Wyobraźmy sobie pomarańczę, po której chodzi mucha. Obraz ten zasugerował czytelnikom Wacław Nałkowski (ojciec pisarki Zofii i rzeźbiarki Hanny), aby wyobrazili sobie kształt Ziemi. Zofia Król, autorka Drogi przez łąkę…, w ramach eksplorowania świata zaproponowała odbiorcom towarzystwo pomarańczowego ludzika z Google Street View. W przeciwieństwie do muchy ludzik ów wejdzie tylko tam, gdzie dotarł samochód z zespołem pracowników Google.
Na Drogę przez łąkę… składa się sześć esejów, w których Zofia Król z niezwykłą erudycją opowiada o przestrzeni – wpisując w nią i wyczytując z niej: literaturę, sztuki wizualne, filozofię czy linie życia artystów. W ten sposób wypatrujemy z Dorothy Wordsworth poziomek. Dryfujemy przez nastroje i scenerie z pijanymi sytuacjonistami. Wchodzimy w obrazy Davida Hockneya czy Paula Cézanne’a. Dzięki starowince napotkanej przez Michała Książka zaczynamy myśleć o przestrzeni w ciałokilometrach. Zaglądamy do okien bloku przy Lizbońskiej 2, ostatniego miejsca ziemskiego pobytu Mirona Białoszewskiego. A między pniami jesionów krążymy wokół poezji – Krystyny Miłobędzkiej, Małgorzaty Lebdy, Urszuli Zajączkowskiej. Król nie porzuca perspektywy innych spacerowiczek i podróżniczek, choć przypomina, że kobiety przez lata wędrowały przede wszystkim po społecznych ograniczeniach. Inny ważny kontekst jej opowieści dotyczy katastrofy klimatycznej i przywracania relacji z otaczającym nas światem. Jednak tym, co wyjątkowo budzi moją ciekawość, jest ludzka percepcja i jej ograniczenia; dystans – językowy, czasowy i przestrzenny – który pojawia się we wspólnym widoku. Na początku Drogi przez łąkę… widok ten rozpościera się z okien pociągu.
Francuski antropolog Michel de Certeau w tomie Wynaleźć codzienność zastanawiał się nad czynnością obserwowania pejzażu z perspektywy pasażera kolei. Doszedł wówczas do odkrywczych wniosków na temat doświadczania świata przez obserwację. Król podsumowuje:
[m]elancholijna przyjemność polega tu na patrzeniu na to, od czego jest się odłączonym. Jeśli zatem wyobrażony pasażer de Certeau w ogóle marzy o wchodzeniu w drogi, to właśnie jedynie w wersji melancholijnej, bez jakichkolwiek nadziei na urzeczywistnienie1.
Interesuje nas to, co pozostaje niespełnioną obietnicą zanurzenia się w przestrzeni; możliwe wędrówki, ale i pejzaże bez dróg, które dopiero zostaną wytyczone. Fascynujące jest to, co poza naszym (i Street View) zasięgiem. Szyba okna pociągu, oddzielająca obserwatora od świata, przypomina przecież ekran komputera z wirtualnym człowieczkiem, towarzyszem wypraw Król. Gdyby jednak przyjąć perspektywę fenomenologiczną w ujęciu Maurice’a Merleau-Ponty’ego, a robi to autorka Drogi przez łąkę…, mogłoby się okazać, że tego typu granice nie mają większego znaczenia: „[t]o, co wewnętrzne, i to, co zewnętrzne, są nierozdzielne. Świat jest wszystek wewnątrz, a ja jestem cały poza sobą”2. Francuski filozof proponuje odczytywanie wszystkiego, co przynosi nam wzrok, dosłownie. Dzięki zmysłowi wzroku możemy być w jednej chwili blisko i daleko. W ten sposób dotknąć gwiazd czy słońca3. W takim ujęciu podróże za pomocą Google Street View czy Google Earth wydają się jak najbardziej słuszne. Merleau-Ponty przypomina za Blaise’em Pascalem, że akt wglądu odbywa się w dwóch kierunkach. Nie tylko my pojmujemy świat, ale i świat pojmuje nas:
[t]en sam akt, który zbiera i łączy, oddala i trzyma dystans, docieram do siebie, jedynie oddalając się od siebie. W słynnej myśli Pascal zauważa, że pod pewnym względem ja pojmuję świat, a pod innym – on mnie pojmuje. […] [P]ojmuję świat, albowiem istnieje dla mnie to, co bliskie, i to, co dalekie, pierwszy plan i horyzont, a zatem tworzy on obraz i nabiera dla mnie sensu, a ponieważ jestem w nim usytuowany, znaczy to również, że i on pojmuje mnie4.
