Pocztówka znaleziona w trzcinie

Nie jest to w oczy­wi­sty spo­sób foto­ge­nicz­na oko­li­ca. Mój ulu­bio­ny widok Szcze­brze­szy­na – par­te­ro­we domy z ogród­ka­mi, w tle wynio­sły spa­dzi­sty dach różo­wej syna­go­gi, żół­ta wie­ża kościo­ła i dosko­na­le pusty wał wzgórz na hory­zon­cie widzia­ny z oko­li­cy cmen­ta­rza żydow­skie­go – nie daje się zmie­ścić w zgrab­nym pio­no­wym kadrze goto­wym do wrzu­ce­nia na insta­gra­mo­we sto­ries. Wzgó­rze nie jest pew­nie wystar­cza­ją­co wynio­słe, obiek­ty za bar­dzo na sie­bie zacho­dzą i giną stło­czo­ne w środ­ku obra­zu. Wie­le razy pró­bo­wa­łem tam zro­bić zdję­cie, by wresz­cie uznać, że naj­lep­sze z nich prze­cho­wu­ję w pamię­ci.

Pejzaż

Lubię tu wra­cać i jest w tym lubie­niu jakaś sym­pa­tia dla zwy­czaj­no­ści tego mia­stecz­ka na Roz­to­czu. Zwy­czaj­no­ści, w któ­rej – jeśli tyl­ko uda nam się zatrzy­mać choć­by na chwi­lę pospo­li­tą pogoń umy­słu za bodź­ca­mi – obja­wia się oczy­wi­ście ogrom­na nie­zwy­czaj­ność. Rze­ka jest chłod­na i roz­kosz­na w upa­ły. Pię­tro­we kamie­nicz­ki, opró­szo­ne pyłem z głów­nej dro­gi, któ­ra nadal prze­cho­dzi przez cen­trum, zachę­ca­ją do wyobra­ża­nia sobie albo prze­szło­ści, kie­dy wię­cej niż poło­wa miesz­kań­ców nazy­wa­ła to miej­sce „Sze­bre­szin”, albo ina­czej – spo­glą­da­nia w przy­szłość i tego, co by tu moż­na kie­dyś zro­bić z nie­spo­dzie­wa­nym już raczej nad­mia­rem cza­su i pie­nię­dzy. Poro­śnię­te skrzy­pem, ukry­te wśród wzgórz wąwo­zy wyglą­da­ją jak nie z tej pla­ne­ty. W maleń­kim trój­ką­cie ber­mudz­kim pomię­dzy wspo­mnia­nym rene­san­so­wym kościo­łem i rene­san­so­wą syna­go­gą oraz przy­tu­lo­ną obok, tak­że rene­san­so­wą cer­kwią moż­na przy­po­mnieć sobie o tym, skąd wyszedł ten kraj i czym był, zanim dwu­dzie­sto­wiecz­ne wichu­ry dzie­jów prze­obra­zi­ły go w prze­strzeń kwa­dra­to­wą kształ­tem i do nie­daw­na w nie­na­tu­ral­ny spo­sób jed­no­li­tą etnicz­nie.

Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Szczebrzeszyn, rejon dworca PKS. Fot. Krzysztof Żwirski.
Festiwal Stolica Języka Polskiego 2026. Szczebrzeszyn, rejon dworca PKS. Fot. Krzysztof Żwirski.

Język

Twór­cy festi­wa­lu obra­li za jego głów­ny temat język, co jest dość natu­ral­nym nawią­za­niem do kla­sycz­ne­go wier­sza łamań­ca Jana Brze­chwy, będą­ce­go stan­dar­do­wym ele­men­tem for­ma­cji szkol­nej w Pol­sce. Dźwię­ki chrząsz­cza dopa­dły uszu poety pod­czas wyciecz­ki do nie­da­le­kie­go Zwie­rzyń­ca, jaką odbył w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym ze swo­im zamiesz­ka­łym wów­czas w Zamo­ściu bra­tem stry­jecz­nym – Bole­sła­wem Leśmia­nem. W 2025 roku z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie prze­ką­sem, pod któ­rym dało się zara­zem wyczuć podziw, Łukasz Orbi­tow­ski uznał histo­rię szcze­brze­szyń­skie­go festi­wa­lu za „naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny przy­kład kapi­ta­li­za­cji jed­ne­go wier­sza, jaki zna w swo­im życiu”. Jeśli miał na myśli tak­że kapi­tał sym­bo­licz­ny, to zgo­dzę się z nim bez waha­nia.

Obra­nie za głów­ny temat festi­wa­lu języ­ka, a nie lite­ra­tu­ry moż­na postrze­gać jako gest włą­cza­ją­cy, zapra­sza­ją­cy. Powiem wię­cej – decy­zja sprzed kil­ku­na­stu lat wyda­je się z roku na rok nabie­rać coraz więk­sze­go sen­su. Jeśli w cza­sach galo­pu­ją­cej i praw­do­po­dob­nie nie­moż­li­wej już do zatrzy­ma­nia pola­ry­za­cji cokol­wiek łączy jesz­cze trzy­dzie­ści sie­dem milio­nów ludzi zamiesz­ku­ją­cych kraj mię­dzy Odrą a Bugiem (oraz kolej­nych prze­szło dzie­sięć milio­nów poza nim), to nie­wąt­pli­wie jest to język. I dla mnie taka iden­ty­fi­ka­cja przez język (żyje­my w języ­ku, śni­my w języ­ku – reka­pi­tu­lo­wa­nie dorob­ku myśli mniej lub bar­dziej bli­skiej tra­dy­cji Ludwi­ga Wit­t­gen­ste­ina będzie tu raczej zbęd­ne) jest neu­tral­na i moż­li­wa do zaak­cep­to­wa­nia, a zara­zem wska­zu­je na pew­ną nie­kwe­stio­no­wa­ną wspól­no­tę doświad­czeń. Jeśli spoj­rzy­my cho­ciaż­by na wła­sne począt­ki, zako­rze­nia­nie się w świe­cie poprzez język, ale tak­że prze­mia­ny tego wła­sne­go języ­ka wraz z dora­sta­niem i wcho­dze­niem w kolej­ne spo­łecz­ne krę­gi, to zoba­czy­my, że jako spo­łe­czeń­stwo cią­gle mamy o czym ze sobą roz­ma­wiać.

