Zaczęło się od spojrzenia w obiektyw. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska planowała stworzyć cykl fotografii polskich reporterek. Ale im dłużej trwał projekt, tym większej nabierała pewności, że twarze uchwycone w prostych, czarno-białych kadrach domagają się głosu.
Tak powstało dwadzieścia jeden intymnych portretów konwersacyjnych – jak mówi autorka o swojej książce Reporterki, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Dowody. Publikacja, zapowiadana jako pierwsza poświęcona twórczyniom literatury non-fiction, wyrasta z rozmów prowadzonych w latach 2014–2022. Czas ten pozwolił autorce spotkać się i z legendarnymi nestorkami gatunku, i z przedstawicielkami młodszego pokolenia, i z tymi, które odeszły, zanim książka ujrzała światło dzienne: Wiesławą Grocholą, Ireną Morawską, Lidią Ostałowską, Agnieszką Wróblewską. Rezultatem jest wybór pierwszoosobowych opowieści o życiu prywatnym i zawodowym reporterek oraz galeria fotografii wykonanych w ich domach w otoczeniu znaczących przedmiotów.
Historie płyną własnym rytmem. I tak Iza Michalewicz rekonstruuje przebieg swojej kariery; Agnieszka Wróblewska przytacza anegdoty o zmaganiach z realiami poprzedniego systemu; Krystyna Kurczab-Redlich trzyma się swoich pisarskich tematów – „nie było siły, żeby mnie od Rosji oderwać”; Angelika Kuźniak chce opowiedzieć o przyjaźni, a Joanna Szczęsna nie rozstaje się z bohaterami swoich tekstów, więc idzie przez narrację w towarzystwie Wiery Gran. Barbara Seidler wraca do czasów okupacji, Małgorzata Rejmer – do swojej Albanii. Fotografie przybliżają ich codzienność: poznajemy salony i kuchnie, psy i koty, pamiątki. Stare medale z konkursów na reportaż Heleny Kowalik („traktuję je jako przyciski do papieru, kiedy wiatr zawieje”)1 albo scyzoryk z fragmentem wiersza cygańskiej poetki Papuszy, bohaterki Kuźniak: „Przychodzę […], żebyście czarnej nocy nie czynili w biały dzień”2. Układa się to w panoramiczny obraz twórczości współczesnych reporterek.
Krall zdania nieoznajmujące
Gdyby polski reportaż kobiecy miał mieć jedną twarz, patrzyłby na nas uważnymi oczami spod ciemnej grzywki. Cokolwiek powiedzielibyśmy o Hannie Krall i jej wpływie na dzisiejsze znaczenie polskiej literatury faktu, byłoby to pewnie niewystarczające. Ale może odpowiednim hołdem dla nowatorskiego minimalistycznego stylu – reporterskiego haiku – autorki światowego fenomenu Zdążyć przed Panem Bogiem, której książki doczekały się ponad siedemdziesięciu przekładów, będzie nie mówić wiele więcej? Może wystarczy tyle, ile sama powiedziała kiedyś o sobie, nawet jeśli opatrzyła to zastrzeżeniem zasadniczo oddającym ideę jej twórczości: „mnie bardzo źle idzie formułowanie zdań twierdzących” – „To jest w tym zawodzie najlepsze. Wchodzić w obszary nieznane, nieopisane, odkrywać nowe światy, nowe zjawiska, oglądać rzeczy w ich dzianiu się. […] [P]rzekraczać najsurowsze bariery dyskrecji”3.
To fragment książki Reporterów sposób na życie, będącej zapisem rozmów Marka Millera prowadzonych w dziennikarskim gronie. Hanna Krall występuje tu jako jedna z dwóch kobiet. Drugą z nich jest Małgorzata Szejnert.
Bądź moją Szejnert
O tym, jak ważną rolę w rozwoju polskiego reportażu odegrała Małgorzata Szejnert, szybko mógłby się przekonać nawet ktoś, kto nie przeczytał w życiu żadnego tekstu poza Reporterkami. Jej nazwisko powraca refrenem w kolejnych rozmowach. Już w pierwszej czytamy, że reporter musi mieć mistrza, a szczęściem Magdaleny Grzebałkowskiej było spotkać Szejnert na swojej drodze. Irena Morawska opowiada, jak motywowały się do pisania z Magdaleną Grochowską: „Taką naszą Małgosią Szejnert byłyśmy dla siebie”4. Wiesława Grochola nazywa ją kapłanką rzeczy oczywistych – niezauważanych, a ważnych – i puentuje: „świetna, świetna jest!”.
