W rosyjskiej historiografii okres zapaści, niemal upadku imperium carów – notabene spowodowany wojną z Rzeczpospolitą – poprzedzający powstanie zorganizowane przez księcia Wasyla Szujskiego i kupca Kuźmę Minina oraz intronizację dynastii Romanowów, nosi niezwykle efektowną nazwę: wielka smuta. Ta metafora upadku, czasem interpretowana również jako symbol odrodzenia, mająca wiele konotacji kulturowych (na przykład w prawosławiu, które uwielbia symbolikę tego rodzaju, albo w mitologicznej opowieści o Feniksie), stała się niezwykle popularną figurą retoryczną, wykorzystywaną w opisie stanu polskiej kultury komiksowej lat 90. ubiegłego wieku i pierwszej dekady naszego stulecia. Nie pamiętam, kto pierwszy użył tego „publicystycznego wtrętu”, ale wyrażenie to stało się tak nośne, że nieustannie powraca w dyskusjach (i to nawet w tych niezwykle poważnych, krytycznych) o kondycji „polskiego komiksowa” – tym określeniem, cokolwiek ironicznym, posługuję się na podstawie nazewnictwa popularnego na forach internetowych i w grupach dyskusyjnych w mediach społecznościowych po 1989 roku. Jednym z elementów niezwykle istotnych dla dokumentacji tego okresu jest – dość skrzętnie pomijana – obecność w ówczesnej polskiej kulturze czasopism komiksowych.
Czym więc była owa komiksowa wielka smuta? I jak wobec niej sytuuje się bogaty i różnorodny korpus magazynów komiksowych? Wreszcie: co historia i opowieść o tamtym czasie mówią nam o współczesności oraz dlaczego w tym syntetycznym opracowaniu uznaję wielką smutę komiksową jedynie za językową wydmuszkę, a nie faktyczny opis rzeczywistości historycznoliterackiej? Najprościej mówiąc: to, co uchodzi za ewenement – zarówno w dziejach polskiej kultury, jak i interesującego nas tutaj przede wszystkim polskiego komiksu – jest po prostu całkiem zwyczajnym procesem, ewolucją, etapem, powtarzalnym w dziejach polskich historii obrazkowych. W PRL (swoistej i niemal mitycznej „ziemi obiecanej” dla wielu komentatorów i artystów komiksowych) wszystko zaczyna się od prasowego komiksu, a ten wbrew obiegowej opinii nie ograniczał się jedynie do „Świata Młodych” (ewentualnie do kilku tytułów dziecięcych i satyrycznych), lecz był obecny w kilku setkach tygodników, miesięczników i dzienników lokalnych. Wystarczy wspomnieć rysunki Bohdana Butenki w „Płomyczku” czy komiksowe historie Tadeusza Baranowskiego przygotowywane dla „Przyjaciółki”, wreszcie klasyki światowe publikowane w „Przekroju”, gdzie dzięki Marianowi Eilemu wielu Polaków poznało fragmenty arcykomiksu o Maksie i Moritzu niemieckiego mistrza Wilhelma Buscha. Później nastąpiło ewolucyjne przejście do albumów (cykle Tytus, Romek i A’Tomek, Kapitan Żbik i Podziemny front) w nakładach sięgających pół miliona, by ostatecznie osiągnąć apogeum wraz z powstaniem specjalistycznych czasopism komiksowych – „Relaxu”, „Alfy”, następnie zaś, przed 1989 rokiem, „Komiksu Fantastyka”.
A później dochodzi do gigantycznego tąpnięcia. Przestają ukazywać się niezwykle popularne i powszechnie kupowane w latach 80. komiksowe albumy polskich autorów (z dziełami Janusza Wróblewskiego na czele), króluje TM-Semic, który po kilku latach upadnie. Panują – jeśli dać wiarę wspomnieniom – powszechny marazm i zniechęcenie. Tymczasem to era komiksowych magazynów, które stały się (ignorowanym w internetowej blogosferze i komentarzach) najtrwalszym oraz najcenniejszym elementem mitycznej wielkiej smuty. To wtedy pojawiły się zapewne najlepsze w historii polskiej dziewiątej sztuki (czyli komiksu) periodyki – często efemeryczne, upadające po dwóch–trzech latach lub dziesięciu numerach, niekiedy trwalsze – „Produkt”, „AQQ”, „Super Boom”, „Krakers”, „Awantura”.