Nie ina­czej rzecz ujmu­je prof. Iwo­na Hof­man – medio­znaw­czy­ni, prze­wod­ni­czą­ca rady pro­gra­mo­wej festi­wa­lu, z któ­rą spo­ty­kam się w Zamo­ściu pierw­sze­go dnia tego­rocz­nej, dwu­na­stej już, odsło­ny impre­zy. Z nie­za­chwia­ną pew­no­ścią mówi o Sto­li­cy Języ­ka Pol­skie­go jako prze­strze­ni świa­do­me­go posłu­gi­wa­nia się sło­wem. Jed­no­cze­śnie przy­wo­łu­je sło­wa Jerze­go Gie­droy­cia, któ­re­go doro­bek bada i popu­la­ry­zu­je przez całe zawo­do­we życie, o odpo­wie­dzial­no­ści za Sło­wo (przez duże „S”).

Sło­wa mogą doce­niać, ale mogą też ranić. Ich brak może rów­nież wyra­żać zanie­dba­nie. Współ­cze­sny język prze­sta­je nazy­wać emo­cje, a sta­je się języ­kiem mani­pu­la­cji. Mamy coraz więk­sze przy­zwo­le­nie na byle­ja­kość, nad­uży­wa­my wul­ga­ry­zmów i mowy nie­na­wi­ści – oraz obo­jęt­nie­je­my na to.

– mówi. Pra­ca wkła­da­na w festi­wal sta­ła się dla prof. Hof­man nauką etycz­ne­go posłu­gi­wa­nia się sło­wem. Zapy­ta­na o to, czy otrzy­mu­je zwrot­ne potwier­dze­nie sku­tecz­no­ści tej pra­cy, odpo­wia­da bez waha­nia, że dla niej uczest­ni­cy i uczest­nicz­ki festi­wa­lu sta­ją się w natu­ral­ny spo­sób amba­sa­do­ra­mi pol­sz­czy­zny. Opo­wia­da też o satys­fak­cji fak­tycz­ne­go wyj­ścia z tema­tem poza mury aka­de­mii. I o nowym poko­le­niu ana­lo­go­wym, zdy­stan­so­wa­nym wobec pap­ki ser­wo­wa­nej przez tak zwa­ne duże mode­le języ­ko­we – tym, któ­re, jak ma nadzie­ję, na nowo odkry­je tak­że dla sie­bie język i jego moż­li­wo­ści.

Publiczność

Obec­ność wspo­mnia­ne­go poko­le­nia na festi­wa­lu na ten moment pozo­sta­je jed­nak raczej sta­nem pożą­da­nym, a mniej fak­tycz­nym. W publicz­no­ści gro­ma­dzą­cej się co roku przez pierw­szy peł­ny tydzień sierp­nia przy sce­nie przy Zespo­le Szkół nr 2 w Szcze­brze­szy­nie, nad brze­giem Wie­prza, od lat domi­nu­je bowiem prze­dział wie­ko­wy pięć­dzie­siąt plus. Nie mówię o tym z per­spek­ty­wy oce­nia­ją­cej. Jeśli już, była­by to wręcz oce­na pozy­tyw­na. W mojej opi­nii w ostat­nich deka­dach w umow­nie rozu­mia­nym śro­do­wi­sku lite­rac­kim w Pol­sce zna­czą­co pogłę­bi­ły się podzia­ły poko­le­nio­we. Figu­ra dzia­der­sa ma się dobrze, tak­że w lite­ra­tu­rze – i czę­sto nie jest czu­ła na odcie­nie sza­ro­ści. Rapor­ty doty­czą­ce czy­tel­nic­twa poka­zu­ją utrzy­mu­ją­cą się ten­den­cję niskie­go pozio­mu zaan­ga­żo­wa­nia w prak­ty­ki czy­tel­ni­cze wśród senio­rów, co nega­tyw­nie wyróż­nia Pol­skę na tle wie­lu innych kra­jów Euro­py. Nie­wie­le festi­wa­li lite­rac­kich robi coś fak­tycz­nie po to, żeby przy­cią­gnąć do sie­bie publicz­ność w sile wie­ku. Tym­cza­sem wśród siwej czę­ści głów w Szcze­brze­szy­nie (zauważ­my, co sta­ło się z naszym języ­kiem – okre­śle­nie „siwa gło­wa” brzmi jed­no­znacz­nie pejo­ra­tyw­nie!) jest wie­le osób, któ­re przy­jeż­dża­ją tutaj od same­go począt­ku. Spró­buj­my oddać głos kil­ku z nich.

Pani Ewa i pani Ali­cja z Mrą­go­wa, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łem dru­gie­go dnia, przy­je­cha­ły na przy­kład dzie­sią­ty raz. Kole­żan­ka zna­la­zła festi­wal w inter­ne­cie, czyn­ni­kiem decy­du­ją­cym była uwiel­bia­na przez nie Wisła­wa Szym­bor­ska – wraz z Kor­ne­lem Fili­po­wi­czem patro­nu­ją­ca ówcze­snej edy­cji. Obie panie lubią czy­tać, ale zawsze marzy­ły, żeby móc z kimś o książ­kach poroz­ma­wiać. Wszyst­ko to zna­la­zły w Szcze­brze­szy­nie. Doce­nia­ją luz, swo­bo­dę, kon­cen­tra­cję wyda­rzeń w jed­nej loka­li­za­cji, brak wej­śció­wek, pro­gram roz­ło­żo­ny na cały tydzień tak, że zachę­ca do wzię­cia dłuż­sze­go urlo­pu.

