Raj według Rogera Robinsona

Tyl­ko cze­kać, aż każ­da wyspa Kara­ibów „zabie­li się od guana bia­ło­skrzy­dłych hote­li, od tęczy zstę­pu­ją­ce­go postę­pu”1. Tak Derek Wal­cott szki­co­wał los Anty­li w swo­im prze­mó­wie­niu noblow­skim w 1992 roku. Filok­tet, boha­ter jego poema­tu epic­kie­go Ome­ros, dia­lo­gu­ją­ce­go z home­ryc­ką Ilia­dą, dora­bia jako prze­wod­nik: odśpie­wu­je tury­stom utwo­ry calyp­so, pro­wa­dzi ich uli­ca­mi Castries i nad brzeg morza, skąd moż­na wyru­szyć – cóż za nie­by­wa­ła atrak­cja! – w rejs śla­da­mi nie­wol­ni­ków2. Wal­cott wszyst­kich prze­by­wa­ją­cych na Saint Lucii, tury­stów i miesz­kań­ców, odma­lo­wu­je jako pogrą­żo­nych w bez­myśl­nej impre­zie, zmie­rza­ją­cych doni­kąd i zni­kąd – zatra­ci­li swo­je korze­nie i nie potra­fią, jak przy­sta­ło na boha­te­rów epo­su, opo­wie­dzieć, skąd pocho­dzą i jakie jest ich prze­zna­cze­nie w świe­cie. Tury­stycz­ny raj to wcie­le­nie sztucz­no­ści, a pozna­wa­nie histo­rii i kul­tu­ry raj­skiej wyspy prze­mie­nio­ne zosta­je w odgry­wa­nie pustych doświad­czeń wyję­tych z życia. Według Mimi Shel­ler „tury­sta zanu­rza swo­je cia­ło w tro­pi­kal­nych doświad­cze­niach: wido­kach, zapa­chach, sma­kach, gdzie natu­rę poj­mu­je się jako bar­dziej obfi­tą, peł­ną kolo­rów, z więk­szą ilo­ścią kwia­tów, egzo­tycz­nych owo­ców i buj­nej zie­le­ni. W tych ede­nicz­nych miej­scach, gdzie pra­cę wyko­nu­ją inni, a życie jest prost­sze, tury­ści są zachę­ca­ni, by nie­win­nie anga­żo­wa­li się w sen­so­rycz­ną obfi­tość i przy­jem­no­ści cia­ła”3.

Sło­wo raj, wpi­sa­ne w tytuł czwar­tej książ­ki Roge­ra Robin­so­na wyda­nej w 2019 roku i rok póź­niej nagro­dzo­nej pre­sti­żo­wy­mi nagro­da­mi – T.S. Eliot Pri­ze, Onda­atje Pri­ze oraz Derek Wal­cott Poetry Pri­ze – auto­ma­tycz­nie odsy­ła czy­tel­ni­ków do pro­ce­su wynaj­dy­wa­nia Kara­ibów, czy­li histo­rii kon­stru­owa­nia mitycz­nych prze­strze­ni w odle­głych kolo­niach i kon­su­mo­wa­nia ich miesz­kań­ców: do marzeń o miej­scu, gdzie szczo­drość natu­ry pozwo­li hodo­wać bajecz­nych wprost roz­mia­rów plo­ny; gdzie kie­ro­wa­ny sen­ty­men­ta­li­zmem czło­wiek XIX wie­ku odnaj­dzie zatra­co­ną w cywi­li­za­cji dzi­kość i bli­skość z natu­rą; gdzie nowo­cze­snym prze­miesz­cze­niom tury­sty odpo­wia­dać będzie zamknię­cie Ede­nu za bra­ma­mi w strze­żo­nych kuror­tach, odgro­dzo­nych od świa­ta poza fan­ta­zją4. „Męż­czy­zna w szor­tach, / z macze­tą o srebr­nym ostrzu w ręku, prze­wod­nik hote­lo­wy, / zabie­ra cię do miejsc, któ­re kie­dyś nazy­wa­łeś domem”5, czy­ta­my w Prze­no­śnym raju w prze­kła­dzie Bar­to­sza Wój­ci­ka, któ­ry uka­zał się w serii wydaw­ni­czej zwią­za­nej z Nagro­dą Euro­pej­ski Poeta Wol­no­ści. I dalej: „Gdzie jest dom, gdy myśle­nie przyj­mu­je for­mę prze­miesz­cze­nia?”6. Takie­mu prze­miesz­czo­ne­mu i roz­pro­szo­ne­mu byciu w świe­cie, toż­sa­mo­ściom nazna­czo­nym przy­mu­so­wy­mi i dobro­wol­ny­mi migra­cja­mi (nie­przy­pad­ko­wo wiersz, z któ­re­go pocho­dzą cyto­wa­ne frag­men­ty, dedy­ko­wa­ny jest Stu­ar­to­wi Hal­lo­wi) poświę­ci Robin­son swo­ją opo­wieść o raju. Try­ni­dadz­ko-bry­tyj­ski poeta, muzyk i autor pio­se­nek puste wyobra­że­nia, jakie dla kara­ib­skich wysp stwo­rzy­li euro­pej­scy odkryw­cy i podróż­ni­cy, a wresz­cie tury­ści i biu­ra wyciecz­ko­we, pozo­sta­wi na mar­gi­ne­sie swo­jej książ­ki, kie­ru­jąc nasze spoj­rze­nie na raj z tru­dem wykre­śla­ny dla sie­bie przez czar­nych Bry­tyj­czy­ków.

