Orlanda Jacqueline Harpman (1996) ukazuje się w Polsce w – wydawałoby się – znakomitym momencie: Aga Zano przygotowała właśnie nowy polski przekład kultowej powieści Virginii Woolf, dwa lata temu premierę miał inspirowany tą książką film Paula B. Preciada, a rok temu w Brnie – opera Here I am, Orlando Lubicy Čekovskiej i Viktorii Knotkovej.
To, co z perspektywy wydawniczej może być uznane za okoliczności sprzyjające publikacji, w lekturze niestety nie pomaga. Czytana dzisiaj książka Harpman nie jest wywrotowa, a zaproponowana przez autorkę prawie trzydzieści lat temu interpretacja wydaje się obecnie dość anachroniczna. Ludyczny potencjał tego „nieśmiałego hołdu ze strony wielbicielki” pozostaje jednak niezmienny.
F jak Freud
Co by było, gdyby uwięziona w zsocjalizowanej kobiecie męskość wydostała się na wolność? Wyobraźmy to sobie: trzydziestopięcioletnia Aline Berger, znudzona życiem akademiczka, czyta na paryskim dworcu powieść Orlando Virginii Woolf i gorzko tego żałuje. Wolałaby raczej Jules’a Barbeya d’Aurevilly’ego albo jakieś współczesne science fiction, niestety – ma dać wykład o pisarce, która ją nudzi i kompletnie do niej nie trafia. Pod wpływem lektury w Berger zachodzi zmiana: do głosu dochodzi jej stłumiony, wewnętrzny mężczyzna, który postanawia wydostać się z więzienia. „Ty zawsze ulegasz zdrowemu rozsądkowi i cofasz się nawet wtedy, gdy się bawisz myślami, i właśnie dlatego jesteś taka nudna. Klamka zapadła. Przenoszę się” – oznajmia (w przekładzie Katarzyny Marczewskiej) męska połowa Aline i opuszczając żywicielkę, wciela się w niejakiego Luciena Lefrène’a, zupełnie przypadkowego świadka psychomachii zakończonej gwałtownym rozwodem. To oczywiście początek łotrzykowskiej z ducha opowieści o stereotypach płciowych, niedolach konserwatywnego wychowania, ale też mansplainingu.
Jacqueline Harpman (1929–2012) trafiła do polskiego czytelnika jako autorka niepokojącej dystopii Ja, która nie poznałam mężczyzn (tłum. Katarzyna Marczewska, 2024). Orlanda jest drugą – i wszystko wskazuje na to, że niestety ostatnią – powieścią tej autorki opublikowaną przez ArtRage w jednej z moich ulubionych serii („Cymelia”).
Francuskojęzyczna Belgijka pochodząca z żydowskiej rodziny, której udało się przetrwać Zagładę, jako czternastolatka przesiadywała w małej bibliotece w Casablance. Właśnie doszła do „F”: o Panią Bovary Gustave’a Flauberta oparta była książka Sigmunda Freuda. Dzieła autora Kultury jako źródła cierpień zafascynowały Harpman. Już po powrocie do Belgii zaczęła studiować psychologię, ale naukę przerwała z powodu choroby i konieczności pobytu w sanatorium dla gruźlików. Tam stała się pisarką. Debiutowała w 1958 roku powieścią L’Amour et l’Acacia, ale po rozwodzie, drugim ślubie i narodzinach córek zamilkła literacko na dwadzieścia lat. W tym czasie skończyła studia i rozpoczęła praktykę psychoanalityczną. Orlanda, powieść, za którą Harpman dostała w 1996 roku Prix Médicis, powstała w drugiej fazie twórczości autorki.
