Drgająca tafla. Literatura jako instrument pomiarowy

Stwier­dze­nie Umber­ta Eco, że książ­ki mówią o innych książ­kach, jest już w tym momen­cie tru­izmem. Każ­dy, kto pisze, wcho­dzi w dia­log z tymi, któ­rzy pisa­li przed nim, z regu­ła­mi gatun­ków i kon­wen­cji, z gęstą sie­cią kul­tu­ro­wych odnie­sień, z róż­ny­mi mode­la­mi usy­tu­owa­nia się wobec form bar­dziej czy mniej tra­dy­cyj­nych oraz bar­dziej czy mniej awan­gar­do­wych. Tak poj­mo­wa­na lite­ra­tu­ra sta­je się jed­nak czymś w rodza­ju języ­ka samo­zw­rot­ne­go, tau­to­lo­gicz­ne­go, mówią­ce­go wyłącz­nie o samym sobie. Tym­cza­sem dosko­na­le wie­my, że odci­ska­ją się w niej też matry­ce cza­su, domi­nu­ją­cych dys­kur­sów, monu­men­tal­nych sys­te­mów myślo­wych, wyzwań i ogra­ni­czeń poszcze­gól­nych epok. Lite­ra­tu­ra zawsze się­ga­ła w głąb rze­czy­wi­sto­ści. Była narzę­dziem pomia­ro­wym odzwier­cie­dla­ją­cym umy­sło­wość świa­ta.

Od pew­ne­go cza­su to wła­śnie się­ga­nie do rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wi isto­tę moich lek­tu­ro­wych wybo­rów, przy czym naj­czę­ściej cho­dzi – uści­ślę – o rze­czy­wi­stość tu i teraz, o póź­ny antro­po­cen, cza­sy wzmo­żo­nej świa­do­mo­ści nara­sta­nia kry­zy­su kli­ma­tycz­ne­go. Moż­na by to upro­ścić: czy­tam po pro­stu cli­ma­te fic­tion, nie jest to jed­nak ter­min wyczer­pu­ją­co defi­niu­ją­cy tek­sty, po któ­re się­gam. Nie zawsze doty­czą one tema­tycz­nie zmia­ny kli­ma­tu w sen­sie ści­słym. Cho­dzi mi o lite­ra­tu­rę, któ­ra doty­ka świa­ta, wmy­śla się w nie­go, a nie­kie­dy kon­stru­uje apo­kry­ficz­ne wer­sje rze­czy­wi­stych zda­rzeń histo­rycz­nych, poli­tycz­nych czy bio­gra­ficz­nych. Kry­te­rium wybo­ru nie jest nato­miast ide­owe zaan­ga­żo­wa­nie, choć nie wąt­pię, że zna­leź­li­by się tacy, któ­rzy samo poru­sze­nie pew­nych kwe­stii uzna­ją za ide­olo­gicz­nie podej­rza­ne. Cóż, na każ­dy tekst moż­na spoj­rzeć przez pry­zmat wła­snych uprze­dzeń. Zmie­rzam do tego, że o ile sil­ny kon­strukt ide­owy dzie­łu lite­rac­kie­mu szko­dzi, o tyle opty­ka, któ­rej poszu­ku­ję, funk­cjo­nu­je nie jako ide­olo­gia, lecz jako wyraz swo­istej wraż­li­wo­ści. A prze­cież fakt, że tekst uwraż­li­wia odbior­cę, kształ­tu­je jego umie­jęt­no­ści sądze­nia – że „myśli­my lite­ra­tu­rą” – nie doty­czy funk­cji nad­da­nej tej­że lite­ra­tu­ry, ale jej sed­na i isto­ty. Cho­dzi mi zatem o swo­isty punkt prze­cię­cia – w pół dro­gi pomię­dzy czy­stą este­ty­za­cją a wyni­ka­ją­cym z wraż­li­wo­ści zaan­ga­żo­wa­niem.