Obietnica raju

Dla kolo­nial­nych pod­da­nych, któ­rzy w 1948 roku zyska­li pra­wa oby­wa­tel­skie jako Bry­tyj­czy­cy, „Kraj Mat­ka” był syno­ni­mem moż­li­wo­ści. Wie­lu zaokrę­to­wa­ło się na trans­atlan­tyc­kich pokła­dach, decy­du­jąc się na dale­ką podróż. Na koń­cu tej dro­gi chcie­li zna­leźć god­ną pra­cę, awans kla­so­wy, ale i raj, któ­rym musia­ła być prze­cież zie­mia, gdzie kwi­tły cywi­li­za­cja, kul­tu­ra, gospo­dar­ka, a ludzie byli bogo­boj­ni i dżen­tel­meń­scy. Zwy­kło się wyja­śniać, że moty­wa­cją do sty­mu­lo­wa­nia migra­cji przez stro­nę bry­tyj­ską było zapeł­nia­nie luki gene­ra­cyj­nej powsta­łej po dru­giej woj­nie świa­to­wej i tym samym odbu­do­wa­nie kra­jo­wej siły robo­czej, ale sto­su­nek rodo­wi­tych wyspia­rzy do pierw­szych przy­by­łych do Anglii każe podej­rze­wać, że za decy­zją sta­ły i inne przy­czy­ny, zwłasz­cza chęć uprze­dze­nia rosną­cych w tym cza­sie dążeń sepa­ra­ty­stycz­nych kolo­nii. Wie­lu z takim spra­sza­niem obcych się nie zga­dza­ło, tyle że nie spo­sób było wzbro­nić oby­wa­te­lom wstę­pu do wła­snej „ojczy­zny”. Zauwa­ża­no: „Rząd Jamaj­ki nie dys­po­nu­je mocą praw­ną, by unie­moż­li­wić im wyjazd z Jamaj­ki, a rząd Wiel­kiej Bry­ta­nii nie ma legal­nych środ­ków, by unie­moż­li­wić im przy­by­cie na jej tery­to­rium”7.

Tuż po wyru­sze­niu stat­ku Empi­re Win­drush guber­na­tor Jamaj­ki prze­słał alar­mu­ją­cej tre­ści tele­gram:

Z przy­kro­ścią infor­mu­ję, że ponad 350 pasa­że­rów na pokła­dzie żoł­nier­skim stat­ku EMPIRE WINDRUSH […] to oso­by, któ­re zare­zer­wo­wa­ły miej­sca w nadziei na zna­le­zie­nie zatrud­nie­nia w Wiel­kiej Bry­ta­nii i że praw­do­po­dob­nie licz­ba ta wzro­śnie o kolej­ne 100 osób przed wypły­nię­ciem stat­ku. Więk­szość z nich nie posia­da żad­nych szcze­gól­nych umie­jęt­no­ści, a nie­wie­lu z nich będzie mia­ło w trak­cie lądo­wa­nia wię­cej niż kil­ka fun­tów8.

Gdy okręt pruł przez wody Atlan­ty­ku, urzęd­ni­cy łama­li sobie gło­wy nad zagad­nie­niem, co też zro­bić z 417 przy­by­ły­mi, poszu­ku­ją­cy­mi pra­cy ludź­mi. Licz­ba nie wyda­je się zawrot­na dla chło­ną­ce­go pra­cu­ją­ce cia­ła pań­stwa, a jed­nak

