Melancholijna topografia w(y)rażeń. O „Drodze przez łąkę…” Zofii Król

Piszę: zamieszkuję moją kartkę papieru,
inwestuję w nią, przebiegam po niej.

— Georges Perec

Wyobraź­my sobie poma­rań­czę, po któ­rej cho­dzi mucha. Obraz ten zasu­ge­ro­wał czy­tel­ni­kom Wacław Nał­kow­ski (ojciec pisar­ki Zofii i rzeź­biar­ki Han­ny), aby wyobra­zi­li sobie kształt Zie­mi. Zofia Król, autor­ka Dro­gi przez łąkę…, w ramach eks­plo­ro­wa­nia świa­ta zapro­po­no­wa­ła odbior­com towa­rzy­stwo poma­rań­czo­we­go ludzi­ka z Google Stre­et View. W prze­ci­wień­stwie do muchy ludzik ów wej­dzie tyl­ko tam, gdzie dotarł samo­chód z zespo­łem pra­cow­ni­ków Google.

Na Dro­gę przez łąkę… skła­da się sześć ese­jów, w któ­rych Zofia Król z nie­zwy­kłą eru­dy­cją opo­wia­da o prze­strze­ni – wpi­su­jąc w nią i wyczy­tu­jąc z niej: lite­ra­tu­rę, sztu­ki wizu­al­ne, filo­zo­fię czy linie życia arty­stów. W ten spo­sób wypa­tru­je­my z Doro­thy Word­sworth pozio­mek. Dry­fu­je­my przez nastro­je i sce­ne­rie z pija­ny­mi sytu­acjo­ni­sta­mi. Wcho­dzi­my w obra­zy Davi­da Hock­neya czy Pau­la Cézanne’a. Dzię­ki sta­ro­win­ce napo­tka­nej przez Micha­ła Książ­ka zaczy­na­my myśleć o prze­strze­ni w cia­ło­ki­lo­me­trach. Zaglą­da­my do okien blo­ku przy Lizboń­skiej 2, ostat­nie­go miej­sca ziem­skie­go poby­tu Miro­na Bia­ło­szew­skie­go. A mię­dzy pnia­mi jesio­nów krą­ży­my wokół poezji ­– Kry­sty­ny Miło­będz­kiej, Mał­go­rza­ty Leb­dy, Urszu­li Zającz­kow­skiej. Król nie porzu­ca per­spek­ty­wy innych spa­ce­ro­wi­czek i podróż­ni­czek, choć przy­po­mi­na, że kobie­ty przez lata wędro­wa­ły przede wszyst­kim po spo­łecz­nych ogra­ni­cze­niach. Inny waż­ny kon­tekst jej opo­wie­ści doty­czy kata­stro­fy kli­ma­tycz­nej i przy­wra­ca­nia rela­cji z ota­cza­ją­cym nas świa­tem. Jed­nak tym, co wyjąt­ko­wo budzi moją cie­ka­wość, jest ludz­ka per­cep­cja i jej ogra­ni­cze­nia; dystans – języ­ko­wy, cza­so­wy i prze­strzen­ny – któ­ry poja­wia się we wspól­nym wido­ku. Na począt­ku Dro­gi przez łąkę… widok ten roz­po­ście­ra się z okien pocią­gu.

Fran­cu­ski antro­po­log Michel de Cer­te­au w tomie Wyna­leźć codzien­ność zasta­na­wiał się nad czyn­no­ścią obser­wo­wa­nia pej­za­żu z per­spek­ty­wy pasa­że­ra kolei. Doszedł wów­czas do odkryw­czych wnio­sków na temat doświad­cza­nia świa­ta przez obser­wa­cję. Król pod­su­mo­wu­je:

[m]elancholijna przy­jem­ność pole­ga tu na patrze­niu na to, od cze­go jest się odłą­czo­nym. Jeśli zatem wyobra­żo­ny pasa­żer de Cer­te­au w ogó­le marzy o wcho­dze­niu w dro­gi, to wła­śnie jedy­nie w wer­sji melan­cho­lij­nej, bez jakich­kol­wiek nadziei na urze­czy­wist­nie­nie1.