Ali­cja, Bar­ba­ra, Tere­sa i Ire­ne­usz, któ­rych zaga­du­ję nad rze­ką przy oka­zji zro­bie­nia zdję­cia, przy­jeż­dża­ją od jede­na­stu lat. Są z Byd­gosz­czy i spod Gdań­ska.

Panu­je tu spe­cy­ficz­na atmos­fe­ra, cisza, spo­kój. Jest to spo­ry festi­wal, ale bez hała­su, jaki robią tłu­my, i na ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni. Co roku spo­ty­ka­my tu roz­ma­ite waż­ne dla nas posta­ci, któ­re jak gdy­by nigdy nic prze­cha­dza­ją się po tra­wie mię­dzy nami

– mówi Ali­cja. Nie zapo­mną spo­tkań z Korą, co roku cie­szą się na widok Mai Komo­row­skiej. „No i te lody u Gar­ba­te­go” – doda­ją.

Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Fot. Krzysztof Żwirski. Alicja, Barbara, Teresa i Ireneusz nad brzegiem rzeki Wieprz.
Festiwal Stolica Języka Polskiego 2026. Fot. Krzysztof Żwirski. Alicja, Barbara, Teresa i Ireneusz nad brzegiem rzeki Wieprz.

Tutaj

W tym samym cza­sie sły­szę ze sce­ny, jak Anto­ni­na Tosiek opo­wia­da o swo­ich spo­tka­niach z Wie­sła­wem Myśliw­skim na pierw­szych edy­cjach festi­wa­lu. Roz­mo­wa krą­ży wokół rela­cji mię­dzy pro­win­cją a cen­trum i wokół sym­bo­licz­ne­go przej­ścia „od pana do cha­ma”, któ­re roz­po­czę­ło się w pol­skiej lite­ra­tu­rze lata temu tak­że za spra­wą tego szcze­gól­nie cenio­ne­go w Szcze­brze­szy­nie pisa­rza, jed­ne­go z pierw­szych lau­re­atów przy­zna­wa­nej przez festi­wal nagro­dy „Czło­wie­ka Sło­wa”. Z Anto­ni­ną zamie­nię jesz­cze tego dnia sło­wo, ale chciał­bym zatrzy­mać się na chwi­lę przy tej lokal­no­ści.

Nazwa „sto­li­ca” sym­bo­licz­nie nobi­li­tu­je poło­żo­ne na dale­kim wscho­dzie dzi­siej­szej Pol­ski mia­stecz­ko, o któ­rym wspo­mnia­ny wcze­śniej Fili­po­wicz nie zawa­hał­by się powie­dzieć „moja kocha­na, dum­na pro­win­cja”. Orga­ni­za­to­rzy, pro­wa­dzą­cy, kura­to­rzy pasm, wolon­ta­riu­sze (wśród nich uwa­gę zwra­ca Miko­łaj, lat jede­na­ście, pseu­do­nim The Black Kil­ler) – to w ogrom­nej więk­szo­ści miesz­kań­cy Lubelsz­czy­zny, z epi­zo­dycz­ny­mi lub sta­ły­mi doświad­cze­nia­mi emi­gra­cji, ale tak­że oso­by, któ­re nigdy nie opu­ści­ły tych stron, a już na pew­no nie zro­bi­ły tego duchem. Nie jest to może sytu­acja nie­zwy­kła, ale moc­ne zako­rze­nie­nie festi­wa­lu w regio­nie pozo­sta­je war­te odno­to­wa­nia. Na wie­czor­ne spo­tka­nia i kon­cer­ty z zain­te­re­so­wa­niem zaglą­da­ją miej­sco­wi. Bur­mistrz, o któ­rym na pierw­szy rzut oka – zgod­nie z poku­tu­ją­cą logi­ką ple­mien­ną – powie­dzie­li­by­śmy w myślach „z innej baj­ki”, z wyraź­ną tre­mą i dumą wita publicz­ność na otwar­ciu.

Jesz­cze przed festi­wa­lem spo­ty­kam przy sce­nie inne­go nie­tu­zin­ko­we­go lokal­sa – Mar­ci­na Pio­trow­skie­go, któ­ry wraz z eki­pą uwi­ja się przy mon­ta­żach. Zapy­ta­ny, co twór­ca zna­ne­go w całej chło­po­lub­nej Pol­sce i nie tyl­ko zna­ko­mi­te­go festi­wa­lu Fol­ko­wi­sko w Goraj­cu, a tak­że zasłu­żo­ny spo­łecz­nik i dzia­łacz huma­ni­tar­ny robi z wkrę­tar­ką w ręku w Szcze­brze­szy­nie, odpo­wia­da:

To jest brat­nia idea. Trze­ba to bra­ter­stwo i sio­strzeń­stwo festi­wa­li, szcze­gól­nie dobrych na ser­cu wyda­rzeń, takich, któ­re łączą, pie­lę­gno­wać. Tu czuć ener­gię w Szcze­brze­szy­nie, ten festi­wal chce zmie­niać prze­strzeń i dla­te­go my go wspie­ra­my. Nie ma zbyt dużo wyda­rzeń tak waż­nych kul­tu­ro­twór­czo na wscho­dzie Pol­ski, a to jest jed­no z faj­niej­szych, gdzie moż­na spo­tkać przy­ja­ciół, gdzie czuć, że jest to robio­ne dla idei, a nie dla komer­chy, i że współ­two­rzy­my coś waż­ne­go. My też się tutaj dużo uczy­my, tak­że pro­duk­cji, a ja mogę się wresz­cie poru­szać, odcho­dzę od kom­pu­te­ra. Ja to lubię, ja jestem robol, pra­co­wa­łem w fabry­kach, skle­pach, innych miej­scach. Jestem raczej czło­wie­kiem czy­nu, a nie two­rze­nia idei.

