Remake wielkiej smuty?

W rosyj­skiej histo­rio­gra­fii okres zapa­ści, nie­mal upad­ku impe­rium carów – nota­be­ne spo­wo­do­wa­ny woj­ną z Rzecz­po­spo­li­tą – poprze­dza­ją­cy powsta­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne przez księ­cia Wasy­la Szuj­skie­go i kup­ca Kuź­mę Mini­na oraz intro­ni­za­cję dyna­stii Roma­no­wów, nosi nie­zwy­kle efek­tow­ną nazwę: wiel­ka smu­ta. Ta meta­fo­ra upad­ku, cza­sem inter­pre­to­wa­na rów­nież jako sym­bol odro­dze­nia, mają­ca wie­le kono­ta­cji kul­tu­ro­wych (na przy­kład w pra­wo­sła­wiu, któ­re uwiel­bia sym­bo­li­kę tego rodza­ju, albo w mito­lo­gicz­nej opo­wie­ści o Fenik­sie), sta­ła się nie­zwy­kle popu­lar­ną figu­rą reto­rycz­ną, wyko­rzy­sty­wa­ną w opi­sie sta­nu pol­skiej kul­tu­ry komik­so­wej lat 90. ubie­głe­go wie­ku i pierw­szej deka­dy nasze­go stu­le­cia. Nie pamię­tam, kto pierw­szy użył tego „publi­cy­stycz­ne­go wtrę­tu”, ale wyra­że­nie to sta­ło się tak nośne, że nie­ustan­nie powra­ca w dys­ku­sjach (i to nawet w tych nie­zwy­kle poważ­nych, kry­tycz­nych) o kon­dy­cji „pol­skie­go komik­so­wa” – tym okre­śle­niem, cokol­wiek iro­nicz­nym, posłu­gu­ję się na pod­sta­wie nazew­nic­twa popu­lar­ne­go na forach inter­ne­to­wych i w gru­pach dys­ku­syj­nych w mediach spo­łecz­no­ścio­wych po 1989 roku. Jed­nym z ele­men­tów nie­zwy­kle istot­nych dla doku­men­ta­cji tego okre­su jest – dość skrzęt­nie pomi­ja­na – obec­ność w ówcze­snej pol­skiej kul­tu­rze cza­so­pism komik­so­wych.

Czym więc była owa komik­so­wa wiel­ka smu­ta? I jak wobec niej sytu­uje się boga­ty i róż­no­rod­ny kor­pus maga­zy­nów komik­so­wych? Wresz­cie: co histo­ria i opo­wieść o tam­tym cza­sie mówią nam o współ­cze­sno­ści oraz dla­cze­go w tym syn­te­tycz­nym opra­co­wa­niu uzna­ję wiel­ką smu­tę komik­so­wą jedy­nie za języ­ko­wą wydmusz­kę, a nie fak­tycz­ny opis rze­czy­wi­sto­ści histo­rycz­no­li­te­rac­kiej? Naj­pro­ściej mówiąc: to, co ucho­dzi za ewe­ne­ment – zarów­no w dzie­jach pol­skiej kul­tu­ry, jak i inte­re­su­ją­ce­go nas tutaj przede wszyst­kim pol­skie­go komik­su – jest po pro­stu cał­kiem zwy­czaj­nym pro­ce­sem, ewo­lu­cją, eta­pem, powta­rzal­nym w dzie­jach pol­skich histo­rii obraz­ko­wych. W PRL (swo­istej i nie­mal mitycz­nej „zie­mi obie­ca­nej” dla wie­lu komen­ta­to­rów i arty­stów komik­so­wych) wszyst­ko zaczy­na się od pra­so­we­go komik­su, a ten wbrew obie­go­wej opi­nii nie ogra­ni­czał się jedy­nie do „Świa­ta Mło­dych” (ewen­tu­al­nie do kil­ku tytu­łów dzie­cię­cych i saty­rycz­nych), lecz był obec­ny w kil­ku set­kach tygo­dni­ków, mie­sięcz­ni­ków i dzien­ni­ków lokal­nych. Wystar­czy wspo­mnieć rysun­ki Boh­da­na Buten­ki w „Pło­mycz­ku” czy komik­so­we histo­rie Tade­usza Bara­now­skie­go przy­go­to­wy­wa­ne dla „Przy­ja­ciół­ki”, wresz­cie kla­sy­ki świa­to­we publi­ko­wa­ne w „Prze­kro­ju”, gdzie dzię­ki Maria­no­wi Eile­mu wie­lu Pola­ków pozna­ło frag­men­ty arcy­ko­mik­su o Mak­sie i Morit­zu nie­miec­kie­go mistrza Wil­hel­ma Buscha. Póź­niej nastą­pi­ło ewo­lu­cyj­ne przej­ście do albu­mów (cykle Tytus, Romek i A’Tomek, Kapi­tan Żbik Pod­ziem­ny front) w nakła­dach się­ga­ją­cych pół milio­na, by osta­tecz­nie osią­gnąć apo­geum wraz z powsta­niem spe­cja­li­stycz­nych cza­so­pism komik­so­wych – „Rela­xu”, „Alfy”, następ­nie zaś, przed 1989 rokiem, „Komik­su Fan­ta­sty­ka”.

