Orlando była kobietą?

Orlan­da Jacqu­eli­ne Harp­man (1996) uka­zu­je się w Pol­sce w – wyda­wa­ło­by się – zna­ko­mi­tym momen­cie: Aga Zano przy­go­to­wa­ła wła­śnie nowy pol­ski prze­kład kul­to­wej powie­ści Vir­gi­nii Woolf, dwa lata temu pre­mie­rę miał inspi­ro­wa­ny tą książ­ką film Pau­la B. Pre­cia­da, a rok temu w Brnie – ope­ra Here I am, Orlan­do Lubi­cy Čeko­vskiej i Vik­to­rii Knot­ko­vej.

To, co z per­spek­ty­wy wydaw­ni­czej może być uzna­ne za oko­licz­no­ści sprzy­ja­ją­ce publi­ka­cji, w lek­tu­rze nie­ste­ty nie poma­ga. Czy­ta­na dzi­siaj książ­ka Harp­man nie jest wywro­to­wa, a zapro­po­no­wa­na przez autor­kę pra­wie trzy­dzie­ści lat temu inter­pre­ta­cja wyda­je się obec­nie dość ana­chro­nicz­na. Ludycz­ny poten­cjał tego „nie­śmia­łe­go hoł­du ze stro­ny wiel­bi­ciel­ki” pozo­sta­je jed­nak nie­zmien­ny.

F jak Freud

Co by było, gdy­by uwię­zio­na w zso­cja­li­zo­wa­nej kobie­cie męskość wydo­sta­ła się na wol­ność? Wyobraź­my to sobie: trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nia Ali­ne Ber­ger, znu­dzo­na życiem aka­de­micz­ka, czy­ta na pary­skim dwor­cu powieść Orlan­do Vir­gi­nii Woolf i gorz­ko tego żału­je. Wola­ła­by raczej Jules’a Bar­beya d’Aurevilly’ego albo jakieś współ­cze­sne scien­ce fic­tion, nie­ste­ty – ma dać wykład o pisar­ce, któ­ra ją nudzi i kom­plet­nie do niej nie tra­fia. Pod wpły­wem lek­tu­ry w Ber­ger zacho­dzi zmia­na: do gło­su docho­dzi jej stłu­mio­ny, wewnętrz­ny męż­czy­zna, któ­ry posta­na­wia wydo­stać się z wię­zie­nia. „Ty zawsze ule­gasz zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi i cofasz się nawet wte­dy, gdy się bawisz myśla­mi, i wła­śnie dla­te­go jesteś taka nud­na. Klam­ka zapa­dła. Prze­no­szę się” – oznaj­mia (w prze­kła­dzie Kata­rzy­ny Mar­czew­skiej) męska poło­wa Ali­ne i opusz­cza­jąc żywi­ciel­kę, wcie­la się w nie­ja­kie­go Lucie­na Lefrène’a, zupeł­nie przy­pad­ko­we­go świad­ka psy­cho­ma­chii zakoń­czo­nej gwał­tow­nym roz­wo­dem. To oczy­wi­ście począ­tek łotrzy­kow­skiej z ducha opo­wie­ści o ste­reo­ty­pach płcio­wych, nie­do­lach kon­ser­wa­tyw­ne­go wycho­wa­nia, ale też man­spla­inin­gu.

Jacqu­eli­ne Harp­man (1929–2012) tra­fi­ła do pol­skie­go czy­tel­ni­ka jako autor­ka nie­po­ko­ją­cej dys­to­pii Ja, któ­ra nie pozna­łam męż­czyzn (tłum. Kata­rzy­na Mar­czew­ska, 2024). Orlan­da jest dru­gą – i wszyst­ko wska­zu­je na to, że nie­ste­ty ostat­nią – powie­ścią tej autor­ki opu­bli­ko­wa­ną przez ArtRa­ge w jed­nej z moich ulu­bio­nych serii („Cyme­lia”).