Z Mar­ci­nem żegnam się zdję­ciem z pla­ka­tem z wize­run­kiem patro­na tego­rocz­nej edy­cji festi­wa­lu – Wła­dy­sła­wa Bro­niew­skie­go. Póź­nym popo­łu­dniem na koniec dłu­gie­go dnia pra­cy zawie­sza go na pło­cie przed tere­nem festi­wa­lu.

Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Marcin Piotrowski z plakatem festiwalu z Władysławem Broniewskim. Fot. Krzysztof Żwirski.
Festiwal Stolica Języka Polskiego 2026. Marcin Piotrowski z plakatem festiwalu z Władysławem Broniewskim. Fot. Krzysztof Żwirski.

Ufność

Po dłuż­szej chwi­li na pod­pi­sy­wa­nie ksią­żek uda­je mi się zła­pać na chwi­lę przy­wo­ła­ną wcze­śniej Anto­ni­nę Tosiek. Już ze sce­ny zdra­dzi­ła, że na Sto­li­cę Języ­ka Pol­skie­go zaczę­ła przy­jeż­dżać lata temu jako stu­dent­ka. Wraz z przy­ja­ciół­ka­mi z poznań­skiej polo­ni­sty­ki, mając dwie­ście zło­tych do podzia­łu, pako­wa­ły śpi­wo­ry do ple­ca­ków i piel­grzy­mo­wa­ły do Szcze­brze­szy­na pocią­giem, cza­sa­mi auto­sto­pem. Na swo­je pierw­sze spo­tka­nie z Myśliw­skim przy­nio­sła egzem­plarz Nagie­go sadu. W póź­niej­szej bez­po­śred­niej roz­mo­wie wspo­mi­na też spo­tka­nie z Ryszar­dem Kry­nic­kim. „To, jak opo­wia­dał o sen­sie wier­sza, było bar­dzo koją­ce. Mówił o tym, że wiersz jest koniecz­ny i że war­to wier­szo­wi zaufać. Na pew­no w jakiejś mie­rze ośmie­li­ło mnie to póź­niej do tego, by tak­że pisać” – mówi. Pró­bu­ję podejść moją roz­mów­czy­nię i zapy­tać o sta­ro­świec­kość (w pozy­tyw­nym tego sło­wa zna­cze­niu) festi­wa­lu, któ­re­go cre­do wyzna­cza­ją sło­wa auto­ra Trak­ta­tu o łuska­niu faso­li: „Ufam języ­ko­wi. Wszyst­ko jest w języ­ku. To język usta­na­wia świat”. Jeste­śmy ponad pół wie­ku po rewo­lu­cji post­mo­der­ni­zmu i sie­dem lat po książ­ce, w któ­rej Jacek Dukaj przed­sta­wił pro­gno­zę świa­ta po piśmie. Spo­łecz­ne zaufa­nie do języ­ka w służ­bie halu­cy­nu­ją­cej sztucz­nej inte­li­gen­cji szo­ru­je po dnie, tego same­go dnia na paśmie języ­ko­wym Mag­da Gacyk w roz­mo­wie z Miro­sła­wem Oczko­siem przy­wo­łu­je wyni­ki badań doty­czą­ce zdol­no­ści kon­cen­tra­cji uwa­gi czło­wie­ka scrol­lu­ją­ce­go – dwa­na­ście sekund, porów­nu­jąc je z trzy­dzie­sto­ma sekun­da­mi sku­pie­nia u zło­tych rybek. Czy Anto­ni­na Tosiek ufa jesz­cze języ­ko­wi?

Oczy­wi­ście, że nie ufam. I tak­że pamięt­ni­ki wiej­skich kobiet, któ­re bada­łam, mnie tego nauczy­ły. Autor­ki mogły same sie­bie oszu­ki­wać i czę­sto to robi­ły. Dopie­ro kie­dy sta­je­my sam na sam ze swo­imi życio­ry­sa­mi, to zaczy­na­my się obie­rać z tego, jaki wize­ru­nek sobie przy­pi­su­je­my. Waż­na jest tak­że kwe­stia tego, jakim języ­kiem do sie­bie mówi­my. Czę­sto budu­je­my dystans kon­we­nan­sem uży­wa­ne­go języ­ka.

Tutaj jed­nak prze­cho­dzi­my do prze­ciw­wa­gi, jaką daje język mówio­ny – a tak­że prze­strze­ni, jaką ofe­ru­je dla takie­go języ­ka kon­tekst festi­wa­lu poświę­co­ne­go języ­ko­wi.

W spo­tka­niu, w roz­mo­wie, w gada­niu uży­wa­my języ­ka „z cia­ła”, orga­nicz­ne­go, takie­go, któ­re­mu moż­na bar­dziej zaufać. Zda­rza­ło się, że ludzie przy­cho­dzi­li do mnie po festi­wa­lu z książ­ką i wspo­mi­na­li imio­na swo­ich wiej­skich rodzi­ców z uży­ciem zdrob­nień – wyko­nu­jąc gest, któ­ry samym wypo­wia­da­ją­cym te sło­wa wyda­wał się prze­kro­cze­niem pew­nej gra­ni­cy intym­no­ści. A jed­nak, z nie­skry­wa­nym wzru­sze­niem, robi­li to

– mówi Tosiek.

Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Fot. Krzysztof Żwirski.
Festiwal Stolica Języka Polskiego 2026. Fot. Krzysztof Żwirski.

Podob­ne wnio­ski pły­ną z poran­nej, wspo­mi­na­nej już wcze­śniej roz­mo­wy z Miro­sła­wem Oczko­siem. „Myślę, że w tej chwi­li tyl­ko spo­tka­nie oso­bi­ste daje pełen obraz, kto jakim jest czło­wie­kiem” – sły­szę. Czy rze­czy­wi­ście daje, to już inna para kalo­szy. Bar­dziej inte­re­su­ją­ce jest, cze­go (jako moc­no uogól­nio­ne i uśred­nio­ne „my”) zda­je­my się coraz bar­dziej potrze­bo­wać i szu­kać. Tak­że na festi­wa­lach.