Dziś, po dwóch dekadach, gdy rocznie – choć nikt nie zdoła tego dokładnie policzyć – ukazuje się prawdopodobnie około dwustu albumów i nieprzebrana liczba komiksowych zinów, gdy druk w czasopiśmie króciutkiej historyjki lub cyklicznego odcinka przestał być normą, spełnieniem pragnień czy nobilitacją, obserwujemy nagłą erupcję – to równoległe powstanie kilku magazynów komiksowych. Teoria koła historii podpowiadałaby nam scenariusz, że oto staliśmy się świadkami nadejścia drugiej wielkiej smuty, że oto czeka nas załamanie rynkowe i koniec epoki masowo wydawanych albumów, których istnienie w czytelniczej świadomości – jeśli można pokusić się o przyrodnicze porównanie – trwa krócej niż ruch skrzydeł motyla. Tymczasem nie jest to – jak można by sądzić – objaw kryzysu, lecz normalny proces. Mam na myśli otwarcie gazetowych łamów dla paru dziesiątek komiksiarzy, szansę na debiut, test i powrót do odwiecznej tradycji publikowania „historii z dymkiem”: od małej, zamkniętej w obrębie jednej planszy opowieści w prasie przez cykl w magazynie i zdobycie uznania czytelników aż do edycji albumowej. Przyjrzyjmy się więc tym kilku magazynom i zdecydujmy, czy są barwnym zwiastunem świtu nowej ery czy może wręcz przeciwnie – świadczą o jej schyłku.
Mniej więcej kilkanaście miesięcy temu podział rynkowego „tortu” był dość prosty. Część teoretyczną z esejami badawczymi, najczęściej o charakterze akademickim, z recenzjami na wysokim poziomie oraz z tekstami analizującymi wybrane zjawiska historyczne od dwóch dekad reprezentują „Zeszyty Komiksowe”, publikowane w Poznaniu przy dużym wsparciu uniwersytetu. Typową cechą tego periodyku (ukazującego się w odstępach półrocznych) są numery tematyczne. Najnowszy z nich analizuje obszar erotyki w komiksie, poprzednie (niezwykle szybko wyprzedane nawet mimo skromnego nakładu pięciuset egzemplarzy) poświęcono twórczości Bogusława Polcha i Henryka Jerzego Chmielewskiego (Papcia Chmiela). Tak zwany środek „komiksowego magazynowa” mniej więcej od dekady reprezentuje toruński „AKT” (wydawany z inicjatywy nieżyjącego już Tomasza Marciniaka), od paru numerów ukazujący się jako kwartalnik, zawierający krótszą publicystykę autorów z różnych środowisk i o różnych temperamentach twórczych: poczynając od Jarosława Wojtasińskiego, tworzącego satyryczne uniwersum westernowe, przez prześmiewcze i groteskowe opowieści Piotra Wojciechowskiego o Grabarzu, a kończąc na żywej legendzie – Tadeuszu Baranowskim). Redakcja „AKT‑u”, solidnego magazynu środka, zaczyna proponować numery tematyczne – wystarczy wspomnieć ten poświęcony postaci Rat-Mana (jednego z najistotniejszych anty- i równocześnie superbohaterów ironicznych polskiej sceny komiksowej) i jego twórcy Tomaszowi Niewiadomskiemu lub najnowszy, dotyczący ćwierćwiecza oficyny Kultura Gniewu. Walorem „AKT‑u” jest z pewnością (co istotne w kontekście innych czasopism, a szerzej: polskiej sceny komiksowej) swego rodzaju polityczna przezroczystość: publikowanie autorów prywatnie wyznających kompletnie różne poglądy. Trochę inaczej rzecz wygląda w przypadku nieco nieregularnie ukazującego się magazynu z Grodziska Mazowieckiego „Komiks i My”. Dość jasno deklarowana przez redakcję konserwatywna prawicowość (chociaż zdarzała się tu i publicystyka twórców o światopoglądzie jednoznacznie lewicowym), skupianie się na – warto podkreślić: profesjonalnie opracowanych – tematach z kręgu mniej znanej fantastyki komiksowej PRL i historycznych narracjach. Dzięki tej strategii magazynowi udało się przypomnieć w całości chociażby mniej znane dzieło Jacka Michalskiego, a także jedno z pierwszych dzieł polskiej dziewiątej sztuki Artura Bartelsa czy umożliwić debiut jednej z aktualnych gwiazd polskiego komiksu postapo – Krzysztofowi Nowakowi. Na wszystkie te walory, niewątpliwie istotne dla rozwoju