A póź­niej docho­dzi do gigan­tycz­ne­go tąp­nię­cia. Prze­sta­ją uka­zy­wać się nie­zwy­kle popu­lar­ne i powszech­nie kupo­wa­ne w latach 80. komik­so­we albu­my pol­skich auto­rów (z dzie­ła­mi Janu­sza Wró­blew­skie­go na cze­le), kró­lu­je TM-Semic, któ­ry po kil­ku latach upad­nie. Panu­ją – jeśli dać wia­rę wspo­mnie­niom – powszech­ny marazm i znie­chę­ce­nie. Tym­cza­sem to era komik­so­wych maga­zy­nów, któ­re sta­ły się (igno­ro­wa­nym w inter­ne­to­wej blo­gos­fe­rze i komen­ta­rzach) naj­trwal­szym oraz naj­cen­niej­szym ele­men­tem mitycz­nej wiel­kiej smu­ty. To wte­dy poja­wi­ły się zapew­ne naj­lep­sze w histo­rii pol­skiej dzie­wią­tej sztu­ki (czy­li komik­su) perio­dy­ki – czę­sto efe­me­rycz­ne, upa­da­ją­ce po dwóch–trzech latach lub dzie­się­ciu nume­rach, nie­kie­dy trwal­sze – „Pro­dukt”, „AQQ”, „Super Boom”, „Kra­kers”, „Awan­tu­ra”.

Dziś, po dwóch deka­dach, gdy rocz­nie – choć nikt nie zdo­ła tego dokład­nie poli­czyć – uka­zu­je się praw­do­po­dob­nie oko­ło dwu­stu albu­mów i nie­prze­bra­na licz­ba komik­so­wych zinów, gdy druk w cza­so­pi­śmie kró­ciut­kiej histo­ryj­ki lub cyklicz­ne­go odcin­ka prze­stał być nor­mą, speł­nie­niem pra­gnień czy nobi­li­ta­cją, obser­wu­je­my nagłą erup­cję – to rów­no­le­głe powsta­nie kil­ku maga­zy­nów komik­so­wych. Teo­ria koła histo­rii pod­po­wia­da­ła­by nam sce­na­riusz, że oto sta­li­śmy się świad­ka­mi nadej­ścia dru­giej wiel­kiej smu­ty, że oto cze­ka nas zała­ma­nie ryn­ko­we i koniec epo­ki maso­wo wyda­wa­nych albu­mów, któ­rych ist­nie­nie w czy­tel­ni­czej świa­do­mo­ści – jeśli moż­na poku­sić się o przy­rod­ni­cze porów­na­nie – trwa kró­cej niż ruch skrzy­deł moty­la. Tym­cza­sem nie jest to – jak moż­na by sądzić – objaw kry­zy­su, lecz nor­mal­ny pro­ces. Mam na myśli otwar­cie gaze­to­wych łamów dla paru dzie­sią­tek komik­sia­rzy, szan­sę na debiut, test i powrót do odwiecz­nej tra­dy­cji publi­ko­wa­nia „histo­rii z dym­kiem”: od małej, zamknię­tej w obrę­bie jed­nej plan­szy opo­wie­ści w pra­sie przez cykl w maga­zy­nie i zdo­by­cie uzna­nia czy­tel­ni­ków aż do edy­cji albu­mo­wej. Przyj­rzyj­my się więc tym kil­ku maga­zy­nom i zde­cy­duj­my, czy są barw­nym zwia­stu­nem świ­tu nowej ery czy może wręcz prze­ciw­nie – świad­czą o jej schył­ku.