Oczywiście zarówno opowieść o „tej, która nie poznała mężczyzn”, jak i Orlandę można czytać w kluczu psychoanalizy, choć sama Harpman była krytyczna wobec sadzania pisarzy i ich bohaterów na kozetkach – w jednym z wywiadów powiedziała wprost: „to nie jest krytyka literacka”. Gdybym miała szukać tropu, który łączy te – tak przecież różne – powieści, byłby to wątek dojrzewania do buntu i rodzenia się samoświadomości. W pewnym sensie oba te teksty można uznać za rodzaj feministycznej narracyjnej autoterapii. W książce Ja, która nie poznałam… Harpman podkreśla znaczenie kobiecych wspólnot i siostrzeństwa, opisując zjawisko wychodzenia z ról strażniczek patriarchatu oraz proces odzyskiwania pamięci, a przede wszystkim języka. Dostrzegam w tej powieści zabawę autorki z patriarchalnym rozumieniem kobiecości jako niedojrzałości, a kobiety jako niższej formy bytu. Umieszczając narratorkę poza „cywilizowanym” społeczeństwem, Harpman nawiązuje do motywu dzikiego dziecka – do postaci Mowgliego, wychowanego przez wilki. Z kolei w Orlandzie ostrze krytyki wymierzone jest w mechanizm socjalizacji narzucającej kobietom całkowitą uległość. Potrzeba tu interwencji inteligentnej pisarki, która pokaże swojej bohaterce, kim ta mogłaby się stać, gdyby…
Genderowy konformizm
Orlanda wydaje się lekturą lekką i przyjemną, z mocno osadzonymi w stereotypach bohaterami. Krytycy zwracali uwagę na to, że chociaż powieść została napisana w epicentrum trzeciej fali feminizmu, nie podejmuje jej postulatów. Aline mogłaby być raczej jedną ze znudzonych bohaterek Mistyki kobiecości Betty Friedan, które wyznawały: „Czuję się w jakimś sensie pusta… niespełniona” albo: „Czuję się, jakbym w ogóle nie istniała”. Oczywiście w przypadku Aline nie jest to „syndrom gospodyni domowej”, przecież jest ona akademiczką! Sęk w tym, że jej doktorat o pierwszym rozdziale W poszukiwaniu straconego czasu nigdy nie został opublikowany, bo przecież „o Prouście napisano już wszystko”, a autorka pozwala się „gasić” w dyskusjach przemądrzałemu koledze.
Winne są „kolejne pokolenia dobrze wychowanych kobiet, które miały to szczęście, że nie otrzymały żadnych wyjątkowych zdolności od wróżek pochylających się nad ich kołyską, dostosowały się zatem do tego, na co im pozwalano”. Na przykład pani Berger, gorliwie „zabijająca w dziewczynce chłopca”. Narratorka przywołuje taką oto scenę:
Aline ma dwanaście lat, jest silną, pewną siebie dziewczynką, która stawia zamaszyste kroki i śmieje się na cały głos, wbiega pędem do domu, ciska płaszczyk na fotel w salonie, a tornister rzuca byle gdzie. – Mój Boże, ależ ty jesteś męska! – mówi z westchnieniem jej matka.
Kapitulacja przed matką przeradza się w rodzaj genderowego konformizmu. Aline wyrzeka się gestykulowania, stawiania zamaszystych kroków i podejmowania ryzyka, traci zainteresowanie geometrią i zwraca się ku literaturze. Pisze doktorat o Prouście, zostaje asystentką profesora, znajduje narzeczonego. Jedyną ekstrawagancją, na jaką sobie pozwala, jest dryfowanie w wannie (czyżby aluzja do Ouse?). Ze stagnacji wyrywa ją dopiero zainspirowana lekturą powieści Woolf ucieczka tłumionej „męskości”. Gdy Aline traci „wewnętrznego mężczyznę”, uświadamia sobie, jak bardzo go potrzebowała.