Pan Wil­son powie­dział, że badał moż­li­wo­ści zatrud­nie­nia tych męż­czyzn, zwłasz­cza w rol­nic­twie, w tym przy zbio­rach owo­ców, i stwier­dził, że na pół­no­cy Anglii nie ma zbyt wiel­kich szans na zna­le­zie­nie pra­cy. […] Trud­ność pole­ga nie tyl­ko na zna­le­zie­niu odpo­wied­nie­go zatrud­nie­nia, ale tak­że na zado­wo­le­niu pra­co­daw­ców. Lon­dyn był­by naj­lep­szym miej­scem, ale pro­ble­mem jest zakwa­te­ro­wa­nie. Zasu­ge­ro­wał, aby poin­for­mo­wać o tej spra­wie Mini­ster­stwo Zdro­wia i popro­sić o nawią­za­nie kon­tak­tu z Radą Hrab­stwa Lon­dy­nu w celu zakwa­te­ro­wa­nia męż­czyzn, któ­rzy znaj­dą zatrud­nie­nie, w schro­ni­skach; a tak­że, aby ktoś był obec­ny na stat­ku po jego przy­by­ciu, aby wyja­śnić męż­czy­znom sytu­ację, dowie­dzieć się, jakie wyko­ny­wa­li zawo­dy, i skie­ro­wać ich do odpo­wied­nich urzę­dów pra­cy. Popro­szo­no pana Wil­so­na o zba­da­nie sytu­acji w bran­ży budow­la­nej9.

W lite­ra­tu­rze znaj­dzie­my wie­le przej­mu­ją­cych i peł­nych języ­ko­wej wyna­laz­czo­ści bądź oby­cza­jo­wej bra­wu­ry por­tre­tów poko­le­nia Win­drush. O losach imi­gran­tów przy­by­wa­ją­cych do Lon­dy­nu z Jamaj­ki, Try­ni­da­du i Toba­go, Bar­ba­dos, Guja­ny, Saint Lucii i innych bry­tyj­skich kolo­nii na Kara­ibach, o pro­ble­mach ze zna­le­zie­niem pra­cy i miesz­ka­nia, z odło­że­niem oszczęd­no­ści, a wresz­cie z rasi­stow­ski­mi reak­cja­mi Lon­dyń­czy­ków na przy­jezd­nych, trak­tu­je na przy­kład cykl Sama Selvo­na, na któ­ry skła­da­ją się Samot­ne lon­dyń­czy­ki, Moses na górze (dwa pierw­sze tomy uka­za­ły się w tłu­ma­cze­niu Tere­sy Tyszo­wiec­kiej blasK! w Wydaw­nic­twie Osso­li­neum) oraz Moses Migra­ting, czy now­sza powieść Wysep­ka Andrei Levy (po pol­sku uka­za­ła się w Alba­tro­sie w prze­kła­dzie Iza­be­li Matu­szew­skiej), cie­ka­wie zde­rza­ją­ca w nar­ra­cji róż­ne per­spek­ty­wy – przy­słu­chu­je­my się tam zarów­no boha­te­rom z Jamaj­ki, jak i z Anglii. Moż­na też wspo­mnieć o opo­wie­ściach por­tre­tu­ją­cych nie tyle całe poko­le­nie, ile poje­dyn­cze bio­gra­fie; takim zbli­że­niem posłu­gu­je się w książ­ce Black Teacher Beryl Gil­roy, któ­ra odwo­łu­je się do wła­snych doświad­czeń, gdy przy­byw­szy z Guja­ny do Wiel­kiej Bry­ta­nii, przez wie­le lat nie mogła zna­leźć pra­cy jako nauczy­ciel­ka, aż uda­ło się jej zostać jed­ną z pierw­szych czar­nych dyrek­to­rek szko­ły w Anglii; na losach poje­dyn­czej posta­ci, dążą­ce­go do speł­nio­nej miło­ści Barry’ego Wal­ke­ra, sku­pi­ła się Ber­nar­di­ne Eva­ri­sto w Mr Lover­man (powieść opu­bli­ko­wa­na w Wydaw­nic­twie Poznań­skim w tłu­ma­cze­niu Agi Zano). To tyl­ko wybra­ne przy­kła­dy – o poko­le­niu Win­drush pisa­no wie­le. Robin­son włą­cza się w tę tra­dy­cję w spo­sób twór­czy: posze­rza ją o naj­now­sze losy imi­gran­tów i ich rodzin i szki­cu­je mapę nie­usta­ją­cych prze­miesz­czeń ku wyobra­żo­nym rajom i wygnań poza ich gra­ni­ce, mapę pozwa­la­ją­cą mu się odna­leźć we współ­cze­snym Lon­dy­nie.