Mniej wię­cej kil­ka­na­ście mie­się­cy temu podział ryn­ko­we­go „tor­tu” był dość pro­sty. Część teo­re­tycz­ną z ese­ja­mi badaw­czy­mi, naj­czę­ściej o cha­rak­te­rze aka­de­mic­kim, z recen­zja­mi na wyso­kim pozio­mie oraz z tek­sta­mi ana­li­zu­ją­cy­mi wybra­ne zja­wi­ska histo­rycz­ne od dwóch dekad repre­zen­tu­ją „Zeszy­ty Komik­so­we”, publi­ko­wa­ne w Pozna­niu przy dużym wspar­ciu uni­wer­sy­te­tu. Typo­wą cechą tego perio­dy­ku (uka­zu­ją­ce­go się w odstę­pach pół­rocz­nych) są nume­ry tema­tycz­ne. Naj­now­szy z nich ana­li­zu­je obszar ero­ty­ki w komik­sie, poprzed­nie (nie­zwy­kle szyb­ko wyprze­da­ne nawet mimo skrom­ne­go nakła­du pię­ciu­set egzem­pla­rzy) poświę­co­no twór­czo­ści Bogu­sła­wa Polcha i Hen­ry­ka Jerze­go Chmie­lew­skie­go (Pap­cia Chmie­la). Tak zwa­ny śro­dek „komik­so­we­go maga­zy­no­wa” mniej wię­cej od deka­dy repre­zen­tu­je toruń­ski „AKT” (wyda­wa­ny z ini­cja­ty­wy nie­ży­ją­ce­go już Toma­sza Mar­ci­nia­ka), od paru nume­rów uka­zu­ją­cy się jako kwar­tal­nik, zawie­ra­ją­cy krót­szą publi­cy­sty­kę auto­rów z róż­nych śro­do­wisk i o róż­nych tem­pe­ra­men­tach twór­czych: poczy­na­jąc od Jaro­sła­wa Woj­ta­siń­skie­go, two­rzą­ce­go saty­rycz­ne uni­wer­sum wester­no­we, przez prze­śmiew­cze i gro­te­sko­we opo­wie­ści Pio­tra Woj­cie­chow­skie­go o Gra­ba­rzu, a koń­cząc na żywej legen­dzie – Tade­uszu Bara­now­skim). Redak­cja „AKT‑u”, solid­ne­go maga­zy­nu środ­ka, zaczy­na pro­po­no­wać nume­ry tema­tycz­ne – wystar­czy wspo­mnieć ten poświę­co­ny posta­ci Rat-Mana (jed­ne­go z naj­istot­niej­szych anty- i rów­no­cze­śnie super­bo­ha­te­rów iro­nicz­nych pol­skiej sce­ny komik­so­wej) i jego twór­cy Toma­szo­wi Nie­wia­dom­skie­mu lub naj­now­szy, doty­czą­cy ćwierć­wie­cza ofi­cy­ny Kul­tu­ra Gnie­wu. Walo­rem „AKT‑u” jest z pew­no­ścią (co istot­ne w kon­tek­ście innych cza­so­pism, a sze­rzej: pol­skiej sce­ny komik­so­wej) swe­go rodza­ju poli­tycz­na prze­zro­czy­stość: publi­ko­wa­nie auto­rów pry­wat­nie wyzna­ją­cych kom­plet­nie róż­ne poglą­dy. Tro­chę ina­czej rzecz wyglą­da w przy­pad­ku nie­co nie­re­gu­lar­nie uka­zu­ją­ce­go się maga­zy­nu z Gro­dzi­ska Mazo­wiec­kie­go „Komiks i My”. Dość jasno dekla­ro­wa­na przez redak­cję kon­ser­wa­tyw­na pra­wi­co­wość (cho­ciaż zda­rza­ła się tu i publi­cy­sty­ka twór­ców o świa­to­po­glą­dzie jed­no­znacz­nie lewi­co­wym), sku­pia­nie się na – war­to pod­kre­ślić: pro­fe­sjo­nal­nie opra­co­wa­nych – tema­tach z krę­gu mniej zna­nej fan­ta­sty­ki komik­so­wej PRL i histo­rycz­nych nar­ra­cjach. Dzię­ki tej stra­te­gii maga­zy­no­wi uda­ło się przy­po­mnieć w cało­ści cho­ciaż­by mniej zna­ne dzie­ło Jac­ka Michal­skie­go, a tak­że jed­no z pierw­szych dzieł pol­skiej dzie­wią­tej sztu­ki Artu­ra Bar­tel­sa czy umoż­li­wić debiut jed­nej z aktu­al­nych gwiazd pol­skie­go komik­su posta­po – Krzysz­to­fo­wi Nowa­ko­wi. Na wszyst­kie te walo­ry, nie­wąt­pli­wie istot­ne dla roz­wo­ju pol­skiej sce­ny i reflek­sji komik­so­lo­gicz­nej, kła­dą się cie­niem, i to poważ­nym, publi­cy­stycz­no-twór­cze wybo­ry redak­cji. W maga­zy­nie „Komiks i My” poja­wia­ją się wymie­rzo­ne w spo­łecz­ność LGBT plan­sze zna­ne­go z anty­se­mi­ty­zmu Jaku­ba Kiju­ca (do sce­na­riu­sza Sła­wo­mi­ra Zającz­kow­skie­go, spraw­ne­go sce­na­rzy­sty, tro­chę gubią­ce­go się w realiach histo­rii lite­ra­tu­ry, do któ­rej sta­ra się odwo­ły­wać, i wie­lo­let­nie­go auto­ra komik­sów przy­go­to­wy­wa­nych dla Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej, a poświę­co­nych żoł­nie­rzom wyklę­tym) czy – nie­ste­ty rów­nież anty­se­mic­ki w osta­tecz­nej wymo­wie – komiks spraw­ne­go rysow­ni­ka Rober­ta Konsz­ta­ta. To wszyst­ko, wraz z bar­dzo źle ode­bra­ną dekla­ra­cją redak­to­ra naczel­ne­go maga­zy­nu o „upad­ku sztu­ki Zacho­du pod napo­rem islam­skie­go komik­su”, spra­wia, że mimo walo­rów for­mal­nych i poznaw­czych „Komiks i My” ogni­sku­je się wokół tych samych auto­rów i praw­do­po­dob­nie nie zdo­ła prze­bić szkla­ne­go sufi­tu, czy­li osią­gnąć nakła­du wyno­szą­ce­go oko­ło stu pięć­dzie­się­ciu czy dwu­stu egzem­pla­rzy. Choć trze­ba doce­nić zwrot ku fan­ta­sty­ce i uwzględ­nie­nie w kon­tek­ście komik­su histo­rycz­ne­go mniej zna­nych twór­ców histo­rycz­nych (w nume­rze sie­dem­na­stym, dotych­czas ostat­nim – buł­gar­skich), chwi­lo­we porzu­ce­nie „ide­olo­gii twar­dej” i prze­dru­ki – być może mniej zna­nych – prac mistrza kre­ski śred­nie­go poko­le­nia Jerze­go Ozgi, to zda­je się, że „Komiks i My” wpadł w podob­ną pułap­kę ide­olo­gicz­ną jak kie­dyś komik­so­wy „Relax” wydaw­nic­twa Polish Comics (zwa­ne­go potocz­nie w śro­do­wi­sku „relak­sem Garu­li” – od nazwi­ska redak­to­ra naczel­ne­go) i nie jest już zdol­ny – przy­naj­mniej na razie – do eks­plo­ro­wa­nia nowych obsza­rów i zjed­ny­wa­nia sobie nowych czy­tel­ni­ków.

