Rozpocznę od wejścia wierszem, którym Agata Afeltowicz, ośmiokrotna mistrzyni Polski w slamie, w zasadzie ustanawia stawkę swojego debiutanckiego tomu poetyckiego:
W Lidlu tłumy.
Ogromna kolejka do kasy.
Szum zniecierpliwienia przerwany pytaniem mojego syna:
Mamo, a czy zdarzyło ci się kiedyś porzucić marzenie?
Wszyscy milkną.
Patrzą.
Zastygają w oczekiwaniu na moje słowa.
Scena należy do mnie1.
To bardzo sprawna zarzutka. Mamy dyskont, kolejkę, zniecierpliwiony tłum i dziecięce pytanie, które brzmi, jakby przyszło z zupełnie innego porządku niż gazetki promocyjne, bułki i taśma przy kasie. Codzienność zostaje przecięta zdaniem tak dużym, że aż podejrzanym. Można się skrzywić. Naprawdę? Dziecko? W Lidlu? Ale można też zobaczyć, że Afeltowicz tym właśnie gra. Scena jest trochę zbyt dobrze ustawiona, zbyt gotowa do obiegu, zbyt bliska anegdocie, która w mediach społecznościowych zebrałaby wzruszenia, lajki i kilka komentarzy o mądrości dzieci.
Dlatego wiersz jest tak dobrym otwarciem rozmowy o Lyrice. W miniaturze pokazuje mechanizm, którym tom będzie raz po raz próbował ogrywać. Autorka umie rozpoznać scenę, umie wciągnąć czytelnika w prostą sytuację, podkręcić napięcie, zawiesić odpowiedź i zostawić nas z mocnym ostatnim zdaniem. Matka nie mówi, czy porzuciła marzenie. Nie dostajemy wyznania ani psychologicznej głębi. Dostajemy moment przejęcia głosu. Tytułowa Moja kolej znaczy tu jednocześnie: moje miejsce przy kasie, moja kolej na odpowiedź i moja kolej na scenę. Rozgrywanie wieloznaczności, sprawna retoryka, ciekawe i celne puenty – to motywy przewodnie tego tomu.
Na tym polega podstawowy kłopot, ale też podstawowa atrakcyjność tej książki. Lyrica nie pozwala wygodnie powiedzieć, że „oto slam udaje poezję”. Nie pozwala też powiedzieć odwrotnie: oto poezja wreszcie odzyskuje żywy głos sceny. Strona jednak jest mniej łaskawa niż scena. Nie klaszcze po ostatnim wersie, tylko pozwala wrócić do początku i zobaczyć językowe rusztowanie całego efektu. Dlatego nie chcę pytać, czy slam jest poezją. Bardziej interesuje mnie to, kiedy głos staje się formą, a kiedy pozostaje tylko bardzo dobrze przejętym efektem.
Spór o slam na papierze łatwo ustawić jako kolejną odsłonę starej wojny o granice poezji. Po jednej stronie można wtedy postawić tych, którzy bronią książki, warsztatu, wieloznaczności i misternej pracy języka. Po drugiej tych, którzy przypominają, że poezja nie zaczęła się od druku, a głos, ciało, publiczność i reakcja sali nie są literacką dekoracją, tylko osobnym sposobem istnienia tekstu. Taki podział jest wygodny, ale prędko okazuje się jałowy. Każda ze stron zbyt dobrze zna swoje argumenty.
Lyrica wchodzi w tę rozmowę z dość mocnym instytucjonalnym stemplem. Nie jest zapisem klubowego wydarzenia, internetową antologią występów ani publikacją udostępnioną na prawach środowiskowej pamiątki. To tom 313 „Biblioteki Poezji Współczesnej”, wydany przez WBPiCAK i zredagowany przez Szczepana Kopyta, opiekę redakcyjną nad serią sprawuje zaś Mariusz Grzebalski. Slamowe zaplecze autorki nie stoi więc przed drzwiami poezji książkowej. Dlatego tekst Sonii Nowackiej w „Małym Formacie” o „slamie na papierze” jest tu potrzebny jako głos ostrzegawczy2. Jej nieufność wobec łatwego przepisywania scenicznej skuteczności na literacką wartość wydaje się zasadna. Kiedy tekst trafia do książki, traci część ochrony, jaką daje występ. Nie ma głosu autora, pauzy, sali, napięcia konkursu, bezpośredniej reakcji publiczności. Zostaje zdanie, układ, rytm zapisany, powtarzalność lektury. Jeśli wiersz działał głównie dlatego, że został dobrze powiedziany, książka bardzo szybko to obnaży.
