Między sceną a stroną

Roz­pocz­nę od wej­ścia wier­szem, któ­rym Aga­ta Afel­to­wicz, ośmio­krot­na mistrzy­ni Pol­ski w sla­mie, w zasa­dzie usta­na­wia staw­kę swo­je­go debiu­tanc­kie­go tomu poetyc­kie­go:

W Lidlu tłu­my.
Ogrom­na kolej­ka do kasy.
Szum znie­cier­pli­wie­nia prze­rwa­ny pyta­niem moje­go syna:
Mamo, a czy zda­rzy­ło ci się kie­dyś porzu­cić marze­nie?
Wszy­scy milk­ną.
Patrzą.
Zasty­ga­ją w ocze­ki­wa­niu na moje sło­wa.
Sce­na nale­ży do mnie1.

To bar­dzo spraw­na zarzut­ka. Mamy dys­kont, kolej­kę, znie­cier­pli­wio­ny tłum i dzie­cię­ce pyta­nie, któ­re brzmi, jak­by przy­szło z zupeł­nie inne­go porząd­ku niż gazet­ki pro­mo­cyj­ne, buł­ki i taśma przy kasie. Codzien­ność zosta­je prze­cię­ta zda­niem tak dużym, że aż podej­rza­nym. Moż­na się skrzy­wić. Napraw­dę? Dziec­ko? W Lidlu? Ale moż­na też zoba­czyć, że Afel­to­wicz tym wła­śnie gra. Sce­na jest tro­chę zbyt dobrze usta­wio­na, zbyt goto­wa do obie­gu, zbyt bli­ska aneg­do­cie, któ­ra w mediach spo­łecz­no­ścio­wych zebra­ła­by wzru­sze­nia, laj­ki i kil­ka komen­ta­rzy o mądro­ści dzie­ci.

Dla­te­go wiersz jest tak dobrym otwar­ciem roz­mo­wy o Lyri­ce. W minia­tu­rze poka­zu­je mecha­nizm, któ­rym tom będzie raz po raz pró­bo­wał ogry­wać. Autor­ka umie roz­po­znać sce­nę, umie wcią­gnąć czy­tel­ni­ka w pro­stą sytu­ację, pod­krę­cić napię­cie, zawie­sić odpo­wiedź i zosta­wić nas z moc­nym ostat­nim zda­niem. Mat­ka nie mówi, czy porzu­ci­ła marze­nie. Nie dosta­je­my wyzna­nia ani psy­cho­lo­gicz­nej głę­bi. Dosta­je­my moment prze­ję­cia gło­su. Tytu­ło­wa Moja kolej zna­czy tu jed­no­cze­śnie: moje miej­sce przy kasie, moja kolej na odpo­wiedź i moja kolej na sce­nę. Roz­gry­wa­nie wie­lo­znacz­no­ści, spraw­na reto­ry­ka, cie­ka­we i cel­ne puen­ty – to moty­wy prze­wod­nie tego tomu.

Na tym pole­ga pod­sta­wo­wy kło­pot, ale też pod­sta­wo­wa atrak­cyj­ność tej książ­ki. Lyri­ca nie pozwa­la wygod­nie powie­dzieć, że „oto slam uda­je poezję”. Nie pozwa­la też powie­dzieć odwrot­nie: oto poezja wresz­cie odzy­sku­je żywy głos sce­ny. Stro­na jed­nak jest mniej łaska­wa niż sce­na. Nie klasz­cze po ostat­nim wer­sie, tyl­ko pozwa­la wró­cić do począt­ku i zoba­czyć języ­ko­we rusz­to­wa­nie całe­go efek­tu. Dla­te­go nie chcę pytać, czy slam jest poezją. Bar­dziej inte­re­su­je mnie to, kie­dy głos sta­je się for­mą, a kie­dy pozo­sta­je tyl­ko bar­dzo dobrze prze­ję­tym efek­tem.

Spór o slam na papie­rze łatwo usta­wić jako kolej­ną odsło­nę sta­rej woj­ny o gra­ni­ce poezji. Po jed­nej stro­nie moż­na wte­dy posta­wić tych, któ­rzy bro­nią książ­ki, warsz­ta­tu, wie­lo­znacz­no­ści i mister­nej pra­cy języ­ka. Po dru­giej tych, któ­rzy przy­po­mi­na­ją, że poezja nie zaczę­ła się od dru­ku, a głos, cia­ło, publicz­ność i reak­cja sali nie są lite­rac­ką deko­ra­cją, tyl­ko osob­nym spo­so­bem ist­nie­nia tek­stu. Taki podział jest wygod­ny, ale pręd­ko oka­zu­je się jało­wy. Każ­da ze stron zbyt dobrze zna swo­je argu­men­ty.