Ten natomiast na gigancie ma się świetnie. Kiedy męska część Aline opuszcza swoją „żywicielkę” i zdobywa niepodległość, stając się tytułowym Orlandą, przeżywa (i tu chyba na jaw wychodzą żartobliwie wyeksponowane fascynacje autorki Freudem) gwałtowny zachwyt penisem. Wyzwolony z oków moralności, Orlanda natychmiast z ciekawości się masturbuje, następnie odbywa radosny numerek w pociągowej toalecie i wchodzi w sympatyczną relację erotyczną z przygodnym mężczyzną (dziś nazwalibyśmy ją „friends with benefits”). Kiedy czytałam o awanturach Orlandy, przypomniał mi się eksperyment amerykańskiej dziennikarki Nory Vincent (notabene autorki powieści o Woolf, Adeline, 2015), która zasłynęła reportażem wcieleniowym będącym przykładem gry w gender. W Self-Made Man (tytuł Jacka Koniecznego, Mężczyzna od podstaw, nie odzwierciedla niestety gry słownej oryginału) opisała osiemnaście miesięcy życia w męskim wcieleniu – jako Ned grała w kręgle, odwiedzała kluby ze striptizem, chadzała na randki z kobietami, pracowała w charakterze domokrążcy i wstąpiła do zakonu. Bywała na męskich spotkaniach terapeutycznych, by odnaleźć „wewnętrznego neandertalczyka”. Jej przemiana nie ograniczyła się do zbudowania muskulatury na siłowni i doklejenia zarostu – Vincent opowiada, jak przestała przepraszać, prosić i dziękować, zaczęła zachowywać się bezceremonialnie i wreszcie zaczęła być słuchana. Ale jej podróż ku przywilejom nie zakończyła się happy endem – „męskość” okazała się nawet bardziej wymagająca niż „kobiecość” (i jest to teza, którą głoszą dziś „systemowo wykluczani” – wysyłani na wojny i izolowani od dzieci – mężczyźni). Orlanda Harpman nie ma takich refleksji – stłumiony w nastoletniości, dopiero wchodzi w szumny okres dojrzewania.
„Virginio, odwróć oczy od tych wersów”
Już widzę te zmarszczone brwi: Harpman napisała taką powieść, serio? Po pierwsze: Orlanda powstała pod koniec lat 90. XX wieku. Po drugie: jej autorka inteligentnie dystansuje się od fabuły przez umieszczenie w świecie przedstawionym tekstowej „siebie”, starzejącej się powieściopisarki. Nieprzypadkowo książka rozpoczyna się w taki sposób, jakbyśmy czytali didaskalia:
Scena otwierająca rozgrywa się w Paryżu, naprzeciw Gare du Nord, w lokalu noszącym ambitną nazwę Brasserie de l’Europe. Wystrój – sztuczny zamsz, chrom i plastik – może przyprawić o neurastenię każdego, kto okaże się na tyle nierozważny, że zacznie mu się przyglądać. Minęła pierwsza po południu. Niektórzy klienci jedzą faszerowane jajka, inni kanapki. Aline Berger, lat trzydzieści pięć, czyta.
Rozstawiając scenografię i lokując na jej tle postaci jak pionki na planszy gry, Harpman przygotowuje czytelnika na liczne chwyty deziluzyjne. Zawieszenie niewiary na dłuższą metę staje się niemożliwe, bo też nad konwencjonalnością czytelnik powinien się zastanowić. Nad Orlandą krąży widmo konstruktywizmu, a Harpman jest wspaniałą ironistką. Wychyla się zza tekstu, informując na przykład o tym, że mogłaby wprawdzie nazwać męską część Aline Alainem, ale takiemu rozwiązaniu brakowałoby polotu. Dlatego, w hołdzie dla Woolf, wybiera Orlandę (podobnie jak angielska pisarka nie uzgadnia przy tym imienia z rodzajem). Dialoguje nie tylko z czytelnikiem, lecz również z autorką Fal, w strategicznych momentach fabuły uprzedzając: „Virginio, odwróć oczy od tych wersów”.
Nie tylko analogie między Orlandą a Orlandem Woolf tworzą efekt rozdwojenia. Harpman napisała metafikcję czy – by posłużyć się określeniem Lindy Hutcheon – „narrację narcystyczną”, której charakterystycznym elementem jest chwyt mise en abyme. Jak wiemy, pojęcie spopularyzował w odniesieniu do literatury André Gide, opisujący w Dzienniku (1893) zabieg stosowany między innymi przez Hansa Memlinga i Diega Velázqueza: w głębi namalowanego na obrazie pokoju jest lustro odbijające namalowany na obrazie pokój, w którym wisi lustro… W książce Harpman życie naśladuje literaturę; dochodzi do tego choćby przez akt lektury – Aline czyta Orlanda, a lektura bohaterki jest odbiciem – ze zmianą, oczywiście – lektury powieści Harpman przez czytelników. Ustanowienie tekstu w procesie wzmacnia konstruktywistyczne ujęcie gender. Pewne opisane przez Woolf sytuacje wydarzają się w życiu bohaterki Harpman, dyskurs przenika do historii.