W wywia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym przez Gboy­egę Odu­ban­jo Robin­son odniósł się do moty­wa­cji, któ­re przy­świe­ca­ły poko­le­niu Win­drush: „Sprze­da­wa­no nam [raj], naszym dziad­kom i pra­dziad­kom, całą tę ideę, że Anglia jest miej­scem, w któ­rym trze­ba się zna­leźć”10. Pisarz uro­dził się w Lon­dy­nie w 1967 roku. Rok póź­niej Enoch Powell wygło­si słyn­ne prze­mó­wie­nie Rivers of Blo­od, w któ­rym odma­lu­je apo­ka­lip­tycz­ne obra­zy zagro­żeń, jakie dla bia­łych Bry­tyj­czy­ków powsta­ły w cią­gu dwóch dekad migra­cji, ku prze­stro­dze kre­śląc wizję, jak prze­cięt­ny bia­ły czło­nek kla­sy pra­cu­ją­cej zmu­szo­ny będzie wybyć do zamor­skich wysp, żeby tam szu­kać dla sie­bie pra­cy i czte­rech ścian. Na począt­ku lat 70. ta anty­imi­granc­ka wro­gość będzie się tyl­ko nasi­lać. Rodzi­na Robin­so­nów posta­na­wia prze­pro­wa­dzić się do Try­ni­da­du: „Ale trzy drew­nia­ne ptasz­ki na ścia­nie nadal / lecia­ły w zwol­nio­nym tem­pie z powro­tem do domu, // bo nic, co obie­ca­ne, nie oka­za­ło się tym, / czym mia­ło, ale to i tak wię­cej, niż zosta­wi­li”11.

Robin­son nie mógł pamię­tać wiel­kich nadziei poko­le­nia Win­drush, nie mógł dzie­lić wiel­kie­go roz­cza­ro­wa­nia, gdy rze­czy­wi­stość nie dorów­na­ła fan­ta­zji, był jed­nym z tych ptasz­ków, któ­re zawró­ci­ły do domu. A jed­nak taki był pierw­szy z rajów, któ­ry odci­śnie się na jego poetyc­kich pro­zach i wier­szach z tomu Prze­no­śny raj. I już to odkry­wa przed nami dwie klu­czo­we wła­ści­wo­ści raju: związ­ki z prze­miesz­cze­niem oraz jego mrocz­ną stro­nę. Do raju tra­fia się, wyru­sza­jąc w dro­gę; klu­czo­we jest nie tyl­ko prze­nie­sie­nie (sie­bie w inną prze­strzeń), ale samo pra­wo do mobil­no­ści. Mrocz­na stro­na raju obja­wia się zaś, kie­dy już dotrze się na miej­sce, a tam Ede­nu bro­nią wyła­pu­ją­cy intru­zów urzęd­ni­cy cza­tu­ją­cy w Por­cie Til­bu­ry. Kate­go­ria raju nie jest dla Robin­so­na jed­no­znacz­nie pozy­tyw­na, o czym wspo­mi­na w roz­mo­wie z Odu­ban­jo; nie jest pozy­tyw­na, bo poję­cie to oka­zu­je się zbyt głę­bo­ko uwi­kła­ne w histo­rię czar­nej Bry­ta­nii oraz kolo­nial­nych fascy­na­cji raj­ski­mi wyspa­mi, a tak­że w tury­stycz­ne fan­ta­zje, jakie dziś miej­sca te uosa­bia­ją, i w tra­gicz­ny finał, jakim w 2018 roku skoń­czą się losy poko­le­nia Win­drush.

Wygnani z raju

Poko­le­nie Win­drush mia­ło pra­wo do mobil­no­ści i prze­kra­cza­nia gra­nic, a jego ruch przez Atlan­tyk był prze­ci­wień­stwem przy­mu­so­wych prze­miesz­czeń, któ­re sta­no­wi­ły doświad­cze­nie afry­kań­skich nie­wol­ni­ków trans­por­to­wa­nych wbrew ich woli na stat­kach. A jed­nak dozna­nie owej pierw­szej podró­ży przez oce­an odży­ło, suge­ru­ją wier­sze Robin­so­na, wraz z póź­niej­szą o kil­ka wie­ków dro­gą. Takie para­le­le poja­wia­ją się zwłasz­cza w dwóch utwo­rach z Prze­no­śne­go raju: Oby­wa­tel­ka (1) oraz Pobud­ka.

Pod­miot­ką pierw­sze­go z nich jest jed­na z kobiet przy­by­łych do Anglii, jej oby­wa­tel­ka, któ­ra odno­si się do nie­upraw­nio­nych dzia­łań depor­ta­cyj­nych roz­po­czę­tych w 2018 roku przez bry­tyj­skie Mini­ster­stwo Spraw Wewnętrz­nych prze­ciw­ko, jak uzna­no, nie­le­gal­nym imi­gran­tom z poko­le­nia Win­drush. Na uli­cach zatrzy­my­wa­no ludzi i pro­wa­dzo­no bez­praw­ne prze­szu­ki­wa­nia, prze­trzy­my­wa­no oso­by bez doku­men­tów w ośrod­kach imi­gra­cyj­nych, a oby­wa­te­lom kaza­no dowo­dzić swo­je­go pra­wa do poby­tu w kra­ju, na przy­kład przed­sta­wiać pasz­port albo udo­ku­men­to­wa­ną histo­rię zatrud­nie­nia i miej­sca zamiesz­ka­nia. „Po praw­dzie to zawsze pla­no­wa­li­ście mój wyjazd, / odkąd tyl­ko zeszłam po tra­pie na ląd, impro­wi­zu­jąc sło­wa / na melo­dię Lon­don is the Pla­ce for Me12, sko­men­tu­je to oby­wa­tel­ka, odno­sząc się gorz­ko do tytu­łu i refre­nu calyp­so Lor­da Kit­che­ne­ra, któ­re­go utwór wychwa­lał Lon­dyn jako naj­lep­sze z miast świa­ta i wła­sne miej­sce. Unie­waż­nie­nie war­to­ści życia imi­gran­tów wpi­sać trze­ba w dłu­gą histo­rię czar­nej dia­spo­ry. W histo­rii tej:

Od epo­ki stat­ków nie­wol­ni­czych,
przez woj­ny świa­to­we, aż po lon­dyń­skie metro i szpi­ta­le
zawsze cho­dzi­ło o tyr­kę, nigdy o wyrko. O znój, nie o życie.
O tanią siłę robo­czą. O krwa­wi­cę zasi­la­ją­cą wasze impe­rium.
Nigdy nie cho­dzi­ło o to, jak żyje­my, nigdy o nasze nabo­żeń­stwa
z tam­bu­ry­na­mi, o świą­tecz­ne cia­sto na rumie,
o sound­sys­te­my i ich audio­nau­kę13.

Tak zwa­ny skan­dal Win­drush uwi­docz­nił, że wstęp do raju, jakim jawił się Lon­dyn, był w isto­cie tym­cza­so­wy, jak prze­pust­ka na czas, kie­dy tania siła robo­cza była potrzeb­na, by utrzy­mać chwie­ją­ce się w posa­dach impe­rium. Dla­te­go istot­ne było nie życie tych ludzi ani ich wkład w kul­tu­rę, choć­by wspo­mnia­ną tu kuch­nię oraz muzy­kę, nie zakła­da­ne tam rodzi­ny i budo­wa­ne spo­łecz­no­ści, czę­sto sku­pio­ne wokół kon­kret­nych ulic czy budyn­ków, a wyko­rzy­sta­nie ciał ludz­kich jako narzę­dzi pra­cy. „Zwra­ca­my ładu­nek zwa­ny poko­le­niem Win­drush”14 – Bar­tosz Wój­cik roz­myśl­nie uży­wa w prze­kła­dzie sło­wa „ładu­nek” (w ory­gi­na­le car­go), żeby pod­kre­ślić, jak współ­cze­sne wyda­rze­nia doty­czą­ce powo­jen­nych imi­gran­tów oży­wia­ją doświad­cze­nie trans­atlan­tyc­kie­go han­dlu nie­wol­ni­ka­mi. Jeśli ten histo­rycz­ny trans­port utoż­sa­mia­my z przy­mu­so­wo­ścią podró­ży i z jej nie­odwo­łal­nym cha­rak­te­rem, to nie­le­gal­ne depor­ta­cje sta­no­wią powtó­rze­nie tego same­go ruchu – uczy­nie­nie z czło­wie­ka bez­wol­nie prze­miesz­cza­ne­go dobra, któ­re war­to prze­cho­wy­wać dopó­ty, dopó­ki jego obec­ność przy­no­sić będzie korzyść. Stąd rady­kal­ne sko­ja­rze­nie czło­wie­ka z towa­rem, rze­czą – sta­je się on samą siłą, któ­ra słu­ży mu do wytwo­rze­nia war­to­ści dodat­ko­wej.

W dru­gim ze wspo­mnia­nych utwo­rów, Pobud­ce, Robin­son rów­nież ścią­ga szwy mate­rii cza­su i łączy cier­pie­nie nie­wol­ni­ka z prze­mo­cą poli­cyj­ną, któ­rej doświad­cza­ją czar­ni Bry­tyj­czy­cy:

Obu­dzi­łem się w kaj­da­nach w brzu­chu stat­ku nie­wol­ni­cze­go. Zanu­rze­nia dzio­bu i zawo­dze­nie poszy­cia uko­ły­sa­ły mnie do snu. Gdy oprzy­tom­nia­łem, chło­stą zachę­ca­no mnie do wsta­nia. Zemdla­łem, a kie­dy odzy­ska­łem świa­do­mość, trwa­ła już licy­ta­cja i męż­czyź­ni zie­mi­sty­mi pal­ca­mi spraw­dza­li stan moje­go uzę­bie­nia. Żela­zne pęto wrzy­na­ło mi się w szy­ję, sze­dłem, dopó­ki nie upa­dłem, a gdy wró­ci­ła mi przy­tom­ność, oko­wy zamie­ni­ły się w pętlę, któ­rą zaci­ska­no, aż zaczą­łem się dusić. Wie­dzia­łem, że na mnie patrzą, wska­zy­wa­ły mnie pal­ca­mi nawet małe bia­łe dzie­ci, i w koń­cu poczer­nia­ło mi przed ocza­mi. Zbu­dzi­łem się z omdle­nia, ciśnie­nie wody z wężów poli­cyj­nych przy­gnio­tło mnie do pod­ło­gi, psy pod­gry­za­ły mnie w pisz­cze­le. Jeden zato­pił zęby w mojej łyd­ce, a mun­du­ro­wy ude­rzył mnie pał­ką i zemdla­łem. Ock­ną­łem się na szes­na­stym pię­trze wie­żow­ca, skąd mia­łem niczym nie­za­kłó­co­ny widok na kraj, któ­ry do mnie nie nale­ży15.