Być może za dużo miej­sca poświę­cam poli­tycz­nym wybo­rom wydaw­ców pra­sy komik­so­wej w Pol­sce, lecz wła­śnie wybo­ry tego rodza­ju sta­ły się nie­mal fun­da­men­tal­ne dla pol­skie­go śro­do­wi­ska komik­so­we­go i czy­tel­ni­ków w kra­ju nad Wisłą. Ten dość oso­bli­wy, na przy­kład z punk­tu widze­nia obser­wa­to­rów zagra­nicz­nych, pol­ski feno­men widać w ostat­nim nume­rze maga­zy­nu „Relax”, reak­ty­wo­wa­ne­go przed kil­ko­ma laty i wyda­wa­ne­go wciąż pod sta­rą nazwą. Przy­naj­mniej od kil­ku­na­stu nume­rów, po burz­li­wym roz­sta­niu, któ­re­go warun­ki wciąż są dys­ku­to­wa­ne na sali sądo­wej, mamy dwa maga­zy­ny. To „Relax” pierw­szy – publi­ko­wa­ny przez Polish Comics, wydaw­cą dru­gie­go zaś jest ofi­cy­na Labrum (na mar­gi­ne­sie: pod­ję­ła się ona nie­zwy­kle cie­ka­we­go eks­pe­ry­men­tu wpro­wa­dze­nia na rynek pol­skiej wer­sji słyn­ne­go fran­ko­foń­skie­go maga­zy­nu „Metal Hur­lant”). Tu podział wewnątrz pol­skie­go śro­do­wi­ska czy­tel­ni­czo-twór­cze­go jest jesz­cze wyraź­niej­szy. „Relax” pierw­szy (poza nie do koń­ca wyja­śnio­ną afe­rą zwią­za­ną z opu­bli­ko­wa­niem przez wła­ści­cie­la ano­ni­mo­wych inter­ne­to­wych postów obra­ża­ją­cych nie­mal wszyst­kich komik­so­wych arty­stów młod­sze­go poko­le­nia) poprzez patro­nat hono­ro­wy Grze­go­rza Rosiń­skie­go i prze­ja­wy bez­gra­nicz­ne­go uwiel­bie­nia dla Janu­sza Chri­sty (skąd­inąd: przez pol­ski under­gro­und nazy­wa­ne­go iro­nicz­nie twór­cą „kaj­ko­szy”) celu­je w prze­dru­ki i twór­czość auto­rów nawią­zu­ją­cych do tra­dy­cji pol­skich „kolo­ro­wych zeszy­tów” (serii komik­sów z PRL two­rzo­nych na pod­sta­wie kla­sycz­nych wzor­ców fran­ko­foń­skich i ame­ry­kań­skich; wymie­nić tu moż­na na przy­kład Podziem­ny front czy Kapi­ta­na Żbi­ka). Tak więc mimo atrak­cyj­nej sza­ty gra­ficz­nej ten „tra­dy­cyj­no-pra­wi­co­wy skręt” i prze­paść, dzi­siaj dzie­lą­ca wydaw­cę od śro­do­wi­ska cho­ciaż­by „paty­cza­ków” (umow­na nazwa nur­tu pol­skie­go komik­su mini­ma­li­stycz­ne­go, w któ­re­go obrę­bie two­rzą mię­dzy inny­mi lau­re­at Pasz­por­tu „Poli­ty­ki” Jacek Świ­dziń­ski, Jan Mazur czy do pew­ne­go stop­nia zna­ny z łamów „Gaze­ty Wybor­czej” Janek Koza), powo­du­ją, że wła­śnie ów „Relax” pierw­szy (czy­li ten wydaw­nic­twa Polish Comics) zamy­ka się w klat­ce tych samych auto­rów i – mogę jedy­nie domnie­my­wać – rów­nież czy­tel­ni­ków. To w dużym stop­niu przy­pa­dek podob­ny do maga­zy­nu „Komiks i My”. Ina­czej ma się spra­wa z „Rela­xem” dru­gim, publi­ko­wa­nym przez Labrum. Tu dostrze­ga­my znacz­nie więk­szą otwar­tość na nowe for­my i zja­wi­ska, na nowych twór­ców. W nume­rze pięć­dzie­sią­tym (nume­ra­cja oby­dwu maga­zy­nów obej­mu­je rów­nież sta­re „Rela­xy” z lat 70. ubie­głe­go wie­ku) znaj­du­je­my felie­ton Krzysz­to­fa Ski­by, eks­pre­sjo­ni­stycz­no-fowi­stycz­ne komik­sy jed­ne­go z naj­cie­kaw­szych twór­ców współ­cze­snych Woj­cie­cha Ste­fań­ca, pra­ce Macie­ja Sień­czy­ka, czy­li jedy­ne­go spo­śród arty­stów komik­su nomi­no­wa­ne­go do Nagro­dy Lite­rac­kiej „Nike”. To janu­so­we obli­cze, niczym pęk­nię­ty pol­ski elek­to­rat poli­tycz­ny, jest traf­nym wize­run­kiem pol­skich cza­so­pism komik­so­wych na począt­ku 2025 roku. I nagle w ten kra­jo­braz – zapro­jek­to­wa­ny przez pięć zale­d­wie tytu­łów – wkra­cza­ją nowi wydaw­cy i nowe maga­zy­ny.