Lyri­ca wcho­dzi w tę roz­mo­wę z dość moc­nym insty­tu­cjo­nal­nym stem­plem. Nie jest zapi­sem klu­bo­we­go wyda­rze­nia, inter­ne­to­wą anto­lo­gią wystę­pów ani publi­ka­cją udo­stęp­nio­ną na pra­wach śro­do­wi­sko­wej pamiąt­ki. To tom 313 „Biblio­te­ki Poezji Współ­cze­snej”, wyda­ny przez WBPi­CAK i zre­da­go­wa­ny przez Szcze­pa­na Kopy­ta, opie­kę redak­cyj­ną nad serią spra­wu­je zaś Mariusz Grze­bal­ski. Sla­mo­we zaple­cze autor­ki nie stoi więc przed drzwia­mi poezji książ­ko­wej. Dla­te­go tekst Sonii Nowac­kiej w „Małym For­ma­cie” o „sla­mie na papie­rze” jest tu potrzeb­ny jako głos ostrze­gaw­czy2. Jej nie­uf­ność wobec łatwe­go prze­pi­sy­wa­nia sce­nicz­nej sku­tecz­no­ści na lite­rac­ką war­tość wyda­je się zasad­na. Kie­dy tekst tra­fia do książ­ki, tra­ci część ochro­ny, jaką daje występ. Nie ma gło­su auto­ra, pau­zy, sali, napię­cia kon­kur­su, bez­po­śred­niej reak­cji publicz­no­ści. Zosta­je zda­nie, układ, rytm zapi­sa­ny, powta­rzal­ność lek­tu­ry. Jeśli wiersz dzia­łał głów­nie dla­te­go, że został dobrze powie­dzia­ny, książ­ka bar­dzo szyb­ko to obna­ży.

Nie­mniej ta podejrz­li­wość też ma swo­ją śle­pą plam­kę. Zbyt łatwo może zmie­nić się w prze­ko­na­nie, że wszyst­ko, co pocho­dzi ze sce­ny, powin­no naj­pierw prze­pro­sić papier za wła­sny głos. Tym­cza­sem badacz­ki piszą­ce o poezji mówio­nej i sla­mie od daw­na przy­po­mi­na­ją, że lite­rac­kość nie mie­ści się wyłącz­nie w cichej lek­tu­rze. Alek­san­dra Kre­mer upo­mi­na­ła się o słu­cha­nie poezji jako real­ny tryb badań3, a Dag­ma­ra Świer­kow­ska-Kobus opi­sy­wa­ła slam jako osob­ną sytu­ację komu­ni­ka­cyj­ną, z wła­sny­mi regu­ła­mi, cza­sem, publicz­no­ścią i spo­so­ba­mi war­to­ścio­wa­nia4. W tym sen­sie slam nie jest po pro­stu gor­szym wier­szem, któ­re­mu zabra­kło książ­ko­wej dys­cy­pli­ny, tyl­ko for­mą, któ­ra dzia­ła w zupeł­nie innych warun­kach. Nie­mniej w swo­im pod­su­mo­wa­niu debiu­tów poetyc­kich 2024 roku Jakub Skur­tys pisze wprost:

wciąż mam onto­lo­gicz­ny pro­blem ze sla­mem, któ­ry od jakie­goś cza­su pró­bu­ję roz­pi­sać w róż­nych, nie­co bar­dziej nauko­wych, szki­cach. Nie wyda­je mi się on for­mą, któ­ra pokry­wa się z nowo­cze­sną defi­ni­cją poezji. […] Natu­ra tek­stu sla­mer­skie­go jest bowiem natu­rą sce­nicz­ną, bar­dziej więc przy­po­mi­na kon­struk­cją par­ty­tu­rę dra­ma­tur­gicz­ną lub skecz – taki rodzaj mono­lo­gu, któ­ry roz­wi­ja się w spo­sób nar­ra­cyj­ny, stop­niu­je napię­cie, zmie­rza do efek­tow­nej puen­ty, ale wspie­ra ją ele­men­ta­mi mne­mo­tech­nicz­ny­mi, np. powtó­rze­nia­mi czy eufo­nia­mi5.

Tutaj zaczy­na się wła­ści­wy spraw­dzian Lyri­ki – co głos robi ze stro­ną? Czy potra­fi ją zagę­ścić, pociąć, uru­cho­mić ryt­mem i skład­nią, prze­pra­co­wać w języ­ku, czy raczej trak­tu­je papier jak zastęp­czą sce­nę, na któ­rej wystar­czy dobrze usta­wić wej­ście i dowieźć ostat­nie zda­nie? To dla­te­go Lyri­ca bywa tak draż­nią­ca i tak cie­ka­wa jed­no­cze­śnie.