Dipesh Cha­kra­bar­ty, sta­wia­jąc pyta­nie, jak huma­ni­sty­ka powin­na się odna­leźć wobec antro­po­ce­nu1, wska­zu­je na zna­czą­ce przej­ście od myśle­nia w kate­go­riach czło­wie­ka jako jed­nost­ki do myśle­nia o ludz­ko­ści jako gatun­ku. Ta sze­ro­ka, pla­ne­tar­na per­spek­ty­wa sta­ła mi się szcze­gól­nie bli­ska w lite­ra­tu­rze, zwłasz­cza gdy tekst doty­ka punk­tów bole­snych lub wsty­dli­wych, zawęź­leń i zabliź­nień na nagiej tkan­ce czło­wie­czeń­stwa. Lite­ra­tu­ra w cza­sach antro­po­ce­nu musi wykra­czać poza fik­cjo­nal­ność, nawet jeśli roz­wią­za­nia fabu­lar­ne są reali­zo­wa­ne wyłącz­nie w sfe­rze fik­cji. Dookre­śle­niu tego, o czym chcę mówić, mogła­by słu­żyć pew­na pojem­na meta­fo­ra. W książ­ce Eko­no­mia to stan umy­słu… Andrzej Leder odwo­łu­je się do poję­cia brau­de­low­skiej „wibru­ją­cej mem­bra­ny”2 dla opi­sa­nia zło­żo­ne­go, dyna­micz­ne­go pro­ce­su roz­pro­wa­dza­nia ener­gii i gene­ro­wa­nia zna­czeń, łącze­nia zna­ków (w tym mone­tar­nych) z inny­mi zna­ka­mi. Korzy­sta­jąc z nie­od­par­te­go uro­ku, jaki ma w sobie pró­ba dopa­so­wa­nia ter­mi­nu do obiek­tu, chcia­ła­bym okre­ślić zja­wi­sko lite­rac­kie, o któ­rym mówię, mia­nem „drga­ją­cej tafli”. Mowa oczy­wi­ście o powierzch­ni wody, z jed­nej stro­ny zwar­tej, pod­da­nej napię­ciu gwa­ran­to­wa­ne­mu przez pra­wa fizy­ki rzą­dzą­ce cie­czą, z dru­giej zaś – reak­tyw­nej, odbi­ja­ją­cej niczym lustro, zmien­nej, noszą­cej przez krót­ką chwi­lę ślad każ­de­go przed­mio­tu, któ­ry miał z nią kon­takt – czy to będzie kil­wa­ter cią­gną­cy się za odpły­wa­ją­cą łodzią, czy kon­cen­trycz­ne krę­gi pozo­sta­ją­ce po wrzu­co­nym kamy­ku. Ta reak­tyw­ność wyda­je mi się cechą szcze­gól­nie istot­ną – tek­sty, o któ­rych mówię, muska­ją rze­czy­wi­stość, doty­ka­ją bole­snych punk­tów, odzwier­cie­dla­ją trau­my. Zara­zem woda bywa ich istot­nym tema­tem.

Nie chcę się też wgłę­biać w kla­sy­fi­ko­wa­nie kon­wen­cji, mean­dro­wać w stro­nę defi­nio­wa­nia bio­pun­ku, solar­pun­ku czy róż­ne­go rodza­ju dys­to­pii, by następ­nie wpa­so­wy­wać tek­sty w tak powsta­łe szu­fla­dy. Rzecz nie w tym, czy i w jakim stop­niu dana powieść reali­zu­je kon­wen­cję. Isto­tą zagad­nie­nia jest pró­ba uchwy­ce­nia szcze­gól­ne­go rodza­ju wraż­li­wo­ści, któ­ra decy­du­je o tym, że kon­kret­ne dzie­ło doty­ka bole­snych zawęź­leń naszej gatun­ko­wej histo­rii – w tym naj­now­szej. Dale­ka jestem od tego, by wyty­czać mapę i tery­to­rium tego typu lite­ra­tu­ry, chcia­ła­bym jed­nak zakre­ślić kil­ka punk­tów orien­ta­cyj­nych, a nie­któ­rym spo­śród nich bar­dziej wni­kli­wie się przyj­rzeć. Wzmian­ko­wa­ną prze­ze mnie wraż­li­wość repre­zen­tu­je pisar­stwo Richar­da Power­sa, Kima Stan­leya Robin­so­na, Elif Sha­fak, Iidy Tur­pe­inen, Naomi Alder­man, Ele­anor Cat­ton i wie­lu innych. W nurt ten wpi­su­je się z pew­no­ścią „kwar­tet kli­ma­tycz­ny” Mai Lun­de, w któ­re­go skład wcho­dzą powie­ści Histo­ria psz­czół, Błę­kit, Ostat­niSen o drze­wie. Z powie­ści pol­skich wymie­nić moż­na nato­miast choć­by zna­ko­mi­ty Wściek Mag­da­le­ny Salik. Twór­czość Power­sa wyda­je się szcze­gól­nie dobrze repre­zen­to­wać wspo­mnia­ny nurt, wszyst­kie jego powie­ści cechu­je ten sto­pień wraż­li­wo­ści i zaan­ga­żo­wa­nia, są więc dosko­na­łym przy­kła­dem czu­łe­go instru­men­tu współ­cze­sno­ści, lite­ra­tu­rą na czas antro­po­ce­nu, kie­dy reflek­sja na temat przy­na­leż­no­ści gatun­ku ludz­kie­go do świa­ta przy­ro­dy sta­ła się palą­cą potrze­bą. Monu­men­tal­na Listo­wieść Power­sa (tytuł ory­gi­na­łu, Over­sto­ry, został moim zda­niem prze­ło­żo­ny genial­nie przez Micha­ła Kło­bu­kow­skie­go) wspa­nia­le prze­pla­ta kil­ka nar­ra­cji połą­czo­nych wspól­nym ele­men­tem: drze­wa­mi, lasa­mi, odwró­ce­niem opty­ki, wedle któ­re­go na czło­wie­ka moż­na patrzeć z punk­tu widze­nia drzew, orga­ni­zmów per­cy­pu­ją­cych świat na nie­do­stęp­nych dla nas pozio­mach. Doko­nu­ją­ca się w życiu boha­te­rów zmia­na per­spek­ty­wy kształ­tu­je pie­kiel­nie wyostrzo­ną wraż­li­wość, popar­tą solid­ną daw­ką nauko­wej wie­dzy i gorz­ką reflek­sją na temat darem­no­ści, a nie­kie­dy wręcz śmiesz­no­ści akty­wi­zmu, bez­sil­ne­go wobec potę­gi kapi­ta­łu, któ­ry jest zupeł­nie śle­py na kosz­ty eko­lo­gicz­ne for­so­wa­nych siłą inwe­sty­cji.

