W końcu: śmiech

Poezja Mar­ci­na Mokre­go jest dzi­wacz­na. Gdy­by pod­su­mo­wać całą jej recep­cję, praw­do­po­dob­nie naj­czę­ściej poja­wia­ją­cy­mi się w tek­stach kry­tycz­nych epi­te­ta­mi oka­za­ły­by się wszel­kie warian­ty wyra­zów: „nie­zro­zu­mia­łe”, „cha­otycz­ne”, „trud­ne”, „nie­wy­god­ne”, „eks­pe­ry­men­tal­ne”, „awan­gar­do­we” i „wie­lo­me­dial­ne”. Co cie­ka­we, żad­ne z tych – jak­że traf­nych – okre­śleń niko­go nie odstra­sza; raczej przy­cią­ga­ją one coraz to nowych kry­ty­ków i bada­czy podej­mu­ją­cych nie­ustan­ne pró­by opi­sa­nia tej wyjąt­ko­wej twór­czo­ści. Ponad­to mało kto o poezję Mokre­go się spie­ra. Wszy­scy, jak się zda­je, są ze sobą zgod­ni, wza­jem­nie cytu­ją swo­je tek­sty, cza­sem jedy­nie ina­czej roz­kła­da­ją akcen­ty inter­pre­ta­cyj­ne lub pre­zen­tu­ją kolej­ne warian­ty już ist­nie­ją­cych odczy­tań – w więk­szo­ści spój­ne z poprzed­ni­mi pro­po­zy­cja­mi.

Debiut Mokre­go, czy­ta­nie. Pisma, wspól­nie okre­śla­no pojem­nym i z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy zacho­waw­czym poję­ciem eks­pe­ry­men­tu, a po wyda­niu dru­gie­go tomu jed­no­gło­śnie uzna­no awan­gar­do­wość poety z Gli­wic. Nic dziw­ne­go, od 2019 roku sta­ła się ona nie­za­prze­czal­na i nie­moż­li­wa do prze­mil­cze­nia. Świer­got był – ogól­nie rzecz bio­rąc – inspi­ro­wa­ny poezją kon­kret­ną oraz – w bar­dziej szcze­gó­ło­wym uję­ciu – mię­dzy inny­mi Mecha­nicz­nym ogro­dem Tytu­sa Czy­żew­skie­go1, nato­miast żywe linie nowe usta w jaw­ny spo­sób „prze­pi­su­ją” awan­gar­dę histo­rycz­ną, peipe­row­ską. Nie spo­sób zna­leźć wywia­du, recen­zji, tek­stu kry­tycz­ne­go, w któ­rych by o tym nie wspo­mi­na­no. Dzie­je się tak za spra­wą jed­no­znacz­nych nawią­zań, ale win­ny jest też temu sam autor, któ­ry coraz czę­ściej mówi wprost o swo­ich moty­wa­cjach. W każ­dym tomie, dzia­ła­niu twór­czym i w wie­lu wypo­wie­dziach jasno komu­ni­ku­je, że jego zain­te­re­so­wa­nie awan­gar­dą nie doty­czy wyłącz­nie typo­wej dla niej este­ty­ki; to fascy­na­cja całym pro­gra­mem arty­stycz­nym. Roz­mo­wa z Rafa­łem Waw­rzyń­czy­kiem, któ­ra odby­ła się z oka­zji pre­mie­ry żywych linii nowych ust, nosi tytuł Coś dla ojca (w domy­śle: dla Tade­usza Peipe­ra). Co wię­cej, autor Świer­go­tu w wywia­dzie z Anto­ni­ną Tosiek i Jaku­bem Skur­ty­sem przy­zna­je, że postrze­ga same­go sie­bie jako rośli­nę piro­fil­ną, któ­ra roz­sie­wa awan­gar­dę w obec­nej sytu­acji kry­zy­su i pożo­gi, czy­ni to przy tym poprzez samo­spa­le­nie. Bio­rąc pod uwa­gę zain­te­re­so­wa­nie lite­ra­tu­ro­znaw­ców i ich zgod­ność w inter­pre­ta­cjach, twór­czość gli­wic­kie­go poety tra­fia na żyzny grunt (pyta­nie tyl­ko, czy o grunt kry­tycz­ny i samo­uni­ce­stwie­nie komer­cyj­ne auto­ro­wi Świer­go­tu cho­dzi­ło?). Innym razem w roz­mo­wie z Macie­jem Mazu­rem Mokry przy­rów­nu­je sie­bie do kro­wy, któ­rej odbi­ja się awan­gar­dą. Nie­za­prze­czal­nie mamy do czy­nie­nia z toż­sa­mo­ścio­wym pro­jek­tem zosta­wia­ją­cym śla­dy na wszel­kiej twór­czo­ści. W naj­now­szym tomie Sola­ry­sze w stop­ce zamiast „redak­cji” znaj­dzie­my okre­śle­nie „kon­sul­ta­cje” – udzie­li­ła ich mię­dzy inny­mi Mar­ta Baron-Milian, a więc badacz­ka pol­skie­go futu­ry­zmu. O awan­gar­do­wo­ści Mokre­go wyczer­pu­ją­co pisa­ła nie­daw­no Ali­na Świe­ściak na łamach „Forum Poety­ki” (2024) oraz „Tek­stów Dru­gich” (2024), dla­te­go też nie widzę powo­du, by na nowo roz­trzą­sać tę spra­wę. Szcze­gól­nie że badacz­ka stwo­rzy­ła nie­zwy­kle przy­dat­ne poję­cie „awan­gar­do­wej wid­mon­to­lo­gii”, któ­re dobrze odda­je dia­lek­tycz­ność pomy­słu Mokre­go.