Afel­to­wicz bar­dzo dobrze wie, że tekst mówio­ny musi umieć tra­fić od razu. W sla­mie to nie jest tyl­ko kwe­stia tem­pe­ra­men­tu autor­ki, ale waru­nek for­my. Świer­kow­ska-Kobus przy­po­mi­na, że struk­tu­ra tek­stu sla­mer­skie­go nie jest liczo­na zna­ka­mi ani obję­to­ścią zapi­su, lecz cza­sem wystę­pu. Zasa­da trzech minut obo­wią­zu­je na więk­szo­ści tur­nie­jów w Pol­sce i na świe­cie, a sam tekst powsta­je w rela­cji do publicz­no­ści, gło­su, tem­pa i ogra­ni­czo­ne­go okna uwa­gi. To waż­ne dla lek­tu­ry Lyri­ki, bo wie­le tek­stów Afel­to­wicz jest ide­al­nie skro­jo­nych na trzy­mi­nu­to­wy występ. Szyb­ko usta­wia­ją sce­nę, pro­wa­dzą sko­ja­rze­nia i zmie­rza­ją do ude­rze­nia, któ­re powin­no zostać z odbior­cą. Na stro­nie widać jed­nak, kie­dy ta dyna­mi­ka pra­cu­je jako for­ma, a kie­dy tyl­ko spraw­nie dopro­wa­dza tekst do efek­tow­ne­go ostat­nie­go zda­nia. Naj­czy­ściej widać to w Xia­omi6. Wiersz zaczy­na się od pro­ste­go przed­mio­tu codzien­no­ści: „Opa­ska z Chin kon­tro­lu­je moje tęt­no, / ści­ska nad­gar­stek jak kaj­dan­ki”. Potem poja­wia się język dobro­sta­nu i łagod­ne­go nad­zo­ru: „Zado­wa­la­ją­cy wynik snu. / Poziom stre­su umiar­ko­wa­ny – / w koń­cu miesz­kam w Euro­pie”. Co godzi­nę urzą­dze­nie wysy­ła „tro­skli­wy komu­ni­kat: / sie­dzia­łeś za dłu­go”, po czym nastę­pu­je finał: „Osa­dze­ni w chiń­skich wię­zie­niach / takich nie dosta­ją”. Wszyst­ko jest tu na swo­im miej­scu. Może nawet za bar­dzo. Opa­ska, Chi­ny, kon­tro­la, kaj­dan­ki, wię­zie­nie. Ścież­ka sko­ja­rzeń ukła­da się szyb­ko, a poli­tycz­na ska­la zosta­je uru­cho­mio­na głów­nie po to, by ostat­nie wer­sy moc­niej tra­fi­ły.

Podob­nie dzie­je się w Daw­nych przy­ja­cio­łach7. Punkt wyj­ścia jest bar­dzo dobry. Daw­ni pun­kow­cy, hipi­si i stu­den­ci spo­ty­ka­ją się po latach jako ludzie, któ­rzy zamiast rewo­lu­cji oma­wia­ją zdro­wie, die­ty, tra­sy rowe­ro­we, spe­cja­li­stów i stra­te­gie prze­trwa­nia wie­ku śred­nie­go. Pomysł jest traf­ny, bo daw­na wspól­no­ta bun­tu zmie­nia się w klub samo­za­rzą­dza­nia sta­rze­ją­cym się cia­łem. Tyl­ko że wiersz zbyt szyb­ko wyczer­pu­je wła­sną zasa­dę. Kolej­ne zda­nia przy­no­szą warian­ty tego same­go roz­po­zna­nia, a finał dopi­na kon­cept, któ­re­go czy­tel­nik zdą­żył się już daw­no temu domy­śleć.

Do tej gru­py dopi­sał­bym tak­że Kłót­nię8. Na pierw­szy rzut oka tekst spra­wia wra­że­nie bar­dziej prze­my­śla­ne­go for­mal­nie, bo rela­cja zosta­je uję­ta przez język kopio­wa­nia i edy­cji: „Wal­czysz ze mną moimi sło­wa­mi”, „Pla­gia­tu­jesz moje pre­ten­sje, / przy­własz­czasz zarzu­ty”, „Z roku na rok rośnie mi licz­ba cyto­wań”, póź­niej „Ctrl+C, Ctrl+V” i „Ctrl+A, Ctrl+D”. To spraw­ne, ale zno­wu nie­zręcz­nie dosłow­ne. Wiersz sam obja­śnia swój mecha­nizm, zanim zdą­ży zbu­do­wać napię­cie. Kłót­nia jako pla­giat cudzych słów jest dobrym chwy­tem, jed­nak Afel­to­wicz zbyt szyb­ko nazy­wa wszyst­kie jego ele­men­ty. Zamiast praw­dzi­we­go zwar­cia fra­zy dosta­je­my inte­li­gent­nie roz­pi­sa­ny kon­cept, reto­rycz­ny, estra­do­wy chwyt. W tym miej­scu naj­le­piej widać jed­ną z głów­nych gra­nic tomu. Autor­ka pra­wie zawsze potra­fi zakoń­czyć tekst. Znacz­nie rza­dziej pozwa­la, by zakoń­cze­nie zosta­ło wypra­co­wa­ne przez cały wcze­śniej­szy ruch wier­sza. W słab­szych utwo­rach ostat­nie zda­nie dzia­ła jak usta­wio­ny reflek­tor, a w lep­szych poja­wia się dopie­ro wte­dy, gdy przed­miot, głos albo skład­nia zdą­ży­ły już zgro­ma­dzić sens. Lyri­ca wygry­wa wła­śnie tam, gdzie puen­ta tra­ci cha­rak­ter sce­nicz­ne­go efek­tu i zaczy­na być kon­se­kwen­cją for­my, efek­tem fak­tycz­nej pra­cy w ramach mowy wią­za­nej. To są jed­nak bar­dzo rzad­kie przy­pad­ki w tym i tak skrom­nym obję­to­ścio­wo tomie.