W twór­czo­ści Power­sa domi­nu­je coś, co nazwa­ła­bym posze­rze­niem pola widze­nia. Ludz­ki gatun­ko­cen­tryzm uka­za­ny zosta­je tu z odda­lo­nej per­spek­ty­wy, jako nar­ra­cja nie­wy­star­cza­ją­ca, by spro­stać potrze­bom świa­ta, któ­re­go inni miesz­kań­cy powin­ni – w obli­czu nad­cią­ga­ją­cej kata­stro­fy kli­ma­tycz­nej – zyskać wła­sny głos. W Zadzi­wie­niu ten posze­rzo­ny punkt widze­nia nale­ży do auty­stycz­ne­go chłop­ca prze­ży­wa­ją­ce­go żało­bę po mat­ce. W akcjach na rzecz rato­wa­nia giną­cych gatun­ków odnaj­du­je on namiast­kę sen­su – nawet jeśli sta­ra­nia nie przy­no­szą rezul­ta­tów. W Pla­cu zabaw rolę łącz­ni­ka mię­dzy świa­tem ludz­kim a przy­ro­dą (w tym przy­pad­ku pod­wod­ną) przyj­mu­je badacz­ka oce­anów Eve­ly­ne Beau­lieu. Jej postać – na co autor wska­zu­je w posło­wiu – wzo­ro­wa­na była na Sylvii Ear­le, ame­ry­kań­skiej oce­ano­graf­ce, któ­ra w 1970 roku bra­ła udział w pro­gra­mie Teki­te II i spę­dzi­ła dwa tygo­dnie w pod­wod­nej bazie na głę­bo­ko­ści pięt­na­stu metrów. Beau­lieu, kie­ro­wa­na obse­syj­ną wręcz miło­ścią do oce­anu, spę­dza pod wodą rekor­do­wą licz­bę godzin i nur­ku­je aż do póź­nej sta­ro­ści, łącząc nauko­wą pasję z głę­bo­kim rozu­mie­niem i posza­no­wa­niem inno­ści nie­lu­dzi miesz­ka­ją­cych wraz z nami na tej samej pla­ne­cie. Podob­nie jak las w Listo­wie­ści, tak tu oce­an obda­rzo­ny zosta­je hip­no­ty­zu­ją­cą lite­rac­ką głę­bią. Rela­cje mię­dzy trój­ką pozo­sta­łych boha­te­rów two­rzą przy­ja­ciel­sko-miło­sny trój­kąt i z jed­nej stro­ny są peł­no­krwi­stą opo­wie­ścią o ludz­kich losach, z dru­giej zaś mode­lu­ją napię­cia spo­łecz­ne. Obser­wu­je­my rela­cje mię­dzy Tod­dem, bia­łym chło­pa­kiem z zamoż­nej rodzi­ny, Rafim, czar­nym ubo­gim dzie­cia­kiem, a Iną Aro­itą, hawaj­ską artyst­ką, któ­ra jest dla nich oby­dwu obiek­tem uczuć, ale osta­tecz­nie wycho­dzi za mąż za Rafie­go. Ich histo­ria znaj­dzie swój finał na wyspie Maka­tea, któ­rej miesz­kań­cy będą musie­li doko­nać trud­ne­go wybo­ru i z tego powo­du pierw­szy raz w swo­jej histo­rii zde­cy­du­ją się na rzecz tak dla nich nie­ty­po­wą jak gło­so­wa­nie – nad tym, czy potęż­ny kapi­tał może prze­kształ­cić wyspę, jeśli zacznie na niej reali­zo­wać swój pio­nier­ski pro­jekt. Na jed­nej sza­li tej wagi leży więc popra­wa warun­ków życia ludzi, na dru­giej zaś zacho­wa­nie wyspiar­skiej toż­sa­mo­ści – ten eks­pe­ry­ment z demo­kra­cją sta­je się minia­tu­ro­wym mode­lem kolo­nial­nych stra­te­gii kapi­ta­li­zmu. W tle poja­wia się rów­nież kwe­stia prze­kształ­ca­nia spo­łe­czeństw za pomo­cą mediów cyfro­wych (tytu­ło­wy „Plac zabaw” to plat­for­ma inter­ne­to­wa, źró­dło zysku jed­ne­go z boha­te­rów) oraz sztucz­na inte­li­gen­cja o nazwie Pro­fun­da, któ­ra pró­bu­je wspie­rać miesz­kań­ców Maka­tei w podej­mo­wa­niu nie­ła­twej decy­zji. W Pla­cu zabaw autor two­rzy więc swe­go rodza­ju świat w minia­tu­rze, i choć nic w powie­ści nie skła­nia do jej ale­go­rycz­nej inter­pre­ta­cji, jest w tek­ście wystar­cza­ją­co dużo klu­czy, by móc go postrze­gać jako przy­po­wieść o losach świa­ta, wyraź­ny i dźwięcz­ny głos ostrze­że­nia, jaki roz­brzmie­wa w nar­ra­cjach oko­ło­kli­ma­tycz­nych – nie­za­leż­nie od tego, czy są one prze­ka­zy­wa­ne w publi­ka­cjach lite­rac­kich czy nauko­wych.