Jest to wię­cej niż juk­sta­po­zy­cja dwóch pla­nów histo­rycz­nych, raczej nie­koń­czą­cy się kosz­mar, z któ­re­go pod­miot chciał­by się wybu­dzić, ale każ­da utra­ta przy­tom­no­ści koń­czy się powro­tem do świa­ta, „któ­ry do mnie nie nale­ży”. Zaci­śnię­te na szyi oko­wy, tak cia­sne, że duszą­ce, zmie­nia­ją się w przy­gnia­ta­ją­ce ciśnie­nie wody z arma­tek poli­cyj­nych, w ści­ska­ją­ce szczę­ki psa i pozba­wia­ją­ce świa­do­mo­ści ude­rze­nie pał­ką; innym razem ta sama obręcz mogła­by prze­mie­nić się w duszą­ce kola­no poli­cjan­ta czy „poli­cję[, któ­ra] sta­je ci / na gar­dle”, jak w wier­szu Uwa­żaj16. Autor odwo­łu­je się w tym miej­scu do śmier­ci Rasha­na Char­le­sa, a w wywia­dzie z Ani­tą Sethi wspo­mi­na tak­że o gło­śnym mor­der­stwie George’a Floy­da17. Robin­son wier­szem Butel­ki lecą­ce w zwol­nio­nym tem­pie w stro­nę poli­cji upa­mięt­nia pro­te­sty, któ­re wywo­ła­ła śmierć Char­le­sa. Te akty prze­mo­cy i znik­nię­cia ludzi – jed­na z boha­te­rek Oby­wa­tel­ki (1), bab­cia, dosłow­nie roz­pły­wa się w powie­trzu i nie wra­ca już do domu – przy­po­mi­na­ją porwa­nia ludzi z brze­gów Afry­ki przez han­dla­rzy nie­wol­ni­ka­mi. Nie dzi­wi więc, że dla Robin­so­na współ­cze­sne znik­nię­cia i wymu­szo­ne migra­cje ozna­cza­ją ponow­ne otwar­cie ran: „Za każ­dym razem, gdy umie­ra kolej­ny czar­ny czło­wiek, trau­ma powra­ca – tak czu­łem, miesz­ka­jąc w Anglii. Chcia­łem spoj­rzeć poprzez histo­rię i uka­zać, jak czu­ją się ludzie depre­cjo­no­wa­ni ze wzglę­du na kolor skó­ry. Ta książ­ka [Prze­no­śny raj] oka­za­ła się dziś strasz­li­wie współ­brz­mią­ca ze współ­cze­sno­ścią. Chciał­bym, żeby tak nie było, ale będę pisał, dopó­ki się to nie zmie­ni”18. Inte­re­su­ją­ce jest w Prze­no­śnym raju to „spoj­rze­nie poprzez histo­rię”, któ­re pozwa­la Robin­so­no­wi doj­rzeć wspól­ną logi­kę sto­ją­cą za uprzed­mio­to­wie­niem ludzi i za ich trans­por­to­wa­niem niczym ładun­ków i dóbr, przej­rzeć fał­szy­wość nada­nia oby­wa­tel­stwa człon­kom Com­mon­we­al­thu.

Okładka tomu poezji Rogera Robinsona pod tytułem „Przenośny raj”.
Roger Robinson, „Przenośny raj”, tłum. Bartosz Wójcik, Miasto: Gdańsk: Instytut Kultury Miejskiej, 2026.