Przestrzeń, która pojmuje usytuowany w niej podmiot, może wywołać poczucie wyobcowania, o czym pisał Zygmunt Haupt. W opowiadaniu Henry Bush i jego samolot posłużył się figurą pluskwy, która z powodu własnej anatomii rzekomo żyje w dwuwymiarze. Płaskość krajobrazu może być tym, czym płaskość podmiotu. Król próbuje odpowiedzieć za Hauptem na pytanie, czy pragnienie wejścia w głębię może zostać zaspokojone: „niekiedy tak, pod warunkiem że uda się znaleźć trafne słowa, a dzięki nim przynajmniej na chwilę odmienić percepcję”5. Zbaczam na chwilę z trasy wyznaczonej przez kierunek esejów i zastanawiam się nad tekstem, który w swojej formie jednako tworzy przestrzeń i dotyczy przestrzeni. Przychodzi mi do głowy konstruktywistyczna koncepcja poematu jako budowy. Logika konstrukcji, oparta na intelektualnym koncepcie, widoczna jest chociażby w peiperowskim układzie rozkwitania. Wzorcowy plan budowy poematu musi być jawny, a za całość koncepcji odpowiada antypsychologiczny poeta-konstruktor, który pracuje na konkretnym materiale, wiążąc ze sobą elementy rzeczywistości w technice przypominającej montaż filmowy6. Weźmy na przykład Kwiat ulicy, rozkwitający wraz z rozwojem kolejnych etapów konstruowania poematu:
[…]
Skóra jezdni osnuwa srebrem frak auta.
Chodniki marząc leżą na sukniach kobiecych.
Wystawa sklepowa zapłodniona śliną światła
odezwy słońca rzuca mi na plecy7.
W toku lektury ostatecznie dojdziemy do fragmentu, w którym poeta przyznaje się do aktu budowy:
Zrywam to słońce z wystawy sklepowej, […]
i, wziąwszy do domu ten nienazwany kwiat ulicy,
w zielniku uśmiechów wlepiam go na pierwszą kartę8.
Poeta-konstruktor programowo stwarza świat w przestrzeni poematu, jakby budował od nowa rzeczywistość w języku. Niewątpliwie tego typu technika twórcza mogłaby być jednym ze sposobów oswajania przestrzeni, o których pisze Król.
Klasyczni flanerzy jak mało kto potrafili oswajać świat wokół przez interpretację, czytając przestrzeń niczym tekst. W Drodze przez łąkę… na próżno jednak szukać praktykowania flanerstwa w duchu Charles’a Baudelaire’a czy Waltera Benjamina9. Mianowicie podróże, do których zaprasza nas Zofia Król, mają z reguły jasno określone cele. Tak postawiona sprawa oddala mnie również od wysunięcia tezy o podobieństwach między esejami a Podróżą sentymentalną spod szyldu Yoricka – wędrowcy, który kontempluje gesty i spojrzenia napotkanych ludzi, nie zważając na historię czy geografię odwiedzanych miejsc. A jednak – zachęcona uwagą z początku lektury, aby podczas czytania unosić wzrok10, pomyślałam, że czytelniczki i czytelnicy omawianych esejów mogą mieć wiele wspólnego z sentymentalnym podróżnym, który z definicji skłonny jest do wzruszeń. Przepełnia go też empatia, widoczna w próbach zrozumienia drugiej osoby11. Wiem, że nasze wewnętrzne, ciche „podróże serca” mogą doprowadzić do wielu ważnych miejsc, do których nie dotarł samochód Google. Najważniejszym z takich punktów była dla autorki esejów wioska na Pomorzu, w której żyje jej własny genius loci.