A więc to nie pisarka „spłaszcza” dzieło Woolf, to Aline – specjalistka od Prousta1, która pozwala sobie na takie oto gniewne konstatacje:
Cóż zrobił Orlando podczas swojej wędrówki przez stulecia? Zaliczył kilka dziewek folwarcznych tudzież królową i pewną Rosjankę, pannę z arystokratycznego rodu; następnie, kiedy stał się kobietą, wszystko wskazuje na to, że sypiał – sypiała! – z zaprzyjaźnionymi ladacznicami, poślubiła wysoko urodzonego żeglarza – też mi wielkie wyzwolenie!; i w końcu spotykamy ją na zakupach w Londynie, gdzie nie szuka kwiatów, jak pani Dalloway, tylko kupuje w domu towarowym pościel na podwójne łóżko!
Dodajmy, że w pewnym momencie Aline odkrywa: Orlando była kobietą!
Przecież on nigdy nie był chłopcem! Tydzień spędzony w łóżku, dokładnie tak, jak mi to matka tyle razy kładła do głowy, to wejście w okres pokwitania! Wszystko jest alegorią, a Virginia opowiada o sobie samej: w dzieciństwie była silna i żywiołowa, bawiła się na strychu w wojnę z Maurami, miała uwielbianą przyjaciółkę, która zaczęła ją zaniedbywać na rzecz chłopców, więc Virginia uciekła w książki i marzenia, muszę zapytać Jacqueline, czy nie jest to przypadkiem tak zwany okres latencji, po kryjomu zaczęła sobie dla rozrywki opowiadać zmyślone historie.
Jeśli przeczytamy uważnie, jak Aline analizuje Prousta – jej zdaniem postacie księżnej de Guermantes i madame Verdurin są jak awers i rewers, a jedyną różnicą między nimi jest to, że narrator obdarza sympatią tylko jedną, z drugiej się zaś naśmiewa – analogia nasunie się sama. Czy tekstowa powieściopisarka nie traktuje w ten sam sposób Aline i Orlandy: w pierwszej widzi pruderię i hipokryzję, w drugim – siły witalne, odwagę i anarchię? Czyżby powieściopisarka była narratorką niewiarygodną?
Orlando niebinarne
W Orlandzie Harpman wyraźna jest intencja parodystyczna – i cel został osiągnięty, ta powieść bawi. Są tu również – co lubię szczególnie – elementy satyry akademickiej (rozmawiając z Orlandą, Aline uświadamia sobie, że „W środowisku akademickim, gdzie odbywała się większość jej rozmów, jeszcze nigdy nie natrafiła na tak inspirującego rozmówcę. Do diaska, czyżbyśmy się bawili naprawdę dobrze wyłącznie sami ze sobą?”. Natomiast kiedy oznajmia, że „[n]ie da się zrobić kariery akademickiej przy użyciu własnych przemyśleń […]. Należy wypowiadać błyskotliwe spostrzeżenia wysnute z myśli poprzedników”, Orlanda pyta: „Czy to nie jest pogląd wywrotowy?”).
Problem polega na tym, że powieść Woolf służy dziś zupełnie innym celom. Czy można się dobrze bawić przy Orlandzie Harpman po filmie Preciada i operze Here I am, Orlando, w których tematem nie jest już płeć jako konstrukt, lecz niebinarność osoby bohaterskiej?
Z premiery opery Lubicy Čekovskiej i Viktorii Knotkovej wyszłam zachwycona, z przekonaniem, że Woolf pragnęłaby takiego właśnie drugiego życia swojej powieści. Tytułową partię kompozytorka napisała dla Maayana Lichta, urodzonego w Izraelu kontratenora. Nie jest on majestatyczną Tildą Swinton, raczej połączeniem Charliego Chaplina z Freddiem Mercurym: zwinny, śliski, kampowy. „Kiedyś będę zrywał z każdego drzewa w ogrodzie, z każdego na świecie, i że właśnie tak zrobię, ruszam w świat w tym celu” – śpiewa słowami Oscara Wilde’a z więziennych impresji i esejów De Profundis (cytat podaję w przekładzie Macieja Stroińskiego). Trwa sąd nad Orlando (celowo używam „bezrodzaju”) – chór wyzywa go od zboczeńców, sędzia w baraniej peruce chce wiedzieć, czy oskarżony jest mężczyzną czy kobietą, a przysłuchującym się rozprawie nie mieści się w głowie: jest kobietą, a pije jak mężczyzna, nie poświęca na toaletę długich godzin i tak pewnie trzyma się w siodle?
