się znacz­nie wię­cej tek­stów, niż osta­tecz­nie tra­fi­ło do anto­lo­gii. Zale­ża­ło mi na tym, żeby mate­riał podzie­lić moż­li­wie sen­sow­nie, tak aby uła­twić czy­tel­ni­kom lek­tu­rę. Dla­te­go anto­lo­gia skła­da się z pię­ciu czę­ści: Świat i małe świa­ty (Welt mit weltlech), Kobie­ty, dziew­czę­ta, nie­wia­sty (Mej­dlech, fro­jen, waj­ber), Z żalu i gnie­wu (Fun car un corn), Tam­ten świat (Jene welt), Pisz i zapi­suj! (Szrajb un far­szrajb). Tytu­ły nie są przy­pad­ko­we – nawią­zu­ją do róż­nych tek­stów i kon­tek­stów kul­tu­ry jidysz. Sygna­li­zu­ją roz­ma­ite tema­ty, emo­cje, doświad­cze­nia i topo­gra­fie. W tym sen­sie sta­ją się zapro­sze­niem do świa­ta tej lite­ra­tu­ry, poma­ga­ją się w niej poru­szać.

Nowa książ­ka nie jest pani pierw­szą anto­lo­gią. Wcze­śniej uka­za­ły się Moja dzi­ka koza. Anto­lo­gia poetek jidysz (Auste­ria, 2018), współ­re­da­go­wa­na przez panią, Joan­nę Degler i Karo­li­nę Szy­ma­niak, oraz Cha­sydz­ka maszy­na paro­wa i inne opo­wia­da­nia (Żydow­ski Insty­tut Histo­rycz­ny; Pol­skie Towa­rzy­stwo Stu­diów Jidy­szy­stycz­nych, 2024), w któ­rej zna­la­zły się mię­dzy inny­mi pani tłu­ma­cze­nia. Ta anto­lo­gia ma jed­nak naj­bar­dziej oso­bi­sty wymiar, choć­by dla­te­go że zawie­ra wyłącz­nie pani prze­kła­dy i ese­je, sta­no­wią­ce zapis oso­bi­stej lek­tu­ry. Indy­wi­du­al­ny rys pod­kre­śla tak­że tytuł Mam dla Was histo­rię, któ­ry nawią­zu­je do opo­wia­da­nia Iccho­ka Lej­bu­sza Pere­ca. Tytuł zawie­ra trzy klu­czo­we wska­zów­ki: pierw­szo­oso­bo­we „mam”, w któ­rym ujaw­nia się pani jako autor­ka; „dla was” – wska­zu­ją­ce odbior­cę; oraz „histo­rię” – mate­riał lite­rac­ki zamiesz­czo­ny w tym zbio­rze.

W jidysz sło­wo „maj­se” ma sze­ro­kie zna­cze­nie – ozna­cza baj­kę, legen­dę, opo­wieść, histo­rię, a nawet morał. Po pol­sku nie ma jed­ne­go sło­wa, któ­re pomie­ści­ło­by tę wie­lo­znacz­ność. „Mam dla was opo­wie­ści” nie brzmi naj­le­piej, a „mam dla was baj­kę” jesz­cze gorzej. Dla­te­go zde­cy­do­wa­łam się pozo­stać przy „histo­rii”, choć nie­wąt­pli­wie to wła­śnie okre­śle­nie „maj­se” jest tym wła­ści­wym, wspa­nia­łym okre­śle­niem.

Myślę, że czy­ta­nie anto­lo­gii to tro­chę jak gra na lote­rii – czy­tel­nik nie wie do koń­ca, co w niej znaj­dzie. To z jed­nej stro­ny. Z dru­giej nie wia­do­mo, kto po nią się­gnie. Może będzie to ktoś, kto znał wcze­śniej „Midrasz” albo mnie oso­bi­ście, a może oso­ba, któ­ra wcze­śniej nie mia­ła stycz­no­ści z lite­ra­tu­rą jidysz – co obec­nie jest mało praw­do­po­dob­ne. To nie jest książ­ka do czy­ta­nia „do podusz­ki”, ale do czy­ta­nia frag­men­ta­rycz­ne­go i wybiór­cze­go. Wiem też, że tek­sty zamiesz­czo­ne w anto­lo­gii są wyko­rzy­sty­wa­ne jako mate­riał dydak­tycz­ny. O takich czy­tel­ni­kach rów­nież myśla­łam, pla­nu­jąc jej układ i dobór tek­stów.