Wybory

Z taki­mi myśla­mi idę na spo­tka­nie z sze­fem i spi­ri­tus movens szcze­brze­szyń­skiej ini­cja­ty­wy, Pio­trem Dudą. To ani­ma­tor kul­tu­ry i pro­du­cent teatral­ny. Uro­dził się w Szcze­brze­szy­nie, a wycho­wał w pobli­skim Boda­czo­wie, gdzie pra­co­wa­li jego rodzi­ce, na małym wiej­skim osie­dlu, „w blo­kach na wsi”, gdzie wszy­scy się zna­li i przez dłu­gi czas nawza­jem odwie­dza­li. Ukoń­czył zawo­do­wą szko­łę budow­la­ną i tech­ni­kum budow­la­ne. Kie­dy pew­ne­go razu w nie­da­le­kim koście­le w Kle­men­so­wie usły­szał, jak Maja Komo­row­ska czy­ta na głos wier­sze, zapra­gnął zostać akto­rem. Ze stu­diów aktor­skich nie­wie­le wyszło, ale na całe życie zwią­zał się z teatrem – już w roli pro­du­cenc­kiej. Przez lata był zwią­za­ny mię­dzy inny­mi z war­szaw­skim Teatrem Mon­tow­nia. Do Szcze­brze­szy­na wró­cił w 2012 roku, kie­dy dyrek­tor miej­sco­we­go domu kul­tu­ry zapro­po­no­wał mu zaini­cjo­wa­nie wyda­rze­nia kul­tu­ral­ne­go pro­mu­ją­ce­go mia­stecz­ko. Impre­za na począt­ku nazy­wa­ła się „Art Szcze­brze­szyn”, a pierw­szym pomy­słem była akty­wi­za­cja śro­do­wi­ska lokal­nych mala­rzy i mala­rek – kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­wej kolo­nii arty­stów, któ­ra od kil­ku dekad two­rzy w mie­ście chrząsz­cza. Lite­ra­tu­ra i język przy­szły póź­niej.

Na dorob­ku szcze­brze­szyń­skie­go festi­wa­lu przez lata odci­snę­ła się pra­ca bar­dzo wie­lu osób. Na zapro­sze­nie Pio­tra dyrek­to­rem arty­stycz­nym pierw­szej edy­cji został Tomasz Brzo­zow­ski, zna­ny sze­rzej jako twór­ca popu­lar­ne­go w owym cza­sie wydaw­nic­twa i kawiar­nio-księ­gar­ni Czu­ły Bar­ba­rzyń­ca, czło­wiek pew­nych zasług i wie­lu kon­tro­wer­sji. Inną posta­cią, któ­ra dołą­czy­ła w ten spo­sób do ini­cja­ty­wy na tam­tym eta­pie jej roz­wo­ju, był Tomasz Pań­czyk, miej­sco­wy wydaw­ca i tłu­macz, oso­ba, któ­ra pod­czas poby­tu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych odna­la­zła ostat­nie­go pol­sko-żydow­skie­go miesz­kań­ca przed­wo­jen­ne­go Szcze­brze­szy­na, Phi­li­pa Bibe­la i namó­wi­ła go na spi­sa­nie wspo­mnień. Ogrom­ny wkład w roz­kwit festi­wa­lu w kolej­nych latach mie­li inni ówcze­śni człon­ko­wie rady pro­gra­mo­wej: Grze­gorz Gau­den, Justy­na Sobo­lew­ska, Michał Rusi­nek czy prof. Ryszard Kozio­łek. A spo­tka­nia pro­wa­dzo­ne przez Micha­ła Noga­sia przy­cią­ga­ły tłu­my czy­tel­ni­ków i czy­tel­ni­czek.

Piotr Duda jako for­ma­cyj­ne dla sie­bie sło­wa przy­wo­łu­je powie­dze­nie jego bab­ci Feli­cji. Wypo­wie­dział je kie­dyś na Gali Mistrzów Mowy Pol­skiej i od tego cza­su wra­ca­ją do nie­go jak bume­rang: „Nigdy w życiu nie powie­dzia­łam brzyd­kie­go sło­wa”. Wra­ca­my zatem do etycz­nej roli języ­ka i odpo­wie­dzial­no­ści za Sło­wo. Kor­ci mnie jed­nak, żeby zapy­tać Pio­tra o pewien moment w histo­rii Sto­li­cy Języ­ka Pol­skie­go. Dla osób śle­dzą­cych życie lite­rac­kie w Pol­sce nie jest bowiem tajem­ni­cą, że wspo­mnia­ni w poprzed­nim aka­pi­cie czte­rej człon­ko­wie i człon­ki­nie rady festi­wa­lu oraz rów­nież zasia­da­ją­cy w niej wów­czas Tomasz Pań­czyk wystą­pi­li z gre­mium w 2023 roku. W tle decy­zji były róż­ni­ce pro­gra­mo­we, ale tak­że nagra­nie udo­stęp­nio­ne w mediach spo­łecz­no­ścio­wych festi­wa­lu, w któ­rym na kolej­ną edy­cję zapra­sza­li Piotr i ówcze­sny mar­sza­łek woje­wódz­twa lubel­skie­go, Michał Mula­wa. Mar­sza­łek kie­ru­ją­cy urzę­dem od lat wspie­ra­ją­cym festi­wal w Szcze­brze­szy­nie był w prze­szło­ści jed­nym z istot­nych pro­pa­ga­to­rów two­rze­nia tak zwa­nych stref wol­nych od LGBT. Kres hanieb­nej prak­ty­ce poło­ży­ła rezo­lu­cja Par­la­men­tu Euro­pej­skie­go z 2021 roku i powią­za­na z nią zapo­wiedź zamro­że­nia fun­du­szy unij­nych dla samo­rzą­dów wpro­wa­dza­ją­cych dys­kry­mi­nu­ją­ce uchwa­ły. Choć wyda­rzy­ło się to parę lat przed tam­tą edy­cją, prze­pro­sin ze stro­ny Mula­wy nigdy nie było.