Niemniej ta podejrzliwość też ma swoją ślepą plamkę. Zbyt łatwo może zmienić się w przekonanie, że wszystko, co pochodzi ze sceny, powinno najpierw przeprosić papier za własny głos. Tymczasem badaczki piszące o poezji mówionej i slamie od dawna przypominają, że literackość nie mieści się wyłącznie w cichej lekturze. Aleksandra Kremer upominała się o słuchanie poezji jako realny tryb badań3, a Dagmara Świerkowska-Kobus opisywała slam jako osobną sytuację komunikacyjną, z własnymi regułami, czasem, publicznością i sposobami wartościowania4. W tym sensie slam nie jest po prostu gorszym wierszem, któremu zabrakło książkowej dyscypliny, tylko formą, która działa w zupełnie innych warunkach. Niemniej w swoim podsumowaniu debiutów poetyckich 2024 roku Jakub Skurtys pisze wprost:
wciąż mam ontologiczny problem ze slamem, który od jakiegoś czasu próbuję rozpisać w różnych, nieco bardziej naukowych, szkicach. Nie wydaje mi się on formą, która pokrywa się z nowoczesną definicją poezji. […] Natura tekstu slamerskiego jest bowiem naturą sceniczną, bardziej więc przypomina konstrukcją partyturę dramaturgiczną lub skecz – taki rodzaj monologu, który rozwija się w sposób narracyjny, stopniuje napięcie, zmierza do efektownej puenty, ale wspiera ją elementami mnemotechnicznymi, np. powtórzeniami czy eufoniami5.
Tutaj zaczyna się właściwy sprawdzian Lyriki – co głos robi ze stroną? Czy potrafi ją zagęścić, pociąć, uruchomić rytmem i składnią, przepracować w języku, czy raczej traktuje papier jak zastępczą scenę, na której wystarczy dobrze ustawić wejście i dowieźć ostatnie zdanie? To dlatego Lyrica bywa tak drażniąca i tak ciekawa jednocześnie.
Afeltowicz bardzo dobrze wie, że tekst mówiony musi umieć trafić od razu. W slamie to nie jest tylko kwestia temperamentu autorki, ale warunek formy. Świerkowska-Kobus przypomina, że struktura tekstu slamerskiego nie jest liczona znakami ani objętością zapisu, lecz czasem występu. Zasada trzech minut obowiązuje na większości turniejów w Polsce i na świecie, a sam tekst powstaje w relacji do publiczności, głosu, tempa i ograniczonego okna uwagi. To ważne dla lektury Lyriki, bo wiele tekstów Afeltowicz jest idealnie skrojonych na trzyminutowy występ. Szybko ustawiają scenę, prowadzą skojarzenia i zmierzają do uderzenia, które powinno zostać z odbiorcą. Na stronie widać jednak, kiedy ta dynamika pracuje jako forma, a kiedy tylko sprawnie doprowadza tekst do efektownego ostatniego zdania. Najczyściej widać to w Xiaomi6. Wiersz zaczyna się od prostego przedmiotu codzienności: „Opaska z Chin kontroluje moje tętno, / ściska nadgarstek jak kajdanki”. Potem pojawia się język dobrostanu i łagodnego nadzoru: „Zadowalający wynik snu. / Poziom stresu umiarkowany – / w końcu mieszkam w Europie”. Co godzinę urządzenie wysyła „troskliwy komunikat: / siedziałeś za długo”, po czym następuje finał: „Osadzeni w chińskich więzieniach / takich nie dostają”. Wszystko jest tu na swoim miejscu. Może nawet za bardzo. Opaska, Chiny, kontrola, kajdanki, więzienie. Ścieżka skojarzeń układa się szybko, a polityczna skala zostaje uruchomiona głównie po to, by ostatnie wersy mocniej trafiły.
Podobnie dzieje się w Dawnych przyjaciołach7. Punkt wyjścia jest bardzo dobry. Dawni punkowcy, hipisi i studenci spotykają się po latach jako ludzie, którzy zamiast rewolucji omawiają zdrowie, diety, trasy rowerowe, specjalistów i strategie przetrwania wieku średniego. Pomysł jest trafny, bo dawna wspólnota buntu zmienia się w klub samozarządzania starzejącym się ciałem. Tylko że wiersz zbyt szybko wyczerpuje własną zasadę. Kolejne zdania przynoszą warianty tego samego rozpoznania, a finał dopina koncept, którego czytelnik zdążył się już dawno temu domyśleć.