Dotych­czas wyda­ła pani dwa tomy opo­wie­ści o kobie­tach żydow­skich, wraz z cór­ką i sio­strą opra­co­wa­ła pani rodzin­ny śpiew­nik W poszu­ki­wa­niu zło­te­go jabł­ka (Auste­ria, 2016), a nie tak daw­no temu, rów­nież z cór­ką i kole­żan­ką ilu­stra­tor­ką – Świę­tuj­my! Prze­wod­nik dla rodzi­ców, dzie­ci i ich przy­ja­ciół (Gmi­na Wyzna­nio­wa Żydow­ska w War­sza­wie, 2023). Teraz przy­szła kolej na anto­lo­gię Mam dla Was histo­rię. Moż­na odnieść wra­że­nie, że posta­wi­ła sobie pani zada­nie prze­ka­zy­wa­nia swo­jej tra­dy­cji i wie­dzy przede wszyst­kim naj­bliż­szym.

Tak jest w isto­cie. Zapew­ne począt­ko­wo nie był to jasno spre­cy­zo­wa­ny zamysł. W pew­nym momen­cie jed­nak zda­łam sobie spra­wę, że wła­śnie o to mi cho­dzi, że wszyst­kie moje tek­sty i zapi­sa­ne pio­sen­ki skła­da­ją się na pewien bagaż – nie balast, mam nadzie­ję – któ­ry chcia­ła­bym prze­ka­zać.

Jeden z ese­jów w tej anto­lo­gii koń­czy pani nastę­pu­ją­co: „I pew­nie waż­niej­sze od tego gli­nia­ne­go pan­to­fel­ka jest to, że dzia­dek miał kocha­ją­ce cór­ki, któ­re opo­wia­da­ły o jego życiu nam, wnu­kom, uro­dzo­nym w wie­le trud­nych lat po jego śmier­ci. A my mamy o czym opo­wia­dać jego pra­wnu­kom”.

Dla moich wnu­ków histo­ria nie ist­nie­je, jeśli nie poka­żę im jakie­goś przed­mio­tu – świecz­ni­ka cha­nu­ko­we­go, zdję­cia czy gli­nia­ne­go pan­to­fel­ka. Może to być cokol­wiek, co pozwo­li uchwy­cić frag­ment prze­szło­ści.

Wtedy mogę opowiedzieć historię – nie abstrakcyjnie, lecz konkretnie. Takie opowieści działają zupełnie inaczej niż same słowa.

Sama zawsze prze­pa­da­łam za słu­cha­niem histo­rii rodzin­nych. Pamię­tam, że spę­dza­łam wie­le godzin z cio­cią, goto­wa­ły­śmy razem albo po pro­stu sie­dzia­ły­śmy i słu­cha­łam jej opo­wie­ści. Wte­dy słu­cha­nie było dla mnie roz­ryw­ką, znacz­nie waż­niej­szą niż tele­wi­zor czy radio – żywe sło­wo mia­ło ogrom­ną moc.

Dziś moje wnu­ki też lubią, gdy im czy­tam, ale dla nich to przede wszyst­kim spo­sób na kon­takt, na bli­skość, a nie na pozna­wa­nie histo­rii, opo­wie­ści. Mamy nawet wła­sny rytu­ał z wnu­kiem – czy­ta­my wier­sze Tuwi­ma dla dzie­ci naprze­mien­nie: on jed­ną zwrot­kę, ja dru­gą.