Oświad­cze­nie odcho­dzą­cych człon­ków rady pro­gra­mo­wej było dyplo­ma­tycz­nie oszczęd­ne, zazna­cza­no w nim tro­skę o dobro festi­wa­lu i jego przy­szłość. Teraz pytam Pio­tra o jego być może nigdy nie­wy­ar­ty­ku­ło­wa­ną publicz­nie per­spek­ty­wę na te wypad­ki.

Od począt­ków Sto­li­cy Języ­ka Pol­skie­go w swo­jej roli orga­ni­za­tor­skiej kie­ru­ję się dwie­ma głów­ny­mi zasa­da­mi. Pozo­sta­wiam peł­ną wol­ność pro­gra­mo­wą kura­to­rom pasm festi­wa­lo­wych – i takiej wol­no­ści ocze­ku­ję rów­nież od dys­po­nen­tów fun­du­szy wspie­ra­ją­cych festi­wal, bez wzglę­du na repre­zen­to­wa­ną przez nich opcję poli­tycz­ną

– odpo­wia­da Piotr. W ten spo­sób uda­je mu się funk­cjo­no­wać od już kil­ku­na­stu lat. I doda­je:

Sys­tem finan­so­wa­nia kul­tu­ry w Pol­sce opie­ra się na poje­dyn­czych insty­tu­cjach publicz­nych z ogra­ni­czo­ny­mi budże­ta­mi oraz wyma­ga­ją­cy­mi i bar­dzo zbiu­ro­kra­ty­zo­wa­ny­mi pro­ce­du­ra­mi, a tak­że nie­licz­ny­mi pod­mio­ta­mi sek­to­ra pry­wat­ne­go cechu­ją­cy­mi się dobrą wolą i uwa­gą dla tema­tu. Szcze­gól­nie poza duży­mi ośrod­ka­mi zabez­pie­cze­nie zado­wa­la­ją­ce­go budże­tu nie daje za duże­go pola manew­ru, a tak­że wyma­ga spo­rej ekwi­li­bry­sty­ki. Bez niej nie mogli­by­śmy zaofe­ro­wać na festi­wa­lu tak sze­ro­kie­go spek­trum poru­sza­nych zja­wisk i otwar­to­ści na roz­mo­wę na róż­ne waż­ne spo­łecz­nie tema­ty, do jakiej przy­wy­kli­śmy w Szcze­brze­szy­nie.

Uchwa­ły „stre­fo­we” postrze­ga Piotr – nie trze­ba doda­wać – jako kar­dy­nal­ny błąd minio­nych władz regio­nu. Ówcze­sne­go mar­szał­ka widział jed­nak zara­zem przede wszyst­kim jako dys­po­nen­ta wspól­nych – publicz­nych – pie­nię­dzy, a wspie­ra­nie festi­wa­lu przez Urząd Mar­szał­kow­ski jako reali­za­cję oczy­wi­ste­go, waż­ne­go dla regio­nu celu spo­łecz­ne­go. W sło­wach Pio­tra sły­szę też pew­ną auten­tycz­ną i – zno­wu uży­ję tego sło­wa – w pew­nym sen­sie sta­ro­świec­ką wia­rę, że poprzez wpro­wa­dza­nie w krąg oddzia­ły­wa­nia festi­wa­lu tak­że osób, z któ­rych nie­któ­ry­mi poglą­da­mi w życiu byśmy się nie zgo­dzi­li, daje­my im tak­że szan­sę na zre­wi­do­wa­nie tych poglą­dów albo przy­naj­mniej oswo­je­nie się przez te oso­by z tak obcą wie­lu war­to­ścią tkwią­cą w róż­no­rod­no­ści. Czy są zna­ne przy­pad­ki, w któ­rych przy­nio­sło to jakieś skut­ki i ile ich było, to już inna spra­wa.

Festiwal Stolica Języka Polskiego 2026. Fot. Krzysztof Żwirski
Festiwal Stolica Języka Polskiego 2026. Fot. Krzysztof Żwirski.

Moją rolą nie jest i nie powin­no być oce­nia­nie z myślą o czy­tel­ni­kach i czy­tel­nicz­kach tego tek­stu tam­tych wybo­rów i ich kon­se­kwen­cji. Z pew­no­ścią mamy tu do czy­nie­nia z dwie­ma dość czę­sto skon­flik­to­wa­ny­mi w dzi­siej­szym świe­cie posta­wa­mi: pryn­cy­pial­ną, opar­tą na koniecz­no­ści bez­wa­run­ko­we­go wyłą­cza­nia z życia publicz­ne­go jed­no­stek, któ­re hoł­du­ją szko­dli­wym ide­om wyklu­cza­ją­cym współ­o­by­wa­te­li, oraz (nie mam złu­dzeń, że doj­dę tutaj do satys­fak­cjo­nu­ją­ce­go okre­śle­nia) – bar­dziej ela­stycz­ną, opar­tą na nadziei wywo­ła­nia pro­gre­syw­nej zmia­ny w świa­do­mo­ści poprzez dia­lo­go­wa­nie i włą­cza­nie. Mamy też bez wąt­pie­nia indy­wi­du­al­ne oce­ny skut­ków wyni­ka­ją­cych z takie­go czy inne­go wybo­ru dla spra­wy, któ­ra jest dla nas dłu­go­fa­lo­wo waż­na. W Pol­sce, a na pew­no i w wie­lu innych kra­jach na świe­cie toczą się wokół tych roz­róż­nień i dyle­ma­tów inten­syw­ne poła­jan­ki poli­tycz­ne i jest moją ostat­nią potrze­bą, żeby się do nich dokła­dać. Ogra­ni­czam się więc do tego, co postrze­gam jako opis. A wra­ca­jąc do lite­ra­tu­ry – „tyle wie­my o sobie, ile nas spraw­dzo­no”.

