Z tęsknoty za formą

Gustaw Owczar­ski w śro­do­wi­sku lite­rac­kim pręd­ko wyrósł na „mło­de nazwi­sko”: Trap Krypt został przy­ję­ty jako debiut z ener­gią i ner­wem fra­zy, w obie­gu pod­kre­śla­no jego neo­lin­gwi­stycz­ny cha­rak­ter, a zara­zem sygna­li­zo­wa­no, że tom ów z jed­nej stro­ny otwie­ra „wie­le cie­ka­wych drzwi”, z dru­giej zaś wyma­ga tole­ran­cji wobec rwa­nej i zapę­tlo­nej dyk­cji poetyc­kiej. W chłod­niej­szym tonie zwra­ca­no uwa­gę na jej wsob­ność i na swo­istą auto­ero­tycz­ną intym­ność, dla nie­któ­rych odbior­ców sta­no­wią­cą, przy­naj­mniej na począt­ku, pew­ną barie­rę inter­pre­ta­cyj­ną1.

Tym­cza­sem dru­ga książ­ka dane­go auto­ra zawsze jest swe­go rodza­ju testem; pozwa­la spraw­dzić, któ­re z cech sty­lu zauwa­żal­ne w debiu­cie sta­ją się idio­mem twór­cy i któ­re intu­icje zamie­nia­ją się w regu­łę. W Od dwóch dni z miesz­ka­nia Owczar­ski reali­zu­je wła­śnie tę pró­bę. Zamiesz­czo­ne w zbio­rze wier­sze nie mają tytu­łów, są jedy­nie nume­ro­wa­ne, więk­sze par­tie zosta­ły opa­trzo­ne cyfra­mi rzym­ski­mi, mniej­sze – arab­ski­mi, poszcze­gól­ne seg­men­ty zaś – mot­ta­mi. Jedy­ną wyraź­nie tytu­ło­wa­ną serią są pro­zy poetyc­kie Wspo­mnie­nia dzie­ci przy­szło­ści. Do tego docho­dzą rygor ryt­micz­ny i sta­ła fra­za, któ­re od pierw­szych stron wyzna­cza­ją tok lek­tu­ry. Moż­na więc zadać wprost pyta­nie: czy ta kon­se­kwen­cja wyostrza powra­ca­ją­ce w książ­ce doświad­cze­nia samot­no­ści, opie­ki, pra­cy i żało­by czy raczej za spra­wą for­my wyrów­nu­je wszyst­ko do jed­ne­go pozio­mu i zamy­ka poje­dyn­cze utwo­ry w z góry zało­żo­nym mecha­ni­zmie?

Już w tym momen­cie trze­ba pod­kre­ślić, że w dru­giej książ­ce Owczar­skie­go para­tekst nie jest dodat­kiem, lecz głów­nym narzę­dziem wpły­wa­ją­cym na lek­tu­rę kolej­nych wier­szy. Brak tytu­łów mógł­by dzia­łać wyzwa­la­ją­co: tytuł bywa prze­cież domi­nu­ją­cą instan­cją inter­pre­ta­cji, za jego pomo­cą moż­na wziąć wiersz w kar­by i wyzna­czyć ścież­kę inter­pre­ta­cji. Tym­cza­sem w zbio­rze Owczar­skie­go podob­ną rolę odgry­wa­ją mot­ta. Otwie­ra­ją one kolej­ne par­tie, nada­jąc im ton. Poja­wia­ją się tu mię­dzy inny­mi Nico­las Male­bran­che z tele­olo­gią Kościo­ła, pesy­mi­stycz­ny Paul Celan, psal­micz­ny lament pro­sto z Biblii czy Ronald Stu­art Tho­mas i ple­ja­da bli­skich Owczar­skie­mu poetek i poetów. Zamiast dys­kret­nych wska­zó­wek dosta­je­my dro­go­wska­zy zapo­wia­da­ją­ce treść poje­dyn­czych utwo­rów.