polskiej sceny i refleksji komiksologicznej, kładą się cieniem, i to poważnym, publicystyczno-twórcze wybory redakcji. W magazynie „Komiks i My” pojawiają się wymierzone w społeczność LGBT plansze znanego z antysemityzmu Jakuba Kijuca (do scenariusza Sławomira Zajączkowskiego, sprawnego scenarzysty, trochę gubiącego się w realiach historii literatury, do której stara się odwoływać, i wieloletniego autora komiksów przygotowywanych dla Instytutu Pamięci Narodowej, a poświęconych żołnierzom wyklętym) czy – niestety również antysemicki w ostatecznej wymowie – komiks sprawnego rysownika Roberta Konsztata. To wszystko, wraz z bardzo źle odebraną deklaracją redaktora naczelnego magazynu o „upadku sztuki Zachodu pod naporem islamskiego komiksu”, sprawia, że mimo walorów formalnych i poznawczych „Komiks i My” ogniskuje się wokół tych samych autorów i prawdopodobnie nie zdoła przebić szklanego sufitu, czyli osiągnąć nakładu wynoszącego około stu pięćdziesięciu czy dwustu egzemplarzy. Choć trzeba docenić zwrot ku fantastyce i uwzględnienie w kontekście komiksu historycznego mniej znanych twórców historycznych (w numerze siedemnastym, dotychczas ostatnim – bułgarskich), chwilowe porzucenie „ideologii twardej” i przedruki – być może mniej znanych – prac mistrza kreski średniego pokolenia Jerzego Ozgi, to zdaje się, że „Komiks i My” wpadł w podobną pułapkę ideologiczną jak kiedyś komiksowy „Relax” wydawnictwa Polish Comics (zwanego potocznie w środowisku „relaksem Garuli” – od nazwiska redaktora naczelnego) i nie jest już zdolny – przynajmniej na razie – do eksplorowania nowych obszarów i zjednywania sobie nowych czytelników.
Być może za dużo miejsca poświęcam politycznym wyborom wydawców prasy komiksowej w Polsce, lecz właśnie wybory tego rodzaju stały się niemal fundamentalne dla polskiego środowiska komiksowego i czytelników w kraju nad Wisłą. Ten dość osobliwy, na przykład z punktu widzenia obserwatorów zagranicznych, polski fenomen widać w ostatnim numerze magazynu „Relax”, reaktywowanego przed kilkoma laty i wydawanego wciąż pod starą nazwą. Przynajmniej od kilkunastu numerów, po burzliwym rozstaniu, którego warunki wciąż są dyskutowane na sali sądowej, mamy dwa magazyny. To „Relax” pierwszy – publikowany przez Polish Comics, wydawcą drugiego zaś jest oficyna Labrum (na marginesie: podjęła się ona niezwykle ciekawego eksperymentu wprowadzenia na rynek polskiej wersji słynnego frankofońskiego magazynu „Metal Hurlant”). Tu podział wewnątrz polskiego środowiska czytelniczo-twórczego jest jeszcze wyraźniejszy. „Relax” pierwszy (poza nie do końca wyjaśnioną aferą związaną z opublikowaniem przez właściciela anonimowych internetowych postów obrażających niemal wszystkich komiksowych artystów młodszego pokolenia) poprzez patronat honorowy Grzegorza Rosińskiego i przejawy bezgranicznego uwielbienia dla Janusza Christy (skądinąd: przez polski underground nazywanego ironicznie twórcą „kajkoszy”) celuje w przedruki i twórczość autorów nawiązujących do tradycji polskich „kolorowych zeszytów” (serii komiksów z PRL tworzonych na podstawie klasycznych wzorców frankofońskich i amerykańskich; wymienić tu można na przykład Podziemny front czy Kapitana Żbika). Tak więc mimo atrakcyjnej szaty graficznej ten „tradycyjno-prawicowy skręt” i przepaść, dzisiaj dzieląca wydawcę od środowiska chociażby „patyczaków” (umowna nazwa nurtu polskiego komiksu minimalistycznego, w którego obrębie tworzą między innymi laureat Paszportu „Polityki” Jacek Świdziński, Jan Mazur czy do pewnego stopnia znany z łamów „Gazety Wyborczej” Janek Koza), powodują, że właśnie ów „Relax” pierwszy (czyli ten wydawnictwa Polish Comics) zamyka się w klatce tych samych autorów i – mogę jedynie domniemywać – również czytelników. To w dużym stopniu przypadek podobny do magazynu „Komiks