Małgorzata Szejnert, współzałożycielka „Gazety Wyborczej”, przez piętnaście lat kierowała tamtejszym działem reportażu. Sama jest autorką kilkunastu książek, takich jak: Śród żywych duchów (w której relacjonuje poszukiwania grobów więźniów politycznych), Usypać góry. Historie z Polesia i Wyspa klucz (o nowojorskiej Ellis Island). A co mówi o sobie Magdalenie Wdowicz-Wierzbowskiej w rozdziale o – dość chyba skromnym wobec powyższego – tytule To nie ja ich nauczyłam? Opowiada niewiele, a na pewno niewylewnie, bo jak twierdzi, pytań o reportaż nie cierpi. Za to w Reporterach bez fikcji zwierza się Agnieszce Wójcińskiej, co czuje, gdy trafia na ciekawy trop:
Jeśli budzi się taka ciekawość i nie wygasa, a potem potwierdza się, że można coś jeszcze do tego dodać, że powstaje nić, na którą można coś nanizać, to dla mnie wielkie przeżycie. Nie mogę spać5.
Mroki duszy
Marek Miller usłyszał od Małgorzaty Szejnert: „Reporter nie jest tematem. To nie gwiazda filmowa. To, co myśli poza reportażem – nikogo nie interesuje”6. Przytacza też jej wypowiedź w kontekście miejsca kobiety w świecie literatury faktu lat 70.:
Coraz częściej reportaż zaczynają uprawiać w Polsce kobiety. Znikł reportaż polityczny, społeczny, wydarzeniowy, nastały czasy małego realizmu. A o tym kobiety potrafią pisać najlepiej7.
Wiesław Łuka w 2014 roku w zbiorze wywiadów Fakt jest święty… stawia pytania o to, czy wyróżnianie kategorii reportażu kobiecego jest uzasadnione. Czy istnieją typowe dla niej tematy, stylistyka, obrazowanie, klimat tworzony przez szczegóły, na które mężczyźni nie zwróciliby uwagi? Odpowiedzi pokazują, że teksty raczej dzielą się na dobre i mniej udane aniżeli na te, w których dałoby się wykryć „kobiecy pierwiastek twórczy”8. A gdybyśmy chcieli dać się zwieść prostym skojarzeniom, powiedzmy od razu: to nie kobiece nazwisko widnieje na ukwieconej okładce małej różowej książeczki o wdzięcznym tytule Kaprysik. Damskie historie. Napisał ją Mariusz Szczygieł, który Reporterki celnie określa mianem „instrukcji, jak przeżyć w tym zawodzie, gdy jest się kobietą”.
Bliski kobiecemu doświadczeniu mały realizm przysłużył się gatunkowi, ale nie zamknął reporterek w bezpiecznych rejestrach codzienności. Trudne, bolesne, niebezpieczne – wiele bohaterek zbioru specjalizowało się w takich tematach. Iza Michalewicz, Ewa Winnicka, wcześniej Barbara Seidler, Barbara Pietkiewicz, która przyznaje: „nie umiałam się bać”, i Helena Kowalik, przekonana, że: „Jak się człowiek o życie pobija, to potem ma większe zrozumienie dla innych, reporterowi to się przydaje”. A są też autorki nieobecne w książce, takie jak Justyna Kopińska z jej głośnymi tytułami Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? albo Polska odwraca oczy. I jest pamięć o Beacie Pawlak, która pisała reportaże ze świata islamu, a zginęła w zamachu terrorystycznym na Bali.
Magdalena Wdowicz-Wierzbowska zdążyła porozmawiać z Ireną Morawską, zmarłą w 2022 roku, o jednym z jej najgłośniejszych reportaży, który trafił do publikacji zbiorowych i społecznej pamięci. Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam w 1997 roku zamieściła na swoich łamach „Gazeta Wyborcza”, a czytelnicy uznali tekst za jeden z najlepszych w historii gazety. „Reportaż totalny” – powiedziała o nim słynna szefowa działu9. Bo Morawska nie tylko opisała historię młodej dziewczyny uwięzionej w domu bogatej Polki we Włoszech, ale też na oczach czytelnika, meandrując przez kolejne zwroty akcji, od złej pani ją wykradła10. Autorka uratowała dziewczynę, a pewnie też inne kobiety, które po lekturze uniknęły podobnego losu. Mówiła: „Zazwyczaj jestem optymistką, ale jest we mnie też jakiś bliźniak – mroki duszy zawsze mnie pociągały”11.