Kon­se­kwen­cja takiej stra­te­gii poetyc­kiej wyglą­da nastę­pu­ją­co: po tytu­le nie zosta­je próż­nia, ponie­waż puste miej­sca wypeł­nia auto­ry­tet cyta­tu. Wiersz nie „nazy­wa się” sam, nie usta­na­wia wła­sne­go klu­cza, lecz wcho­dzi w rejestr cudze­go języ­ka. A nume­ra­cja robi swo­je: zamiast poje­dyn­czych, auto­no­micz­nych gestów lirycz­nych otrzy­mu­je­my sta­łe, cią­głe modu­ły ukła­du. Roz­dział, mot­to, pod­punkt. To o tyle cie­ka­we, że nawet jeśli pod­miot opo­wia­da o miesz­ka­niu, wil­go­ci, pra­niu i logi­sty­ce prze­trwa­nia, to od stro­ny for­mal­nej fra­za ma cha­rak­ter litur­gicz­ny: dzia­ła jak seria powta­rza­nych i roz­bi­ja­nych for­muł magicz­nych. Brzmi cie­ka­wie, lecz tak przy­go­to­wa­ny wybór for­mal­ny nie­sie ze sobą ryzy­ko mono­to­nii i wtór­no­ści poje­dyn­czych wier­szy w narzu­co­nym z góry, zapro­jek­to­wa­nym kon­cep­cie całej książ­ki.

Naj­przew­rot­niej­sze jest to, że jedy­ny wyraź­ny tytuł dosta­je seria próz poetyc­kich, wzmian­ko­wa­ne już Wspo­mnie­nia dzie­ci przy­szło­ści. Par­tie refe­ren­cyj­ne – kana­pa, mokre ubra­nia, rachun­ki, cho­ro­ba, wyraź­ny brak rodzi­ców – zosta­ją więc nazwa­ne jak roz­dział rapor­tu. Wier­sze nato­miast są bez­i­mien­ne, spro­wa­dzo­ne do nume­ru i do kano­nu przy­wo­ła­ne­go poprzez cytat. Trud­no o czy­tel­niej­szy sygnał, że autor tomu myśli kate­go­ria­mi cało­ści i pro­jek­tu: tytuł nie ma poma­gać poje­dyn­cze­mu utwo­ro­wi, ale spi­nać więk­szy blok. A to, co mia­ło zapo­bie­gać domi­na­cji para­tek­stu, prze­su­wa akcent w stro­nę jesz­cze moc­niej­szej instan­cji: mott, cyta­tów, cudzych gło­sów.

To waż­ne, bo pod tym kątem Od dwóch dni z miesz­ka­nia jest książ­ką wypra­co­wa­ną, rze­tel­nie zapro­jek­to­wa­ną, posłusz­ną narzu­co­nej for­mie. Kon­cept tomu jest cie­ka­wy i jak naj­bar­dziej wart reali­za­cji – dostrze­gal­ne w zbio­rze poczu­cie koniecz­no­ści poszu­ki­wa­nia Auto­ry­te­tu (Bóg, rodzi­ce, przy­wo­ły­wa­ni filo­zo­fo­wie, inni auto­rzy) i usta­bi­li­zo­wa­nia sen­su wier­sza poprzez for­mę nada­je wyraź­ny ton całej książ­ce. For­ma ta jed­nak swo­im cię­ża­rem dys­ty­cho­we­go dwu­na­sto­zgło­skow­ca łamie dyk­cję, spra­wia, że magicz­ny język man­try zaczy­na przy­po­mi­nać bojaź­li­we jąka­nie. Nie­mniej tu nawet bunt odby­wa się w obrę­bie for­mu­ły: pod cyta­tem, w nume­ro­wa­nym ukła­dzie, w rytu­ale. I wła­śnie dla­te­go pyta­nie o „oddech” poje­dyn­cze­go utwo­ru nie jest wyni­kiem kapry­su este­tycz­ne­go, lecz spraw­dzia­nem, czy wiersz ma tu pra­wo do wła­sne­go imie­nia czy z defi­ni­cji ma być jedy­nie kolej­ną sta­cją w narzu­co­nym ukła­dzie.