To pro­wa­dzi do intry­gu­ją­ce­go zagad­nie­nia: czym wła­ści­wie są te tek­sty, któ­re czy­ta­my w tomie? Wie­le z nich trud­no nazwać bez zastrze­żeń kla­sycz­ną pro­zą poetyc­ką, jeśli rozu­mieć ją jako for­mę opar­tą na gęsto­ści obra­zu, napię­ciu zda­nia, ryt­mie pro­zy i pra­cy meta­fo­ry. Opo­wia­da­nia­mi rów­nież nie są, bo fabu­ła rzad­ko roz­wi­ja się tu w zda­rze­nie. Naj­bli­żej im chy­ba do minia­tur mówio­nych, takich jak scen­ki, aneg­do­ty, krót­kie mono­lo­gi usta­wio­ne pod głos, sytu­ację i ostat­nie ude­rze­nie.

Widać to już w Moim kochan­ku9. Tekst pły­nie jako saty­rycz­na pro­jek­cja figu­ry przy­szłe­go part­ne­ra. „Mój kocha­nek będzie arty­stą wyklu­czo­nym”, ogło­si to na Tin­de­rze, będzie miał pro­blem z kapi­ta­li­zmem, sojo­wym lat­te, Lin­ke­dI­nem, polia­mo­rią, bud­dy­zmem, media­mi spo­łecz­no­ścio­wy­mi i wła­sną nie­chę­cią do pra­cy. Autor­ka nie budu­je tu obra­zu lirycz­ne­go, tyl­ko roz­krę­ca mono­log śro­do­wi­sko­wej kary­ka­tu­ry. Kolej­ne zda­nia dokła­da­ją rekwi­zy­ty i gesty, aż w fina­le pod­miot­ka mówi: „Ja będę to wszyst­ko wie­dzieć. I ja się w nim, dur­na, zako­cham”. To dzia­ła jak numer mówio­ny. Ma tem­po, eska­la­cję, roz­po­zna­wal­ny typ spo­łecz­ny i zwrot, któ­ry prze­sta­wia szy­der­stwo na samą mówią­cą.

Podob­nie funk­cjo­nu­je Nikt już nie trze­pie dywa­nów10, choć jest tek­stem znacz­nie lep­szym i gęst­szym. To nie opo­wia­da­nie o dzie­ciń­stwie ani lirycz­na ele­gia o utra­co­nej wspól­no­cie. Raczej pro­zo­wa­na sce­na pamię­ci, zbu­do­wa­na z przed­mio­tów i prak­tyk: kanap­ki ze smal­cem, mało­sol­nych, skle­pów „u Tade­usza”, wspól­nych rowe­rów, pom­pek, nume­ru „Bra­vo”, oran­ża­dy, kap­sli wci­ska­nych w skó­rę. Potem przy­cho­dzi cię­cie: „Tej pla­ne­ty już nie ma”. Tekst zacho­wu­je aneg­do­tycz­ny rodo­wód, ale potra­fi go prze­kształ­cić w dia­gno­zę prze­mia­ny spo­łecz­nej. Dla­te­go dzia­ła lepiej niż wie­le krót­szych, bar­dziej „wier­szo­wych” prób z tomu.

To waż­ne, bo Lyri­ca chwi­la­mi spra­wia wra­że­nie książ­ki, któ­ra sama nie do koń­ca ufa wła­snym for­mom mówio­nym. Obok roz­bu­do­wa­nych mono­lo­gów poja­wia­ją się tek­sty mini­ma­li­stycz­ne, jak Kwie­cień:

Kolej­na wio­sna.
Hodu­ję rze­żu­chę w sta­rej popiel­nicz­ce.
Mały las w małej doli­nie śmier­ci11.

Moż­na tu wyczuć potocz­ne wyobra­że­nie haiku albo krót­kie­go wier­sza „praw­dzi­wie poetyc­kie­go”, gdzie mało słów ma od razu wie­le zna­czyć. Pro­blem pole­ga na tym, że oszczęd­ność nie sta­je się prze­cież auto­ma­tycz­nie kon­den­sa­cją. W tym zesta­wie­niu bar­dziej prze­ko­nu­ją te tek­sty Afel­to­wicz, któ­re nie uda­ją ciszy, tyl­ko bio­rą odpo­wie­dzial­ność za wła­sną gada­tli­wość, aneg­do­tę i sce­nicz­ność.