i My”. Inaczej ma się sprawa z „Relaxem” drugim, publikowanym przez Labrum. Tu dostrzegamy znacznie większą otwartość na nowe formy i zjawiska, na nowych twórców. W numerze pięćdziesiątym (numeracja obydwu magazynów obejmuje również stare „Relaxy” z lat 70. ubiegłego wieku) znajdujemy felieton Krzysztofa Skiby, ekspresjonistyczno-fowistyczne komiksy jednego z najciekawszych twórców współczesnych Wojciecha Stefańca, prace Macieja Sieńczyka, czyli jedynego spośród artystów komiksu nominowanego do Nagrody Literackiej „Nike”. To janusowe oblicze, niczym pęknięty polski elektorat polityczny, jest trafnym wizerunkiem polskich czasopism komiksowych na początku 2025 roku. I nagle w ten krajobraz – zaprojektowany przez pięć zaledwie tytułów – wkraczają nowi wydawcy i nowe magazyny.
Magazyn „Popolupo” to – zgodnie z informacją wydawcy – „zin komiksowy”. Jest wydawany przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi oraz tamtejszy Dom Literatury (od wiosny 2024 roku). „Popolupo” to następny – obok chociażby Konklawe świerszczyków, poemiksu Piotra Burzyńskiego i Patryka Kosendy – dowód na to, że krąg wydawniczy skupiony wokół dwóch wspomnianych łódzkich podmiotów oprócz komiksów i twórczości awangardowej publikuje także literaturę wizualną w dość radykalnej i eksperymentalnej formie (samodzielnie lub za pośrednictwem marki inprintowej Los Kraba). Tę konkluzję polecam pisarzom z innych związków twórczych, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, ponieważ wciąż pozostają oni zapatrzeni chociażby w gołoborze i pamięć po „największym z Polaków”. „Popolupo” zaś od tej strategii tematycznej jest tak daleko jak antypody od naszego kraju, najwspanialszego ze wszystkich.
Wyjaśnijmy najpierw nazwę magazynu, zapewne dość enigmatyczną dla niewtajemniczonych. „Popolupo” to polski odpowiednik angielskiego słowa „fubar”. Pada ono kilka razy w rozmowach bohaterów Szeregowca Ryana – filmu w reżyserii Stevena Spielberga. Tak grupa żołnierzy określa chaotyczną, wykraczającą poza granice ludzkiego pojmowania sytuację, absurdalną i przypadkową. Takie właśnie są komiksy publikowane na łamach – jak dotychczas w czterech numerach – tego czasopisma. Leżą na wspomnianych już antypodach, zarówno pod względem tematycznym, jak i formalnym, czyli związanym z traktowaniem i realizacją formuły komiksu. Czyli to antypody nie tylko Tadeusza Baranowskiego, Janusza Christy, Jerzego Wróblewskiego – klasyków powojennego komiksu o kresce pięknej, lecz wciąż mieszczącej się w kanonie; są to również antypody twórców młodszych, tych docenianych i nazywanych klasykami średniego pokolenia – Przemysława Truścińskiego i wspomnianego już Jerzego Ozgi. W tej zwariowanej formule nie mieszczą się typowe i nagradzane komiksy najpoczytniejszych czterdziestolatków, by wymienić Katarzynę Witerscheim (znaną dzięki zanurzonej w śląskiej historii i folklorze Helenie Wiktorii) i Piotra Nowackiego (rysownika niezwykle popularnej serii o perypetiach Misia Zbysia). „Popolupo” – magazyn nawiązujący nawet formatem do niezależnych (finansowo i instytucjonalnie) zinów – publikuje komiksy „niepoprawne tematycznie”, przypominające undergroundowe produkcje amerykańskie z lat 70. i 80. spod znaku tego wszystkiego, co możemy kojarzyć z Robertem Crumbem. Stąd obecność na łamach pisma turpistycznej kreski Romana Gajewskiego czy gwiazdy ilustracji i absurdu – Bolesława Chromrego. I to jest również swoisty wydawniczy wentyl bezpieczeństwa dla znakomitego w Żartach – kojarzonego kompletnie z innego rodzaju twórczością (ostatnio przede wszystkim z niezwykle barwną serią komiksów dziecięcych) – Adama Święckiego. Wreszcie jest co najmniej kilka nazwisk, które warto zapisać i zapamiętać – już coraz lepiej rozpoznawalni są Anna Poszepczyńska, Dawid Bordewicz, Beata Sosnowska czy Marta Michalik.