Apo­kry­ficz­nych bio­gra­fii ludzi nauki dostar­cza­ją nato­miast Żywe isto­ty Iidy Tur­pe­inen. Powieść roz­po­czy­na się fabu­la­ry­zo­wa­nym spra­woz­da­niem z wypra­wy Vitu­sa Berin­ga, któ­ra zaowo­co­wa­ła odkry­ciem – a następ­nie szyb­ką zagła­dą – kro­wy mor­skiej Stel­le­ra. Opo­wie­dzia­ne w książ­ce histo­rie spla­ta­ją ludz­ki los z moty­wem wymie­ra­nia gatun­ków, kata­lo­go­wa­nia tych wymar­łych, bez­rad­ne­go przy­glą­da­nia się śmier­ci pta­ków i innych zwie­rząt. Men­tal­ny sys­tem, któ­ry rzą­dzi świa­tem wcze­snych odkryć nauko­wych, wią­że się z prze­ko­na­niem, że w ramach boskie­go porząd­ku każ­de zwie­rzę ma swo­je miej­sce i coś takie­go jak ginię­cie całych gatun­ków, w dodat­ku z winy czło­wie­ka, nie jest moż­li­we. Bole­sne zde­rze­nie tego poglą­du z rze­czy­wi­sto­ścią sta­no­wi kan­wę wszyst­kich mikro­fa­buł powie­ści.

Świat w minia­tu­rze czy też glo­bal­ne pro­ble­my ludz­ko­ści w minia­tu­rze są mode­lo­wa­ne rów­nież przez Ele­anor Cat­ton w Lesie Bir­nam­skim i Naomi Alder­man w Przy­szło­ści. W tym pierw­szym, któ­re­go akcja toczy się w Nowej Zelan­dii, oglą­da­my peł­ny prze­krój spo­łecz­ny: od lewi­co­wych akty­wi­stów, zrze­szo­nych w orga­ni­za­cji pod tytu­ło­wą szek­spi­row­ską nazwą Las Bir­nam­ski, któ­rzy wyko­rzy­stu­ją nie­za­go­spo­da­ro­wa­ne grun­ty, by upra­wiać ogrod­ni­czą par­ty­zant­kę, poprzez ambit­nych, świe­żo uszlach­co­nych przed­sta­wi­cie­li kla­sy śred­niej – aż do miliar­de­ra. Ten ostat­ni odkrył cen­ne zło­ża meta­li ziem rzad­kich, doko­nu­je więc zaku­pu zie­mi, w któ­rej się znaj­du­ją, nie cze­ka jed­nak z wydo­by­ciem na otrzy­ma­nie aktu wła­sno­ści. Kwe­stie napięć spo­łecz­nych, róż­no­rod­no­ści postaw ide­owych, zmia­ny kli­ma­tu, rabun­ko­wej gospo­dar­ki, nisz­cze­nia pla­ne­ty i zani­ku bio­róż­no­rod­no­ści nie prze­cią­ża­ją powie­ści – sen­sa­cyj­na fabu­ła pozo­sta­je czy­tel­ni­czo atrak­cyj­na. Wydźwięk opi­sy­wa­nej histo­rii jest jed­nak moc­no pesy­mi­stycz­ny. Cat­ton prze­ko­nu­ją­co kre­śli ogra­ni­cze­nia poznaw­cze poszcze­gól­nych posta­ci, ich nie­peł­ną wie­dzę i widze­nie tune­lo­we oraz zło­żo­ne, zupeł­nie pry­wat­ne moty­wa­cje, któ­re bez wyjąt­ku pro­wa­dzą do kata­stro­fy.