Fran­cu­sko­ję­zycz­na Bel­gij­ka pocho­dzą­ca z żydow­skiej rodzi­ny, któ­rej uda­ło się prze­trwać Zagła­dę, jako czter­na­sto­lat­ka prze­sia­dy­wa­ła w małej biblio­te­ce w Casa­blan­ce. Wła­śnie doszła do „F”: o Panią Bova­ry Gustave’a Flau­ber­ta opar­ta była książ­ka Sig­mun­da Freu­da. Dzie­ła auto­ra Kul­tu­ry jako źró­dła cier­pień zafa­scy­no­wa­ły Harp­man. Już po powro­cie do Bel­gii zaczę­ła stu­dio­wać psy­cho­lo­gię, ale naukę prze­rwa­ła z powo­du cho­ro­by i koniecz­no­ści poby­tu w sana­to­rium dla gruź­li­ków. Tam sta­ła się pisar­ką. Debiu­to­wa­ła w 1958 roku powie­ścią L’Amour et l’Acacia, ale po roz­wo­dzie, dru­gim ślu­bie i naro­dzi­nach córek zamil­kła lite­rac­ko na dwa­dzie­ścia lat. W tym cza­sie skoń­czy­ła stu­dia i roz­po­czę­ła prak­ty­kę psy­cho­ana­li­tycz­ną. Orlan­da, powieść, za któ­rą Harp­man dosta­ła w 1996 roku Prix Médi­cis, powsta­ła w dru­giej fazie twór­czo­ści autor­ki.

Oczy­wi­ście zarów­no opo­wieść o „tej, któ­ra nie pozna­ła męż­czyzn”, jak i Orlan­dę moż­na czy­tać w klu­czu psy­cho­ana­li­zy, choć sama Harp­man była kry­tycz­na wobec sadza­nia pisa­rzy i ich boha­te­rów na kozet­kach – w jed­nym z wywia­dów powie­dzia­ła wprost: „to nie jest kry­ty­ka lite­rac­ka”. Gdy­bym mia­ła szu­kać tro­pu, któ­ry łączy te – tak prze­cież róż­ne – powie­ści, był­by to wątek doj­rze­wa­nia do bun­tu i rodze­nia się samo­świa­do­mo­ści. W pew­nym sen­sie oba te tek­sty moż­na uznać za rodzaj femi­ni­stycz­nej nar­ra­cyj­nej auto­te­ra­pii. W książ­ce Ja, któ­ra nie pozna­łam… Harp­man pod­kre­śla zna­cze­nie kobie­cych wspól­not i sio­strzeń­stwa, opi­su­jąc zja­wi­sko wycho­dze­nia z ról straż­ni­czek patriar­cha­tu oraz pro­ces odzy­ski­wa­nia pamię­ci, a przede wszyst­kim języ­ka. Dostrze­gam w tej powie­ści zaba­wę autor­ki z patriar­chal­nym rozu­mie­niem kobie­co­ści jako nie­doj­rza­ło­ści, a kobie­ty jako niż­szej for­my bytu. Umiesz­cza­jąc nar­ra­tor­kę poza „cywi­li­zo­wa­nym” spo­łe­czeń­stwem, Harp­man nawią­zu­je do moty­wu dzi­kie­go dziec­ka – do posta­ci Mow­glie­go, wycho­wa­ne­go przez wil­ki. Z kolei w Orlan­dzie ostrze kry­ty­ki wymie­rzo­ne jest w mecha­nizm socja­li­za­cji narzu­ca­ją­cej kobie­tom cał­ko­wi­tą ule­głość. Potrze­ba tu inter­wen­cji inte­li­gent­nej pisar­ki, któ­ra poka­że swo­jej boha­ter­ce, kim ta mogła­by się stać, gdy­by…

Genderowy konformizm

Orlan­da wyda­je się lek­tu­rą lek­ką i przy­jem­ną, z moc­no osa­dzo­ny­mi w ste­reo­ty­pach boha­te­ra­mi. Kry­ty­cy zwra­ca­li uwa­gę na to, że cho­ciaż powieść zosta­ła napi­sa­na w epi­cen­trum trze­ciej fali femi­ni­zmu, nie podej­mu­je jej postu­la­tów. Ali­ne mogła­by być raczej jed­ną ze znu­dzo­nych boha­te­rek Misty­ki kobie­co­ści Bet­ty Frie­dan, któ­re wyzna­wa­ły: „Czu­ję się w jakimś sen­sie pusta… nie­speł­nio­na” albo: „Czu­ję się, jak­bym w ogó­le nie ist­nia­ła”. Oczy­wi­ście w przy­pad­ku Ali­ne nie jest to „syn­drom gospo­dy­ni domo­wej”, prze­cież jest ona aka­de­micz­ką! Sęk w tym, że jej dok­to­rat o pierw­szym roz­dzia­le W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su nigdy nie został opu­bli­ko­wa­ny, bo prze­cież „o Pro­uście napi­sa­no już wszyst­ko”, a autor­ka pozwa­la się „gasić” w dys­ku­sjach prze­mą­drza­łe­mu kole­dze.