Narodziny kolejnych magazynów komiksowych w 2024 i 2025 roku w Polsce mogą więc być dowodem dojrzałości lub schyłku rynku, niezwykłej siły twórczej oraz optymizmu artystów i wydawców albo – by ująć to trochę filozoficznie – przeobrażenia wszelkich wartości. A równocześnie można uznać je za memento dla niezwykłych zmian. Tak ujętą dwoistość odnajdujemy na ilustracji okładkowej pierwszego numeru „magazinu” komiksowego „WTEM!”, wydawanego w Radomiu. Premiera odbyła się w czerwcu 2025 roku, podczas Krakowskiego Festiwalu Komiksu. Sam festiwal zaś jest świadectwem, że miasto leżące na peryferiach potężnego województwa mazowieckiego staje się powoli jednym z ciekawszych ośrodków komiksu niezależnego w Polsce. Przedsięwzięcie to jest również wyrazem niezwykłej – być może paradoksalnej w epoce „wszechinternetu” – potrzeby zaistnienia twórców w magazynie papierowym. Na marginesie dodam, że przyrostek „zin” w nazwie periodyku jest dodatkiem (chyba) zbędnym, ponieważ poligrafia, format i jakość wydawnictwa pozwalają na swobodne pozbycie się undergroundowego kostiumu. Jedynym odsyłaczem do zinowej strategii przetrwania jest tematyczno-językowy klimat niektórych opowieści (vide: konterfekt zbiorowy pewnej familii autorstwa Pawła Gierczaka w pierwszym numerze czy całkiem zabawny i popartowski komiks w odcinkach Konrada Papugi o perypetiach miłosnych pewnej dziewczyny, skrojonej na divę amerykańskiej telewizji lat 70.). Już trzy teksty publicystyczne z drugiego numeru mieszczą się natomiast w formule poważnego magazynu. I ten sam drugi numer przynosi między innymi paralegendę o założeniu Radomia, bardzo klasyczne w formie, udane parodie stylistyczne Jarosława Zielińskiego (już ta o Tadeuszu Baranowskim z premierowego wydania zapowiada niezwykle interesujący album komiksowych persyflaży).
Tymczasem – snując tę dygresję – uciekłem od symboliki okładki pierwszego numeru, mogącej być właśnie znakiem katastrofy lub odrodzenia. Widnieje na niej przecież swoisty motyw zmartwychwstania – wygrzebujący się z martwych, powstający z grobów rysownicy z piórami, tabletami lub ołówkami wystającymi z dłoni niczym pazury Wolverine’a . W tę cmentarną scenę wpisana jest także katastrofa – ten obraz ma w sobie coś z powstania z grobów komiksowych zombie. I tu paradoks, ponieważ „WTEM!” (obok „Popolupo”, chociaż to zestawienie może być zadziwiające) to przecież ożywczy element na polskim rynku czasopism komiksowych.