Ze swe­go rodza­ju odwró­ce­niem ról mamy nato­miast do czy­nie­nia we wspo­mnia­nej już Przy­szło­ści Naomi Alder­man. Ta powieść uka­zu­je świat w przeded­niu klę­ski, ale to miliar­de­rzy sta­ją się tu obiek­ta­mi bru­tal­ne­go eks­pe­ry­men­tu spo­łecz­ne­go. Owład­nię­ci z jed­nej stro­ny para­no­icz­nym lękiem przed pan­de­mią czy też inną for­mą glo­bal­nej zagła­dy, z dru­giej zaś złud­nym poczu­ciem wła­snej wszech­mo­cy, two­rzą plan ewa­ku­acyj­ny, któ­re­go wcie­le­nie w życie pozwo­li im, jak wie­rzą, prze­trwać. W isto­cie zaś pozwo­li świa­tu pozbyć się miliar­de­rów. Oni zaś ze wzglę­du na te same cechy, któ­re w świe­cie rzą­dzo­nym przez pie­niądz gwa­ran­to­wa­ły im suk­ces – podejrz­li­wość, nie­uf­ność, bru­tal­ność i tro­skę przede wszyst­kim o sie­bie – zgo­tu­ją sobie taki los, na jaki zasłu­ży­li. Nie­przy­pad­ko­wo kon­tra­punk­tem fabu­lar­nym powie­ści jest prze­szłość jed­nej z boha­te­rek, wycho­wy­wa­nej w sek­cie. Tune­lo­we widze­nie świa­ta, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla małej, zamknię­tej spo­łecz­no­ści, sta­je się tu uni­wer­sal­nym wzor­cem ogra­ni­czeń poznaw­czych.

Tro­chę wię­cej uwa­gi chcia­ła­bym poświę­cić powie­ści Elif Sha­fak Tam na nie­bie są rze­ki, ponie­waż książ­ka ta w szcze­gól­ny spo­sób roz­sze­rza hory­zont poznaw­czy, a jedo­cze­śnie uka­zu­je momen­ty trau­ma­tycz­ne, dając bole­sne świa­dec­two temu, co czło­wiek może zro­bić dru­gie­mu czło­wie­ko­wi. Tekst ma cha­rak­te­ry­stycz­ną dla pro­zy turec­kiej pisar­ki prze­pla­ta­ną struk­tu­rę. Trzy opo­wie­ści, pozor­nie od sie­bie odle­głe, zaha­cza­ją się w fina­łach przy­no­szą­cych tyleż speł­nie­nia, co smut­ku. Wszyst­kie też łączy jed­na kro­pla wody – w pro­lo­gu spa­da ona na gło­wę asy­ryj­skie­go kró­la Aszur­ba­ni­pa­la, któ­ry prze­cha­dza się po tara­sie swo­je­go zam­ku w Nini­wie, kry­ją­ce­go słyn­ną biblio­te­kę. Tysią­ce lat póź­niej ta sama kro­pla doty­ka ust nowo naro­dzo­ne­go dziec­ka nędza­rzy, Arthu­ra Smy­tha, któ­ry sta­nie się w przy­szło­ści wybit­nym asy­rio­lo­giem, odkryw­cą Epo­su o Gil­ga­me­szu (Sha­fak apo­kry­ficz­nie trak­tu­je tutaj bio­gra­fię auten­tycz­ne­go odkryw­cy i tłu­ma­cza tek­stu, George’a Smi­tha). Ta sama kro­pla wody dotknie też dwóch innych boha­te­rek – małej jazyd­ki Narin, wła­śnie przy­go­to­wy­wa­nej do obrzę­du chrztu, i hydro­loż­ki Zale­ekah, któ­ra w kry­zy­sie życio­wym i mał­żeń­skim wypro­wa­dza się na bar­kę na Tami­zie. Kro­pla sta­je się w tek­ście przy­wo­ła­nym expli­ci­te sym­bo­lem wszech­świa­ta i nie­skoń­czo­no­ści, a tak­że cza­su i pamię­ci. Inne wędru­ją­ce moty­wy to błę­kit­na tablicz­ka z frag­men­tem Gil­ga­me­sza – nie­po­wta­rzal­na, bo wyko­na­na nie z gli­ny, ale z lazu­ry­tu – oraz opie­kuń­cze duchy lamas­su, któ­rych posą­gi strzec będą wej­ścia do pała­cu Aszur­ba­ni­pa­la. Tysią­ce lat póź­niej mło­dy Arthur Smyth zapa­trzy się na ich nie­zwy­kłe kamien­ne syl­wet­ki, wno­szo­ne do Muzeum Bry­tyj­skie­go. Mały posą­żek lamas­su będzie nato­miast uko­cha­ną pamiąt­ką Zale­ekah. Sub­tel­ne sym­bo­licz­ne zacze­pie­nia mię­dzy ele­men­ta­mi opo­wie­ści kreu­ją spe­cy­ficz­ne postrze­ga­nie cza­su. Ten ostat­ni jest tu jak woda i jak pismo kli­no­we – z jed­nej stro­ny płyn­ny, z dru­giej zaś utrwa­lo­ny, przy­szpi­lo­ny arte­fak­ta­mi, będą­cy­mi dzie­łem ludz­kich rąk. Pamięć kul­tu­ro­wa wycho­dzi poza swo­je ramy, sta­jąc się w pew­nym sen­sie pamię­cią gatun­ko­wą i bio­lo­gicz­ną, bo zapi­sa­ną w ludz­kich cia­łach. Rela­cja czło­wie­ka z wodą pul­su­je jako głów­ny, sta­le powra­ca­ją­cy motyw, ale w jej ramach osa­dzo­ne są bole­sne zawęź­le­nia histo­rii jed­no­stek i spo­łecz­no­ści.