W ese­jach wpro­wa­dza­ją­cych do poszcze­gól­nych tek­stów lite­rac­kich poja­wia­ją się wąt­ki auto­bio­gra­ficz­ne. Na przy­kład poszu­ki­wa­nie śla­dów rodzi­ny pani dziad­ka w Ber­dy­czo­wie spla­ta się z lite­rac­ki­mi obra­za­mi tego mia­sta. Z kolei w ese­ju o Roz­ie Palat­nik wspo­mi­na pani, że nie może oprzeć się odru­cho­wi porów­na­nia – jej wcze­sne lata przy­po­mi­na­ją losy naj­star­szej sio­stry pani mat­ki. Jaką rolę odgry­wa w pani życiu lite­ra­tu­ra?

Lite­ra­tu­ra jidysz moc­niej doty­ka tych obsza­rów, któ­re zwią­za­ne są z moją żydow­ską toż­sa­mo­ścią, dzie­ciń­stwem i rodzi­ną. W naszym domu ist­niał zwy­czaj gło­śne­go czy­ta­nia wie­czo­ra­mi – nie tyl­ko lek­tur na dobra­noc, takich jak Kubuś Pucha­tek czy inne ksią­żecz­ki dla dzie­ci. Sia­da­li­śmy w kół­ku i czy­ta­no nam, dzie­ciom, wier­sze Kadii Moło­dow­skiej czy opo­wia­da­nia Szo­le­ma Alej­che­ma w ory­gi­na­le. Pamię­tam, jak zamiast się śmiać, roz­pła­ka­łam się przy jed­nym z frag­men­tów powie­ści Motel, syn kan­to­ra, bo wydał mi się roz­pacz­li­wie smut­ny.

Oczy­wi­ście lite­ra­tu­ra zawsze odgry­wa­ła waż­ną rolę w moim życiu – cza­sa­mi na prze­mian z muzy­ką. Bywa­ły okre­sy, kie­dy to wła­śnie muzy­ka dostar­cza­ła mi wię­cej bodź­ców. Nie­któ­rzy potra­fią pra­co­wać przy muzy­ce – w moim przy­pad­ku jest to abso­lut­nie nie­moż­li­we, bo natych­miast moja uwa­ga kie­ru­je się w stro­nę dźwię­ków i nie mogę się sku­pić ani na czy­ta­niu, ani na tłu­ma­cze­niu, a nawet na mecha­nicz­nym prze­pi­sy­wa­niu tek­stu.

Lite­ra­tu­ra poma­ga mi roz­plą­ty­wać węzły, któ­re w życiu zapę­tla­ją się na róż­ne spo­so­by – pozwa­la je roz­po­znać, roz­su­płać albo dopie­ro na nie natra­fić i je odkryć. Wła­śnie dla­te­go lite­ra­tu­ra jidysz odgry­wa w moim życiu inną rolę niż lite­ra­tu­ra ogól­no­świa­to­wa: jest mi bliż­sza, bar­dziej oso­bi­sta i intym­na.

W kon­tek­ście twór­czo­ści Iccho­ka Lej­bu­sza Pere­ca pisze pani: „I nawet jeśli uwie­rzy­my Moniszowi/Perecowi, że jidysz nie nada­je się do wyra­ża­nia miło­ści czy pożą­da­nia, to «bycie nie na swo­im miej­scu», poczu­cie nie­pew­no­ści i roz­dar­cia jest tym, co ten język potra­fi opi­sać lepiej niż jaki­kol­wiek inny”. Ile wobec tego ero­ty­ki i miło­ści jest w lite­ra­tu­rze jidysz?

Myślę, że w tra­dy­cyj­nej lite­ra­tu­rze żydow­skiej nie­pi­sa­nie o ero­tycz­nym wymia­rze miło­ści, o pożą­da­niu, wyni­ka­ło z posta­wy, któ­rą z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy może­my nazwać pury­tań­ską. O uczu­ciach czy doświad­cze­niach miło­sno-ero­tycz­nych moż­na było pisać jedy­nie ogól­ni­ko­wo: że kogoś się kocha albo za kimś tęsk­ni. Podob­nie bywa w daw­nej lite­ra­tu­rze rosyj­skiej – to są spra­wy, o któ­rych po pro­stu się nie pisze.