Inte­re­su­je nas to, co pozo­sta­je nie­speł­nio­ną obiet­ni­cą zanu­rze­nia się w prze­strze­ni; moż­li­we wędrów­ki, ale i pej­za­że bez dróg, któ­re dopie­ro zosta­ną wyty­czo­ne. Fascy­nu­ją­ce jest to, co poza naszym (i Stre­et View) zasię­giem. Szy­ba okna pocią­gu, oddzie­la­ją­ca obser­wa­to­ra od świa­ta, przy­po­mi­na prze­cież ekran kom­pu­te­ra z wir­tu­al­nym czło­wiecz­kiem, towa­rzy­szem wypraw Król. Gdy­by jed­nak przy­jąć per­spek­ty­wę feno­me­no­lo­gicz­ną w uję­ciu Maurice’a Merleau-Ponty’ego, a robi to autor­ka Dro­gi przez łąkę…, mogło­by się oka­zać, że tego typu gra­ni­ce nie mają więk­sze­go zna­cze­nia: „[t]o, co wewnętrz­ne, i to, co zewnętrz­ne, są nie­roz­dziel­ne. Świat jest wszy­stek wewnątrz, a ja jestem cały poza sobą”2. Fran­cu­ski filo­zof pro­po­nu­je odczy­ty­wa­nie wszyst­kie­go, co przy­no­si nam wzrok, dosłow­nie. Dzię­ki zmy­sło­wi wzro­ku może­my być w jed­nej chwi­li bli­sko i dale­ko. W ten spo­sób dotknąć gwiazd czy słoń­ca3. W takim uję­ciu podró­że za pomo­cą Google Stre­et View czy Google Earth wyda­ją się jak naj­bar­dziej słusz­ne. Mer­le­au-Pon­ty przy­po­mi­na za Blaise’em Pas­ca­lem, że akt wglą­du odby­wa się w dwóch kie­run­kach. Nie tyl­ko my poj­mu­je­my świat, ale i świat poj­mu­je nas:

[t]en sam akt, któ­ry zbie­ra i łączy, odda­la i trzy­ma dystans, docie­ram do sie­bie, jedy­nie odda­la­jąc się od sie­bie. W słyn­nej myśli Pas­cal zauwa­ża, że pod pew­nym wzglę­dem ja poj­mu­ję świat, a pod innym – on mnie poj­mu­je. […] [P]ojmuję świat, albo­wiem ist­nie­je dla mnie to, co bli­skie, i to, co dale­kie, pierw­szy plan i hory­zont, a zatem two­rzy on obraz i nabie­ra dla mnie sen­su, a ponie­waż jestem w nim usy­tu­owa­ny, zna­czy to rów­nież, że i on poj­mu­je mnie4.

Prze­strzeń, któ­ra poj­mu­je usy­tu­owa­ny w niej pod­miot, może wywo­łać poczu­cie wyob­co­wa­nia, o czym pisał Zyg­munt Haupt. W opo­wia­da­niu Hen­ry Bush i jego samo­lot posłu­żył się figu­rą plu­skwy, któ­ra z powo­du wła­snej ana­to­mii rze­ko­mo żyje w dwu­wy­mia­rze. Pła­skość kra­jo­bra­zu może być tym, czym pła­skość pod­mio­tu. Król pró­bu­je odpo­wie­dzieć za Haup­tem na pyta­nie, czy pra­gnie­nie wej­ścia w głę­bię może zostać zaspo­ko­jo­ne: „nie­kie­dy tak, pod warun­kiem że uda się zna­leźć traf­ne sło­wa, a dzię­ki nim przy­naj­mniej na chwi­lę odmie­nić per­cep­cję”5. Zba­czam na chwi­lę z tra­sy wyzna­czo­nej przez kie­ru­nek ese­jów i zasta­na­wiam się nad tek­stem, któ­ry w swo­jej for­mie jed­na­ko two­rzy prze­strzeń i doty­czy prze­strze­ni. Przy­cho­dzi mi do gło­wy kon­struk­ty­wi­stycz­na kon­cep­cja poema­tu jako budo­wy. Logi­ka kon­struk­cji, opar­ta na inte­lek­tu­al­nym kon­cep­cie, widocz­na jest cho­ciaż­by w peipe­row­skim ukła­dzie roz­kwi­ta­nia. Wzor­co­wy plan budo­wy poema­tu musi być jaw­ny, a za całość kon­cep­cji odpo­wia­da antyp­sy­cho­lo­gicz­ny poeta-kon­struk­tor, któ­ry pra­cu­je na kon­kret­nym mate­ria­le, wią­żąc ze sobą ele­men­ty rze­czy­wi­sto­ści w tech­ni­ce przy­po­mi­na­ją­cej mon­taż fil­mo­wy6. Weź­my na przy­kład Kwiat uli­cy, roz­kwi­ta­ją­cy wraz z roz­wo­jem kolej­nych eta­pów kon­stru­owa­nia poema­tu:

[…]
Skó­ra jezd­ni osnu­wa sre­brem frak auta.
Chod­ni­ki marząc leżą na suk­niach kobie­cych.
Wysta­wa skle­po­wa zapłod­nio­na śli­ną świa­tła
ode­zwy słoń­ca rzu­ca mi na ple­cy7.

W toku lek­tu­ry osta­tecz­nie doj­dzie­my do frag­men­tu, w któ­rym poeta przy­zna­je się do aktu budo­wy:

Zry­wam to słoń­ce z wysta­wy skle­po­wej, […]
i, wziąw­szy do domu ten nie­na­zwa­ny kwiat uli­cy,
w ziel­ni­ku uśmie­chów wle­piam go na pierw­szą kar­tę8.

Poeta-kon­struk­tor pro­gra­mo­wo stwa­rza świat w prze­strze­ni poema­tu, jak­by budo­wał od nowa rze­czy­wi­stość w języ­ku. Nie­wąt­pli­wie tego typu tech­ni­ka twór­cza mogła­by być jed­nym ze spo­so­bów oswa­ja­nia prze­strze­ni, o któ­rych pisze Król.

Okładka książki Zofii Król pod tytułem „Droga przez łąkę. Sześć esejów o przestrzeni”.
Zofia Król, „Droga przez łąkę. Sześć esejów o przestrzeni”, Kraków: Karakter, 2025.

Kla­sycz­ni fla­ne­rzy jak mało kto potra­fi­li oswa­jać świat wokół przez inter­pre­ta­cję, czy­ta­jąc prze­strzeń niczym tekst. W Dro­dze przez łąkę… na próż­no jed­nak szu­kać prak­ty­ko­wa­nia fla­ner­stwa w duchu Charles’a Baudelaire’a czy Wal­te­ra Ben­ja­mi­na9. Mia­no­wi­cie podró­że, do któ­rych zapra­sza nas Zofia Król, mają z regu­ły jasno okre­ślo­ne cele. Tak posta­wio­na spra­wa odda­la mnie rów­nież od wysu­nię­cia tezy o podo­bień­stwach mię­dzy ese­ja­mi a Podró­żą sen­ty­men­tal­ną spod szyl­du Yoric­ka – wędrow­cy, któ­ry kon­tem­plu­je gesty i spoj­rze­nia napo­tka­nych ludzi, nie zwa­ża­jąc na histo­rię czy geo­gra­fię odwie­dza­nych miejsc. A jed­nak – zachę­co­na uwa­gą z począt­ku lek­tu­ry, aby pod­czas czy­ta­nia uno­sić wzrok10, pomy­śla­łam, że czy­tel­nicz­ki i czy­tel­ni­cy oma­wia­nych ese­jów mogą mieć wie­le wspól­ne­go z sen­ty­men­tal­nym podróż­nym, któ­ry z defi­ni­cji skłon­ny jest do wzru­szeń. Prze­peł­nia go też empa­tia, widocz­na w pró­bach zro­zu­mie­nia dru­giej oso­by11. Wiem, że nasze wewnętrz­ne, ciche „podró­że ser­ca” mogą dopro­wa­dzić do wie­lu waż­nych miejsc, do któ­rych nie dotarł samo­chód Google. Naj­waż­niej­szym z takich punk­tów była dla autor­ki ese­jów wio­ska na Pomo­rzu, w któ­rej żyje jej wła­sny genius loci.