Rze­ki, peł­no­praw­ne boha­ter­ki tej powie­ści, to przede wszyst­kim Tygrys, Eufrat i Tami­za w jej dwóch odsło­nach – dzie­więt­na­sto­wiecz­na, brud­na, śmier­dzą­ca i zaśmie­co­na, oraz dwu­dzie­sto­wiecz­na, co praw­da czy­sta, ale przy­po­mi­na­ją­ca o moż­li­wo­ści wystą­pie­nia glo­bal­nej kata­stro­fy hydro­lo­gicz­nej, będą­cej jed­nym ze skut­ków zmia­ny kli­ma­tu. Cichy­mi boha­ter­ka­mi są tu tak­że „pogrze­ba­ne rze­ki” Lon­dy­nu (takie jak Fle­et), któ­re w pew­nym momen­cie zakry­to i zabu­do­wa­no, zmie­nia­jąc w pod­ziem­ne kana­ły. Moż­na w nich dostrzec meta­fo­ry rze­czy i spraw trud­nych, wypar­tych bądź bru­tal­nie znisz­czo­nych. Idąc „wod­nym” tro­pem, przyj­rza­ła­bym się z jed­nej stro­ny temu, co pły­nie i zapi­su­je się w „pamię­ci wody”, z dru­giej – wspo­mnia­nym ele­men­tom pogrze­ba­nym, trud­nym i bole­snym.

Hipo­te­za „pamię­ci wody” nie ma, deli­kat­nie mówiąc, dobrej pra­sy. Przy­pusz­cze­nie, że czą­stecz­ki wody w jakiś spo­sób „zapa­mię­tu­ją” struk­tu­rę sub­stan­cji, z któ­ry­mi wcho­dzą w kon­takt, jest od dekad wyko­rzy­sty­wa­ne przez szar­la­ta­nów do uza­sad­nie­nia dzia­ła­nia pseu­do­le­ków home­opa­tycz­nych. Elif Sha­fak wycho­dzi od tej hipo­te­zy – w Tam na nie­bie… „pamięć wody” mia­ła­by zgłę­biać jed­na z posta­ci, Zale­ekah, choć pro­wa­dzo­ne przez jej uko­cha­ne­go zmar­łe­go men­to­ra bada­nia zosta­ły w śro­do­wi­sku nauko­wym wyśmia­ne. Pseu­do­nau­ko­wa teo­ria stać się może jed­nak pojem­ną, potęż­ną prze­no­śnią. Gdy boha­te­rów doty­ka kro­pla wody – ta sama, któ­ra spa­dła na gło­wę kró­la Aszur­ba­ni­pa­la w Nini­wie – zda­je się ona ofia­ro­wy­wać im momen­ty nad­świa­do­mo­ści, prze­dziw­ne­go wglą­du, łączyć ich ze sobą poprzez wie­ki. W „pamię­ci wody” ist­nie­ją zgłę­bia­ne przez Arthu­ra tajem­ni­ce pisma kli­no­we­go, pie­lę­gno­wa­ne przez jazy­dów tra­dy­cje i prak­ty­ko­wa­na przez nich wró­żeb­na magia, otchłań minio­nych cza­sów. Zacho­wa­niu pamię­ci słu­żą rów­nież wię­zi – cie­pło i miłość mię­dzy dzie­wię­cio­let­nią jazyd­ką Narin a jej bab­cią, nie­speł­nio­ne uczu­cie Arthu­ra do pra­bab­ci Narin, przy­jaźń Zale­ekah i dziew­czy­ny, któ­ra robi tatu­aże pismem kli­no­wym. Wię­zi wyda­ją się małym schro­nie­niem, ostat­nim szań­cem oca­le­nia w świe­cie, któ­ry ofe­ru­je naj­czę­ściej wyłącz­nie okrut­ną zagła­dę.