Twór­czość Iccho­ka Basze­wi­sa Sin­ge­ra, o wie­le śmiel­sza pod tym wzglę­dem, bywa­ła przez tra­dy­cyj­nych „kon­su­men­tów” lite­ra­tu­ry jidysz uzna­wa­na za nie­przy­zwo­itą, cza­sem nie­mal za por­no­gra­ficz­ną, ponie­waż w powszech­nym prze­ko­na­niu „porząd­ny pisarz” nie zaj­mu­je się taki­mi tema­ta­mi. Zecer gaze­ty żydow­skiej „For­werts” przy­znał, że gdy prze­cho­dził na eme­ry­tu­rę, wyrzu­cił do kosza na śmie­ci opo­wia­da­nie Sin­ge­ra prze­zna­czo­ne do dru­ku, bo uznał je za zbyt spro­śne. Opór wobec pisa­nia o ero­ty­ce był ogrom­ny. A prze­cież takie tek­sty powsta­wa­ły – tyle że w tra­dy­cyj­nym śro­do­wi­sku żydow­skim wie­le z nich musia­ło pozo­stać w ukry­ciu, podob­nie jak roman­se mię­dzy Żyda­mi a nie-Żyda­mi czy miłość homo­sek­su­al­na.

Wyni­ka­ło to z codzien­no­ści żydow­skiej, pod­po­rząd­ko­wa­nej prze­pi­som juda­izmu – choć trze­ba pod­kre­ślić, że jest to obraz uprosz­czo­ny. W Tal­mu­dzie o sek­sie mówi się prze­cież cał­kiem dużo: pre­cy­zyj­nie okre­śla się pra­wa i obo­wiąz­ki mał­żon­ków, jest tu tak­że miej­sce na wza­jem­ne wyma­ga­nia i ocze­ki­wa­nia. Sprzecz­ność mię­dzy rozu­mie­niem prze­pi­sów reli­gii a doświad­cze­niem wyraź­nie jed­nak odbi­ja­ła się w lite­ra­tu­rze.

Z książ­ki dowia­du­je­my się, że od jakie­goś cza­su krą­ży pani wokół bio­gra­fii i twór­czo­ści Lej­ba Roch­ma­na. Co takie­go fascy­nu­je panią w jego pisar­stwie? I czy w jakiś spo­sób się pani do nie­go zbli­ży­ła?

Zafa­scy­no­wa­ły mnie zarów­no postać Roch­ma­na, jak i jego pisar­stwo. Nie pamię­tam już, czy po raz pierw­szy natknę­łam się na nie­go w tek­stach Aha­ro­na Appel­fel­da czy gdzie indziej, ale stop­nio­wo zaczę­łam zdo­by­wać kolej­ne książ­ki i odkry­wać jego nie­zwy­kły spo­sób pisa­nia o Zagła­dzie.

To pisar­stwo jest odmien­ne od wszyst­kie­go, co czy­ta­łam, i zara­zem trud­no oddać je sło­wa­mi. Pod­czas lek­tu­ry ma się jed­no­cze­śnie poczu­cie dystan­su i głę­bo­kie­go zaan­ga­żo­wa­nia; jest się naraz w teraź­niej­szo­ści, prze­szło­ści i przy­szło­ści, po stro­nie żywych i razem z umar­ły­mi. Wszyst­kie te porząd­ki prze­ni­ka­ją się i zle­wa­ją, a pyta­nie o to, kto mówi, prze­sta­je mieć zna­cze­nie – liczy się całe zda­rze­nie, cały obraz. Roch­man nie uży­wa w ogó­le sło­wa Churbn (destruk­cja), lecz umkum (cał­ko­wi­ta zagła­da); zamiast „obo­zu” w jego twór­czo­ści poja­wia się „doli­na” (plejn). Ta „doli­na” natych­miast odsła­nia przed czy­tel­ni­kiem wizję pustej prze­strze­ni, z któ­rej stop­nio­wo wyła­nia­ją się posta­ci, prze­su­wa­ją­ce się przed nami w koro­wo­dzie czy też kon­duk­cie pogrze­bo­wym. Lek­tu­ra Roch­ma­na to napraw­dę nie­sa­mo­wi­te doświad­cze­nie.