Luz w głowie, zamki w snach
„Mój nieprawdopodobny szacunek do słowa pisanego sprawiał, że wydawało mi się, że jeśli człowiek chce pisać, to musi mieć do powiedzenia światu coś nadzwyczajnie ważnego” – tłumaczyła Wiesława Grochola, dziennikarka związana między innymi z „Polityką”. „Trzeba mieć nadbudowane w głowie. A ja zawsze miałam poczucie, że mam w niej za dużo luzu”12. Rozterki wybijają się na tle jej opowieści o mężu: niezwykle utalentowany, brawurowy człowiek z dziennikarską hucpą. Gdy ponad pół wieku od niej młodsza Małgorzata Rejmer dzieli się swoimi wątpliwościami, wydaje się, jakby niewiele się przez ten czas zmieniło. Autorka popularnych książek Bukareszt. Kurz i krew czy Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii wyznaje:
I wiesz, nigdy nie wiadomo do końca, czy jesteś dobra. […] Bardzo długo nie umiałam stworzyć pozytywnej narracji wokół spotkań autorskich. Zawsze myślałam, że muszę udowodnić, że nie jestem na scenie przypadkowo13.
A więc może to ta odwieczna niepewność reporterki co do swoich umiejętności czyni reportaż kobiecym? I kluczowy jest syndrom oszusta, choć częściej właśnie: oszustki? Katarzyna Surmiak-Domańska to reporterka wymieniana wśród polskiej czołówki, a ceniona za odważne podejmowanie trudnych i ważnych społecznie tematów (między innymi w Mokradełku, dotyczącym wykorzystywania seksualnego, czy w książce Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość). Jej dorobek literacki i uznanie środowiska mogłyby być przepustką do samozadowolenia. A najwyraźniej nie są. Pisarka ujmująco opowiada w Reporterkach o wątpliwościach poprzedzających jej spotkanie z bohaterem:
Pierwsza noc w hotelu, kiedy nie możesz zasnąć, bo czy mi się uda, a może nic z tego nie wyjdzie, tylko się wygłupię, zmarnuję czas i pieniądze? A wykonanie pierwszego telefonu? Nienawidzę. Potrafię odkładać i odkładać […]14.
Surmiak-Domańska krąży więc wokół telefonu, jak oficer Wojska Polskiego, ukrywający się transwestyta z jej słynnego reportażu Beznadziejna ucieczka przed Basią…, krąży wokół butiku z konfekcją damską. Ale nawet po ukończeniu książki reporterka nie ma spokoju. Śni koszmary o koszmarnych błędach. Kiedy napisana przez nią biografia Krzysztofa Kieślowskiego była już w druku, autorce przyśniło się przyjęcie u Hanny Krall – w wizji sennej Surmiak-Domańska przypadkowo dowiedziała się, że bohater jej publikacji nie zapłacił podatku od kupionych w Portugalii zamków i ścigany przez skarbówkę, umarł na zawał. „Niemożliwe, że pani tego nie wie” – to ostatnie, co usłyszała, zanim spocona wybudziła się ze snu15. Co ciekawe, organizatorka wyśnionego przyjęcia dzieli się w napisanej przed laty książce Millera bliźniaczym niepokojem: „TEN reportaż jeszcze mi się udał, jeszcze TYM RAZEM mi się udało. Ale jak kiedyś czegoś nie zauważę, przeoczę, nie usłyszę, to co będzie?”. Dodajmy, że mówi to już po wydaniu epokowego Zdążyć przed Panem Bogiem16.
Czy zaliczka ma płeć?
„Kiedyś podczas debaty na festiwalu literackim kolega powiedział: «nooo, ja umiem słuchać ludzi» i potem dodał: «i opisać». Chciałabym umieć coś takiego powiedzieć z takim przekonaniem. Chyba nie słyszałam niczego podobnego z ust reporterki”17 – to słowa Olgi Gitkiewicz, ale podobne odczucia pobrzmiewają w innych rozmowach. Natomiast ona jako jedyna porusza w publikacji wprost temat różnic w wycenie pracy kobiet i mężczyzn. Pisarka – ma na koncie między innymi książki Nie hańbi (reportaże o rynku pracy) czy Nie zdążę (o wykluczeniu komunikacyjnym) – socjolożka i wykładowczyni zajmująca się kwestią emancypacji kobiet mówi jasno: reporterka zarabia mniej niż reporter. Ponadto:
Mężczyźni dostają korzystniejsze umowy na książki, wiem to na pewno. Wyższe zaliczki, wyższe procenty, lepsze warunki pracy – te same nierówności, z którymi kobiety zmagają się na rynku pracy, widać też w pisaniu, w reportażu tak przecież wrażliwym społecznie. To jest paradoks18.