Gdy­by umie­ścić Sola­ry­sze na mapie, bli­żej by im było do Świer­go­tu (2019) niż do żywych linii nowych ust (2022), zarów­no pod wzglę­dem war­stwy mate­rial­nej, jak i tre­ścio­wej książ­ki. Mokry powró­cił do swo­je­go poprzed­nie­go wydaw­cy (a więc do wro­cław­skiej Fun­da­cji na rzecz Kul­tu­ry i Edu­ka­cji im. Tymo­te­usza Kar­po­wi­cza), z któ­re­go pomo­cą ponow­nie zmu­sza odbior­ców do reflek­sji nad mate­rial­no­ścią (w przy­pad­ku poprzed­niej publi­ka­cji jedy­nym tego prze­ja­wem była podziu­ra­wio­na okład­ka edy­cji limi­to­wa­nej). Mate­riał uży­ty na okład­ce strzę­pi się deli­kat­nym puchem, nie­ustan­nie przy­po­mi­na o swo­jej – i tym samym czy­tel­ni­ka – obec­no­ści tu i teraz.

Zanim Sola­ry­sze sta­ły się tomem, były cyklem opu­bli­ko­wa­nym na łamach „Ślą­skich Stu­diów Polo­ni­stycz­nych” (2023, nr 2). Mokry wyraź­nie nawią­zy­wał tu do maszy­no­wej poezji kon­kret­nej, co wię­cej (jak pisze w komen­ta­rzu do cyklu): „Pier­wot­nie [Sola­ry­sze – I.B.] mia­ły być w cało­ści napi­sa­ne na maszy­nie i powie­lo­ne, sprze­da­wa­ne w posta­ci luź­nych kart w tecz­ce słu­żą­cej jako ram­ka i sto­jak dla wybra­nej kar­ty”. Ozna­cza­ło­by to, że – o ile Mokre­mu wie­rzyć – od począt­ku był to pro­jekt nie­zwy­kle mate­rial­ny. Obec­ne wyda­nie łączą z przed­sta­wio­ną wizją fak­tu­ra okład­ki, wstąż­ka i akcen­ty kolo­ry­stycz­ne. Poeta zre­zy­gno­wał z maszy­no­wych kom­po­zy­cji (może jesz­cze uka­żą się w innej for­mie?), nato­miast zacho­wał więk­szość utwo­rów oraz część kon­kre­ty­stycz­nych pró­bek, któ­re raczej nazwa­ła­bym „wytrą­ce­nia­mi” z głów­ne­go tek­stu – szcze­gól­nie ze wzglę­du na ich kaska­do­wy kształt. Porzu­ce­nie czer­wo­ne­go kolo­ru nici i innych akcen­tów wizu­al­nych towa­rzy­szą­cych dwóm poprzed­nim publi­ka­cjom zapo­wia­da niż­szą tem­pe­ra­tu­rę tomu. Teraz – po raz pierw­szy – domi­nu­je bar­wa nie­bie­ska, a wła­ści­wie indy­go, koja­rzo­ne z uczu­ciem nie­pew­no­ści, z oso­bli­wo­ścią i podej­rza­nym spo­ko­jem.