W poezji Owczar­skie­go repe­ty­cja nie jest już wyłącz­nie cechą fra­zy, ale czymś w rodza­ju zasa­dy kon­struk­cyj­nej. Tom brzmi, jak­by autor od począt­ku zakła­dał, że sens ma się „wyro­bić” przez powrót – przez to samo zda­nie, tę samą figu­rę, ten sam układ wer­sów. Poeta wypo­wia­da to wprost: „Ta dziw­na kom­pul­sja / Żeby tak powtó­rzyć pta­ka bez żad­nych zmian”2.

To zda­nie poka­zu­je staw­kę całej książ­ki: powtó­rze­nie ma być tu nie­mal magicz­nym gestem. W dal­szych wer­sach zosta­je to uję­te jak afo­ryzm-pro­gram: „Ptak powtó­rzo­ny trzy razy to już jastrząb”3. Tyle że wła­śnie w tym punk­cie robi się nie­wy­god­nie. W prak­ty­ce „ptak powtó­rzo­ny trzy razy” czę­sto pozo­sta­je po pro­stu pta­kiem – tyle że wpra­wio­nym w ruch wstecz­ny, w per­mu­ta­cję, w ukła­dan­kę. Zamiast sko­ku reje­stru (od zwy­kłe­go – w domy­śle – pta­ka do jastrzę­bia) dosta­je się raczej efekt pozy­tyw­ki (w dodat­ku spra­wia­ją­cej wra­że­nie popsu­tej przez upo­rczy­we i nie­na­tu­ral­ne łama­nie fra­zy); to samo wra­ca, ale nie po to, żeby odsło­nić nową war­stwę, lecz żeby zade­mon­stro­wać dzia­ła­nie mecha­ni­zmu. Dobrze to widać w par­tii „VI”, gdzie powra­ca­ją: „wymy­śla­nie”, „Bóg”, „kamień” i „kwit­nię­cie”. Te same ele­men­ty są tu prze­sta­wia­ne i two­rzą kolej­ne kon­fi­gu­ra­cje:

2. Cze­go chcesz ode mnie, mówię do niko­go
Wymy­ślam kwit­nię­cie. Gdzieś zosta­je kamień

 

Na nim kwit­nie pra­ca to takie pra­gnie­nie
Żeby Bóg był Bogiem. Cho­ciaż nie ist­nie­je

 

Udo­wad­niam przed nim, że też jestem nikim
Cho­ciaż nie ist­nie­je. Żeby Bóg był bogiem

 

A co jeśli nie wie, że sam nie ist­nie­je
Gdzieś zosta­je kamień. Wymy­ślił kwit­nię­cie

 

Gdzieś zosta­je kamień. Żeby Bóg był Bogiem
Wymy­ślił kwit­nię­cie. Cho­ciaż nie ist­nie­je

 

Wymy­ślam kwit­nię­cie. Żeby Bóg był Bogiem
Gdzieś zosta­je kamień. Cho­ciaż nie ist­nie­je4.

Taka stra­te­gia poetyc­ka jest kon­se­kwent­nie, do upo­ru powta­rza­na (ale nie­ste­ty nie prze­twa­rza­na) w każ­dym wier­szu tej książ­ki. Utwo­ry skła­da­ją się ze sta­łe­go zesta­wu seg­men­tów, któ­re ule­ga­ją prze­miesz­cze­niu syn­tak­tycz­ne­mu w imię zało­żo­ne­go pro­jek­tu, w war­stwie seman­tycz­nej nie docho­dzi jed­nak do trans­mu­ta­cji, nie ma tu prze­mia­ny, nie powsta­je nowy sens. To zamknię­te ukła­dan­ki, ite­ra­cje, prze­wi­dy­wal­ne powtó­rze­nia.