Na koniec przywołajmy jeszcze jeden fragment Podróży sentymentalnej:
[t]o, co stary francuski oficer powiedział o podróżowaniu, przywiodło mi na pamięć rady, których Poloniusz udzielał w tej samej materii synowi, a to znów przypomniało mi Hamleta, a Hamlet – resztę dzieł Szekspira12.
Yorick pod wpływem rozmowy udał się do księgarni – i choć dramaty Szekspira w niej były, biedak nie mógł ich zakupić. Jest to jednak temat wart rozwinięcia przy innej okazji, w ramach innej opowieści. Zainspirowana podróżami w towarzystwie Zofii Król, podobnie jak sentymentalny bohater, wielokrotnie zaglądałam do swojej mapy. W ten sposób nie tylko wróciłam do świata Tadeusza Peipera i Anatola Sterna. Myślałam też o Brzezinie Jarosława Iwaszkiewicza i zastosowanej przez niego technice mówienia obrazem. Przypomniał mi się również wyjątkowo niepraktyczny strój górski dla kobiet, który dokładnie opisała Magdalena Samozwaniec, a także wierszowany dramat Bracia syjamscy jej siostry, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, rozgrywający się na szlaku górskim (choć tak naprawdę niebezpieczna trasa odzwierciedlała relacje głównych bohaterów). Mimo że eseje Król wywołały we mnie nęcące poczucie nienasycenia (niektóre fascynujące wątki zostały w nich tylko zarysowane), trafiłam na kolejne polne drogi prowadzące do wyjątkowych miejsc. Lektura Drogi przez łąkę… być może nie pozwoli czytelnikom rozsmakować się w całej pomarańczy, ale obdaruje ich melancholijną przyjemnością przebiegania po kartkach papieru, tam, gdzie sięga nie tylko wzrok.
1 Z. Król, Droga przez łąkę. Sześć esejów o przestrzeni, Kraków: Karakter, 2025, s. 19.
2 M. Merleau-Ponty, Fenomenologia percepcji. Fragmenty, tłum. J. Migasiński, Warszawa: Polska Akademia Nauk / Instytut Filozofii i Socjologii, 1988, s. 107.
3 Zob. tenże, Oko i umysł, tłum. S. Cichowicz [w:] tegoż, Oko i umysł. Szkice o malarstwie, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 1996, s. 61.
4 Tenże, Fenomenologia percepcji, tłum. M. Kowalska, J. Migasiński, Warszawa: Fundacja Aletheia, 2001, s. 429.
5 Z. Król, Droga przez łąkę…, s. 28.
6 Więcej na temat konstruktywistycznego modelu Tadeusza Peipera pisała między innymi Maria Tarnogórska. Zob. M. Tarnogórska, Poemat międzywojenny. Studium z poetyki historycznej gatunku, Wrocław: Towarzystwo Przyjaciół Polonistyki Wrocławskiej, 1997.
7 T. Peiper, Kwiat ulicy [w:] tegoż, Pisma wybrane, oprac. S. Jaworski, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1979, s. 303.
8 Tamże.
9 M. Bieńczyk, Droga ucieka za horyzont. Sztuka gapienia się, „Książki. Magazyn do czytania” 2025, nr 6, s. 84–85.
10 Z. Król, Droga przez łąkę…, s. 14.
11 Z. Sinko, Wstęp [w:] L. Sterne, Podróż sentymentalna przez Francję i Włochy, tłum. A. Glinczanka, Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2009.
12 L. Sterne, Podróż sentymentalna…, s. 81.