Czyżby więc jedyna konkretna odpowiedź na pytanie o to, jaka jest kobieca literatura faktu, brzmiała: gorzej płatna? Przypadek Joanny Kuciel-Frydryszak, której Chłopki. Opowieść o naszych babkach jest jedną z najlepiej sprzedających się ostatnio pozycji, pokazuje, że nie musi tak być. Zwłaszcza jeśli autorka – co symboliczne w kontekście tematu jej książki, poświęconej trudnemu losowi pokoleń kobiet – rozpocznie głośną i burzliwą publiczną dyskusję o zarobkach pisarek i pisarzy.
Gdy mowa o reporterskiej wrażliwości, nie można nie przywołać nazwiska zmarłej w 2018 roku Lidii Ostałowskiej, która w licznych wspomnieniach wraca jako głos najsłabszych. Jej Bolało jeszcze bardziej czy Cygan to cygan to opowieści grup wykluczonych, mniejszości etnicznych, subkultur. W zbiorze Wdowicz-Wierzbowskiej pisarka została uchwycona na fotografii, gdy pozuje z kotem, pokazuje podarunek – rzeźbioną cygańską łyżeczkę – i wymiguje się od odpowiedzi na pytanie, co jest najważniejsze w życiu.
Pisanie szarpane, czyli jak Grzebałkowska dziecko nogą odsuwała
„Dla mojego dziecka zrobię wszystko. Nic nie stoi ponad nim, pisanie też nie”19 – słychać w innych rozmowach, bo reporterka często jest też matką. A wertując zbiorowe publikacje, można się przekonać, że reporterka-matka częściej niż reporter-ojciec, opowiadając o pracy, wspomina o rodzinie – jak cytowana Magdalena Grzebałkowska. Pisarka ceniona za biografie – w tym Marii Konopnickiej, Krzysztofa Komedy czy rodziny Beksińskich – poczuciem humoru mogłaby obdzielić bohaterki kolejnych tomów Reporterek. Mówi, że gdy już uda jej się usiąść do pracy, pisze cały dzień, a dziecko zwracające na siebie uwagę odsuwa nogą. Jej przyjaciółka Ewa Winnicka, mama dwóch synów, dodaje:
rola matki jest najbardziej wymagającym zadaniem, jakie wykonuję. Trudniejszym niż konstruowanie książki, niż rozmowy z bohaterami, dokumentowanie, zmaganie z prokrastynacją. […] Już dawno jesteś po terminie i czujesz, że naprawdę musisz pisać, a jednocześnie nie możesz, bo masz obowiązki, które są niezbywalne20.
W dorobku Winnickiej są między innymi nagradzani Angole, ale też tak dramatyczne historie, jak Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey i Był sobie chłopczyk.
Doświadczenie rodzicielstwa wpływa na dyspozycyjność kobiet w tym zawodzie, na możliwości wyjazdów na dokumentacje, na samo pisanie – potwierdza Olga Gitkiewicz. Gdy jest zmuszona łączyć obowiązki opiekuńcze z pracą, dzieje się to zawsze kosztem tej drugiej, a pisanie jest poszarpane, sztukowane. Mężczyźni nie muszą tak korygować swojej codzienności – zauważa. Znamienne, że macierzyństwo pojawia się jako punkt odniesienia również w opowieściach tych bohaterek, które dzieci nie mają. Krystyna Kurczab-Redlich uważa: „Mnie było łatwiej, bo nie mam dzieci i mogłam sobie szarżować”21.
To chyba dobry moment, żeby wspomnieć tekst Barbary Łopieńskiej opublikowany w czasach, które wymuszały na twórcach umiejętność pisania nie wprost o tym, co uwierające. Zadaniem autorów było przechytrzyć cenzora, efektem – drugie dno czy „nadwyżka” i dopracowana warstwa literacka. Z tego mariażu w 1977 roku powstał pamiętny reportaż o pacjentkach oczekujących dziecka. Kobiety odpowiadają na pytania reporterki, jak umieją: mówią o planach, nadziejach, codziennych troskach. A czytelnik słyszy to, co uderza już w pierwszym zdaniu i co do dziś nic nie straciło ze swojego ciężaru: „Wszystkie chcą mieć syna”22.