Zna­cze­nie oczy­wi­ście się poja­wia (wyobraź­nia, Bóg, nicość, pra­gnie­nie for­my), ale ruch jest głów­nie ruchem ukła­du, nie ruchem odkry­cia. To dla­te­go tak czę­sto cię­żar wypo­wie­dzi spa­da na dość pro­ste rdze­nie (tu: kamień/kwitnięcie/wymyślenie), a nie na roz­wój obra­zo­wa­nia czy napię­cie skład­ni. For­mal­nie bywa to zręcz­ne, miej­sca­mi nawet efek­tow­ne, lecz powta­rzal­ność meto­dy spra­wia, że poje­dyn­czy wiersz rzad­ko dosta­je szan­sę na wła­sną dyna­mi­kę. Z tego bie­rze się mono­to­nia: rzecz nie pole­ga na tym, że autor „nie ma tema­tów”, lecz na tym, że dany temat każ­do­ra­zo­wo prze­cho­dzi przez tę samą maszyn­kę, jest usta­wio­ny w ramach tego same­go kon­cep­tu.

Okładka tomu wierszy Gustawa Owczarskiego pod tytułem „Od dwóch dni z mieszkania”.
Gustaw Owczarski, „Od dwóch dni z mieszkania”, Warszawa: Convivo, 2025.

Naj­moc­niej­sze frag­men­ty książ­ki to te, w któ­rych pro­jekt na chwi­lę ustę­pu­je miej­sca mate­rii – gdy nie da się już uda­wać, że cho­dzi jedy­nie o grę ukła­dów. W pro­zach Wspo­mnie­nia dzie­ci przy­szło­ści poja­wia się coś, co brzmi jak zapis prze­trwa­nia: „Żyły­śmy u pod­nó­ża wiel­kiej roz­kła­da­nej kana­py (zosta­wi­li / nam ją w spad­ku rodzi­ce). […] Był zapach”5. I dalej – kon­kret czyn­no­ści, instruk­cji, domy­ka­nia dnia, jak­by świat trze­ba było trzy­mać w gar­ści: „Mama nauczy­ła nas naj­prost­sze­go spo­so­bu na oble­ka­nie / koł­dry […], a tata, jak goto­wać, żeby pościel nie śmier­dzia­ła”6.

W tej for­mu­le „dzie­ci przy­szło­ści” nie są wydu­ma­nym chwy­tem – wcho­dzą jako chór, któ­ry pamię­ta dom w try­bie awa­ryj­nym, dom jako zapach, wil­goć, logi­sty­kę codzien­ne­go prze­trwa­nia. „Schło i zno­wu mokło. Nasi rodzi­ce zało­ży­li na tej kana­pie / dom”7. A potem ten jeden wers, któ­ry powi­nien zostać z czy­tel­ni­kiem dłu­żej niż jaki­kol­wiek pro­gram for­mal­ny: „Rze­czy” – czy­ta­ły­śmy, / że gdzieś są, my mia­ły­śmy tyl­ko mokre ubra­nia”8.

Podob­nie dzie­je się w wier­szach, w któ­rych temat jest napraw­dę „z cia­ła” i „z miesz­ka­nia”. „Mam psy­cho­fi­zycz­ny pro­blem razem z cia­łem / Któ­re tar­gam dzi­siaj. Jak nową suszar­kę”9; dalej: „Więc wci­skam na nogę. Wil­got­ną skar­pet­kę”10. Rów­no­cze­śnie nastę­pu­je dziw­ny skręt w obra­zek reli­gij­ny, któ­ry nie jest deko­ra­cją, lecz pró­bą lirycz­nej pod­pór­ki: „Myśląc o Jezu­sie. Biblia obraz­ko­wa / Jego skó­rze bia­łej jak lakier suszar­ki”11. Tu rygor metrum nawet poma­ga: prze­kształ­ca tę codzien­ność w coś natręt­ne­go, powra­ca­ją­ce­go, nie do prze­pra­co­wa­nia w jed­nym roz­po­zna­niu.