Każ­da książ­ka Mokre­go jest nowym pro­jek­tem logo­wi­zu­al­nym. Tym razem autor Świer­go­tu podzie­lił tom na pięć roz­dzia­łów o tytu­łach: Reten­cje, Antro­pi­ki, Emi­ter, Migra­cje, Sola­ry­sze. W środ­ku znaj­du­ją się dłu­gie pro­zy poetyc­kie, podzie­lo­ne na aka­pi­ty i dokle­jo­ne do góry oraz do dołu kolum­ny, pozo­sta­wia­ją­ce wiel­kie świa­tło na środ­ku każ­dej stro­ny, któ­rą cza­sem zaj­mu­ją wspo­mnia­ne wcze­śniej „wytrą­ce­nia”. Z tego sche­ma­tu wyła­mu­je się roz­dział Emi­ter, pra­wie w cało­ści zło­żo­ny dwu­wier­szem, nie­spo­ty­ka­nym dotąd w twór­czo­ści Mokre­go.

W tomie wyko­rzy­sta­no obra­zy Józe­fa Cheł­moń­skie­go, Zofii Stan­kie­wicz, Rafa­ła Mal­czew­skie­go, Fer­dy­nan­da Rusz­czy­ca i Jac­ka Mal­czew­skie­go. Na pierw­szy rzut oka roz­po­zna­wal­ne jest wyłącz­nie Babie lato, któ­re zna­la­zło się na okład­ce, pozo­sta­łe dzie­ła zosta­ły powięk­szo­ne i roz­my­te. Wpi­su­je się to w ten­den­cję Mokre­go do two­rze­nia mul­ti­me­dial­nej sie­ci wokół swo­ich tomów. Debiu­tanc­ka książ­ka odsy­ła­ła do pra­sy, Świer­got trans­po­no­wał infor­ma­cje z archi­wów, map, atla­sów, żywe linie nowe usta zmu­sza­ją do się­gnię­cia po tek­sty Peipe­ra (mia­ły też zawie­rać kod QR w celu „posze­rze­nia doświad­cze­nia lek­tu­ry o inne dozna­nia”2). Sola­ry­sze są – tak jak i zawar­te w nich obra­zy – mniej wyraź­ne w swo­im pro­jek­cie, co dzia­ła na ich korzyść. Wszyst­kie odnie­sie­nia słu­żą raczej budo­wa­niu atmos­fe­ry wier­szy; nie sta­no­wią klu­cza, któ­ry trze­ba odkryć, by unik­nąć poraż­ki inter­pre­ta­cyj­nej. Każ­dy roz­dział został opa­trzo­ny wizu­al­nym moty­wem prze­wod­nim oraz mot­tem zaczerp­nię­tym z twór­czo­ści pol­skich przed­sta­wi­cie­li sze­ro­ko rozu­mia­nej awan­gar­dy: Tytu­sa Czy­żew­skie­go, Tade­usza Peipe­ra, Ana­to­la Ster­na, Jana Brzę­kow­skie­go i Alek­san­dra Wata. Przy­to­czo­ne wier­sze (wyróż­nia­ją­ce się zło­tym kolo­rem dru­ku) trzy­ma­ją czy­tel­ni­ka w orbi­cie podob­nych sko­ja­rzeń co żywe linie nowe usta. I tutaj czło­wiek oraz cała rze­czy­wi­stość zma­ga się z zaka­że­niem maszy­ną. Mimo to Sola­ry­sze pod wie­lo­ma wzglę­da­mi nawią­zu­ją do Świer­go­tu, jak­by książ­ka „peipe­row­ska” oka­za­ła się zbyt dużym wybry­kiem lub wystar­cza­ją­co wyczer­pa­nym pro­jek­tem. Znaj­dzie­my tutaj i wizu­al­ne, i tre­ścio­we odnie­sie­nia do tomu z 2019 roku. Moż­na by też powtó­rzyć nie­któ­re inter­pre­ta­cje, szcze­gól­nie tę z recen­zji Jaku­ba Skur­ty­sa: „Cho­dzi w Świer­go­cie ni mniej, ni wię­cej o zacho­wa­nie isto­ty czło­wie­czeń­stwa w świe­cie nowo­cze­snym”. Podob­nie w Sola­ry­szach – rzecz doty­czy kon­dy­cji ludz­kiej.

Okładka tomu wierszy Marcina Mokrego pod tytułem „Solarysze”.
Marcin Mokry, „Solarysze”, Wrocław: Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 2025.