Orlando – jak pisałam w entuzjastycznej recenzji dla „Wyborczej” – uczy nas dzisiaj, że orzechowce najwygodniej przycinać w bryczesach, magnata odwiedzać w kwiecistej tafcie, a na nocne włóczęgi w poszukiwaniu przygody przebierać się za szlachcica. Rano tańczyć nago na balkonie, po południu paradować w szarawarach, a wieczorem zbiec z pewną damą do Niderlandów. I nikomu nic do tego. Bo ta opera to pochwała proteuszowości i wolności.
Film Orlando, moja polityczna biografia (2023) Paula B. Preciada rozpoczyna się od sceny naklejania na murze plakatów z napisem: „Orlando, gdzie jesteś?”. Autor Testo ćpuna mówi do kamery: „Ktoś mnie kiedyś zapytał: dlaczego nie napiszesz swojej biografii. Odpowiedziałem: bo już ją napisała pieprzona Virginia Woolf, w 1928”. Ale nie jest wobec pisarki bezkrytyczny. Zarzuca jej: „Przedstawiłaś nas, osoby transowe, jako arystokratów z kolonialnej Anglii, którzy pewnego pięknego dnia budzą się w ciele kobiety. Może nie wiedziałaś, że nie tak zostaje się transem?”.
Mała dygresja: co do tego, że Woolf zainspirowała studia trans, nie ma zgody. Na przykład Jay Prosser w Second Skins (pierwszej monografii o transmemuarach) zauważa, że tematem Orlanda nie jest transpłciowość, tylko kulturowa zmienność płci2, a jako kontrprzykład podaje Źródło samotności Marguerite Radclyffe-Hall – tak brzmi tytuł drugiego polskiego wydania w przekładzie Agaty Ostrowskiej (Kraków: Znak Literanova, 2025).
Aga Zano, która przełożyła Orlanda na język polski jako trzecia3, miała już doświadczenie w przekładzie niebinarnym (Bernardine Evaristo Dziewczyna, kobieta, inna oraz Trans i pół, bejbi Torrey Peters) – i wykorzystała je w odniesieniu do tłumaczenia Tomasza Bieronia. Wycofała niefortunną korektę tytułowego imienia. Kiedy Orlando budzi się jako kobieta, nie staje się – jak w przekładzie Bieronia – Orlandą. Jest przecież wciąż tą samą osobą.
Co się dzieje w męskiej głowie?
Wróćmy do powieści Harpman i powiedzmy sobie szczerze: jej bohaterka, Aline, jest po prostu terfką. Bo jak inaczej określić postać, która wypowiada takie zdanie:
Teraz miała już pewność, że przemiana nie była magicznym spełnieniem tego, za co biedni transseksualiści płacą tyle pieniędzy i co jest wyłącznie kastracją, o czym jednak w 1928 roku Virginia Woolf nie mogła wiedzieć.
Ale nie bądźmy naiwni i nie traktujmy tych konstatacji jako wyrazu poglądów autorki. Przez wprowadzenie do tekstu bohaterki-powieściopisarki Harpman projektuje sytuację zabawy w „wyobraźmy sobie”, na przykład: „co sobie myśli pani w kraciastym płaszczyku, siedząca przy stoliku pod oknem”. Obserwując wpatrującą się w książkę Woolf kobietę, autorka-bohaterka Orlandy Harpman wpada na pomysł obsadzenia jej w roli bohaterki czytanej powieści – i wyobraża sobie wyimaginowany dialog („Tego właśnie słucham, korzystając z przysługującego mi przywileju powieściopisarki i wkrótce usłyszę coś, co mnie wprawia w zdumienie: «A gdyby tak zmienić płeć?»”).