Bowiem to wła­śnie róż­ne for­my zagła­dy tęt­nią w tej powie­ści pod­ziem­nym nur­tem pogrze­ba­nych rzek. Każ­da z wykre­owa­nych przez Sha­fak posta­ci doświad­cza momen­tów kry­zy­su i roz­pa­du, a ich indy­wi­du­al­ne cier­pie­nia wyda­ją się jedy­nie drob­ny­mi ele­men­ta­mi w wiel­kiej ukła­dan­ce świa­ta. Naj­strasz­niej­sze klę­ski doty­ka­ją jazy­dów, zwa­nych pogar­dli­wie czci­cie­la­mi sza­ta­na. Obrzęd chrztu Narin na brze­gu Tygry­su w Tur­cji prze­ry­wa bru­tal­nie męż­czy­zna z bul­do­że­rem, wyrów­nu­ją­cy teren pod budo­wę zapo­ry, a Jazy­dzi mają zostać wysie­dle­ni, ponie­waż dewe­lo­per igno­ru­je eko­lo­gicz­ne i kul­tu­ro­we kosz­ty swo­jej inwe­sty­cji. Boją się tego, bo w nowych miej­scach zamiesz­ka­nia mogą stać się ofia­ra­mi bru­tal­nych prze­śla­do­wań. Samo wysie­dle­nie wyda­je się jed­nak niczym w porów­na­niu ze sce­na­mi ludo­bój­stwa, gdy tę samą gru­pę etnicz­no-reli­gij­ną posta­na­wia­ją eks­ter­mi­no­wać islam­scy ter­ro­ry­ści.

„Pogrze­ba­nie rze­ki” może mieć rów­nież cha­rak­ter indy­wi­du­al­ny. Doty­ka ono w pewien spo­sób Male­ka, wuja Zale­ekah, któ­ry wypie­ra wła­sną prze­szłość i toż­sa­mość etnicz­ną, sta­jąc się dzię­ki ogrom­ne­mu mająt­ko­wi sta­ty­stycz­nym przed­sta­wi­cie­lem bry­tyj­skiej wyż­szej kla­sy śred­niej. Malek uwa­ża, że imi­grant nie może pozwo­lić sobie na sła­bość, i to samo prze­ko­na­nie pró­bu­je wpo­ić sio­strze­ni­cy. Żyje odcię­ty od wła­snych korze­ni, doko­nu­jąc nie­kie­dy wąt­pli­wych etycz­nie wybo­rów. Sama Zale­ekah ma świa­do­mość kosz­tów, jakie przyj­dzie ludz­ko­ści ponieść w związ­ku z kata­stro­fą kli­ma­tycz­ną, zaś Arthur zaczy­na rozu­mieć, jak strasz­li­wym zawłasz­cze­niem jest wywo­że­nie dzie­dzic­twa kul­tu­ry asy­ryj­skiej do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Powieść sta­je się więc monu­men­tal­ną prze­strze­nią scen zagła­dy i małych incy­den­tów oca­le­nia, prze­pla­ta daw­ne mity z kwe­stia­mi kolo­nia­li­zmu, uprze­dzeń o cha­rak­te­rze etnicz­nym i reli­gij­nym, kapi­ta­li­zmu, świa­to­wej poli­ty­ki i ter­ro­ry­zmu, imi­gra­cji, rela­cji czło­wie­ka ze śro­do­wi­skiem, w jakim ten żyje. Fabu­ła nie wyda­je się jed­nak tą sze­ro­ką per­spek­ty­wą prze­cią­żo­na. Wręcz prze­ciw­nie – książ­ka jest lite­rac­ko pięk­na, wstrzą­sa­ją­co wraż­li­wa, pozo­sta­je bar­dzo bli­sko czło­wie­ka – z jego nadzie­ja­mi, miło­ścia­mi, tęsk­no­ta­mi i bólem. Jest to isto­ta tego, co nazy­wam „drga­ją­cą taflą” – lite­ra­tu­ra nie­dy­dak­tycz­na, a jed­nak pre­cy­zyj­nie wyzna­cza­ją­ca w rze­czy­wi­sto­ści bole­sne punk­ty stycz­ne, dia­gno­zu­ją­ca świat na swój wła­sny spo­sób.