Pani Ali­cja z Byd­gosz­czy oce­nia decy­zję Pio­tra z 2023 roku jako błąd. W póź­niej­szych roz­mo­wach z przy­ja­ciół­mi z Lubelsz­czy­zny inten­syw­nie zasta­na­wia­ła się jed­nak, jaki los spo­tka festi­wal, któ­ry stał się dla niej taki waż­ny: „Co zosta­nie w Szcze­brze­szy­nie, jeśli zabrak­nie festi­wa­lu?”. W 2024 roku zde­cy­do­wa­li się przy­je­chać jesz­cze raz. I zosta­li do dziś.

Miasto książki

Czę­ścią, by nie powie­dzieć – hory­zon­tem – dłu­go­fa­lo­wej wizji Pio­tra i zespo­łu Fun­da­cji Sztu­ki Kre­atyw­na Prze­strzeń, któ­ra orga­ni­zu­je szcze­brze­szyń­ski festi­wal, jest utwo­rze­nie w mia­stecz­ku Cen­trum Języ­ka Pol­skie­go. Dystans wobec festi­wa­li rozu­mia­nych jako jed­no­ra­zo­we zry­wy i spię­trze­nia ener­gii ludz­kiej jest u nie­go wyraź­ny. Już pod­czas pierw­szej edy­cji Sto­li­cy Języ­ka Pol­skie­go w wywia­dzie dla lokal­ne­go por­ta­lu z Zamo­ścia pod­kre­ślał:

Gene­ral­nie jestem prze­ciw­ni­kiem festi­wa­li. Brzmi to tro­chę para­dok­sal­nie, a może bar­dziej prze­ciw­ni­kiem even­tów arty­stycz­nych czy kul­tu­ral­nych, któ­re są tyl­ko even­ta­mi. W Pol­sce namno­ży­ło się even­tów. To moim zda­niem pla­ga, mar­no­wa­nie pie­nię­dzy, budo­wa­nie złych gustów. Powie­dzia­łem, że jeże­li mamy coś myśleć, to musi być wyda­rze­nie, któ­re będzie pącz­ko­wać, zacznie budo­wać jakąś jakość, zacznie być ele­men­tem edu­ka­cji mło­dzie­ży1.

W wizji Pio­tra Cen­trum będzie miej­scem, któ­re w przy­ja­zny spo­sób poka­że bogac­two współ­cze­snej pol­sz­czy­zny w jej róż­nych wymia­rach. Wysta­wa, pra­cow­nie i prze­strze­nie warsz­ta­to­we, miej­sca rezy­den­cjal­ne i dom pra­cy twór­czej, archi­wum spo­łecz­ne, wydaw­nic­two i cen­trum pro­duk­cji audio­wi­zu­al­nej – a wszyst­ko w mia­stecz­ku, któ­re na wzór bry­tyj­skich book towns prze­zna­czy nie­wy­ko­rzy­sta­ne loka­le usłu­go­we na księ­gar­nie i podob­nie jak Wig­town w Szko­cji czy Hay-on-Wye w Walii prze­isto­czy się w cało­rocz­ny cel week­en­do­wej tury­sty­ki lite­rac­kiej.

W swo­jej dwu­let­niej zale­d­wie obec­no­ści na festi­wa­lu widzia­łem już pod­pi­sy­wa­nie listów inten­cyj­nych z waż­ny­mi tego świa­ta i tej czę­ści świa­ta, dekla­ra­cje bur­mi­strza zapo­wia­da­ją­ce rychłe nada­nie spra­wie bie­gu i łapa­łem się na mniej lub bar­dziej uza­sad­nio­nym marzy­ciel­stwie, gdy oglą­da­łem pre­zen­ta­cje. Trzy­mam kciu­ki i wyra­żam uzna­nie dla upo­ru Pio­tra, bo sam wiem, jak wie­le wody w Wiśle upły­nę­ło w moim rodzin­nym, wyda­wa­ło­by się ciut więk­szym, Kra­ko­wie, zanim ziści­ły się sta­ra­nia o podob­ne, acz bar­dziej spro­fi­lo­wa­ne na samą lite­ra­tu­rę cen­trum.

„Czy w cią­gu ostat­nich kil­ku­na­stu lat uda­ło się prze­kształ­cić Szcze­brze­szyn w dru­gi Kazi­mierz Dol­ny?” – pytam na koniec naszej roz­mo­wy Pio­tra. „I tak, i nie” – odpo­wia­da z wła­ści­wym sobie spo­ko­jem. I wra­ca do tego, co chciał­by zro­bić, żeby znów jesz­cze tro­chę przy­bli­żyć się do wyzna­czo­ne­go celu.