Do tej grupy dopisałbym także Kłótnię8. Na pierwszy rzut oka tekst sprawia wrażenie bardziej przemyślanego formalnie, bo relacja zostaje ujęta przez język kopiowania i edycji: „Walczysz ze mną moimi słowami”, „Plagiatujesz moje pretensje, / przywłaszczasz zarzuty”, „Z roku na rok rośnie mi liczba cytowań”, później „Ctrl+C, Ctrl+V” i „Ctrl+A, Ctrl+D”. To sprawne, ale znowu niezręcznie dosłowne. Wiersz sam objaśnia swój mechanizm, zanim zdąży zbudować napięcie. Kłótnia jako plagiat cudzych słów jest dobrym chwytem, jednak Afeltowicz zbyt szybko nazywa wszystkie jego elementy. Zamiast prawdziwego zwarcia frazy dostajemy inteligentnie rozpisany koncept, retoryczny, estradowy chwyt. W tym miejscu najlepiej widać jedną z głównych granic tomu. Autorka prawie zawsze potrafi zakończyć tekst. Znacznie rzadziej pozwala, by zakończenie zostało wypracowane przez cały wcześniejszy ruch wiersza. W słabszych utworach ostatnie zdanie działa jak ustawiony reflektor, a w lepszych pojawia się dopiero wtedy, gdy przedmiot, głos albo składnia zdążyły już zgromadzić sens. Lyrica wygrywa właśnie tam, gdzie puenta traci charakter scenicznego efektu i zaczyna być konsekwencją formy, efektem faktycznej pracy w ramach mowy wiązanej. To są jednak bardzo rzadkie przypadki w tym i tak skromnym objętościowo tomie.
To prowadzi do intrygującego zagadnienia: czym właściwie są te teksty, które czytamy w tomie? Wiele z nich trudno nazwać bez zastrzeżeń klasyczną prozą poetycką, jeśli rozumieć ją jako formę opartą na gęstości obrazu, napięciu zdania, rytmie prozy i pracy metafory. Opowiadaniami również nie są, bo fabuła rzadko rozwija się tu w zdarzenie. Najbliżej im chyba do miniatur mówionych, takich jak scenki, anegdoty, krótkie monologi ustawione pod głos, sytuację i ostatnie uderzenie.
Widać to już w Moim kochanku9. Tekst płynie jako satyryczna projekcja figury przyszłego partnera. „Mój kochanek będzie artystą wykluczonym”, ogłosi to na Tinderze, będzie miał problem z kapitalizmem, sojowym latte, LinkedInem, poliamorią, buddyzmem, mediami społecznościowymi i własną niechęcią do pracy. Autorka nie buduje tu obrazu lirycznego, tylko rozkręca monolog środowiskowej karykatury. Kolejne zdania dokładają rekwizyty i gesty, aż w finale podmiotka mówi: „Ja będę to wszystko wiedzieć. I ja się w nim, durna, zakocham”. To działa jak numer mówiony. Ma tempo, eskalację, rozpoznawalny typ społeczny i zwrot, który przestawia szyderstwo na samą mówiącą.
Podobnie funkcjonuje Nikt już nie trzepie dywanów10, choć jest tekstem znacznie lepszym i gęstszym. To nie opowiadanie o dzieciństwie ani liryczna elegia o utraconej wspólnocie. Raczej prozowana scena pamięci, zbudowana z przedmiotów i praktyk: kanapki ze smalcem, małosolnych, sklepów „u Tadeusza”, wspólnych rowerów, pompek, numeru „Bravo”, oranżady, kapsli wciskanych w skórę. Potem przychodzi cięcie: „Tej planety już nie ma”. Tekst zachowuje anegdotyczny rodowód, ale potrafi go przekształcić w diagnozę przemiany społecznej. Dlatego działa lepiej niż wiele krótszych, bardziej „wierszowych” prób z tomu.
To ważne, bo Lyrica chwilami sprawia wrażenie książki, która sama nie do końca ufa własnym formom mówionym. Obok rozbudowanych monologów pojawiają się teksty minimalistyczne, jak Kwiecień:
Kolejna wiosna.
Hoduję rzeżuchę w starej popielniczce.
Mały las w małej dolinie śmierci11.