Win­ne są „kolej­ne poko­le­nia dobrze wycho­wa­nych kobiet, któ­re mia­ły to szczę­ście, że nie otrzy­ma­ły żad­nych wyjąt­ko­wych zdol­no­ści od wró­żek pochy­la­ją­cych się nad ich koły­ską, dosto­so­wa­ły się zatem do tego, na co im pozwa­la­no”. Na przy­kład pani Ber­ger, gor­li­wie „zabi­ja­ją­ca w dziew­czyn­ce chłop­ca”. Nar­ra­tor­ka przy­wo­łu­je taką oto sce­nę:

Ali­ne ma dwa­na­ście lat, jest sil­ną, pew­ną sie­bie dziew­czyn­ką, któ­ra sta­wia zama­szy­ste kro­ki i śmie­je się na cały głos, wbie­ga pędem do domu, ciska płasz­czyk na fotel w salo­nie, a tor­ni­ster rzu­ca byle gdzie. – Mój Boże, ależ ty jesteś męska! – mówi z wes­tchnie­niem jej mat­ka.

Kapi­tu­la­cja przed mat­ką prze­ra­dza się w rodzaj gen­de­ro­we­go kon­for­mi­zmu. Ali­ne wyrze­ka się gesty­ku­lo­wa­nia, sta­wia­nia zama­szy­stych kro­ków i podej­mo­wa­nia ryzy­ka, tra­ci zain­te­re­so­wa­nie geo­me­trią i zwra­ca się ku lite­ra­tu­rze. Pisze dok­to­rat o Pro­uście, zosta­je asy­stent­ką pro­fe­so­ra, znaj­du­je narze­czo­ne­go. Jedy­ną eks­tra­wa­gan­cją, na jaką sobie pozwa­la, jest dry­fo­wa­nie w wan­nie (czyż­by alu­zja do Ouse?). Ze sta­gna­cji wyry­wa ją dopie­ro zain­spi­ro­wa­na lek­tu­rą powie­ści Woolf uciecz­ka tłu­mio­nej „męsko­ści”. Gdy Ali­ne tra­ci „wewnętrz­ne­go męż­czy­znę”, uświa­da­mia sobie, jak bar­dzo go potrze­bo­wa­ła.

Ten nato­miast na gigan­cie ma się świet­nie. Kie­dy męska część Ali­ne opusz­cza swo­ją „żywi­ciel­kę” i zdo­by­wa nie­pod­le­głość, sta­jąc się tytu­ło­wym Orlan­dą, prze­ży­wa (i tu chy­ba na jaw wycho­dzą żar­to­bli­wie wyeks­po­no­wa­ne fascy­na­cje autor­ki Freu­dem) gwał­tow­ny zachwyt peni­sem. Wyzwo­lo­ny z oków moral­no­ści, Orlan­da natych­miast z cie­ka­wo­ści się mastur­bu­je, następ­nie odby­wa rado­sny nume­rek w pocią­go­wej toa­le­cie i wcho­dzi w sym­pa­tycz­ną rela­cję ero­tycz­ną z przy­god­nym męż­czy­zną (dziś nazwa­li­by­śmy ją „friends with bene­fits”). Kie­dy czy­ta­łam o awan­tu­rach Orlan­dy, przy­po­mniał mi się eks­pe­ry­ment ame­ry­kań­skiej dzien­ni­kar­ki Nory Vin­cent (nota­be­ne autor­ki powie­ści o Woolf, Ade­li­ne, 2015), któ­ra zasły­nę­ła repor­ta­żem wcie­le­nio­wym będą­cym przy­kła­dem gry w gen­der. W Self-Made Man (tytuł Jac­ka Koniecz­ne­go, Męż­czy­zna od pod­staw, nie odzwier­cie­dla nie­ste­ty gry słow­nej ory­gi­na­łu) opi­sa­ła osiem­na­ście mie­się­cy życia w męskim wcie­le­niu – jako Ned gra­ła w krę­gle, odwie­dza­ła klu­by ze strip­ti­zem, cha­dza­ła na rand­ki z kobie­ta­mi, pra­co­wa­ła w cha­rak­te­rze domo­krąż­cy i wstą­pi­ła do zako­nu. Bywa­ła na męskich spo­tka­niach tera­peu­tycz­nych, by odna­leźć „wewnętrz­ne­go nean­der­tal­czy­ka”. Jej prze­mia­na nie ogra­ni­czy­ła się do zbu­do­wa­nia musku­la­tu­ry na siłow­ni i dokle­je­nia zaro­stu – Vin­cent opo­wia­da, jak prze­sta­ła prze­pra­szać, pro­sić i dzię­ko­wać, zaczę­ła zacho­wy­wać się bez­ce­re­mo­nial­nie i wresz­cie zaczę­ła być słu­cha­na. Ale jej podróż ku przy­wi­le­jom nie zakoń­czy­ła się hap­py endem – „męskość” oka­za­ła się nawet bar­dziej wyma­ga­ją­ca niż „kobie­cość” (i jest to teza, któ­rą gło­szą dziś „sys­te­mo­wo wyklu­cza­ni” – wysy­ła­ni na woj­ny i izo­lo­wa­ni od dzie­ci – męż­czyź­ni). Orlan­da Harp­man nie ma takich reflek­sji – stłu­mio­ny w nasto­let­nio­ści, dopie­ro wcho­dzi w szum­ny okres doj­rze­wa­nia.