Z tego wzglę­du robo­czo nazwał­bym znacz­ną część Lyri­ki nie pro­zą poetyc­ką, lecz zapi­sem minia­tur per­for­ma­tyw­nych. To tek­sty do powie­dze­nia, nawet jeśli nie­ko­niecz­nie zapi­sa­ne jako goto­we sla­my. Mają widocz­ny pod­miot, sytu­ację wej­ścio­wą, nara­sta­nie i czę­sto bar­dzo wyraź­ny rytm opo­wia­da­nia. Ich war­tość nie zale­ży od tego, czy da się je dopa­so­wać do wygod­nej ety­kie­ty gatun­ko­wej. Waż­niej­sze jest to, czy aneg­do­ta prze­cho­dzi w for­mę. Gra­ni­ca prze­bie­ga więc nie mię­dzy wier­szem a nie-wier­szem, lecz mię­dzy tek­stem, któ­ry tyl­ko dobrze się mówi, a tek­stem, w któ­rym mówie­nie zaczy­na orga­ni­zo­wać rze­czy­wi­ste roz­po­zna­nie. Tym­cza­sem naj­moc­niej­sze momen­ty Lyri­ki poja­wia­ją się wte­dy, gdy autor­ka nie musi wybie­rać mię­dzy ener­gią mówie­nia a pra­cą na stro­nie. Głos pozo­sta­je widocz­ny, pod­miot nadal opo­wia­da, fra­za zacho­wu­je rytm wypo­wie­dzi do kogoś, ale tekst znaj­du­je dodat­ko­wy nośnik. Cza­sem jest nim jed­no sło­wo, cza­sem przed­miot, cza­sem pau­za. Wła­śnie tam książ­ka prze­sta­je wyglą­dać jak zbiór dobrze prze­pro­wa­dzo­nych wejść sce­nicz­nych, a zaczy­na budo­wać indy­wi­du­al­ną kom­po­zy­cję lirycz­ną.

Naj­lep­szym przy­kła­dem jest Jesz­cze go kocham, ale12. Afel­to­wicz wycho­dzi od sytu­acji, któ­rą łatwo było­by roze­grać publi­cy­stycz­nie: „Mój brat został rasi­stą i nie mam pomy­słu, co zro­bić z miło­ścią do nie­go”. Ten kon­flikt ma goto­we pola spo­ru: rodzi­na, rasizm, gra­ni­ca, isla­mo­fo­bia, Izra­el, Pale­sty­na, euro­pej­ska pla­ża i wstyd. Autor­ka nie zatrzy­mu­je się jed­nak na dekla­ra­cji moral­nej. Znaj­du­je sło­wo, któ­re zaczy­na zaka­żać cały tekst. Brat „kie­dyś nie był rasi­stą, wca­le. Potem nie był rasi­stą, ale. Nie­by­cie rasi­stą-ale to taka faza przej­ścio­wa. Tam z lęku kieł­ku­je gniew”. To „ale” dzia­ła pre­cy­zyj­niej niż seria zarzu­tów. Poka­zu­je, jak prze­moc wcho­dzi do języ­ka przez zastrze­że­nie, uspra­wie­dli­wie­nie, drob­ne otwar­cie furt­ki. Siła tego tek­stu rośnie, gdy ta sama skład­nia wra­ca do pod­miot­ki: „Nie jestem rasist­ką, ale gar­dzę wła­snym bra­tem. Nie jestem / rasist­ką, ale niech ten tłu­sty bia­łas cier­pi”. Autor­ka nie pozwa­la mówią­cej stać poza ska­że­niem. Język, któ­ry mia­ła roz­po­znać i osą­dzić, zaczy­na mówić tak­że przez nią. Fina­ło­we: „Jesz­cze go kocham. Jesz­cze go kocham, ale”, nie dzia­ła jak puen­ta usta­wio­na pod okla­ski. To raczej zda­nie zatrzy­ma­ne w miej­scu, w któ­rym miłość, obrzy­dze­nie, wstyd i gniew nie dają się roz­dzie­lić. W tym tek­ście głos nie tyl­ko przej­mu­je sce­nę, a zosta­je zła­pa­ny na wła­snym pęk­nię­ciu.

Dru­gim, znacz­nie mniej­szym, ale waż­nym przy­kła­dem jest Spo­łem13. Cały tekst moż­na prze­czy­tać jako minia­tu­ro­wą sce­nę trans­ak­cji. Nie ma tu roz­bu­do­wa­ne­go mono­lo­gu, saty­rycz­ne­go kata­lo­gu ani mani­fe­sta­cyj­ne­go naci­sku. Jest pau­za mię­dzy języ­kiem skle­pu a nagłym roz­po­zna­niem gło­du opie­ki. Dzie­sięć gro­szy sta­je się reszt­ką tro­ski, a kaso­wy gest zysku­je cię­żar, któ­re­go sam nie powi­nien unieść. Wła­śnie dla­te­go uno­si.