Tłu­ma­cze­nie jego dzieł wyma­ga cał­ko­wi­te­go odizo­lo­wa­nia się od świa­ta, bycia sam na sam z tek­stem. Podob­nie – choć na mniej­szą ska­lę – jest w przy­pad­ku Lame­da Sza­pi­ry, któ­re­go opo­wia­da­nia prze­tłu­ma­czy­łam: jego pisar­stwo rów­nież doma­ga się wyj­ścia poza codzien­ność i peł­ne­go zanu­rze­nia się w tek­ście.

Wokół jidysz naro­sło wie­le wyobra­żeń i mitów. Leo Rosten nazwał go na przy­kład „Robin Hoodem języ­ków”, któ­ry okra­da lin­gwi­stycz­nie boga­te języ­ki i daje języ­ko­wi bied­ne­mu.

To okre­śle­nie, jak każ­dy bon mot, błysz­czy i ład­nie dźwię­czy, ale w grun­cie rze­czy nie­wie­le ozna­cza. A jeśli się nad nim głę­biej zasta­no­wić, to stwier­dze­nie jest nawet tro­chę obraź­li­we dla jidysz. Wszyst­kie języ­ki „krad­ną”, więc dla­cze­go jidysz, ze swo­ją tysiąc­let­nią histo­rią, miał­by się tego wsty­dzić bar­dziej niż inne?

Przed laty przyszła mi do głowy myśl, że jidysz niekiedy odgrywa dziś rolę podobną do tej, jaką dawniej pełnił „loszn kojdesz” – język cenny.

War­to go zacho­wać i świa­do­mie nad nim pra­co­wać. Myśleć o nim jako o języ­ku o szcze­gól­nym sta­tu­sie, bo jako język codzien­ny – nawet w śro­do­wi­skach cha­sydz­kich – sta­je się on coraz mniej obec­ny.

Rów­no­cze­śnie poja­wia­ją się nowe uży­cia jidysz, nowe zja­wi­ska i ini­cja­ty­wy poka­zu­ją­ce, że on wciąż żyje. Choć­by orga­ni­zo­wa­ne w Cen­trum Kul­tu­ry Jidysz słu­cho­wi­ska, warzyw­no-owo­co­we festi­wa­le i inne dzia­ła­nia arty­stycz­ne.

Po 1968 roku napraw­dę sądzi­łam, że w Pol­sce nie­wie­le osób będzie chcia­ło zaj­mo­wać się języ­kiem i lite­ra­tu­rą jidysz czy choć­by mówić w tym języ­ku. Ostat­nie ćwierć­wie­cze uświa­do­mi­ło mi, że histo­ria lubi zaska­ki­wać i że war­to po pro­stu robić swo­je, reali­zo­wać swo­je pla­ny i marze­nia. Mamy jesz­cze mnó­stwo pra­cy.

 

Bella Czarnota

– filozofka, pisarka, eseistka, tłumaczka, publicystka i redaktorka.

więcej →

– literaturoznawczyni, kulturoznawczyni i jidyszystka.

więcej →

Powiązane teksty

09.02.2026
Cykl wspólnotowy

Działanie i jeszcze raz działanie: to nasza „Maksyma”

Kim są, dokąd zmierzają, czego potrzebują? Koła, kluby, grupy, ekipy i związki. W tym cyklu oddajemy głos wspólnotom literackim. Reprezentujące je osoby mogą przedstawić się czytelniczkom i czytelnikom za pomocą dowolnej formy przekazu, o ile tylko hardware i software „Dziennika Literackiego” tę formę przetrawią. Dziś na naszych łamach gości Bialski Klub Literacki „Maksyma”.