„Virginio, odwróć oczy od tych wersów”

Już widzę te zmarsz­czo­ne brwi: Harp­man napi­sa­ła taką powieść, serio? Po pierw­sze: Orlan­da powsta­ła pod koniec lat 90. XX wie­ku. Po dru­gie: jej autor­ka inte­li­gent­nie dystan­su­je się od fabu­ły przez umiesz­cze­nie w świe­cie przed­sta­wio­nym tek­sto­wej „sie­bie”, sta­rze­ją­cej się powie­ścio­pi­sar­ki. Nie­przy­pad­ko­wo książ­ka roz­po­czy­na się w taki spo­sób, jak­by­śmy czy­ta­li dida­ska­lia:

Sce­na otwie­ra­ją­ca roz­gry­wa się w Pary­żu, naprze­ciw Gare du Nord, w loka­lu noszą­cym ambit­ną nazwę Bras­se­rie de l’Europe. Wystrój – sztucz­ny zamsz, chrom i pla­stik – może przy­pra­wić o neu­ra­ste­nię każ­de­go, kto oka­że się na tyle nie­roz­waż­ny, że zacznie mu się przy­glą­dać. Minę­ła pierw­sza po połu­dniu. Nie­któ­rzy klien­ci jedzą fasze­ro­wa­ne jaj­ka, inni kanap­ki. Ali­ne Ber­ger, lat trzy­dzie­ści pięć, czy­ta.

Roz­sta­wia­jąc sce­no­gra­fię i loku­jąc na jej tle posta­ci jak pion­ki na plan­szy gry, Harp­man przy­go­to­wu­je czy­tel­ni­ka na licz­ne chwy­ty dez­i­lu­zyj­ne. Zawie­sze­nie nie­wia­ry na dłuż­szą metę sta­je się nie­moż­li­we, bo też nad kon­wen­cjo­nal­no­ścią czy­tel­nik powi­nien się zasta­no­wić. Nad Orlan­dą krą­ży wid­mo kon­struk­ty­wi­zmu, a Harp­man jest wspa­nia­łą iro­nist­ką. Wychy­la się zza tek­stu, infor­mu­jąc na przy­kład o tym, że mogła­by wpraw­dzie nazwać męską część Ali­ne Ala­inem, ale takie­mu roz­wią­za­niu bra­ko­wa­ło­by polo­tu. Dla­te­go, w hoł­dzie dla Woolf, wybie­ra Orlan­dę (podob­nie jak angiel­ska pisar­ka nie uzgad­nia przy tym imie­nia z rodza­jem). Dia­lo­gu­je nie tyl­ko z czy­tel­ni­kiem, lecz rów­nież z autor­ką Fal, w stra­te­gicz­nych momen­tach fabu­ły uprze­dza­jąc: „Vir­gi­nio, odwróć oczy od tych wer­sów”.

Nie tyl­ko ana­lo­gie mię­dzy Orlan­dą Orlan­dem Woolf two­rzą efekt roz­dwo­je­nia. Harp­man napi­sa­ła meta­fik­cję czy – by posłu­żyć się okre­śle­niem Lin­dy Hut­che­on – „nar­ra­cję nar­cy­stycz­ną”, któ­rej cha­rak­te­ry­stycz­nym ele­men­tem jest chwyt mise en aby­me. Jak wie­my, poję­cie spo­pu­la­ry­zo­wał w odnie­sie­niu do lite­ra­tu­ry André Gide, opi­su­ją­cy w Dzien­ni­ku (1893) zabieg sto­so­wa­ny mię­dzy inny­mi przez Han­sa Mem­lin­ga i Die­ga Velázqu­eza: w głę­bi nama­lo­wa­ne­go na obra­zie poko­ju jest lustro odbi­ja­ją­ce nama­lo­wa­ny na obra­zie pokój, w któ­rym wisi lustro… W książ­ce Harp­man życie naśla­du­je lite­ra­tu­rę; docho­dzi do tego choć­by przez akt lek­tu­ry – Ali­ne czy­ta Orlan­da, a lek­tu­ra boha­ter­ki jest odbi­ciem – ze zmia­ną, oczy­wi­ście – lek­tu­ry powie­ści Harp­man przez czy­tel­ni­ków. Usta­no­wie­nie tek­stu w pro­ce­sie wzmac­nia kon­struk­ty­wi­stycz­ne uję­cie gen­der. Pew­ne opi­sa­ne przez Woolf sytu­acje wyda­rza­ją się w życiu boha­ter­ki Harp­man, dys­kurs prze­ni­ka do histo­rii.