Jak w całej twór­czo­ści Mokre­go, tak i tutaj wro­giem są dane, tym razem w więk­szym stop­niu te pod­da­ne algo­ryt­mi­za­cji, a w mniej­szym pra­so­we (czy­ta­nie. PismaŚwier­got) lub maszy­no­we (żywe linie nowe usta). Dane „prze­cie­ka­ją przez oddech”, „wywo­łu­ją nas”, groź­nie cyr­ku­lu­ją i pul­su­ją, ale też nie­win­nie – jak wska­zy­wa­ła­by okład­ka – uno­szą się w prze­strze­ni niczym babie lato. W każ­dym razie: osa­cza­ją, osa­mot­nia­ją i wcią­ga­ją w ciem­ność. W poprzed­nim tomie dane prze­ni­ka­ły przez czło­wie­ka, nie­ustan­nie pró­bo­wa­ły połą­czyć się z nim w struk­tu­rę nie­moż­li­wą do roz­dzie­le­nia. Takie frag­men­ty z żywych linii nowych ust, jak: „Idio­ci […] posta­no­wi­li kolej­ny już raz prze­sy­łać prze­ze mnie obsza­ry przy­po­wierzch­nio­we”, „Nie moż­na uzy­skać czło­wie­ka hodow­lą kotła” lub „Orga­no­lep­tycz­nie sta­wia­ją w trzu­st­ce ser­wer”, kore­spon­do­wa­ły ze sło­wa­mi Ana­to­la Ster­na: „Nie jest się dziś czło­wie­kiem. Jestem tak­że tele­fo­nem, kinem, tele­sko­pem, maszy­ną rota­cyj­ną, pla­ka­tem, radio­te­le­gra­fem”3. Mokry pro­po­nu­je jed­nak prze­mia­nę owej wizji na pozio­mie wraż­li­wo­ści. Cytat Ster­na koń­czy się sło­wa­mi: „Świat jest dyna­micz­ną poma­rań­czą, któ­rą poże­ra­my”4. W tomie auto­ra Świer­go­tu nato­miast czy­ta­my: „Czło­wiek patrzy na świat jak na syna”. O ile Mokry nie utoż­sa­mia czło­wie­ka z Satur­nem Fran­ci­sca Goi – moż­na zało­żyć, że w żywych liniach nowych ustach przed­sta­wia rela­cję opie­ra­ją­cą się na tro­sce, ale też odpo­wie­dzial­no­ści i swe­go rodza­ju lęku (mię­dzy inny­mi przed roz­cza­ro­wa­niem).

Mokry w Sola­ry­szach nie kon­cy­pu­je zupeł­nie nowe­go pro­jek­tu, ale zasto­so­wa­na przez auto­ra nar­ra­cja sta­je się tutaj inten­syw­niej homo­cen­trycz­na. W ostat­niej odsło­nie czło­wiek był pod­mio­tem i przed­mio­tem prze­mo­cy, tym razem jest on przed­sta­wi­cie­lem gatun­ku homi­nid emi­ter. Mokry wyraź­nie kreu­je opo­zy­cję ciem­no­ści (czy wła­ści­wie „sza­mot­ni­czej ciem­ni” kon­sty­tu­owa­nej przez dane) i świa­tła – natu­ral­ne­go oraz swo­iście odczło­wie­cze­go. Pod­miot w Sola­ry­szach „iskrzy”, „migo­cze”, jest „rzu­co­ną iskrą”, sta­je po stro­nie słoń­ca, któ­re­go pro­mie­nie już w pierw­szym aka­pi­cie całe­go tomu Mokry nazy­wa „sło­wo­ła­niem”. Odcię­cie czło­wie­ka i jego wyróż­nie­nie oka­zu­ją się wyraź­niej­sze, kie­dy zauwa­ży­my, co poeta wyciął z wier­sza Powrót (autor­stwa Tytu­sa Czy­żew­skie­go), któ­ry sta­no­wi mot­to roz­dzia­łu Reten­cje. W utwo­rze zosta­ły pomi­nię­te dwa wer­sy poda­ne w nawia­sie: „(gdyż nędz­ny robak zie­mi / nie posia­dam piór do lotu)”. Bez tego frag­men­tu, jed­no­znacz­nie umniej­sza­ją­ce­go rolę i moc czło­wie­ka, pod­miot może wyda­wać się gigan­tem nie­sio­nym przez żura­wia do raju pier­wot­no­ści.