Być może dys­ku­syj­ne wyda­je się zna­le­zie­nie wspól­ne­go mia­now­ni­ka dla tak sze­ro­kie­go wachla­rza tek­stów. Eko­lo­gia, kry­zys kli­ma­tycz­ny, kapi­ta­lizm, post­ko­lo­nia­lizm, tech­no­feu­da­lizm czy sztucz­na inte­li­gen­cja – są to tema­ty waż­kie, obec­ne w nauko­wym dys­kur­sie i obie­gu publi­cy­stycz­nym. Moż­na by nato­miast podej­rze­wać, że prze­cią­żą lite­ra­tu­rę, uczy­nią z niej narzę­dzie per­swa­zji, zawę­żą pola moż­li­wych odczy­tań. Zapew­ne tak by się sta­ło, gdy­by nie to, że lite­ra­tu­ra ta pozo­sta­je przede wszyst­kim lite­ra­tu­rą, jej atu­tem są potęż­ne, boga­te nar­ra­cje, mikro­hi­sto­rie obfi­tu­ją­ce w ludz­kie praw­dy oraz prze­sy­co­ne wraż­li­wo­ścią, odmien­ne spoj­rze­nia na rze­czy­wi­stość. Nie znaj­dzie­my w wymie­nio­nych powie­ściach uprosz­czo­ne­go prze­ka­zu – znaj­dzie­my jed­nak „drga­nia”, deli­kat­ne doty­ka­nie histo­rii, geo­po­li­ty­ki, bio­gra­fii, falo­wa­nie meta­for na powierzch­ni fabuł, struk­tu­ry­zo­wa­nie głęb­szych zna­czeń. Kon­cep­cja „drga­ją­cej tafli” nie jest i nie ma być jaką­kol­wiek kate­go­rią kry­tycz­no­li­te­rac­ką – pozo­sta­nie jed­nak dla mnie pry­wat­nym kry­te­rium dobo­ru lek­tu­ry, tak bym mogła zanu­rzyć się w lite­ra­tu­rze i jed­no­cze­śnie nie­ustan­nie podej­mo­wać dia­log ze świa­tem.

 

Biblio­gra­fia tek­stów przy­wo­ła­nych w arty­ku­le:

  • Cha­kra­bar­ty D., Huma­ni­sty­ka w cza­sach antro­po­ce­nu, tłum. M. Borow­ski i in., red. E. Domań­ska, M. Sugie­ra, Kra­ków: Uni­ver­si­tas, 2023.
  • Leder A., Eko­no­mia to stan umy­słu. Ćwi­cze­nie z seman­ty­ki języ­ków eko­no­micz­nych, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Kry­ty­ki Poli­tycz­nej, 2023.
  •  

  • Alder­man N., Przy­szłość, tłum. M. Gla­se­napp, War­sza­wa: Mar­gi­ne­sy, 2025.
  • Cat­ton E., Las Bir­nam­ski, tłum. M. Świer­koc­ki, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2024.
  • Lun­de M., Błę­kit, tłum. A. Mar­ci­nia­ków­na, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2018.
  • Lun­de M., Histo­ria psz­czół, tłum. A. Mar­ci­nia­ków­na, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2016.
  • Lun­de M., Ostat­ni, tłum. M. Topa, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2021.
  • Lun­de M., Sen o drze­wie, tłum. M. Topa, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2024.
  • Powers R., Listo­wieść, tłum. M. Kło­bu­kow­ski, War­sza­wa: W.A.B., 2021.
  • Powers R., Plac zabaw, tłum. A. Hal­bersz­tat, Poznań: Wydaw­nic­two Poznań­skie, 2025.
  • Powers R., Zadzi­wie­nie, tłum. D. Konow­roc­ka-Sawa, War­sza­wa: W.A.B., 2023.
  • Salik M., Wściek, War­sza­wa: Power­graph, 2023.
  • Sha­fak E., Tam na nie­bie są rze­ki, tłum. N. Wiśniew­ska, Poznań: Wydaw­nic­two Poznań­skie, 2025.
  • Tur­pe­inen I., Żywe isto­ty, tłum. S. Musie­lak, Poznań: Wydaw­nic­two Poznań­skie, 2025.
  •  

    1 D. Cha­kra­bar­ty, Huma­ni­sty­ka w cza­sach antro­po­ce­nu, tłum. M. Borow­ski i in., red. E. Domań­ska, M. Sugie­ra, Kra­ków: Uni­ver­si­tas, 2023.

    2 A. Leder, Eko­no­mia to stan umy­słu. Ćwi­cze­nie z seman­ty­ki języ­ków eko­no­micz­nych, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Kry­ty­ki Poli­tycz­nej, 2023.

    Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
    i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

    Czytaj także

    17.08.2026 Recenzje

    Trochę się zestarzejemy, trochę nie

    Stara kobiecość budzi przerażenie i lęk. Ale sama kobiecość ma w sobie wiele cech, które są przypisywane starości. Segal wymienia wśród nich empatię, kruchość, znoszenie częstych upokorzeń, ponoszenie trudu opieki nad innymi – o książce Lynne Segal pisze Olga Sabała.

    16.08.2026 Recenzje

    „Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

    Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

    15.08.2026 Recenzje

    Fantastyka społecznego podmiotu

    Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

    14.08.2026 Szkice

    Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

    Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.