A więc to nie pisar­ka „spłasz­cza” dzie­ło Woolf, to Ali­ne – spe­cja­list­ka od Pro­usta1, któ­ra pozwa­la sobie na takie oto gniew­ne kon­sta­ta­cje:

Cóż zro­bił Orlan­do pod­czas swo­jej wędrów­ki przez stu­le­cia? Zali­czył kil­ka dzie­wek fol­warcz­nych tudzież kró­lo­wą i pew­ną Rosjan­kę, pan­nę z ary­sto­kra­tycz­ne­go rodu; następ­nie, kie­dy stał się kobie­tą, wszyst­ko wska­zu­je na to, że sypiał – sypia­ła! – z zaprzy­jaź­nio­ny­mi ladacz­ni­ca­mi, poślu­bi­ła wyso­ko uro­dzo­ne­go żegla­rza – też mi wiel­kie wyzwo­le­nie!; i w koń­cu spo­ty­ka­my ją na zaku­pach w Lon­dy­nie, gdzie nie szu­ka kwia­tów, jak pani Dal­lo­way, tyl­ko kupu­je w domu towa­ro­wym pościel na podwój­ne łóż­ko!

Dodaj­my, że w pew­nym momen­cie Ali­ne odkry­wa: Orlan­do była kobie­tą!

Prze­cież on nigdy nie był chłop­cem! Tydzień spę­dzo­ny w łóż­ku, dokład­nie tak, jak mi to mat­ka tyle razy kła­dła do gło­wy, to wej­ście w okres pokwi­ta­nia! Wszyst­ko jest ale­go­rią, a Vir­gi­nia opo­wia­da o sobie samej: w dzie­ciń­stwie była sil­na i żywio­ło­wa, bawi­ła się na stry­chu w woj­nę z Mau­ra­mi, mia­ła uwiel­bia­ną przy­ja­ciół­kę, któ­ra zaczę­ła ją zanie­dby­wać na rzecz chłop­ców, więc Vir­gi­nia ucie­kła w książ­ki i marze­nia, muszę zapy­tać Jacqu­eli­ne, czy nie jest to przy­pad­kiem tak zwa­ny okres laten­cji, po kry­jo­mu zaczę­ła sobie dla roz­ryw­ki opo­wia­dać zmy­ślo­ne histo­rie.

Jeśli prze­czy­ta­my uważ­nie, jak Ali­ne ana­li­zu­je Pro­usta – jej zda­niem posta­cie księż­nej de Guer­man­tes i mada­me Ver­du­rin są jak awers i rewers, a jedy­ną róż­ni­cą mię­dzy nimi jest to, że nar­ra­tor obda­rza sym­pa­tią tyl­ko jed­ną, z dru­giej się zaś naśmie­wa – ana­lo­gia nasu­nie się sama. Czy tek­sto­wa powie­ścio­pi­sar­ka nie trak­tu­je w ten sam spo­sób Ali­ne i Orlan­dy: w pierw­szej widzi pru­de­rię i hipo­kry­zję, w dru­gim – siły wital­ne, odwa­gę i anar­chię? Czyż­by powie­ścio­pi­sar­ka była nar­ra­tor­ką nie­wia­ry­god­ną?

Okładka książki Jacqueline Harpman pod tytułem „Orlanda”.
Jacqueline Harpman, „Orlanda”, tłum. Katarzyna Marczewska, Warszawa: ArtRage, 2025.

Orlando niebinarne

W Orlan­dzie Harp­man wyraź­na jest inten­cja paro­dy­stycz­na – i cel został osią­gnię­ty, ta powieść bawi. Są tu rów­nież – co lubię szcze­gól­nie – ele­men­ty saty­ry aka­de­mic­kiej (roz­ma­wia­jąc z Orlan­dą, Ali­ne uświa­da­mia sobie, że „W śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim, gdzie odby­wa­ła się więk­szość jej roz­mów, jesz­cze nigdy nie natra­fi­ła na tak inspi­ru­ją­ce­go roz­mów­cę. Do dia­ska, czyż­by­śmy się bawi­li napraw­dę dobrze wyłącz­nie sami ze sobą?”. Nato­miast kie­dy oznaj­mia, że „[n]ie da się zro­bić karie­ry aka­de­mic­kiej przy uży­ciu wła­snych prze­my­śleń […]. Nale­ży wypo­wia­dać bły­sko­tli­we spo­strze­że­nia wysnu­te z myśli poprzed­ni­ków”, Orlan­da pyta: „Czy to nie jest pogląd wywro­to­wy?”).