Szarża
Wiele wywiadów z ludźmi literatury, w tym także Reporterki, można czytać również według klucza: jak podręcznik dla piszących. Bohaterki tej publikacji dzielą się bowiem swoim doświadczeniem i konkretnymi wskazówkami dotyczącymi ich warsztatu zawodowego. Ale fanów gatunku i reporterów in spe nie trzeba pewnie szczególnie zachęcać do lektury. Natomiast innych może zainteresować szersza perspektywa, która pokazuje, co stoi za wyborem niepewnego reporterskiego fachu.
Najpierw Magdalena Grzebałkowska na huśtawce pisarskich emocji:
Uwielbiam to, co robię. I nienawidzę tego! […] Za to kiedy już się napisze… co za przyjemne uczucie! Chyba dla tej adrenaliny to robię23.
Wiesława Grochola uwypukla inny aspekt swojej pracy:
Kiedyś […] świat był strasznie ustrukturalizowany i sztywny. Gospodyni domowa była gospodynią domową. Dziennikarstwo dawało człowiekowi możliwość trochę takiego migania się w życiu24.
Olga Gitkiewicz odpowiada jej z perspektywy innych już czasów, choć frajda najwyraźniej się nie starzeje:
Praca reporterska to trochę są wagary. Nie dlatego, że się pali fajki nad rzeką, ale dlatego, że jest bardzo zmienna […]25.
Najpełniej o doświadczaniu tego zawodu opowiada Magdalena Grochowska, a rozdział, którego jest bohaterką, można by aplikować sobie w chwilach zwątpienia albo wypalenia. Autorka biografii Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu i Różewicz. Rekonstrukcja czy nagradzanego reportażu o starości Lewa strona gobelinu ma powody, by myśleć, że żyje życiem zwielokrotnionym, i postrzegać to jako niebywały przywilej. Przywilejem dla czytelnika jest towarzyszenie pisarce we wzruszającej opowieści o narodzinach pasji – „pchały mnie niezmordowana ciekawość, nienasycenie i euforia. Narkotyczne, uzależniające doznanie” – i jej trwaniu:
Kiedy rozmawiam, nie jestem końcówką dyktafonu. Wypowiadane słowa wibrują we mnie, drążą w mojej świadomości nowe tropy. Człowiek, który przede mną zrzuca maskę, przemienia się, ale ja też doznaję przemiany. To obcowanie jest czasem trudne, męczące, destrukcyjne, a niekiedy odświeża mnie, ożywia i buduje, i przynosi olśnienie. Żywię się nim26.
Wygląda na to, że niewiele można zrobić, kiedy – jak pięknie mówi pisarka – los woła kogoś po imieniu. Reporterki pokazują, jak to jest, gdy wołane imię kończy się na literę „a”.
1 M. Wdowicz-Wierzbowska, Reporterki, Warszawa: Wydawnictwo Dowody, 2025, s. 39.
2 Tamże, s. 125.
3 H. Krall w rozmowie z T. Kuczyńską, „Ty i ja”, maj 1972. Cyt. za: M. Miller, Reporterów sposób na życie, Warszawa: Czytelnik, 1983, s. 273–274.
4 M. Wdowicz-Wierzbowska, Reporterki, s. 60.
5 A. Wójcińska, Reporterzy bez fikcji. Rozmowy z polskimi reporterami, Wołowiec: Czarne, 2011, s. 16.
6 M. Miller, Reporterów sposób…, s. 113.
7 Tamże, s. 129.
8 W. Łuka, Fakt jest święty. Rozmowy o reportażu, wywiadzie i mediach, Warszawa: Fundacja Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego, 2024, s. 128.
9 Antologia polskiego reportażu XX wieku, t. 2, red. M. Szczygieł, Wołowiec: Czarne, 2021, s. 752.
10 Tamże, s. 751.
11 M. Wdowicz-Wierzbowska, Reporterki, s. 58.
12 Tamże, s. 90.
13 Tamże, s. 166.
14 Tamże, s. 188.
15 Tamże, s. 190.
16 M. Miller, Reporterów sposób…, s. 277.
17 M. Wdowicz-Wierzbowska, Reporterki, s. 208.
18 Tamże, s. 206
19 Tamże, s. 15.
20 Tamże, s. 223.
21 Tamże, s. 22.
22 Antologia polskiego reportażu…, s. 231.
23 M. Wdowicz-Wierzbowska, Reporterki, s. 10.
24 Tamże, s. 91.
25 Tamże, s. 206.
26 Tamże, s. 44.