Trze­cim przy­kła­dem może być zamy­ka­ją­cy tom Czas kwit­nie­nia mon­ster14, bo Afel­to­wicz znaj­du­je tu obraz zdol­ny unieść jed­ną z naj­waż­niej­szych sta­wek książ­ki. Pod­miot­ka mówi: „Mam w sobie plan­ta­cję odpo­wie­dzi, od któ­rych się powstrzy­ma­łam. / Jestem ich nie­wol­ni­cą”. To dobre otwar­cie, ponie­waż nie­wy­po­wie­dzia­ne ripo­sty nie zosta­ją opi­sa­ne jako pust­ka, blo­ka­da czy zwy­kły żal. Są żywą, roz­ra­sta­ją­cą się mate­rią. „Gigan­tycz­ne mon­ste­ry, moc­ne ripo­sty” odra­sta­ją „dwa razy sil­niej­sze”, choć pod­miot­ka co wie­czór kar­czu­je je przed zaśnię­ciem. Mil­cze­nie oka­zu­je się tu sta­nem wewnętrz­nej nad­pro­duk­cji. Odpo­wie­dzi nie zni­ka­ją tyl­ko dla­te­go, że nie zosta­ły wypo­wie­dzia­ne. One uko­rze­nia­ją się, roz­ra­sta­ją, zaj­mu­ją cia­ło. Ten tekst jest oczy­wi­ście bar­dzo per­for­ma­tyw­ny i pro­wa­dzi do moc­ne­go fina­łu: „Mam na imię Deme­ter. / Jestem bogi­nią. / Spier­da­laj”. Autor­ka znów nie rezy­gnu­je z ude­rze­nia. Wcze­śniej jed­nak­że meta­fo­ra roślin­na pra­cu­je dość kon­se­kwent­nie, więc koń­co­wy gest nie poja­wia się zni­kąd. Plan­ta­cja, kar­czo­wa­nie, odra­sta­nie, korze­nie i Deme­ter ukła­da­ją się w porzą­dek, w któ­rym kobie­cy gniew ma wła­sną wege­ta­cję. W tym sen­sie Czas kwit­nie­nia mon­ster dobrze domy­ka motyw powstrzy­my­wa­ne­go gło­su obec­ny w całym tomie.

Te trzy tek­sty pozwa­la­ją uczci­wie skom­pli­ko­wać zarzut wobec Lyri­ki, choć trzy wier­sze to nie jest licz­na repre­zen­ta­cja. Afel­to­wicz potra­fi zna­leźć punk­ty, w któ­rych mówie­nie zaczy­na pra­co­wać głę­biej. „Ale” w tek­ście o bra­cie, rzod­kiew­ka w por­tre­cie dziad­ka i dzie­sięć gro­szy w Spo­łem nie są ozdo­ba­mi ani rekwi­zy­ta­mi koń­co­we­go efek­tu. Dzię­ki nim głos nie musi sil­niej doma­gać się uwa­gi. Zaczy­na ważyć. To jest mate­riał, któ­ry moż­na by prze­pra­co­wać głę­biej.

Okładka tomu wierszy Agaty Afeltowicz pod tytułem „Lyrica”.
Agata Afeltowicz, „Lyrica”, Poznań: WBPiCAK, 2025.

Spór o slam na papie­rze nie koń­czy się przy Lyri­ce, raczej znaj­du­je w niej dobry mate­riał dowo­do­wy dla obu stron. Nowac­ka mia­ła­by tu spo­ro argu­men­tów dla swo­jej podejrz­li­wo­ści. W wie­lu miej­scach Afel­to­wicz pisze tak, jak­by tekst miał przede wszyst­kim wejść, przy­kuć uwa­gę i zosta­wić czy­tel­ni­ka z ostat­nim zda­niem. To jed­nak nie zała­twia spra­wy książ­ki poetyc­kiej. Od tomu moż­na wyma­gać cze­goś wię­cej niż spraw­no­ści, komu­ni­ka­tyw­no­ści i dobrze usta­wio­nej koń­ców­ki. Moż­na ocze­ki­wać głęb­szej orga­ni­za­cji for­mal­nej, bar­dziej ryzy­kow­nej pra­cy w języ­ku, napię­cia mię­dzy wer­sa­mi, obra­za­mi i skład­nią, więk­szej odpor­no­ści na ponow­ną lek­tu­rę, satys­fak­cjo­nu­ją­ce­go opo­ru inter­pre­ta­cyj­ne­go. Książ­ka poetyc­ka wyma­ga cze­goś wię­cej niż spraw­ne­go dopro­wa­dze­nia czy­tel­ni­ka do roz­po­zna­nia i zno­kau­to­wa­nia go puen­tą. W słab­szych miej­scach sens poja­wia się za wcze­śnie, a póź­niej­sze par­tie tyl­ko go obsłu­gu­ją. For­ma nie kom­pli­ku­je tema­tu, lecz sta­je się jego nośnym opa­ko­wa­niem. Dla­te­go część utwo­rów dzia­ła bar­dzo dobrze przy pierw­szym kon­tak­cie, a słab­nie w ponow­nej lek­tu­rze. Widać wte­dy, że reto­rycz­na cel­ność nie zawsze idzie u Afel­to­wicz w parze z głęb­szą orga­ni­za­cją języ­ka.