Pro­blem pole­ga na tym, że powieść Woolf słu­ży dziś zupeł­nie innym celom. Czy moż­na się dobrze bawić przy Orlan­dzie Harp­man po fil­mie Pre­cia­da i ope­rze Here I am, Orlan­do, w któ­rych tema­tem nie jest już płeć jako kon­strukt, lecz nie­bi­nar­ność oso­by boha­ter­skiej?

Z pre­mie­ry ope­ry Lubi­cy Čeko­vskiej i Vik­to­rii Knot­ko­vej wyszłam zachwy­co­na, z prze­ko­na­niem, że Woolf pra­gnę­ła­by takie­go wła­śnie dru­gie­go życia swo­jej powie­ści. Tytu­ło­wą par­tię kom­po­zy­tor­ka napi­sa­ła dla Maay­ana Lich­ta, uro­dzo­ne­go w Izra­elu kon­tra­te­no­ra. Nie jest on maje­sta­tycz­ną Til­dą Swin­ton, raczej połą­cze­niem Char­lie­go Cha­pli­na z Fred­diem Mer­cu­rym: zwin­ny, śli­ski, kam­po­wy. „Kie­dyś będę zry­wał z każ­de­go drze­wa w ogro­dzie, z każ­de­go na świe­cie, i że wła­śnie tak zro­bię, ruszam w świat w tym celu” – śpie­wa sło­wa­mi Osca­ra Wilde’a z wię­zien­nych impre­sji i ese­jów De Pro­fun­dis (cytat poda­ję w prze­kła­dzie Macie­ja Stro­iń­skie­go). Trwa sąd nad Orlan­do (celo­wo uży­wam „bez­ro­dza­ju”) – chór wyzy­wa go od zbo­czeń­ców, sędzia w bara­niej peru­ce chce wie­dzieć, czy oskar­żo­ny jest męż­czy­zną czy kobie­tą, a przy­słu­chu­ją­cym się roz­pra­wie nie mie­ści się w gło­wie: jest kobie­tą, a pije jak męż­czy­zna, nie poświę­ca na toa­le­tę dłu­gich godzin i tak pew­nie trzy­ma się w sio­dle?

Orlan­do – jak pisa­łam w entu­zja­stycz­nej recen­zji dla „Wybor­czej” – uczy nas dzi­siaj, że orze­chow­ce naj­wy­god­niej przy­ci­nać w bry­cze­sach, magna­ta odwie­dzać w kwie­ci­stej taf­cie, a na noc­ne włó­czę­gi w poszu­ki­wa­niu przy­go­dy prze­bie­rać się za szlach­ci­ca. Rano tań­czyć nago na bal­ko­nie, po połu­dniu para­do­wać w sza­ra­wa­rach, a wie­czo­rem zbiec z pew­ną damą do Nider­lan­dów. I niko­mu nic do tego. Bo ta ope­ra to pochwa­ła pro­te­uszo­wo­ści i wol­no­ści.

Film Orlan­do, moja poli­tycz­na bio­gra­fia (2023) Pau­la B. Pre­cia­da roz­po­czy­na się od sce­ny nakle­ja­nia na murze pla­ka­tów z napi­sem: „Orlan­do, gdzie jesteś?”. Autor Testo ćpu­na mówi do kame­ry: „Ktoś mnie kie­dyś zapy­tał: dla­cze­go nie napi­szesz swo­jej bio­gra­fii. Odpo­wie­dzia­łem: bo już ją napi­sa­ła pie­przo­na Vir­gi­nia Woolf, w 1928”. Ale nie jest wobec pisar­ki bez­kry­tycz­ny. Zarzu­ca jej: „Przed­sta­wi­łaś nas, oso­by trans­owe, jako ary­sto­kra­tów z kolo­nial­nej Anglii, któ­rzy pew­ne­go pięk­ne­go dnia budzą się w cie­le kobie­ty. Może nie wie­dzia­łaś, że nie tak zosta­je się tran­sem?”.