Na wygna­nie z wąt­pli­we­go raju boha­te­ro­wie nie reagu­ją obo­jęt­nie. Czuć wzbie­ra­ją­cą nie­zgo­dę, jak w wier­szu Coś nad­cią­ga, widać zacho­dzą­ce czer­wie­nią spoj­rze­nia, bolą­ce od trzy­ma­nia w górze zaci­śnię­te pię­ści; „Bab­cia mi mówi­ła: / «Niech no tyl­ko Enoch Powell spró­bu­je wpaść do Bri­xton / z tą swo­ją gów­no­gad­ką o rze­ce krwi i sta­nie z Flo / twa­rzą w twarz, to sam zaraz posma­ku­je sło­nej krwi w ustach»”19. Sprze­ciw w Prze­no­śnym raju przyj­mu­je for­mę bar­dziej już doj­rza­łą do rewo­lu­cji niż w poprzed­nich książ­kach Robin­so­na, ale i w publi­ka­cji przy­go­to­wa­nej w 2022 roku wspól­nie z foto­gra­fem Joh­nym Pit­t­sem Home Is Not a Pla­ce, gdzie znaj­dzie­my na przy­kład taki frag­ment:

I pomy­śleć, że mógł­bym tu żyć,
ja, mło­dy Czar­ny męż­czy­zna,
że na tym wybrze­żu
mógł­bym żyć wol­ny,
ale kie­dy idę przez mia­sto,
sły­szę raczej niż widzę
syczą­ce nie­za­do­wo­le­nie,
szep­tem wymie­rzo­ne we mnie20.

To raczej zapo­wiedź napięć niż ich eska­la­cja, a jeśli już oglą­da­my w Home is Not a Pla­ce pro­te­stu­ją­cych, obiek­tem ich ata­ków nie są poli­cjan­ci czy poli­ty­cy, a rzeź­ba, praw­do­po­dob­nie ta przed­sta­wia­ją­ca Rober­ta Mil­li­ga­na (Sound­track).

Przenośny raj

Mogło­by się wyda­wać, że Prze­no­śny raj cał­ko­wi­cie pod­da­je się trau­mie, gnie­wo­wi, a może nawet roz­pa­czy, ale nic bar­dziej myl­ne­go. I jest to dla mnie naj­bar­dziej zaska­ku­ją­cy ele­ment robin­so­no­wej stra­te­gii twór­czej. Jego wier­sze czę­sto nasy­co­ne są nie­spo­dzie­wa­ną bli­sko­ścią, czu­ło­ścią dla życia, prze­zie­ra z nich dys­kret­na nadzie­ja, zwró­co­ne są ku przy­szło­ści, któ­ra może jesz­cze otwo­rzyć nam wro­ta Zio­nu – powo­łać spra­wie­dli­wy porzą­dek świa­ta i porzu­cić mate­ria­li­stycz­ny sys­tem, umoż­li­wia­ją­cy zmia­nę czło­wie­ka w ładu­nek. Czu­łe i przej­mu­ją­ce są frag­men­ty pierw­szej czę­ści książ­ki, któ­rej tema­tem jest pożar wie­żow­ca Gren­fell w dziel­ni­cy Ken­sing­ton, gdzie w miesz­ka­niach komu­nal­nych prze­by­wa­li głów­nie imi­gran­ci. Ojciec, któ­re­mu ogień odciął już dro­gę uciecz­ki, w akcie roz­pa­czy uno­si dziec­ko nad prze­pa­ścią i powie­rza je Bogu: „Za ple­ca­mi mam pie­kło, / wyrzu­cam małe­go za okno. / Pochwyć go, Panie!”21. Trud­no bez napię­cia prze­czy­tać pro­zę Lal­ki, w któ­rej mówią­cy, odpo­wied­nik same­go auto­ra, pró­bu­je oca­lić zmar­łych w poża­rze, dekla­ru­jąc, kogo mógł­by ostrzec, kogo wydo­stać zawcza­su z domu, a wresz­cie – co moż­na było popra­wić w sta­nie same­go budyn­ku (mate­ria­ły, któ­rych uży­to do ocie­ple­nia czy wyko­na­nia dachu), aby pożar nie był tak gwał­tow­ny, tak szyb­ki i by nie stra­wił tyle ist­nień. Ten ciąg nie­moż­li­wych do odwró­ce­nia wyda­rzeń koń­czy się dekla­ra­cją, któ­ra będzie nawra­cać w Prze­no­śnym raju w róż­nej for­mie: „pozwo­lił­bym życiu i miło­ści kwit­nąć w Gren­fell”22 – oca­lić ludz­kie ist­nie­nie, nie pozwo­lić kolej­nym czar­nym Bry­tyj­czy­kom znik­nąć, dać czy­tel­ni­ko­wi „przy­kła­dy dzia­ła­nia miło­ści i dowar­to­ścio­wa­nia czar­ne­go cia­ła”, uka­zać, że „oso­bi­ste histo­rie mają publicz­ne oddzia­ły­wa­nie”23.