Tom zawie­ra sfor­mu­ło­wa­ną wprost ambi­cję repe­ty­cji; zosta­ła ona uję­ta w przy­to­czo­nym już zda­niu-pro­gra­mie: „Ptak powtó­rzo­ny trzy razy to już jastrząb”12. I to jest dobry punkt zacze­pie­nia, ponie­waż poka­zu­je zakła­da­ny przez auto­ra książ­ki cel powtó­rze­nia, chęć prze­mia­ny reje­stru, sko­ku, przej­ścia w „coś wię­cej”. Pro­blem w tym, że w prak­ty­ce powtó­rze­nie bywa tu raczej mecha­ni­zmem krą­że­nia niż narzę­dziem zmia­ny sen­su: warian­ty ukła­du wra­ca­ją, ale rzad­ko wpły­wa­ją na tem­pe­ra­tu­rę wypo­wie­dzi. Pro­ce­du­ra dzia­ła, lecz jej sta­łość usy­pia czy­tel­ni­ka, petry­fi­ku­je zna­cze­nie.

W tym miej­scu war­to zesta­wić wspo­mnia­ny zabieg z repe­ty­cyj­ną poety­ką Jaku­ba Sęczy­ka, opi­sa­ną na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” przez Oska­ra Mel­le­ra. Tam powtó­rze­nie jest warian­tyw­ne w sen­sie ści­słym: drob­na wymia­na zna­ków w klau­zu­lach może „rady­kal­nie prze­ste­ro­wać tona­cję komu­ni­ka­tu”, a pętle inwer­syj­ne pozwa­la­ją oglą­dać ten sam marsz w róż­nych wymia­rach – nie jak pozy­tyw­kę, tyl­ko jak serię zmian per­spek­ty­wy13. Wła­śnie o to cho­dzi: powrót nie jest „tym samym jesz­cze raz”, lecz pró­bą, któ­ra zmie­nia staw­kę całe­go wier­sza. W utwo­rach Owczar­skie­go – w wie­lu miej­scach – ta obiet­ni­ca zosta­je wypo­wie­dzia­na, ale nie­do­trzy­ma­na: ptak jest powta­rza­ny, nato­miast jastrząb pozo­sta­je nie­ste­ty raczej nazwą nadziei niż efek­tem pra­cy fra­zy.

Od dwóch dni z miesz­ka­nia to tom bar­dzo kon­se­kwent­ny. Być może aż do bólu. Dru­ga książ­ka Owczar­skie­go ma wła­sny porzą­dek, wła­sną dys­cy­pli­nę, wła­sny słow­nik rze­czy: kana­pa, mokre ubra­nia, suszar­ka, skar­pet­ka, fra­mu­ga, cia­ło zmę­czo­ne jak sprzęt. Tyle że ta sama kon­se­kwen­cja jest rów­no­cze­śnie głów­nym pro­ble­mem. Wier­sze są bez­i­mien­ne, włą­czo­ne w nume­ro­wa­ny układ, pro­wa­dzo­ne pod mot­ta­mi (czę­sto funk­cjo­nu­ją­cy­mi jako śro­do­wi­sko­we fol­low-upy do auto­rek i auto­rów z tak zwa­ne­go śro­do­wi­ska); repe­ty­cja jest zasa­dą wpra­wia­nia wciąż w ten sam męczą­cy ruch – roz­bi­ja­nia fra­zy na czę­ści, a następ­nie prze­miesz­cza­nia i powta­rza­nia tych seg­men­tów w imię z góry zało­żo­ne­go kon­cep­tu for­mal­ne­go. Może to się wyda­wać efek­tow­ne, ale nie­ste­ty po lek­tu­rze kolej­nych wier­szy trud­no uciec od wra­że­nia wtór­no­ści i zamknię­te­go obie­gu wier­sza, któ­ry w więk­szej mie­rze ma „dzia­łać” w ramach narzu­co­ne­go pro­jek­tu, niż uka­zy­wać swo­je jed­nost­ko­we zna­cze­nie.

Tom jest spój­ny pod wzglę­dem for­mal­nym, ale z cza­sem ujaw­nia się tego koszt: czy­tel­nik odno­si wra­że­nie, że pro­jekt te wier­sze poże­ra, ewi­dent­nie bra­ku­je tu prze­strze­ni, w któ­rej repe­ty­cja mogła­by zacząć wpły­wać na sens utwo­rów.