Maga­zyn „Popo­lu­po” to – zgod­nie z infor­ma­cją wydaw­cy – „zin komik­so­wy”. Jest wyda­wa­ny przez Sto­wa­rzy­sze­nie Pisa­rzy Pol­skich Oddział w Łodzi oraz tam­tej­szy Dom Lite­ra­tu­ry (od wio­sny 2024 roku). „Popo­lu­po” to następ­ny – obok cho­ciaż­by Kon­kla­we świersz­czy­ków, poemik­su Pio­tra Burzyń­skie­go i Patry­ka Kosen­dy – dowód na to, że krąg wydaw­ni­czy sku­pio­ny wokół dwóch wspo­mnia­nych łódz­kich pod­mio­tów oprócz komik­sów i twór­czo­ści awan­gar­do­wej publi­ku­je tak­że lite­ra­tu­rę wizu­al­ną w dość rady­kal­nej i eks­pe­ry­men­tal­nej for­mie (samo­dziel­nie lub za pośred­nic­twem mar­ki inprin­to­wej Los Kra­ba). Tę kon­klu­zję pole­cam pisa­rzom z innych związ­ków twór­czych, zwłasz­cza w mniej­szych ośrod­kach, ponie­waż wciąż pozo­sta­ją oni zapa­trze­ni cho­ciaż­by w goło­bo­rze i pamięć po „naj­więk­szym z Pola­ków”. „Popo­lu­po” zaś od tej stra­te­gii tema­tycz­nej jest tak dale­ko jak anty­po­dy od nasze­go kra­ju, naj­wspa­nial­sze­go ze wszyst­kich.