Naj­bar­dziej oso­bi­sta jest koń­czą­ca tom pią­ta część. Roz­po­czy­na się od wier­sza Gra­ce, poświę­co­ne­go jamaj­skiej pie­lę­gniar­ce, któ­ra opie­ko­wa­ła się wcze­śnia­ka­mi i nowo­rod­ka­mi żyją­cy­mi zale­d­wie kil­ka godzin i swo­ją tro­ską obję­ła tak­że przed­wcze­śnie uro­dzo­ne­go syna same­go Robin­so­na. W ostat­niej czę­ści Prze­no­śne­go raju znaj­dą się modli­twy o to, by syn prze­żył kolej­ną noc i poznał rodzi­ców (Modli­twa; Posi­łek) i modli­twy o pro­ste życie (Modli­twa z Pla­ży Mara­cas), w trud­nych momen­tach wyśpie­wy­wa­ne pochwa­ły ist­nie­nia, „och – słod­kie­go, słod­kie­go życia” (Klip dag­ga), a wresz­cie raje prze­no­śne, wła­śnie takie, któ­re trze­ba nosić zawsze przy sobie, „za pazu­chą”, a może po pro­stu w swo­im wnę­trzu (Prze­no­śny raj).

1 D. Wal­cott, Anty­le: frag­men­ty epic­kiej pamię­ci. Wykład noblow­ski, tłum. J. Jar­nie­wicz, „Lite­ra­tu­ra na Świe­cie” 1994, nr 1–2, s. 63.

2 Zob. ten­że, Ome­ros, London–Boston: Faber & Faber, 1990, rozdz. XX, cz. II, s. 107.

3 M. Shel­ler, Natu­ral Hedo­nism. The Inven­tion of Carib­be­an Islands as Tro­pi­cal Play­gro­unds [w:] Tourism in the Carib­be­an. Trends, Deve­lop­ment, Pro­spects, ed. D.T. Duval, London–New York: Routled­ge, 2004, s. 31 [tłum. I.P].

4 Zob. taż, Con­su­ming the Carib­be­an. From Ara­waks to Zom­bies, London–New York: Routled­ge, 2003, s. 30; A.P. Sana­tan, [Review of A Por­ta­ble Para­di­se by Roger Robin­son], „Jour­nal of West Indian Lite­ra­tu­re” 2020, vol. 28, no. 2, s. 162–164.

5 R. Robin­son, Krop­ka cią­głej zmia­ny [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, tłum. B. Wój­cik, Gdańsk: Insty­tut Kul­tu­ry Miej­skiej, 2026, s. 81.

6 Tam­że.

7 Push Fac­tors for Migra­tion, 15.06.1948, onli­ne: https://www.nationalarchives.gov.uk/education/resources/commonwealth-migration-since-1945/push-factors-for-migration/ [tłum. I.P; dostęp: 30.08.2026].

8 Tele­gram abo­ut Win­drush Pas­sen­gers, 11.05.1948, onli­ne: nationalarchives.gov.uk/education/resources/commonwealth-migration-since-1945/telegram-about-windrush-passengers/ [tłum. I.P; dostęp: 30.08.2026].

9 Pre­pa­ra­tions for Win­drush Arri­vals, 26.05.1948, nationalarchives.gov.uk/education/resources/commonwealth-migration-since-1945/preparations-for-windrush-arrivals/ [dostęp: 18.07.2026].

10 R. Robin­son, G. Odu­ban­jo, Inte­rview #4 Roger Robin­son, „Bath Magg. A Maga­zi­ne of New Poetry”, onli­ne: bathmagg.com/interview4/ [dostęp: 30.08.2026].

11 R. Robin­son, Win­drush [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, s. 47.

12 R. Robin­son, Oby­wa­tel­ka (1) [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, s. 81.

13 Tam­że, s. 81–82.

14 Tam­że, s. 83.

15 R. Robin­son, Pobud­ka [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, s. 39.

16 R. Robin­son, Uwa­żaj [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, s. 55.

17 R. Robin­son, A. Sethi, Poets Can Trans­la­te Trau­ma, „The Guar­dian”, onli­ne: theguardian.com/books/2020/jun/13/roger-robinson-poets-can-translate-trauma [dostęp: 30.08.2026].

18 Tam­że.

19 R. Robin­son, Oby­wa­tel­ka (1) [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, s. 83.

20 R. Robin­son, Hiss [w:] Home Is Not a Pla­ce, pho­tos by J. Pitts, Lon­don: Har­per Col­lins, 2022 (e‑book).

21 R. Robin­son, Haibun dla gapiów [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, s. 14.

22 R. Robin­son, Lal­ki [w:] tegoż, Prze­no­śny raj, s. 29.

23 R. Robin­son, G. Odu­ban­jo, Inte­rview #4…

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

28.08.2026 Recenzje

Kiedy zanikają pazury w „Powinnościach”

Napięcie między zmianą a pragnieniem stałości okazuje się jednym z najważniejszych tematów wierszy Adón. Nie chodzi przy tym wyłącznie o tożsamość kobiecą, lecz także o doświadczenie życia w rzeczywistości, która nieustannie wymusza na nas kolejne przeobrażenia – o tomie Powinności Pilar Adón pisze Olga Rembielińska.