Małgorzata Bugaj: Jako malarka czytasz obrazami?
Joanna Karpowicz: Na pewno. Kiedy czytam, od razu pojawiają się obrazy, przestrzeń, światło i kolor. Wydaje mi się zresztą, że nie jestem w tym osamotniona. Chyba właśnie dlatego tak często rozczarowują nas ekranizacje książek, ponieważ każdy nosi w sobie własną wersję świata przedstawionego. Literatura bardzo mocno działa na moją wyobraźnię wizualną. Są książki, po których zostaje mi przede wszystkim atmosfera albo pojedyncze obrazy.
Czy zdarzyło się, że książka nauczyła cię patrzeć inaczej?
Jedną z takich książek są dla mnie Drzewa Ayi Kōdy. To niezwykła rzecz, która otwiera oczy na zieleń, światło, fakturę i formę. Po takiej lekturze inaczej patrzy się na świat roślin, ale też w ogóle na materię tego, co nas otacza.
Zresztą odbieram książki mniej intelektualnie, a bardziej emocjonalnie. Często zostaje mi po nich przede wszystkim nastrój.
Drzewa czyta się trochę tak, jakby obcowało się z poezją. Oczywiście jest tam treść, są konkretne obserwacje, ale po lekturze najmocniej pamięta się melodię słów i stan skupienia, w jaki ta książka wprowadza.
Jak książki trafiają do ciebie?
Rzadko przez recenzje, bo właściwie ich nie czytam. Częściej przez okładkę, przez zaufanie do wydawnictwa albo przez osoby, które mają nosa do literatury. Są serie, którym ufam. Bardzo lubię na przykład „Serię Amerykańską” Wydawnictwa Czarne. Jeśli sięgam po którąś z tych książek, zwykle wiem, że to będzie trafiony wybór. Lubię też serię historyczną „Rodowody Cywilizacji” Państwowego Instytutu Wydawniczego. Teraz czytam Pierwsze słowo. Narodziny mowy i pisma Martina Kuckenburga. Jestem w połowie, więc nie chcę jeszcze wydawać ostatecznych sądów, ale bardzo mnie intryguje. Fascynuje mnie myślenie o początkach mowy, o tym, jak rodziły się słowo i komunikacja.
Mówisz o książkach wymagających. Czy istnieje dla ciebie coś takiego jak „lekka” lektura na lato?
Oczywiście czytam też lżejsze rzeczy, ale dzisiaj w ogóle dużo trudniej jest mi skupić się na słowie pisanym niż kiedyś. Mam poczucie, że media społecznościowe i doomscrolling naprawdę zmieniły sposób, w jaki odbieramy długi tekst. Kiedyś czytanie było dla mnie tak naturalne jak oddychanie. Zostawiałam książki w różnych miejscach mieszkania i po prostu przemieszczałam się między nimi, cały czas będąc w jakiejś lekturze. Teraz trochę uczę się czytać od początku. Jeśli mam mało czasu, wolę poświęcić go na coś, co mnie poruszy, czegoś nauczy albo wprowadzi w szczególny nastrój.
Pamiętasz ostatnią prawdziwie wakacyjną lekturę?
To było dawno temu, chyba w 2013 roku na Zakintos. Leżałam na plaży i czytałam Maga Johna Fowlesa. Pamiętam to jako jedną z ostatnich sytuacji, kiedy naprawdę miałam poczucie wakacyjnej lektury: plaża, czas, książka i zawieszenie poza codziennością. Ostatnie sezony były dla mnie bardzo intensywne zawodowo, więc odpoczynek ma raczej formę mikrowakacji.
Jak wyglądają?
To są krótkie ucieczki w mieście. Na przykład wyjście do Lasku Wolskiego, dwie godziny szwendania się, odcięcia od pracy i codzienności. To nie są momenty na czytanie książki, ale pomagają przetrwać bardzo intensywne okresy. Bardzo lubię też podróże pociągiem. To dla mnie jeden z najlepszych pretekstów do czytania. Kiedy jadę na festiwal komiksowy, spotkanie albo do wydawcy, nagle dostaję dwie, trzy albo pięć godzin podarowanego czasu. Wtedy naprawdę długo zastanawiam się, którą książkę ze sobą zabrać.
A komiks? Działa inaczej?
To zależy od komiksu. Dziś to medium jest niezwykle różnorodne. Są komiksy czysto rozrywkowe, ale są też takie, które działają z taką samą siłą jak literatura. Bardzo lubię komiksy, w których znaczenie mają opowieść, emocje i scenariusz. Przykładem, który mogę szczerze polecić na wakacje, jest znakomity Sezon spadających gwiazd Marcina Podolca (wyd. Kultura Gniewu). Komiks potrafi też dać równie mocne przeżycie jak powieść, tylko używa innych środków. Obraz i słowo wzajemnie się dopełniają, tak jak w Krótkiej historii długiej wojny autorstwaMariam Najem, Julii Wus i Iwana Kypibidy (wyd. timof comics). Myślę, że czasy, w których komiks traktowano jako coś zasadniczo innego i mniej wymagającego niż książka, mamy już za sobą.
Gdyby Anubis z twoich obrazów miał własną bibliotekę, co by się w niej znalazło?
Myślę, że przede wszystkim książki o człowieku. O tym, kim jesteśmy, jakie są nasze granice i do czego jesteśmy zdolni. Nie lubię zbyt mocno personifikować tej postaci, ale gdybym miała to zrobić, powiedziałabym, że Anubis zatrzymuje się przy człowieku. Interesuje go człowieczeństwo, więc bliskie byłyby mu wszystkie książki, które próbują odpowiedzieć na pytanie, kim jesteśmy.
Wracasz do dawnych lektur?
Tak. Mam nawet teorię, że książki zmieniają się razem z nami. Od wielu lat wracam do Czarodziejskiej góry Thomasa Manna i za każdym razem czytam ją trochę inaczej. To jest dla mnie książka na całe życie. Wraz z nowymi doświadczeniami nagle zaczynam dostrzegać w niej rzeczy, których wcześniej nie widziałam. Ta lektura właściwie rośnie razem ze mną.
Jesteś przywiązana do papierowych książek?
Bardzo. Nie potrafię przekonać się do czytników, choć nie mam problemu z nowymi technologiami.
Po prostu lubię papier, ciężar książki i jej obecność.
Oczywiście w podróży oznacza to czasem dramatyczne wybory, bo książki trzeba dźwigać. Najlepiej jechać z innymi osobami i wcześniej zsynchronizować zasoby, kto co bierze i czym można się wymieniać. To też jest część czytelniczego rytuału.
Czy książki są dla ciebie częścią pracy?
Czasem tak, chociaż najczęściej muszę obłożyć się nie tyle książkami, ile miejscem. Moje wystawy bardzo często są związane z konkretnymi miejscami, z podróżami, z obrazami, które zobaczyłam i które później we mnie pracują.
Kiedy pojechałam do Bolonii jako ambasadorka ilustracji z ramienia Instytutu Książki, Włochy bardzo mocno weszły mi do głowy. Robiłam zdjęcia, patrzyłam, zapamiętywałam. Potem te doświadczenia zaczęły wracać w obrazach. W moim przypadku życie i praca cały czas się przenikają. Nawet kiedy wyjazd ma w sobie coś wakacyjnego, trudno całkowicie przestać pracować, bo przeżywanie miejsca staje się częścią procesu twórczego.