Mała dygre­sja: co do tego, że Woolf zain­spi­ro­wa­ła stu­dia trans, nie ma zgo­dy. Na przy­kład Jay Pros­ser w Second Skins (pierw­szej mono­gra­fii o trans­me­mu­arach) zauwa­ża, że tema­tem Orlan­da nie jest trans­pł­cio­wość, tyl­ko kul­tu­ro­wa zmien­ność płci2, a jako kontr­przy­kład poda­je Źró­dło samot­no­ści Mar­gu­eri­te Radc­lyf­fe-Hall – tak brzmi tytuł dru­gie­go pol­skie­go wyda­nia w prze­kła­dzie Aga­ty Ostrow­skiej (Kra­ków: Znak Lite­ra­no­va, 2025).

Aga Zano, któ­ra prze­ło­ży­ła Orlan­da na język pol­ski jako trze­cia3, mia­ła już doświad­cze­nie w prze­kła­dzie nie­bi­nar­nym (Ber­nar­di­ne Eva­ri­sto Dziew­czy­na, kobie­ta, inna oraz Trans i pół, bej­bi Tor­rey Peters) – i wyko­rzy­sta­ła je w odnie­sie­niu do tłu­ma­cze­nia Toma­sza Bie­ro­nia. Wyco­fa­ła nie­for­tun­ną korek­tę tytu­ło­we­go imie­nia. Kie­dy Orlan­do budzi się jako kobie­ta, nie sta­je się – jak w prze­kła­dzie Bie­ro­nia – Orlan­dą. Jest prze­cież wciąż tą samą oso­bą.

Co się dzieje w męskiej głowie?

Wróć­my do powie­ści Harp­man i powiedz­my sobie szcze­rze: jej boha­ter­ka, Ali­ne, jest po pro­stu terf­ką. Bo jak ina­czej okre­ślić postać, któ­ra wypo­wia­da takie zda­nie:

Teraz mia­ła już pew­ność, że prze­mia­na nie była magicz­nym speł­nie­niem tego, za co bied­ni trans­sek­su­ali­ści pła­cą tyle pie­nię­dzy i co jest wyłącz­nie kastra­cją, o czym jed­nak w 1928 roku Vir­gi­nia Woolf nie mogła wie­dzieć.

Ale nie bądź­my naiw­ni i nie trak­tuj­my tych kon­sta­ta­cji jako wyra­zu poglą­dów autor­ki. Przez wpro­wa­dze­nie do tek­stu boha­ter­ki-powie­ścio­pi­sar­ki Harp­man pro­jek­tu­je sytu­ację zaba­wy w „wyobraź­my sobie”, na przy­kład: „co sobie myśli pani w kra­cia­stym płasz­czy­ku, sie­dzą­ca przy sto­li­ku pod oknem”. Obser­wu­jąc wpa­tru­ją­cą się w książ­kę Woolf kobie­tę, autor­ka-boha­ter­ka Orlan­dy Harp­man wpa­da na pomysł obsa­dze­nia jej w roli boha­ter­ki czy­ta­nej powie­ści – i wyobra­ża sobie wyima­gi­no­wa­ny dia­log („Tego wła­śnie słu­cham, korzy­sta­jąc z przy­słu­gu­ją­ce­go mi przy­wi­le­ju powie­ścio­pi­sar­ki i wkrót­ce usły­szę coś, co mnie wpra­wia w zdu­mie­nie: «A gdy­by tak zmie­nić płeć?»”).

Czy­ta­jąc Orlan­dę ponow­nie, sku­pi­łam się wyłącz­nie na powie­ścio­pi­sar­ce – i uświa­do­mi­łam sobie, że ety­kie­ta „powieść LGBTQ+”, któ­rą opa­trzo­na jest książ­ka Harp­man w inter­ne­cie, wpro­wa­dza odbior­ców w błąd. Autor­ka kon­cen­tru­je się na żar­to­bli­wym zapi­sie pro­ce­su twór­cze­go.

Oto jeden z począt­ko­wych frag­men­tów:

Cóż to za podróż, o bogo­wie! Śmiać mi się chce, kie­dy pomy­ślę o Ame­ry­ce, o Kolum­bie, Ama­zo­nii i kole polar­nym, a nawet o Księ­ży­cu i Mar­sie! Nie­zna­ne jest tuż obok, set­ki razy spo­czy­wa­łam w jego ramio­nach i nigdy nie weszłam do środ­ka. Prze­ciw­na płeć znaj­du­je się dalej niż Wega z gwiaz­do­zbio­ru Lut­ni, tra­fiam czo­łem w zamknię­te gło­wy i nie mogę się dostać do środ­ka, pytam: O czym myślisz?