Nie twier­dzę jed­nak, że Mokry w Sola­ry­szach two­rzy pro­jekt samo­świa­do­me­go anty­po­sthu­ma­ni­zmu. Jego decy­zja o umoc­nie­niu pozy­cji czło­wie­ka to raczej poza, stro­sze­nie piór, swo­ista stra­te­gia obron­na wyłącz­nie prze­ciw­ko nie­okre­ślo­nym danym i algo­ryt­mom. Wobec Wiel­kiej Histo­rii i praw­dzi­wych pro­ble­mów – podob­nie jak mia­ło to miej­sce w czy­ta­niu. Pisma i w Świer­go­cie – pod­miot oba­wia się, że oka­że się nie­wiel­ki i nie­wy­star­cza­ją­cy. I tak samo jak w poprzed­nich tomach, szu­ka ratun­ku we współ­o­bec­no­ści, czy­li w tym, co odczu­wal­ne bez­po­śred­nio, mate­rial­ne i nama­cal­ne.

Cia­ło w żywych liniach nowych ustach jest osią wszel­kich nar­ra­cji, wszyst­kich utwo­rów. Michał Tru­se­wicz nawet nazy­wa ten tom poema­tem der­ma­to­lo­gicz­nym i hap­tycz­nym, ze wzglę­du na domi­na­cję doty­ku nad inny­mi zmy­sła­mi. Jest to cia­ło inne niż poja­wia­ło się wcze­śniej u Mokre­go, ponie­waż zanie­czysz­cza się maszy­no­wo­ścią. Sta­je się ofia­rą róż­ne­go rodza­ju – nomen omen – maszy­ne­rii afek­tyw­nych, któ­re sta­wia­ją „w trzu­st­ce ser­wer”, nie­ustan­nie dostra­ja­ją tajem­ni­cze „my” do nie­wia­do­mych czę­sto­tli­wo­ści. Nastę­pu­je tutaj futu­ry­stycz­ne „zaka­że­nie tech­ni­cy­za­cją”5. Cia­ła skła­da­ją się z kabli, ale też z zębów i żeber, któ­re potra­fią ukryć czło­wie­ka. To już nie mate­rial­ność, a świa­do­mość bycia obiek­tem. Owo „uczło­wie­cze­nie […] tyra­nii maszy­no­wych pro­ce­dur”6 (jak nazy­wa je Świe­ściak) nie jest tyl­ko pro­jek­tem, kon­cep­tem, a prze­bie­ga przez powo­ła­nie się na zmy­sło­wość. I to zmy­sło­wość zako­rze­nio­ną w awan­gar­dzie, nie we współ­cze­snych dys­kur­sach (cho­ciaż­by nowo­ma­te­ria­li­stycz­nych).

Nato­miast tom Sola­ry­sze tema­ty­zu­je mate­rial­ność i obec­ność w podob­ny spo­sób, jaki mia­ło to miej­sce w Świer­go­cie – tu cho­ciaż­by frag­ment „Dotknij, to rze­czy­wi­stość, cho­ciaż ja o niej mówię”. Ale też „Siedź­my” na samym począt­ku oraz zakoń­cze­nie „Żyli­śmy pośród, życiem. I żyli. O, żyli”. Jeśli pod­miot się ujaw­nia, to nie jest on bier­ny w kon­tak­cie ze świa­tem fizycz­nym – co wię­cej zachę­ca, roz­ka­zu­je, żeby odbior­ca rów­nież dotknął rze­czy­wi­sto­ści. Nastę­pu­je degra­da­cja lub przy­naj­mniej zwąt­pie­nie w war­tość słow­ne­go prze­two­rze­nia. Taka per­spek­ty­wa przy­po­mi­na frag­ment z debiu­tu, w któ­rym pod­miot przy­zna­je: „nie zda­je­my sobie nawet spra­wy z tego jak czę­sto upa­dla nas. Czy­ta­nie”. Nowo­ścią jest tutaj wia­ra lub nadzie­ja w iskrze­nie, a może nawet – po raz pierw­szy – prze­wrot­ny lub powścią­gli­wy opty­mizm? Jed­nak­że Mokry i tego nie uzna­je za osta­tecz­ną odpo­wiedź i dostrze­ga dia­lek­tycz­ność figu­ry homi­nid emi­ter:

Jak jaśniej­szy jest szmer two­je­go prze­ły­ka­nia śli­ny od nocy, gdy śpią­ca ścią­gasz ze sobą dni, jed­no z dru­gim, żeby­śmy mogli ze swo­bo­dą wydrzeć się, poszar­pać, a potem wtu­lić. Cie­pło. Przy­po­mnieć, że my nawo­łu­je­my, że my tyl­ko nawo­łu­je­my sie­bie. Prze­łknąć oddech, któ­ry sta­je się coraz dłuż­szą chwi­lą odkła­da­nia. To są popio­ły, a to korze­nie. Świa­tło się pali, o czym pamię­tam. Nie chcę, żebyś się kie­dy­kol­wiek wsty­dzi­ła, że pali­łem węglem. Nie jesteś cór­ką potwo­ra. Byli­śmy w nie­wo­li. Koniec mie­sią­ca, koniec świa­ta. To ta sama wal­ka.