Ale to jeszcze nie koniec. Oto na jednym z niewielkich konwentów trafiam na „Gogoł” – nazwaną magazynem komiksowym czarno-białą eschatologiczną niemą opowieść autorstwa Tomasza Meringa. Podczas finału festiwalu „K jak komiks” na dworcu PKP w Legionowie (tak, w takich miejscach również organizuje się konwenty komiksowe) przywoływany już tutaj Tomasz Niewiadomski wskazuje mi na fragmenty – istniejącego na razie jedynie w sieci – nowego magazynu „Salonowiec”, który chce nawiązać do satyrycznej tradycji „Szpilek” i „Przekroju”. Niemal równocześnie odrodził się legendarny „Produkt”, wychodzący w Bydgoszczy w latach 1999–2004. Na jego łamach ukazywały się między innymi generacyjne (tak to należy określić) serie, surrealistyczne, absurdalnie arcykontrapolskie Osiedle Swoboda Michała „Śledzia” Śledzińskiego i Wilq braci Bartosza i Tomasza Minkiewiczów – dziś awansowanych na salony, czyli stronice „Tygodnika Powszechnego”. Po dwóch dekadach od zniknięcia Kultura Gniewu reaktywuje magazyn od numeru dwudziestego czwartego (z finansowym wsparciem CD Projekt Red). Ten jest wyraźnie nostalgiczny i wspomnieniowy. Nowe otwarcie liczymy od wydania numeru dwudziestego piątego. Nowego kierownika działu publicystyki poznajemy w osobie Łukasza Mazura. Publicystyka stoi na wysokim poziomie, z pewnością przerasta ten dział w magazynach „Relax” i „AKT”, z kolei od „Zeszytów Komiksowych” odróżnia ją skromniejszy (naukowy) szlif i tematyczne ukierunkowanie na miejsca łączące komiks i sztukę filmową. Teksty sygnują między innymi Jan Sławiński, Paweł Mączewski, Sylwia Kaźmierczak: piszą o śmierci superbohaterów, ekspansji i sukcesie komiksu stworzonego przez kobiety i jeszcze o kilku sprawach. W części ilustracyjnej znajdziemy krótkie historie kilkanaściorga artystów należących do polskiej czołówki twórców komiksowych, wymienię zaledwie kilka nazwisk: Michał Śledziński, Bartosz Sztybor, Tomasz Samojlik, Kamila Król, Katarzyna Niemczyk, Piotr Nowacki, Katarzyna Witerscheim. Pod każdym komiksem w krótkim objaśnieniu naczelny „Śledzia” tłumaczy, dlaczego ten właśnie komiks ma rangę artystyczną godną „Produktu”. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, pisząc, że w kuluarach i przy stolikach snuje się cała sieć pytań, przeważa to jedno – czy „Produkt” przetrwa? Być może właśnie w tym tkwi sedno inwazji producentów magazynów komiksowych Anno Domini 2025.
Ostatni z omawianych premierowych magazynów w 2025 roku to „Smak”. Zacznijmy od nazewnictwa – „Sanocki Magazyn Komiksowy”, tom pierwszy, choć czasopismem formalnie nie jest (ma numer ISBN zamiast typowego dla prasy ISSN), to spełnia wymogi periodyku. Ma słuszny format A4, objętość największą spośród omawianych tytułów (sto pięćdziesiąt osiem stron) i zawiera czarno-białe krótkie historie autorstwa wszystkich twórców, którzy byli gośćmi specjalnymi podczas trzech edycji Sanockiego Dnia Komiksu, organizowanego w październiku od 2023 roku. W ten sposób, obok kilku artykułów (chociażby Dawida Głowni o przedwojennych polskich wydaniach Flasha Gordona, czyli rozszerzonych dociekań na temat opracowań Adama Ruska), łączą się ze sobą komiksowe shorty Artura Biernackiego, Macieja Pałki, Marka Turka, Karola Jasiołkiewicza, Luko Czakowskiego oraz innych autorów. Szeroko pojmowany strach, okrucieństwo ludzkiego losu i historii? To mogłaby być antologia polskiego komiksu grozy. Dlaczego akurat ten temat zjednoczył tak różnorodnych artystów dziewiątej sztuki? Być może to genius loci, miejsce narodzin malarskiego geniusza strachu, potworów i przygnębienia – Zdzisława Beksińskiego? Co jeszcze wyróżnia sanocki magazyn? Niezwykle szeroka kampania promocyjna. Zanim ukazał się pierwszy numer, wydrukowano kartki pocztowe, niewielką, kilkustronicową zajawkę, widziałem również kilka osób noszących charakterystyczne karminowe T‑shirty z logotypem periodyku.
Czy więc żyjemy w czasach narodzin nowej fali czasopism komiksowych w Polsce? Czy może już w przededniu nowej wielkiej smuty dla rynku komiksu?