Kto mówi? Nie­wy­odrę­bio­na jesz­cze z Ali­ne Orlan­da? A może powie­ścio­pi­sar­ka, któ­ra posta­na­wia wejść w męską gło­wę, żeby pod­wo­ro­wać sobie z kry­ty­ki pisa­nia za innych o nich samych: o kobie­tach przez męż­czyzn, o czar­nych przez bia­łych, o rdzen­nych przez nie-rdzen­nych? Sko­men­to­wać burz­li­we w latach 90. dys­ku­sje na temat zawłasz­cza­nia, kre­owa­nia fał­szy­we­go obra­zu, pozba­wia­nia gło­su, sta­wa­nia się eks­per­ta­mi od życia innych osób?

Podob­no nic nie podzie­li­ło kry­ty­czek femi­ni­stycz­nych tak jak mono­log Mol­ly Blo­om – dla jed­nych fajer­werk mizo­gi­nii, dla dru­gich – pochwa­ła cie­le­sno­ści. Kie­dy napi­sa­łam recen­zję Szcze­li­na­mi Wita Szo­sta­ka (autor mówił Doro­cie Wodec­kiej, że „spo­ty­ka się z pyta­nia­mi, czy jako męż­czy­zna ma pra­wo two­rzyć kobie­ce nar­ra­tor­ki”), ktoś sko­men­to­wał ją nastę­pu­ją­co: cie­ka­we, czy gdy­by autor­ką tej powie­ści była kobie­ta, nie zosta­ła­by skry­ty­ko­wa­na za eks­hi­bi­cjo­nizm (przy­po­mnij­my sobie awan­tu­rę wokół Oto cia­ło moje Alek­san­dry Pakie­ły). Tę intu­icję potwier­dza Doro­ta Kor­win-Pio­trow­ska, ana­li­zu­ją­ca Szcze­li­na­mi tak:

Dłu­go­trwa­ła i jaw­na misty­fi­ka­cja, bo wszak opa­trzo­na sygna­tu­rą powie­ścio­pi­sa­rza Wita Szo­sta­ka, pod­wa­ża lirycz­ną intym­ność wyznań boha­ter­ki, zamie­nia­jąc je tro­chę w ćwi­cze­nie sty­li­stycz­ne, jakąś odmia­nę mime­ty­zmu for­mal­ne­go4.

Jako takie ćwi­cze­nie sty­li­stycz­ne trak­tu­ję też Orlan­dę. A morał? Jest i morał:

Powie­cie, że jestem odpo­wie­dzial­na za wszyst­ko – och, prze­cież to powieść, zmy­ślo­na histo­ria, któ­ra się roze­gra­ła wyłącz­nie w mojej gło­wie. Nie mam na rękach krwi, naj­wy­żej nie­co atra­men­tu. […] Nigdy nie aspi­ro­wa­łam do pisa­nia histo­rii o słusz­nej wymo­wie moral­nej.

 

1 Nie­przy­pad­ko­wo, jak sądzę. O zbież­no­ściach mię­dzy W poszu­ki­wa­niu… a Orlan­do cie­ka­wie pisze Eli­za­beth M. Sho­re. Zob. E.M. Sho­re, Vir­gi­nia Woolf, Pro­ust, and Orlan­do, „Com­pa­ra­ti­ve Lite­ra­tu­re” 1979, nr 3, s. 232–245.

2 J. Pros­ser, Second Skins. The Body Nar­ra­ti­ves of Trans­se­xu­ali­ty, New York: Colum­bia Uni­ver­si­ty Press, 1998, s. 168.

3 Po pol­sku powieść Woolf uka­za­ła się dopie­ro w 1994 roku, ale za to od razu w dwóch prze­kła­dach – Toma­sza Bie­ro­nia dla wydaw­nic­twa Zysk i S‑ka oraz Wła­dy­sła­wa Wój­ci­ka dla nie­od­ża­ło­wa­nej ofi­cy­ny Sic!. Prze­trwał prze­kład Bie­ro­nia (choć poja­wia­ły się gło­sy, że tłu­ma­cze­nie Wój­ci­ka jest cie­kaw­sze i bliż­sze ory­gi­na­ło­wi), wzna­wia­ny przez Wydaw­nic­two Lite­rac­kie.

4 D. Kor­win-Pio­trow­ska, Zła­ma­ny kod poezji. O „Impe­rium chmur” Jac­ka Duka­ja i „Szcze­li­na­mi” Wita Szo­sta­ka, „Stu­dia Poeti­ca” 2024, nr 12, s. 266, onli­ne: https://studiapoetica.uken.krakow.pl/article/view/10448/10410 [dostęp: 12.03.2026].

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

14.08.2026 Szkice

Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.