Mię­dzy pre­mie­rą żywych linii nowych ustSola­ry­szy (a więc rokiem 2022 i 2025) nastą­pił nie­moż­li­wy do zigno­ro­wa­nia prze­skok w obec­no­ści czy wręcz tech­no­lo­gicz­nej domi­na­cji oraz zaska­ku­ją­cej kom­pe­ten­cji sztucz­nej inte­li­gen­cji. Tytuł jed­ne­go z roz­dzia­łów nawią­zu­je do dewe­lo­pe­ra SI o dys­to­pij­nej nazwie AI Anth­ro­pic. Ponad­to pod­miot wprost mówi o dia­lo­gach z czat­bo­tem i mniej wprost o czło­wie­czeń­stwie zmą­co­nym przez „uczło­wie­czo­ne” do skraj­no­ści algo­ryt­my. Tytu­ło­we sola­ry­sze wyda­ją się peł­nić funk­cję anty­te­zy dla groź­nych danych. Tym samym, moż­na by spró­bo­wać je rozu­mieć jako wier­sze lub bar­dziej ogól­nie sło­wa. Na taką inter­pre­ta­cję wska­zy­wa­ły­by (aż nazbyt bez­po­śred­nie) frag­men­ty jak: „Odda­ni algo­ryt­mi­za­cji i odtwa­rza­niu, // pozby­wa­my się umie­jęt­no­ści, któ­re two­rzą / i wyma­ga­ją dzia­ła­nia. Kre­tyn // to naci­skacz guzi­ków. Wiersz / musi­my sobie wyobra­zić, // gdy poja­wia się nie­ocze­ki­wa­ne, / bez mia­ry z tym zmie­rzyć”. Nie­mniej wyda­je się to zbyt dużym uprosz­cze­niem. Sola­ry­sze to raczej – jak­kol­wiek naiw­nie by to nie brzmia­ło – to, co się wyda­rza poza algo­ryt­ma­mi lub wła­ści­wie wbrew algo­ryt­mom, a więc bli­skość, zawod­na pamięć, rela­cje, cie­pło, współ­o­bec­ność. Tak też czy­tam kom­po­zy­cję typo­gra­ficz­ną zamy­ka­ją­cą tom, w któ­rej poja­wia­ją się twa­rze w gąsz­czu liter. Dodat­ko­wo, gdy­by kon­ty­nu­ować odczy­ta­nie w klu­czu kore­spon­den­cji z awan­gar­dą histo­rycz­ną, moż­na by potrak­to­wać dwie ostat­nie stro­ny jako tro­skli­we odda­nie (uzu­peł­nie­nie?) samo­gło­sek, któ­rych swe­go cza­su zabra­kło Alek­san­dro­wi Wato­wi patro­nu­ją­ce­mu temu roz­dzia­ło­wi.