Można tu wyczuć potoczne wyobrażenie haiku albo krótkiego wiersza „prawdziwie poetyckiego”, gdzie mało słów ma od razu wiele znaczyć. Problem polega na tym, że oszczędność nie staje się przecież automatycznie kondensacją. W tym zestawieniu bardziej przekonują te teksty Afeltowicz, które nie udają ciszy, tylko biorą odpowiedzialność za własną gadatliwość, anegdotę i sceniczność.
Z tego względu roboczo nazwałbym znaczną część Lyriki nie prozą poetycką, lecz zapisem miniatur performatywnych. To teksty do powiedzenia, nawet jeśli niekoniecznie zapisane jako gotowe slamy. Mają widoczny podmiot, sytuację wejściową, narastanie i często bardzo wyraźny rytm opowiadania. Ich wartość nie zależy od tego, czy da się je dopasować do wygodnej etykiety gatunkowej. Ważniejsze jest to, czy anegdota przechodzi w formę. Granica przebiega więc nie między wierszem a nie-wierszem, lecz między tekstem, który tylko dobrze się mówi, a tekstem, w którym mówienie zaczyna organizować rzeczywiste rozpoznanie. Tymczasem najmocniejsze momenty Lyriki pojawiają się wtedy, gdy autorka nie musi wybierać między energią mówienia a pracą na stronie. Głos pozostaje widoczny, podmiot nadal opowiada, fraza zachowuje rytm wypowiedzi do kogoś, ale tekst znajduje dodatkowy nośnik. Czasem jest nim jedno słowo, czasem przedmiot, czasem pauza. Właśnie tam książka przestaje wyglądać jak zbiór dobrze przeprowadzonych wejść scenicznych, a zaczyna budować indywidualną kompozycję liryczną.
Najlepszym przykładem jest Jeszcze go kocham, ale12. Afeltowicz wychodzi od sytuacji, którą łatwo byłoby rozegrać publicystycznie: „Mój brat został rasistą i nie mam pomysłu, co zrobić z miłością do niego”. Ten konflikt ma gotowe pola sporu: rodzina, rasizm, granica, islamofobia, Izrael, Palestyna, europejska plaża i wstyd. Autorka nie zatrzymuje się jednak na deklaracji moralnej. Znajduje słowo, które zaczyna zakażać cały tekst. Brat „kiedyś nie był rasistą, wcale. Potem nie był rasistą, ale. Niebycie rasistą-ale to taka faza przejściowa. Tam z lęku kiełkuje gniew”. To „ale” działa precyzyjniej niż seria zarzutów. Pokazuje, jak przemoc wchodzi do języka przez zastrzeżenie, usprawiedliwienie, drobne otwarcie furtki. Siła tego tekstu rośnie, gdy ta sama składnia wraca do podmiotki: „Nie jestem rasistką, ale gardzę własnym bratem. Nie jestem / rasistką, ale niech ten tłusty białas cierpi”. Autorka nie pozwala mówiącej stać poza skażeniem. Język, który miała rozpoznać i osądzić, zaczyna mówić także przez nią. Finałowe: „Jeszcze go kocham. Jeszcze go kocham, ale”, nie działa jak puenta ustawiona pod oklaski. To raczej zdanie zatrzymane w miejscu, w którym miłość, obrzydzenie, wstyd i gniew nie dają się rozdzielić. W tym tekście głos nie tylko przejmuje scenę, a zostaje złapany na własnym pęknięciu.
Drugim, znacznie mniejszym, ale ważnym przykładem jest Społem13. Cały tekst można przeczytać jako miniaturową scenę transakcji. Nie ma tu rozbudowanego monologu, satyrycznego katalogu ani manifestacyjnego nacisku. Jest pauza między językiem sklepu a nagłym rozpoznaniem głodu opieki. Dziesięć groszy staje się resztką troski, a kasowy gest zyskuje ciężar, którego sam nie powinien unieść. Właśnie dlatego unosi.