Rację ma Skur­tys w swo­im roz­po­zna­niu: par­tie naj­bliż­sze sce­nicz­nej pro­zie, mono­lo­go­wi i aneg­do­cie bywa­ją w Lyri­ce reto­rycz­nie atrak­cyj­ne, szyb­kie, cel­ne, kon­cep­tu­al­nie nośne. Tam Afel­to­wicz czę­sto napraw­dę wie, co robi. Gorzej wypa­da­ją tek­sty, któ­re mają wyglą­dać bar­dziej „wier­szo­wo”, jak­by peł­ni­ły funk­cję pre­lu­diów albo prze­ryw­ni­ków mię­dzy dłuż­szy­mi wystą­pie­nia­mi. Wła­śnie tam odsła­nia się pro­sto­ta myśli, języ­ka i kon­struk­cji. Krót­kość zaczy­na uda­wać kon­den­sa­cję, kon­cept for­mal­ny zastę­pu­je pra­cę wier­sza, a puen­ta przej­mu­je funk­cję orga­ni­zu­ją­cą, zanim tekst zdą­ży się napraw­dę roz­wi­nąć. Dla­te­go trud­no mówić o Lyri­ce jako o książ­ce poetyc­kiej w usta­lo­nym sen­sie. To raczej tom tek­stów mówio­nych, per­for­ma­tyw­nych, aneg­do­tycz­nych i kon­fe­syj­nych, mię­dzy któ­re wsta­wio­no kil­ka prób lirycz­nej minia­tu­ry. Naj­cie­kaw­sze są te miej­sca, gdzie Afel­to­wicz nie pró­bu­je na siłę zostać poet­ką „od wier­sza”, tyl­ko pozwa­la, by jej sla­mo­wa spraw­ność zna­la­zła na stro­nie wła­sny cię­żar.

Rów­no­cze­śnie trud­no było­by potrak­to­wać Lyri­kę jako pro­sty dowód prze­ciw­ko sla­mo­wi. Naj­lep­sze frag­men­ty książ­ki poka­zu­ją, że spraw­ność sce­nicz­na może cza­sem zostać prze­two­rzo­na w coś bar­dziej trwa­łe­go niż sam efekt „wow”. Autor­ka bywa bar­dzo dobra tam, gdzie nie zatrzy­mu­je się na prze­ję­ciu uwa­gi, lecz pozwa­la, by głos zaczął orga­ni­zo­wać cały tekst – jego rytm, cię­żar emo­cjo­nal­ny, napię­cie mię­dzy aneg­do­tą a dia­gno­zą, mię­dzy pry­wat­nym doświad­cze­niem a spo­łecz­nym roz­po­zna­niem. W takich momen­tach puen­ta nie spra­wia wra­że­nia zewnętrz­ne­go dopię­cia. Jest raczej kon­se­kwen­cją wcze­śniej­szej pra­cy w posta­ci sło­wa, przed­mio­tu, pau­zy, powra­ca­ją­cej skład­ni. Książ­ka zysku­je wte­dy gęstość, któ­rej nie­ste­ty bra­ku­je słab­szym poetyc­ko utwo­rom.

Dla­te­go w spo­rze Nowac­kiej z bar­dziej przy­chyl­ny­mi badacz­ka­mi i bada­cza­mi sla­mu Lyri­ca nie opo­wia­da się spo­koj­nie po żad­nej ze stron. Potwier­dza oba­wy wobec sla­mu wyda­wa­ne­go jako poezja, bo poka­zu­je, jak łatwo sku­tecz­ność wystą­pie­nia pomy­lić z pra­cą wier­sza. Potwier­dza też intu­icję prze­ciw­ną, bo przy­po­mi­na, że sce­na, głos i publicz­ność nie są obcym cia­łem lite­ra­tu­ry. Slam wno­si do poezji ener­gię kon­tak­tu, bez­czel­ność wypo­wie­dzi, demo­kra­tycz­ny próg wej­ścia, rytm odpo­wie­dzi natych­mia­sto­wej15. Tego nie da się zbyć wzru­sze­niem ramion, zwłasz­cza dziś, gdy slam osią­ga widzial­ność, któ­rej wie­le tomów poetyc­kich może tyl­ko zazdro­ścić. W mediach spo­łecz­no­ścio­wych, na wyda­rze­niach, w obie­gu nagrań i publicz­nych wystę­pów poezja mówio­na czę­sto ma publicz­ność żyw­szą, licz­niej­szą i bar­dziej bez­po­śred­nio zaan­ga­żo­wa­ną niż poezja książ­ko­wa.