Nie­mniej, nale­ży wspo­mnieć, że Sola­ry­szom nadal jest dale­ko do naj­bar­dziej kon­fe­syj­nych utwo­rów Mokre­go, któ­re ukry­wa­ją się pod koda­mi QR, wydru­ko­wa­ny­mi na mar­gi­ne­sach tek­stu Uwa­ga, opu­bli­ko­wa­ne­go w 36. nume­rze cza­so­pi­sma „Ele­wa­tor”. W nagra­niu o tytu­le Wsta­je nowy dzień sły­szy­my głos poety mówią­cy np. „Posłu­chaj / pomie­ści­my się z rodzi­ca­mi w jed­nym miesz­ka­niu / […] zoba­czysz, sowa wyla­tu­je o zmierz­chu / a Mar­cin z pra­cy” lub w utwo­rze Infla­cja: „prze­stra­szo­ny chło­piec wycho­wu­je dzie­ci / chy­ba tego mi nie zro­bisz / bo zabi­ję się / mówię ci, infla­cjo / uwierz, zanim gaz ode­tną, ja w kosmos pole­cę / ale kto się zaj­mie dzieć­mi?”. Nie­mniej śla­dy auto­et­no­gra­fii oraz swo­ista pry­wat­ność, wychy­le­nie się poza pro­jekt i auto­kre­acje, są zde­cy­do­wa­nie bar­dziej widocz­ne niż mia­ło to miej­sce cho­ciaż­by w żywych liniach nowych ustach – szcze­gól­nie w poema­cie z roz­dzia­łu Emi­ter oraz w dedy­ka­cji „Tym, któ­rych widzia­łem: Agniesz­cze, Anto­nie­mu, Marii – i nie­prze­bra­nej licz­bie przy­ja­ciół, któ­rych już nie zoba­czę – przed nami tyle nie­za­po­mnia­nych chwil” (tym waż­niej­szej, że nigdy wcze­śniej Mokry nie opa­trzył swo­je­go tomu żad­ną dedy­ka­cją). Tak­że wątek Gór­ne­go Ślą­ska poja­wia się w Sola­ry­szach kil­ku­krot­nie. Mokry koja­rzy czło­wie­ka z węglem (mię­dzy inny­mi „Kru­szy­wa-Ludzie”, „pylą­cy orga­nizm”, „Gdy dostar­cza­li­śmy bla­sku hutom”) i pozo­sta­wia bez jed­no­znacz­ne­go roz­strzy­gnię­cia, czy w takim razie Sola­ry­sze trak­tu­ją wyłącz­nie o toż­sa­mo­ści ślą­skiej czy mimo wszyst­ko – jak pró­bo­wa­łam okre­ślić to wcze­śniej – o kon­dy­cji ludz­kiej ogó­łem.

Pyta­nie tyl­ko, czy tak wyso­ka staw­ka – a prze­cież kwe­stia zacho­wa­nia czło­wie­czeń­stwa jest staw­ką naj­wyż­szą – pozo­sta­je rów­nie przej­mu­ją­ca za każ­dym razem? Z pew­nym wsty­dem muszę przy­znać, że tak. Mokry sku­tecz­nie wcią­ga mnie w prze­ży­wa­nie kolej­nej odsło­ny pro­jek­tu „czło­wiek vs. nowo­cze­sność”. Szcze­gól­nie, kie­dy w pre­cy­zyj­ny spo­sób tra­fia w dro­bin­ki, w mar­gi­nes doświad­cze­nia, cho­ciaż­by: „Dzie­li­my ekra­ny na dotyk pal­ca” albo „Upo­ko­rze­nia nigdzie się nie odkła­da­ją. Wybu­cha­my, ale nie sku­tecz­nie. Żad­nej dro­gi, któ­rą mogli­by­śmy opu­ścić. Żad­nej, któ­rej wystar­czy się trzy­mać”. Wszyst­kie nowo­ści: dys­ty­cho­wy poemat, „wytrą­ce­nia” na środ­ku stron czy powrót do pod­kre­śla­nia mate­rial­no­ści książ­ki odświe­ża­ją nar­ra­cję i przy­cią­ga­ją na nowo, mimo że w war­stwie tek­sto­wej są zde­cy­do­wa­nie mniej inten­syw­ne lub nawet mniej agre­syw­ne niż zachwy­ca­ją­ce poprzed­nie żywe linie nowe usta.