Trzecim przykładem może być zamykający tom Czas kwitnienia monster14, bo Afeltowicz znajduje tu obraz zdolny unieść jedną z najważniejszych stawek książki. Podmiotka mówi: „Mam w sobie plantację odpowiedzi, od których się powstrzymałam. / Jestem ich niewolnicą”. To dobre otwarcie, ponieważ niewypowiedziane riposty nie zostają opisane jako pustka, blokada czy zwykły żal. Są żywą, rozrastającą się materią. „Gigantyczne monstery, mocne riposty” odrastają „dwa razy silniejsze”, choć podmiotka co wieczór karczuje je przed zaśnięciem. Milczenie okazuje się tu stanem wewnętrznej nadprodukcji. Odpowiedzi nie znikają tylko dlatego, że nie zostały wypowiedziane. One ukorzeniają się, rozrastają, zajmują ciało. Ten tekst jest oczywiście bardzo performatywny i prowadzi do mocnego finału: „Mam na imię Demeter. / Jestem boginią. / Spierdalaj”. Autorka znów nie rezygnuje z uderzenia. Wcześniej jednakże metafora roślinna pracuje dość konsekwentnie, więc końcowy gest nie pojawia się znikąd. Plantacja, karczowanie, odrastanie, korzenie i Demeter układają się w porządek, w którym kobiecy gniew ma własną wegetację. W tym sensie Czas kwitnienia monster dobrze domyka motyw powstrzymywanego głosu obecny w całym tomie.
Te trzy teksty pozwalają uczciwie skomplikować zarzut wobec Lyriki, choć trzy wiersze to nie jest liczna reprezentacja. Afeltowicz potrafi znaleźć punkty, w których mówienie zaczyna pracować głębiej. „Ale” w tekście o bracie, rzodkiewka w portrecie dziadka i dziesięć groszy w Społem nie są ozdobami ani rekwizytami końcowego efektu. Dzięki nim głos nie musi silniej domagać się uwagi. Zaczyna ważyć. To jest materiał, który można by przepracować głębiej.
Spór o slam na papierze nie kończy się przy Lyrice, raczej znajduje w niej dobry materiał dowodowy dla obu stron. Nowacka miałaby tu sporo argumentów dla swojej podejrzliwości. W wielu miejscach Afeltowicz pisze tak, jakby tekst miał przede wszystkim wejść, przykuć uwagę i zostawić czytelnika z ostatnim zdaniem. To jednak nie załatwia sprawy książki poetyckiej. Od tomu można wymagać czegoś więcej niż sprawności, komunikatywności i dobrze ustawionej końcówki. Można oczekiwać głębszej organizacji formalnej, bardziej ryzykownej pracy w języku, napięcia między wersami, obrazami i składnią, większej odporności na ponowną lekturę, satysfakcjonującego oporu interpretacyjnego. Książka poetycka wymaga czegoś więcej niż sprawnego doprowadzenia czytelnika do rozpoznania i znokautowania go puentą. W słabszych miejscach sens pojawia się za wcześnie, a późniejsze partie tylko go obsługują. Forma nie komplikuje tematu, lecz staje się jego nośnym opakowaniem. Dlatego część utworów działa bardzo dobrze przy pierwszym kontakcie, a słabnie w ponownej lekturze. Widać wtedy, że retoryczna celność nie zawsze idzie u Afeltowicz w parze z głębszą organizacją języka.
Rację ma Skurtys w swoim rozpoznaniu: partie najbliższe scenicznej prozie, monologowi i anegdocie bywają w Lyrice retorycznie atrakcyjne, szybkie, celne, konceptualnie nośne. Tam Afeltowicz często naprawdę wie, co robi. Gorzej wypadają teksty, które mają wyglądać bardziej „wierszowo”, jakby pełniły funkcję preludiów albo przerywników między dłuższymi wystąpieniami. Właśnie tam odsłania się prostota myśli, języka i konstrukcji. Krótkość zaczyna udawać kondensację, koncept formalny zastępuje pracę wiersza, a puenta przejmuje funkcję organizującą, zanim tekst zdąży się naprawdę rozwinąć. Dlatego trudno mówić o Lyrice jako o książce poetyckiej w ustalonym sensie. To raczej tom tekstów mówionych, performatywnych, anegdotycznych i konfesyjnych, między które wstawiono kilka prób lirycznej miniatury. Najciekawsze są te miejsca, gdzie Afeltowicz nie próbuje na siłę zostać poetką „od wiersza”, tylko pozwala, by jej slamowa sprawność znalazła na stronie własny ciężar.
Równocześnie trudno byłoby potraktować Lyrikę jako prosty dowód przeciwko slamowi. Najlepsze fragmenty książki pokazują, że sprawność sceniczna może czasem zostać przetworzona w coś bardziej trwałego niż sam efekt „wow”. Autorka bywa bardzo dobra tam, gdzie nie zatrzymuje się na przejęciu uwagi, lecz pozwala, by głos zaczął organizować cały tekst – jego rytm, ciężar emocjonalny, napięcie między anegdotą a diagnozą, między prywatnym doświadczeniem a społecznym rozpoznaniem. W takich momentach puenta nie sprawia wrażenia zewnętrznego dopięcia. Jest raczej konsekwencją wcześniejszej pracy w postaci słowa, przedmiotu, pauzy, powracającej składni. Książka zyskuje wtedy gęstość, której niestety brakuje słabszym poetycko utworom.