I tu poja­wia się naj­cie­kaw­sze pyta­nie, tro­chę pro­wo­ka­cyj­ne, ale chy­ba koniecz­ne. Sko­ro slam tak dobrze radzi sobie bez książ­ki, to po co mu książ­ka? Dla pre­sti­żu, archi­wum, nagro­dy, wej­ścia do obie­gu kry­tycz­ne­go, potwier­dze­nia, że głos ze sce­ny może zostać uzna­ny tak­że przez papier? A może książ­ka jest dla sla­mu pró­bą trud­niej­szą niż wygra­ny tur­niej, bo odbie­ra mu część natu­ral­nych prze­wag i zosta­wia sam tekst wobec powrot­nej lek­tu­ry? Lyri­ca nie daje jed­nej odpo­wie­dzi. Poka­zu­je raczej koszt takie­go przej­ścia. Slam może wejść do książ­ki z dużą siłą, ale książ­ka natych­miast pyta o to, co w tej sile zosta­je po wyci­sze­niu sali, zaciem­nie­niu sce­ny. U Afel­to­wicz zosta­je spo­ro: świet­ny głos, cel­ność obser­wa­cji, reto­rycz­na ener­gia, kil­ka napraw­dę moc­nych tek­stów. Zosta­je też nie­rów­ność, zbyt duże zaufa­nie do puen­ty i zbyt czę­sto powierz­chow­ne rozu­mie­nie poetyc­ko­ści.

Być może wła­śnie dla­te­go ten debiut jest tak dobrym przy­pad­kiem kry­tycz­nym. Nie roz­strzy­ga, czy slam jest poezją, a poka­zu­je, że jeśli slam chce książ­ki, musi przy­jąć jej naj­mniej wido­wi­sko­wą zasa­dę – w książ­ce nawet naj­moc­niej­szy głos musi umieć pra­co­wać tak­że po cichu.

1 A. Afel­to­wicz, Lyri­ca, Poznań: Woje­wódz­ka Biblio­te­ka Publicz­na i Cen­trum Ani­ma­cji Kul­tu­ry, 2025, s. 11.

2 S. Nowac­ka, Pro­jek­to­wa­nie empa­tii. Slam na papie­rze, „Mały For­mat” 2024, nr 11–12, onli­ne: https://malyformat.com/2024/12/projektowanie-empatii-slam-papierze/ [dostęp: 12.08.2026].

3 A. Kre­mer, Gło­śna poezja. Uważ­ne słu­cha­nie w bada­niach lite­rac­kich, „Tek­sty Dru­gie” 2015, nr 5, s. 103–105.

4 D. Świer­kow­ska-Kobus, Tekst sla­mer­ski w świe­tle geno­lo­gii lin­gwi­stycz­nej, roz­pra­wa dok­tor­ska, Poznań: Uni­wer­sy­tet im. Ada­ma Mic­kie­wi­cza w Pozna­niu, 2023, s. 15–16, 166–167.

5 J. Skur­tys, Raport ze staj­ni Augia­sza, czy­li pod­su­mo­wa­nie debiu­tów poetyc­kich 2024, „Mały For­mat” 2025, nr 5–6, onli­ne: https://malyformat.com/2025/05/raport-ze-stajni-augiasza-czyli-podsumowanie-debiutow-poetyckich-2024 [dostęp: 12.08.2026].

6 A. Afel­to­wicz, Lyri­ca…, s. 20.

7 Tam­że, s. 21.

8 Tam­że, s. 25.

9 Tam­że, s. 6.

10 Tam­że, s. 9.

11 Tam­że, s. 10.

12 Tam­że, s. 14.

13 Tam­że, s. 8.

14 Tam­że, s. 36.

15 War­to tu też przy­to­czyć kolej­ną dia­gno­zę Skur­ty­sa: „dobrze napi­sa­ny tekst sla­mer­ski jest dziś lep­szą soczew­ką języ­ka i pro­ble­mów spo­łecz­nych, niż jaka­kol­wiek – wspie­ra­na na fila­rach post­struk­tu­ral­nych teo­rii poli­tycz­no­ści – poezja tomi­ko­wa”, J. Skur­tys, Raport ze staj­ni Augia­sza…

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

03.02.2026 Recenzje

Z tęsknoty za formą

Trudno o czytelniejszy sygnał, że autor tomu myśli kategoriami całości i projektu: tytuł nie ma pomagać pojedynczemu utworowi, ale spinać większy blok. To, co miało zapobiegać dominacji paratekstu, przesuwa akcent w stronę jeszcze mocniejszej instancji: mott, cytatów, cudzych głosów – o tomie wierszy Gustawa Owczarskiego Od dwóch dni z mieszkania pisze Andrzej Graul.

08.09.2025 Recenzje

Karnawał wyobraźni, karuzela traum

To debiut radykalny, wymykający się klasycznym pojęciom fabuły czy konstrukcji narracyjnej, przypominający raczej psychodeliczną partyturę niż tradycyjną prozę. To eksperyment językowy, w którym rytm, dźwięk i brzmienie słów mają pierwszeństwo przed logiczną strukturą opowieści – o Obituriantach Weroniki Stencel pisze Andrzej Graul.

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.

11.08.2026 Laba

Książki zmieniają się razem z nami

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z malarką i autorką komiksów Joanną Karpowicz rozmawia Małgorzata Bugaj.