Nazwa­łam poezję Mokre­go „dzi­wacz­ną”. Uży­wam tego poję­cia za Mar­kiem Fishe­rem, któ­ry w zbio­rze ese­jów The Weird and the Eerie pisze „[dzi­wacz­ność] doko­nu­je dena­tu­ra­li­za­cji prze­strze­ni, odsła­nia­jąc jej nie­sta­bil­ność, otwar­tość na zewnę­trze”7 i dalej „[…] dzi­wacz­ne jest kon­sty­tu­owa­ne przez obec­ność – obec­ność cze­goś, co nie pasu­je. Nie­któ­re przy­kła­dy tego, co dzi­wacz­ne […], cha­rak­te­ry­zu­je prze­rost obec­no­ści, pewien nad­miar, któ­ry prze­kra­cza moż­li­wo­ści repre­zen­ta­cji”8. Czy­ta­jąc twór­czość gli­wic­kie­go poety, trud­no nie mieć wra­że­nia, że poja­wia się tu pewien nad­miar. Szcze­gól­nie w Świer­go­cie wszyst­kie daty, defi­ni­cje, indek­sy zaj­mu­ją rów­no­praw­ne miej­sce na kart­ce i tak samo zaj­mu­ją rów­no­praw­ne miej­sce w rze­czy­wi­sto­ści, codzien­no­ści pod­mio­tu wła­ści­we­go poema­tu. Tak samo dzi­wacz­ność, zaprze­cze­nie swoj­sko­ści i tego, co zna­ne wystę­pu­je w żywych liniach nowych ustach oraz w Sola­ry­szach. Znaj­du­je­my wyra­zy, któ­re przez odmia­nę czy uży­cie nagle nie pasu­ją, udzi­wacz­nia­ją (nie: udziw­nia­ją!) to, co zna­ne. Nale­ży nato­miast przy­znać, że Sola­ry­sze są mniej afek­tyw­ne niż tom poprzed­ni, któ­ry poprzez for­mę moc­ku­men­tu, a kon­kret­nie poprzez obra­zo­we zada­nia egza­mi­na­cyj­ne dla opie­ku­nów medycz­nych i wier­szo­krzy­ki9 (Tru­se­wicz), wpro­wa­dzał trud­ny do zigno­ro­wa­nia dys­kom­fort. Tak samo Świer­got przy­tła­czał natło­kiem infor­ma­cji, a czy­ta­nie. Pisma agre­syw­no­ścią for­my pra­so­wej. Sola­ry­sze są z nich wszyst­kich naj­bar­dziej sub­tel­ne.

Poety­ka Mokre­go, wyróż­nia­ją­ca się neo­lo­gi­zma­mi i zmą­co­ną skład­nią, utrud­nia rozu­mie­nie, wpro­wa­dza czy­tel­ni­ka w stan nie­ustan­ne­go zwąt­pie­nia w swo­je w zdol­no­ści per­cep­cyj­ne oraz wymu­sza uważ­ność. A rów­no­cze­śnie: już nie dzi­wi i nie wywo­łu­je szo­ku. Jeśli zaska­ku­je, to wła­śnie tą nagłą kon­fe­syj­no­ścią oraz powścią­gli­wym opty­mi­zmem. Przy­zna­je to i chy­ba sam poeta, któ­ry w ostat­nim roz­dzia­le pisze auto­te­ma­tycz­nie: „Olbrzy­mia zlew­nio, wyle­wasz się. Paru­jesz. Mokry jesteś. Rozu­miesz? Śmiech”.

 

1 Nale­ży zazna­czyć, że w wywia­dach Mar­cin Mokry nie potwier­dza takie­go zało­że­nia (ale też mu nie zaprze­cza), twier­dząc, że „kwia­to­we” wier­sze były inspi­ro­wa­ne przede wszyst­kim foto­gra­fia­mi z Sara­je­wa.

2 Zapo­wiedź z Biu­ra: Mar­cin Mokry: „żywe linie nowe usta”, onli­ne: https://www.biuroliterackie.pl/biuletyn/zapowiedz-z-biura-marcin-mokry-zywe-linie-nowe-usta/ [dostęp: 18.03.2026].

3 A. Stern, O poetach Nowej Sztu­ki. List do redak­to­ra „Alma­na­chu” [w:] Anto­lo­gia pol­skie­go futu­ry­zmu i Nowej Sztu­ki, Wro­cław: Zakład Naro­do­wy im. Osso­liń­skich, 1978, s. 68.

4 Tam­że.

6 Zob. J. Grą­dziel-Wój­cik, Zmysł for­my. Sytu­acje, przy­pad­ki, inter­pre­ta­cje pol­skiej poezji XX wie­ku, Kra­ków: Uni­ver­si­tas, 2016, s. 36.

6 A. Świe­ściak, Puste miej­sce po awan­gar­dzie, „Tek­sty Dru­gie” 2024, nr 5, s. 38.

7 M. Fisher, Dzi­wacz­ne i oso­bli­we, tłum. i posł. A. Kara­lus, T. Adam­czew­ski, Gdańsk: słowo/obraz tery­to­ria, 2023, s. 32.

8 Tam­że, s. 65.

9 Zob. M. Tru­se­wicz, Doty­ka­ni i dotknię­ci (Mar­cin Mokry, „żywe linie nowe usta”), Maga­zyn „Wizje” 2022, onli­ne: https://magazynwizje.pl/aktualnik/trusewicz-mokry/ [dostęp: 18.03.2026].

Irmina Bloch. Fot. ze zbiorów autorki

– fotografka, graficzka, literaturoznawczyni.

więcej →

Marcin Mokry, fotografia ze zbiorów autora.

– poeta, projektant i UX designer.

więcej →

Powiązane teksty

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.