Wyja­śnij­my naj­pierw nazwę maga­zy­nu, zapew­ne dość enig­ma­tycz­ną dla nie­wta­jem­ni­czo­nych. „Popo­lu­po” to pol­ski odpo­wied­nik angiel­skie­go sło­wa „fubar”. Pada ono kil­ka razy w roz­mo­wach boha­te­rów Sze­re­gow­ca Ryana – fil­mu w reży­se­rii Ste­ve­na Spiel­ber­ga. Tak gru­pa żoł­nie­rzy okre­śla cha­otycz­ną, wykra­cza­ją­cą poza gra­ni­ce ludz­kie­go poj­mo­wa­nia sytu­ację, absur­dal­ną i przy­pad­ko­wą. Takie wła­śnie są komik­sy publi­ko­wa­ne na łamach – jak dotych­czas w czte­rech nume­rach – tego cza­so­pi­sma. Leżą na wspo­mnia­nych już anty­po­dach, zarów­no pod wzglę­dem tema­tycz­nym, jak i for­mal­nym, czy­li zwią­za­nym z trak­to­wa­niem i reali­za­cją for­mu­ły komik­su. Czy­li to anty­po­dy nie tyl­ko Tade­usza Bara­now­skie­go, Janu­sza Chri­sty, Jerze­go Wró­blew­skie­go – kla­sy­ków powo­jen­ne­go komik­su o kre­sce pięk­nej, lecz wciąż miesz­czą­cej się w kano­nie; są to rów­nież anty­po­dy twór­ców młod­szych, tych doce­nia­nych i nazy­wa­nych kla­sy­ka­mi śred­nie­go poko­le­nia – Prze­my­sła­wa Tru­ściń­skie­go i wspo­mnia­ne­go już Jerze­go Ozgi. W tej zwa­rio­wa­nej for­mu­le nie miesz­czą się typo­we i nagra­dza­ne komik­sy naj­po­czyt­niej­szych czter­dzie­sto­lat­ków, by wymie­nić Kata­rzy­nę Witer­sche­im (zna­ną dzię­ki zanu­rzo­nej w ślą­skiej histo­rii i folk­lo­rze Hele­nie Wik­to­rii) i Pio­tra Nowac­kie­go (rysow­ni­ka nie­zwy­kle popu­lar­nej serii o pery­pe­tiach Misia Zby­sia). „Popo­lu­po” – maga­zyn nawią­zu­ją­cy nawet for­ma­tem do nie­za­leż­nych (finan­so­wo i insty­tu­cjo­nal­nie) zinów – publi­ku­je komik­sy „nie­po­praw­ne tema­tycz­nie”, przy­po­mi­na­ją­ce under­gro­un­do­we pro­duk­cje ame­ry­kań­skie z lat 70. i 80. spod zna­ku tego wszyst­kie­go, co może­my koja­rzyć z Rober­tem Crum­bem. Stąd obec­ność na łamach pisma tur­pi­stycz­nej kre­ski Roma­na Gajew­skie­go czy gwiaz­dy ilu­stra­cji i absur­du – Bole­sła­wa Chrom­re­go. I to jest rów­nież swo­isty wydaw­ni­czy wen­tyl bez­pie­czeń­stwa dla zna­ko­mi­te­go w Żar­tach – koja­rzo­ne­go kom­plet­nie z inne­go rodza­ju twór­czo­ścią (ostat­nio przede wszyst­kim z nie­zwy­kle barw­ną serią komik­sów dzie­cię­cych) – Ada­ma Święc­kie­go. Wresz­cie jest co naj­mniej kil­ka nazwisk, któ­re war­to zapi­sać i zapa­mię­tać – już coraz lepiej roz­po­zna­wal­ni są Anna Poszep­czyń­ska, Dawid Bor­de­wicz, Beata Sosnow­ska czy Mar­ta Micha­lik.

Naro­dzi­ny kolej­nych maga­zy­nów komik­so­wych w 2024 i 2025 roku w Pol­sce mogą więc być dowo­dem doj­rza­ło­ści lub schył­ku ryn­ku, nie­zwy­kłej siły twór­czej oraz opty­mi­zmu arty­stów i wydaw­ców albo – by ująć to tro­chę filo­zo­ficz­nie – prze­obra­że­nia wszel­kich war­to­ści. A rów­no­cze­śnie moż­na uznać je za memen­to dla nie­zwy­kłych zmian. Tak uję­tą dwo­istość odnaj­du­je­my na ilu­stra­cji okład­ko­wej pierw­sze­go nume­ru „maga­zi­nu” komik­so­we­go „WTEM!”, wyda­wa­ne­go w Rado­miu. Pre­mie­ra odby­ła się w czerw­cu 2025 roku, pod­czas Kra­kow­skie­go Festi­wa­lu Komik­su. Sam festi­wal zaś jest świa­dec­twem, że mia­sto leżą­ce na pery­fe­riach potęż­ne­go woje­wódz­twa mazo­wiec­kie­go sta­je się powo­li jed­nym z cie­kaw­szych ośrod­ków komik­su nie­za­leż­ne­go w Pol­sce. Przed­się­wzię­cie to jest rów­nież wyra­zem nie­zwy­kłej – być może para­dok­sal­nej w epo­ce „wszech­in­ter­ne­tu” – potrze­by zaist­nie­nia twór­ców w maga­zy­nie papie­ro­wym. Na mar­gi­ne­sie dodam, że przy­ro­stek „zin” w nazwie perio­dy­ku jest dodat­kiem (chy­ba) zbęd­nym, ponie­waż poli­gra­fia, for­mat i jakość wydaw­nic­twa pozwa­la­ją na swo­bod­ne pozby­cie się under­gro­un­do­we­go kostiu­mu. Jedy­nym odsy­ła­czem do zino­wej stra­te­gii prze­trwa­nia jest tema­tycz­no-języ­ko­wy kli­mat nie­któ­rych opo­wie­ści (vide: kon­ter­fekt zbio­ro­wy pew­nej fami­lii autor­stwa Paw­ła Gier­cza­ka w pierw­szym nume­rze czy cał­kiem zabaw­ny i popar­tow­ski komiks w odcin­kach Kon­ra­da Papu­gi o pery­pe­tiach miło­snych pew­nej dziew­czy­ny, skro­jo­nej na divę ame­ry­kań­skiej tele­wi­zji lat 70.). Już trzy tek­sty publi­cy­stycz­ne z dru­gie­go nume­ru miesz­czą się nato­miast w for­mu­le poważ­ne­go maga­zy­nu. I ten sam dru­gi numer przy­no­si mię­dzy inny­mi para­le­gen­dę o zało­że­niu Rado­mia, bar­dzo kla­sycz­ne w for­mie, uda­ne paro­die sty­li­stycz­ne Jaro­sła­wa Zie­liń­skie­go (już ta o Tade­uszu Bara­now­skim z pre­mie­ro­we­go wyda­nia zapo­wia­da nie­zwy­kle inte­re­su­ją­cy album komik­so­wych per­sy­fla­ży).