Dlatego w sporze Nowackiej z bardziej przychylnymi badaczkami i badaczami slamu Lyrica nie opowiada się spokojnie po żadnej ze stron. Potwierdza obawy wobec slamu wydawanego jako poezja, bo pokazuje, jak łatwo skuteczność wystąpienia pomylić z pracą wiersza. Potwierdza też intuicję przeciwną, bo przypomina, że scena, głos i publiczność nie są obcym ciałem literatury. Slam wnosi do poezji energię kontaktu, bezczelność wypowiedzi, demokratyczny próg wejścia, rytm odpowiedzi natychmiastowej15. Tego nie da się zbyć wzruszeniem ramion, zwłaszcza dziś, gdy slam osiąga widzialność, której wiele tomów poetyckich może tylko zazdrościć. W mediach społecznościowych, na wydarzeniach, w obiegu nagrań i publicznych występów poezja mówiona często ma publiczność żywszą, liczniejszą i bardziej bezpośrednio zaangażowaną niż poezja książkowa.
I tu pojawia się najciekawsze pytanie, trochę prowokacyjne, ale chyba konieczne. Skoro slam tak dobrze radzi sobie bez książki, to po co mu książka? Dla prestiżu, archiwum, nagrody, wejścia do obiegu krytycznego, potwierdzenia, że głos ze sceny może zostać uznany także przez papier? A może książka jest dla slamu próbą trudniejszą niż wygrany turniej, bo odbiera mu część naturalnych przewag i zostawia sam tekst wobec powrotnej lektury? Lyrica nie daje jednej odpowiedzi. Pokazuje raczej koszt takiego przejścia. Slam może wejść do książki z dużą siłą, ale książka natychmiast pyta o to, co w tej sile zostaje po wyciszeniu sali, zaciemnieniu sceny. U Afeltowicz zostaje sporo: świetny głos, celność obserwacji, retoryczna energia, kilka naprawdę mocnych tekstów. Zostaje też nierówność, zbyt duże zaufanie do puenty i zbyt często powierzchowne rozumienie poetyckości.
Być może właśnie dlatego ten debiut jest tak dobrym przypadkiem krytycznym. Nie rozstrzyga, czy slam jest poezją, a pokazuje, że jeśli slam chce książki, musi przyjąć jej najmniej widowiskową zasadę – w książce nawet najmocniejszy głos musi umieć pracować także po cichu.
1 A. Afeltowicz, Lyrica, Poznań: Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, 2025, s. 11.
2 S. Nowacka, Projektowanie empatii. Slam na papierze, „Mały Format” 2024, nr 11–12, online: https://malyformat.com/2024/12/projektowanie-empatii-slam-papierze/ [dostęp: 12.08.2026].
3 A. Kremer, Głośna poezja. Uważne słuchanie w badaniach literackich, „Teksty Drugie” 2015, nr 5, s. 103–105.
4 D. Świerkowska-Kobus, Tekst slamerski w świetle genologii lingwistycznej, rozprawa doktorska, Poznań: Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, 2023, s. 15–16, 166–167.
5 J. Skurtys, Raport ze stajni Augiasza, czyli podsumowanie debiutów poetyckich 2024, „Mały Format” 2025, nr 5–6, online: https://malyformat.com/2025/05/raport-ze-stajni-augiasza-czyli-podsumowanie-debiutow-poetyckich-2024 [dostęp: 12.08.2026].
6 A. Afeltowicz, Lyrica…, s. 20.
7 Tamże, s. 21.
8 Tamże, s. 25.
9 Tamże, s. 6.
10 Tamże, s. 9.
11 Tamże, s. 10.
12 Tamże, s. 14.
13 Tamże, s. 8.
14 Tamże, s. 36.
15 Warto tu też przytoczyć kolejną diagnozę Skurtysa: „dobrze napisany tekst slamerski jest dziś lepszą soczewką języka i problemów społecznych, niż jakakolwiek – wspierana na filarach poststrukturalnych teorii polityczności – poezja tomikowa”, J. Skurtys, Raport ze stajni Augiasza…