Wioska bez murów

Tego­rocz­na edy­cja Sto­li­cy Języ­ka Pol­skie­go minę­ła w dużej mie­rze pod zna­kiem utra­ty. Orga­ni­za­to­rzy i publicz­ność żegna­li Wie­sła­wa Myśliw­skie­go, Mag­dę Umer, tra­gicz­nie zmar­łą Kata­rzy­nę Sto­par­czyk. Przy­jem­no­ścią było słu­cha­nie roz­mów z pasma języ­ko­we­go przy­go­to­wa­ne­go przez prof. Paw­ła Nowa­ka. Na dostrze­że­nie zasłu­gu­je pasmo poświę­co­ne patro­no­wi dwu­na­stej edy­cji, któ­re­go kura­to­rem był Krzysz­tof Siw­czyk. Poza spo­tka­niem o eks­tre­mal­nie nie­jed­no­znacz­nych spu­ści­znach i skom­pli­ko­wa­nych bio­gra­fiach: same­go Bro­niew­skie­go i uro­dzo­nej w Zamo­ściu Róży Luk­sem­burg (6 sierp­nia, uczest­ni­cy i uczest­nicz­ki: Mariusz Urba­nek, Wero­ni­ka Kostyr­ko, Anna Mar­chew­ka) zosta­ną ze mną na dłu­go roz­mo­wy wycho­dzą­ce od róż­nych obsza­rów dorob­ku auto­ra Bagne­tu na broń, takie jak dys­ku­sja o prze­kła­dzie lite­rac­kim z Mag­dą Hey­del i Krzysz­to­fem Flor­czy­kiem (3 sierp­nia). Z pasma „Po sąsiedz­ku” zapa­mię­tam nie­któ­re książ­ko­we wybo­ry Gra­ży­ny Luto­sław­skiej. Wyda­rze­nia wie­czor­ne – kon­cer­ty, spek­ta­kle – tak jak rok temu zaska­ki­wa­ły róż­no­rod­no­ścią.

Na sce­nie wybrzmie­wa­ły echa nie­ro­ku­ją­cych ten­den­cji w życiu publicz­nym. Rezo­no­wa­ło zanie­po­ko­je­nie anty­ukra­iń­ską nagon­ką nakrę­ca­ną przez skraj­ną pra­wi­cę i bez­myśl­ne, uwię­zio­ne w logi­ce aten­cji media ku ucie­sze opraw­ców z Moskwy, jak też wtór­nym anal­fa­be­ty­zmem, w jaki wpę­dza spo­łe­czeń­stwo nie­po­ha­mo­wa­ne uży­cie tech­no­lo­gii. A tak­że pułap­ką zamknię­cia w wio­sce Galów. Pro­fe­sor Józef Olej­ni­czak, na ubo­czu festi­wa­lu od lat pra­cu­ją­cy z mło­dzie­żą przy tek­stach patro­nów kolej­nych edy­cji, przy­wo­łał dys­ku­sję na ostat­nim Mię­dzy­na­ro­do­wym Festi­wa­lu Bru­no­na Schul­za w Dro­ho­by­czu z udzia­łem Ser­hi­ja Żada­na. „Nie ma wyj­ścia z pułap­ki kar­na­wa­łu. Świat poza prze­strze­nią kar­na­wa­łu upa­da” – miał tam powie­dzieć wiel­ki char­kow­ski pisarz.

Festiwal Stolica Języka Polskiego 2025. Kapliczka w Kulikowie. Fot. Krzysztof Żwirski.
Festiwal Stolica Języka Polskiego 2025. Kapliczka w Kulikowie. Fot. Krzysztof Żwirski.

Jak dla mnie Szcze­brze­szyn, ze wszyst­ki­mi zakrę­ta­mi swo­ich losów, nie­spo­ty­ka­ną nigdzie indziej publicz­no­ścią i gar­ba­tą dolą impre­zy z pery­fe­rii coraz bar­dziej cen­tra­li­zu­ją­ce­go się kra­ju, wycho­dzi obron­ną ręką. Nie wszyst­kie pro­po­no­wa­ne przez orga­ni­za­to­rów wyda­rze­nia mógł­bym nazwać moją baj­ką. Z nie wszyst­ki­mi uczest­ni­ka­mi zgo­dził­bym się pew­nie w róż­nych spra­wach, gdy­by zda­rzy­ło się, że spę­dzi­my wie­czór na roz­mo­wie. O wie­le więk­szą dusz­ność czu­ję jed­nak nie­kie­dy na impre­zach, któ­rych twór­cy usil­nie sta­ra­ją się mnie prze­ko­nać, że repre­zen­tu­ją wyłącz­nie coś bli­skie­go „mojej baj­ce” – czym­kol­wiek ona jest. Dla­te­go sądzę, że war­to mieć oko i ucho dla tego, co się wyda­rza w Szcze­brze­szy­nie. A przy­naj­mniej raz spró­bo­wać zoba­czyć, jak wyglą­da teraz ta jed­na z naj­więk­szych lite­rac­kich imprez w Pol­sce, któ­ra od kil­ku lat nie­ko­niecz­nie znaj­du­je się w cen­trum uwa­gi pol­skie­go śro­do­wi­ska lite­rac­kie­go. Na dobre i na złe.

1 T. Madej, Duda o sobie i o festi­wa­lu Sto­li­ca Języ­ka Pol­skie­go, „Zamość Onli­ne”, 11.08.2015, onli­ne: https://www.zamosconline.pl/text.php?id=11482&rodz=fot&tt=duda-o-sobie-i-o-festiwalu-szczebrzeszyn-stolica-jezyka-polskiego-[dostęp: 13.08.2026].

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Festiwal Stolica Języka Polskiego 2026. Fot. Krzysztof Żwirski Festiwal Stolica Języka Polskiego 2025. Fot. Krzysztof Żwirski. Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Fot. Krzysztof Żwirski. Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2025. Stawy Echo w Zwierzyńcu. Fot. Krzysztof Żwirski. Festiwal Stolica Języka Polskiego 2025. Kapliczka w Kulikowie. Fot. Krzysztof Żwirski. Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Szczebrzeszyn, rejon dworca PKS. Fot. Krzysztof Żwirski. Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Marcin Piotrowski z plakatem festiwalu z Władysławem Broniewskim. Fot. Krzysztof Żwirski. Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Fot. Krzysztof Żwirski. Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Fot. Krzysztof Żwirski. Alicja, Barbara, Teresa i Ireneusz nad brzegiem rzeki Wieprz. Festiwal Stolica Języka Polskiego, 2026. Fot. Krzysztof Żwirski.

Czytaj także