Tym­cza­sem – snu­jąc tę dygre­sję – ucie­kłem od sym­bo­li­ki okład­ki pierw­sze­go nume­ru, mogą­cej być wła­śnie zna­kiem kata­stro­fy lub odro­dze­nia. Wid­nie­je na niej prze­cież swo­isty motyw zmar­twych­wsta­nia – wygrze­bu­ją­cy się z mar­twych, powsta­ją­cy z gro­bów rysow­ni­cy z pió­ra­mi, table­ta­mi lub ołów­ka­mi wysta­ją­cy­mi z dło­ni niczym pazu­ry Wolverine’a . W tę cmen­tar­ną sce­nę wpi­sa­na jest tak­że kata­stro­fa – ten obraz ma w sobie coś z powsta­nia z gro­bów komik­so­wych zom­bie. I tu para­doks, ponie­waż „WTEM!” (obok „Popo­lu­po”, cho­ciaż to zesta­wie­nie może być zadzi­wia­ją­ce) to prze­cież ożyw­czy ele­ment na pol­skim ryn­ku cza­so­pism komik­so­wych.

Ale to jesz­cze nie koniec. Oto na jed­nym z nie­wiel­kich kon­wen­tów tra­fiam na „Gogoł” – nazwa­ną maga­zy­nem komik­so­wym czar­no-bia­łą escha­to­lo­gicz­ną nie­mą opo­wieść autor­stwa Toma­sza Merin­ga. Pod­czas fina­łu festi­wa­lu „K jak komiks” na dwor­cu PKP w Legio­no­wie (tak, w takich miej­scach rów­nież orga­ni­zu­je się kon­wen­ty komik­so­we) przy­wo­ły­wa­ny już tutaj Tomasz Nie­wia­dom­ski wska­zu­je mi na frag­men­ty – ist­nie­ją­ce­go na razie jedy­nie w sie­ci – nowe­go maga­zy­nu „Salo­no­wiec”, któ­ry chce nawią­zać do saty­rycz­nej tra­dy­cji „Szpi­lek” i „Prze­kro­ju”. Nie­mal rów­no­cze­śnie odro­dził się legen­dar­ny „Pro­dukt”, wycho­dzą­cy w Byd­gosz­czy w latach 1999–2004. Na jego łamach uka­zy­wa­ły się mię­dzy inny­mi gene­ra­cyj­ne (tak to nale­ży okre­ślić) serie, sur­re­ali­stycz­ne, absur­dal­nie arcy­kon­tra­pol­skie Osie­dle Swo­bo­da Micha­ła „Śle­dzia” Śle­dziń­skie­go i Wilq bra­ci Bar­to­sza i Toma­sza Min­kie­wi­czów – dziś awan­so­wa­nych na salo­ny, czy­li stro­ni­ce „Tygo­dni­ka Powszech­ne­go”. Po dwóch deka­dach od znik­nię­cia Kul­tu­ra Gnie­wu reak­ty­wu­je maga­zyn od nume­ru dwu­dzie­ste­go czwar­te­go (z finan­so­wym wspar­ciem CD Pro­jekt Red). Ten jest wyraź­nie nostal­gicz­ny i wspo­mnie­nio­wy. Nowe otwar­cie liczy­my od wyda­nia nume­ru dwu­dzie­ste­go pią­te­go. Nowe­go kie­row­ni­ka dzia­łu publi­cy­sty­ki pozna­je­my w oso­bie Łuka­sza Mazu­ra. Publi­cy­sty­ka stoi na wyso­kim pozio­mie, z pew­no­ścią prze­ra­sta ten dział w maga­zy­nach „Relax” i „AKT”, z kolei od „Zeszy­tów Komik­so­wych” odróż­nia ją skrom­niej­szy (nauko­wy) szlif i tema­tycz­ne ukie­run­ko­wa­nie na miej­sca łączą­ce komiks i sztu­kę fil­mo­wą. Tek­sty sygnu­ją mię­dzy inny­mi Jan Sła­wiń­ski, Paweł Mączew­ski, Syl­wia Kaź­mier­czak: piszą o śmier­ci super­bo­ha­te­rów, eks­pan­sji i suk­ce­sie komik­su stwo­rzo­ne­go przez kobie­ty i jesz­cze o kil­ku spra­wach. W czę­ści ilu­stra­cyj­nej znaj­dzie­my krót­kie histo­rie kil­ka­na­ścior­ga arty­stów nale­żą­cych do pol­skiej czo­łów­ki twór­ców komik­so­wych, wymie­nię zale­d­wie kil­ka nazwisk: Michał Śle­dziń­ski, Bar­tosz Szty­bor, Tomasz Samoj­lik, Kami­la Król, Kata­rzy­na Niem­czyk, Piotr Nowac­ki, Kata­rzy­na Witer­sche­im. Pod każ­dym komik­sem w krót­kim obja­śnie­niu naczel­ny „Śle­dzia” tłu­ma­czy, dla­cze­go ten wła­śnie komiks ma ran­gę arty­stycz­ną god­ną „Pro­duk­tu”. Nie zdra­dzę chy­ba wiel­kiej tajem­ni­cy, pisząc, że w kulu­arach i przy sto­li­kach snu­je się cała sieć pytań, prze­wa­ża to jed­no – czy „Pro­dukt” prze­trwa? Być może wła­śnie w tym tkwi sed­no inwa­zji pro­du­cen­tów maga­zy­nów komik­so­wych Anno Domi­ni 2025.