Książ­ka Owczar­skie­go jest w tym sen­sie roz­cza­ro­wu­ją­ca, że for­ma prze­sta­je w niej być wyłącz­nie spo­so­bem funk­cjo­no­wa­nia mate­rii wypo­wie­dzi, a sta­je się sztyw­ną ramą, z góry narzu­co­ną reali­za­cją roz­ka­zu. Ten tom nie tyle „pra­cu­je” w języ­ku, ile go for­ma­tu­je: zada­niem wier­sza jest wypeł­nie­nie matry­cy, a nie wypra­co­wa­nie wła­sne­go ruchu, wła­sne­go odde­chu, wła­snej staw­ki; nie ma tu ryzy­ka ani zmia­ny. Apo­dyk­tycz­ność pro­jek­tu pozba­wia poje­dyn­cze utwo­ry pra­wa do wewnętrz­ne­go roz­wo­ju; zamiast pro­ce­su jest pro­ce­du­ra, zamiast otwie­ra­nia zna­czeń – domy­ka­nie ich w powro­tach. W rezul­ta­cie książ­ka spra­wia wra­że­nie kon­se­kwent­nej, ale ta kon­se­kwen­cja sta­no­wi wąt­pli­wą nagro­dę: pła­ci się za nią tym, co w poezji pod­sta­wo­we – moż­li­wo­ścią, że poje­dyn­czy wiersz będzie reali­za­cją odręb­nej fra­zy, a nie narzu­co­nej instruk­cji pro­jek­tu.

Wła­śnie dla­te­go lek­tu­ra Od dwóch dni z miesz­ka­nia w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku wią­że się z dość nie­przy­jem­ną obser­wa­cją: for­ma, w jaką uję­ta jest całość, przy­tła­cza – spra­wia, że poten­cjał poje­dyn­czych wier­szy pozo­sta­je nie­wy­ko­rzy­sta­ny.

 

1 R. Der­da, Na prze­cię­ciu, „Pole” 2024, nr 2 (5), onli­ne: https://poledwumiesiecznik.com/nr‑5/rafal-derda-na-przecieciu/ [dostęp: 3.02.2026].

2 G. Owczar­ski, Od dwóch dni z miesz­ka­nia, War­sza­wa: Convi­vo, 2025, s. 15.

3 Tam­że, s. 16.

4 Tam­że, s. 17.

5 Tam­że.

6 Tam­że, s. 11.

7 Tam­że, s. 32.

8 Tam­że.

9 Tam­że, s. 30.

10 Tam­że, s. 31.

11 Tam­że.

12 Tam­że, s. 16.

13 O. Mel­ler, A wio­sną nie­chaj cia­ło, nie sia­no zoba­czę, „Dzien­nik Lite­rac­ki”, 22.06.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/oskar-meller-a-wiosna-niechaj-cialo-nie-siano-zobacze-jakub-seczyk-kwasne-obole-wspolczesna-poezja-polska-nowa-poezja-polska-liryka-polska-recenzje [dostęp: 3.02.2026].

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

08.09.2025 Recenzje

Karnawał wyobraźni, karuzela traum

To debiut radykalny, wymykający się klasycznym pojęciom fabuły czy konstrukcji narracyjnej, przypominający raczej psychodeliczną partyturę niż tradycyjną prozę. To eksperyment językowy, w którym rytm, dźwięk i brzmienie słów mają pierwszeństwo przed logiczną strukturą opowieści – o Obituriantach Weroniki Stencel pisze Andrzej Graul.

02.07.2026 Laba

Pocztówka z zaczarowanej Desny. Czernihowszczyzna. Ukraina

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Olesi Mamczycz.

01.07.2026 Recenzje

Witaj w Trace Italian!

Dwie rzeczy naprawdę w tej książce doceniam. Pierwsza to sposób, w jaki traktuje się w niej sentyment i nostalgię. Druga to enigmatyczność tej powieści – o Wilku w białej furgonetce Johna Darnielle’a pisze Piotr Brencz.