Literatura polarna wydaje się idealną lekturą na upał. Pani też tak sądzi?
Chyba jestem przykładem osoby dość niewrażliwej na literacką sezonowość. Literatura polarna, zwłaszcza polska, interesuje mnie właściwie bez względu na porę roku. Nie jest tak, że latem szukam książek „na ochłodzenie”, a zimą – innych tematów. Zresztą sama literatura polarna jest w Polsce bardzo niszowa. Nie ma wielu autorów zajmujących się tematami arktyczno-antarktycznymi. Pojawiają się oczywiście takie nazwiska, jak Mikołaj Golachowski czy Ilona Wiśniewska, są też naukowcy popularyzujący wiedzę o lodzie i lodowcach, ale to nadal bardzo mały świat. Sama często sięgam po książki archiwalne, wspomnienia i dzienniki dawnych polarników. Bardziej niż nowości interesuje mnie właśnie takie wyszukiwanie literackich śladów wypraw.
Czy środowisko polarników dużo czyta?
Kiedy jeździłam na wyprawy, rozmowy o książkach były czymś naturalnym. Pamiętam wieczory w stacji polarnej, kiedy ktoś nagle mówił: „A właśnie czytałem w książce Jana Terelaka, że…”. Dzisiaj pewnie trochę się to zmieniło, bo technologia bardzo mocno weszła w codzienność stacji. Komunikatory i internet częściowo zastąpiły takie wspólne posiadówki.
Polarnicy chętnie sięgają po literaturę przygodową, podróżniczą i polarną, również tę zagraniczną.
W stacji polarnej naprawdę jest przestrzeń na czytanie i rozmowę. Mimo codziennych obowiązków zostaje sporo czasu na dyskusje, również o literaturze. To już jednak zawsze zależy od ludzi.
Co fascynuje Panią w dziennikach i pamiętnikach polarników?
Przede wszystkim ich intymność i hermetyczność. W latach 70. czy 80. publikowanie dzienników z wypraw było czymś zupełnie naturalnym. Pisali je najczęściej naukowcy, którzy może nie mieli ambicji literackich, ale potrafili dokumentować codzienność. Dla mnie te książki są dziś trochę jak archeologia polarna. Czytam je po trzydziestu czy czterdziestu latach i próbuję zrozumieć ludzi oraz świat, który opisują. Zdarzało mi się nawet identyfikować bohaterów wspomnień na podstawie rozmów ze starszymi polarnikami, bo w samych dziennikach nie pojawiały się nazwiska, tylko skróty myślowe albo pseudonimy. To bardzo specyficzny rodzaj literatury, jednocześnie osobistej i hermetycznej.
A kiedy w thrillerach albo kryminałach pojawiają się wątki polarne, czyta je Pani z większą czułością czy raczej podejrzliwością?
Raczej z podejrzliwością. Choć przyznam, że thrillery i kryminały nie są gatunkami, po które często sięgam. Mam jednak czasami wrażenie, że autorzy próbują budować napięcie na podstawie bardzo uproszczonego wyobrażenia izolacji. Pojawia się schemat: stacja polarna, odosobnienie, więc zaraz musi wydarzyć się coś strasznego albo psychika bohaterów zaczyna się rozpadać. Z własnych doświadczeń wiem, że to tak po prostu nie działa.
Oczywiście izolacja wpływa na człowieka, ale rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana niż literackie klisze.
Czy zdarzyło się kiedyś, że książka zaprowadziła Panią w jakieś miejsce?
Nie tyle do konkretnego kraju czy miasta, ile do jakiegoś szczegółu, detalu. Pamiętam na przykład album Adama Bujaka o Krakowie. Po lekturze chodziłam po mieście, które przecież doskonale znam, i nagle zaczynałam patrzeć na konkretne kamienice czy gzymsy zupełnie inaczej. To są chyba raczej mikropodróże niż wielkie wyprawy. Wbrew pozorom bardzo cenię małe miejsca i mikroświaty.
Czy książki o wyprawach budzą w Pani potrzebę odpoczynku czy raczej pragnienie ruszenia w drogę?
Zdecydowanie to drugie. Bardzo często słyszę to też od czytelników podczas spotkań autorskich. Zdarzało się, że ktoś po przeczytaniu jednej z moich książek aplikował na wyprawę polarną albo kupował bilet na rejs do Norwegii. Literatura polarna jest niszowa, ale ma wiernych czytelników. W przypadku wielu osób te historie sprawiają, że taka podróż przestaje wydawać się czymś całkowicie nieosiągalnym.
W jaki sposób wybiera Pani książki?
Najczęściej według klucza polarnego. Gdy tylko znajdę informację o jakiejś starej książce napisanej przez polarnika, której jeszcze nie czytałam, natychmiast czuję potrzebę, żeby ją zdobyć. Moje lektury często wiążą się też z aktualną pracą. Niedawno skończyłam wywiad rzekę z geofizykiem i polarnikiem Piotrem Głowackim, który pochodzi z Rudy Śląskiej. Żeby lepiej zrozumieć jego świat, zaczęłam czytać literaturę górnośląską – Zbigniewa Rokitę czy Szczepana Twardocha.
Mam więc poczucie, że moje czytanie często jest rodzajem researchu.
A gdyby miała Pani przygotować wakacyjną polecajkę: jedną książkę „lodową”, jedną „ciepłą” i jedną do czasu w samotności?
Na schłodzenie zdecydowanie Czochrałem antarktycznego słonia i inne opowieści o zwierzołkach Mikołaja Golachowskiego. To świetna książka, pełna opowieści o antarktycznej faunie i polarnych anegdot. Ciepłą… – dla intelektualnego relaksu, powiedzmy, wybrałabym Stanisława Lema i jego książkę Diabeł i arcydzieło. Teksty przełomowe. W świecie szybkich, uproszczonych komunikatów taka lektura działa na mnie jak reset. Natomiast książką na czas spędzany w samotności byłaby dla mnie Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych Zbigniewa Rokity. To opowieść o pograniczu, pamięci i tożsamości, wymagająca skupienia i ciszy.
Gdzie spędza Pani idealne wakacje?
Tam, gdzie jest cisza. Nie przepadam za upałami, ale jeszcze bardziej niż odpowiednią temperaturę cenię możliwość wyciszenia. W zeszłym roku była Zamojszczyzna, w tym marzy nam się Podlasie.
Raczej małe miejscowości niż turystyczne centra. Potrzebuję kontaktu z naturą i przestrzeni, w której człowiek może trochę odetchnąć od przebodźcowania. To właśnie wtedy najczęściej pojawiają się pomysły na pisanie.
Która książka pojedzie z Panią w tym roku?
To się okaże jak zwykle w trakcie pakowania. Mam w domowej biblioteczce dużo książek, które czekają na swój moment. Czasem skanuję wzrokiem półki i nagle pojawia się wrażenie, że właśnie ta tematyka będzie teraz właściwa. Jeszcze nie wiem, która książka pojedzie ze mną tym razem.