Ostat­ni z oma­wia­nych pre­mie­ro­wych maga­zy­nów w 2025 roku to „Smak”. Zacznij­my od nazew­nic­twa – „Sanoc­ki Maga­zyn Komik­so­wy”, tom pierw­szy, choć cza­so­pi­smem for­mal­nie nie jest (ma numer ISBN zamiast typo­we­go dla pra­sy ISSN), to speł­nia wymo­gi perio­dy­ku. Ma słusz­ny for­mat A4, obję­tość naj­więk­szą spo­śród oma­wia­nych tytu­łów (sto pięć­dzie­siąt osiem stron) i zawie­ra czar­no-bia­łe krót­kie histo­rie autor­stwa wszyst­kich twór­ców, któ­rzy byli gość­mi spe­cjal­ny­mi pod­czas trzech edy­cji Sanoc­kie­go Dnia Komik­su, orga­ni­zo­wa­ne­go w paź­dzier­ni­ku od 2023 roku. W ten spo­sób, obok kil­ku arty­ku­łów (cho­ciaż­by Dawi­da Głow­ni o przed­wo­jen­nych pol­skich wyda­niach Fla­sha Gor­do­na, czy­li roz­sze­rzo­nych docie­kań na temat opra­co­wań Ada­ma Ruska), łączą się ze sobą komik­so­we shor­ty Artu­ra Bier­nac­kie­go, Macie­ja Pał­ki, Mar­ka Tur­ka, Karo­la Jasioł­kie­wi­cza, Luko Cza­kow­skie­go oraz innych auto­rów. Sze­ro­ko poj­mo­wa­ny strach, okru­cień­stwo ludz­kie­go losu i histo­rii? To mogła­by być anto­lo­gia pol­skie­go komik­su gro­zy. Dla­cze­go aku­rat ten temat zjed­no­czył tak róż­no­rod­nych arty­stów dzie­wią­tej sztu­ki? Być może to genius loci, miej­sce naro­dzin malar­skie­go geniu­sza stra­chu, potwo­rów i przy­gnę­bie­nia – Zdzi­sła­wa Bek­siń­skie­go? Co jesz­cze wyróż­nia sanoc­ki maga­zyn? Nie­zwy­kle sze­ro­ka kam­pa­nia pro­mo­cyj­na. Zanim uka­zał się pierw­szy numer, wydru­ko­wa­no kart­ki pocz­to­we, nie­wiel­ką, kil­ku­stro­ni­co­wą zajaw­kę, widzia­łem rów­nież kil­ka osób noszą­cych cha­rak­te­ry­stycz­ne kar­mi­no­we T‑shirty z logo­ty­pem perio­dy­ku.

Czy więc żyje­my w cza­sach naro­dzin nowej fali cza­so­pism komik­so­wych w Pol­sce? Czy może już w przeded­niu nowej wiel­kiej smu­ty dla ryn­ku komik­su?

 

– redaktor naczelny Magazynu Kulturalnego „Projektor”, prowadzi galerię kuratorską ST „Zenit” w Ośrodku Pracy Twórczej „Baza Zbożowa”.

więcej →

Powiązane teksty