Czytając Orlandę ponownie, skupiłam się wyłącznie na powieściopisarce – i uświadomiłam sobie, że etykieta „powieść LGBTQ+”, którą opatrzona jest książka Harpman w internecie, wprowadza odbiorców w błąd. Autorka koncentruje się na żartobliwym zapisie procesu twórczego.
Oto jeden z początkowych fragmentów:
Cóż to za podróż, o bogowie! Śmiać mi się chce, kiedy pomyślę o Ameryce, o Kolumbie, Amazonii i kole polarnym, a nawet o Księżycu i Marsie! Nieznane jest tuż obok, setki razy spoczywałam w jego ramionach i nigdy nie weszłam do środka. Przeciwna płeć znajduje się dalej niż Wega z gwiazdozbioru Lutni, trafiam czołem w zamknięte głowy i nie mogę się dostać do środka, pytam: O czym myślisz?
Kto mówi? Niewyodrębiona jeszcze z Aline Orlanda? A może powieściopisarka, która postanawia wejść w męską głowę, żeby podworować sobie z krytyki pisania za innych o nich samych: o kobietach przez mężczyzn, o czarnych przez białych, o rdzennych przez nie-rdzennych? Skomentować burzliwe w latach 90. dyskusje na temat zawłaszczania, kreowania fałszywego obrazu, pozbawiania głosu, stawania się ekspertami od życia innych osób?
Podobno nic nie podzieliło krytyczek feministycznych tak jak monolog Molly Bloom – dla jednych fajerwerk mizoginii, dla drugich – pochwała cielesności. Kiedy napisałam recenzję Szczelinami Wita Szostaka (autor mówił Dorocie Wodeckiej, że „spotyka się z pytaniami, czy jako mężczyzna ma prawo tworzyć kobiece narratorki”), ktoś skomentował ją następująco: ciekawe, czy gdyby autorką tej powieści była kobieta, nie zostałaby skrytykowana za ekshibicjonizm (przypomnijmy sobie awanturę wokół Oto ciało moje Aleksandry Pakieły). Tę intuicję potwierdza Dorota Korwin-Piotrowska, analizująca Szczelinami tak:
Długotrwała i jawna mistyfikacja, bo wszak opatrzona sygnaturą powieściopisarza Wita Szostaka, podważa liryczną intymność wyznań bohaterki, zamieniając je trochę w ćwiczenie stylistyczne, jakąś odmianę mimetyzmu formalnego4.
Jako takie ćwiczenie stylistyczne traktuję też Orlandę. A morał? Jest i morał:
Powiecie, że jestem odpowiedzialna za wszystko – och, przecież to powieść, zmyślona historia, która się rozegrała wyłącznie w mojej głowie. Nie mam na rękach krwi, najwyżej nieco atramentu. […] Nigdy nie aspirowałam do pisania historii o słusznej wymowie moralnej.
1 Nieprzypadkowo, jak sądzę. O zbieżnościach między W poszukiwaniu… a Orlando ciekawie pisze Elizabeth M. Shore. Zob. E.M. Shore, Virginia Woolf, Proust, and Orlando, „Comparative Literature” 1979, nr 3, s. 232–245.
2 J. Prosser, Second Skins. The Body Narratives of Transsexuality, New York: Columbia University Press, 1998, s. 168.
3 Po polsku powieść Woolf ukazała się dopiero w 1994 roku, ale za to od razu w dwóch przekładach – Tomasza Bieronia dla wydawnictwa Zysk i S‑ka oraz Władysława Wójcika dla nieodżałowanej oficyny Sic!. Przetrwał przekład Bieronia (choć pojawiały się głosy, że tłumaczenie Wójcika jest ciekawsze i bliższe oryginałowi), wznawiany przez Wydawnictwo Literackie.
4 D. Korwin-Piotrowska, Złamany kod poezji. O „Imperium chmur” Jacka Dukaja i „Szczelinami” Wita Szostaka, „Studia Poetica” 2024, nr 12, s. 266, online: https://studiapoetica.uken.krakow.pl/article/view/10448/10410 [dostęp: 12.03.2026].