Na koniec przy­wo­łaj­my jesz­cze jeden frag­ment Podró­ży sen­ty­men­tal­nej:

[t]o, co sta­ry fran­cu­ski ofi­cer powie­dział o podró­żo­wa­niu, przy­wio­dło mi na pamięć rady, któ­rych Polo­niusz udzie­lał w tej samej mate­rii syno­wi, a to znów przy­po­mnia­ło mi Ham­le­ta, a Ham­let – resz­tę dzieł Szek­spi­ra12.

Yorick pod wpły­wem roz­mo­wy udał się do księ­gar­ni – i choć dra­ma­ty Szek­spi­ra w niej były, bie­dak nie mógł ich zaku­pić. Jest to jed­nak temat wart roz­wi­nię­cia przy innej oka­zji, w ramach innej opo­wie­ści. Zain­spi­ro­wa­na podró­ża­mi w towa­rzy­stwie Zofii Król, podob­nie jak sen­ty­men­tal­ny boha­ter, wie­lo­krot­nie zaglą­da­łam do swo­jej mapy. W ten spo­sób nie tyl­ko wró­ci­łam do świa­ta Tade­usza Peipe­ra i Ana­to­la Ster­na. Myśla­łam też o Brze­zi­nie Jaro­sła­wa Iwasz­kie­wi­cza i zasto­so­wa­nej przez nie­go tech­ni­ce mówie­nia obra­zem. Przy­po­mniał mi się rów­nież wyjąt­ko­wo nie­prak­tycz­ny strój gór­ski dla kobiet, któ­ry dokład­nie opi­sa­ła Mag­da­le­na Samo­zwa­niec, a tak­że wier­szo­wa­ny dra­mat Bra­cia syjam­scy jej sio­stry, Marii Paw­li­kow­skiej-Jasno­rzew­skiej, roz­gry­wa­ją­cy się na szla­ku gór­skim (choć tak napraw­dę nie­bez­piecz­na tra­sa odzwier­cie­dla­ła rela­cje głów­nych boha­te­rów). Mimo że ese­je Król wywo­ła­ły we mnie nęcą­ce poczu­cie nie­na­sy­ce­nia (nie­któ­re fascy­nu­ją­ce wąt­ki zosta­ły w nich tyl­ko zary­so­wa­ne), tra­fi­łam na kolej­ne polne dro­gi pro­wa­dzą­ce do wyjąt­ko­wych miejsc. Lek­tu­ra Dro­gi przez łąkę… być może nie pozwo­li czy­tel­ni­kom roz­sma­ko­wać się w całej poma­rań­czy, ale obda­ru­je ich melan­cho­lij­ną przy­jem­no­ścią prze­bie­ga­nia po kart­kach papie­ru, tam, gdzie się­ga nie tyl­ko wzrok.

 

1 Z. Król, Dro­ga przez łąkę. Sześć ese­jów o prze­strze­ni, Kra­ków: Karak­ter, 2025, s. 19.

2 M. Mer­le­au-Pon­ty, Feno­me­no­lo­gia per­cep­cji. Frag­men­ty, tłum. J. Miga­siń­ski, War­sza­wa: Pol­ska Aka­de­mia Nauk / Insty­tut Filo­zo­fii i Socjo­lo­gii, 1988, s. 107.

3 Zob. ten­że, Oko i umysł, tłum. S. Cicho­wicz [w:] tegoż, Oko i umysł. Szki­ce o malar­stwie, Gdańsk: słowo/obraz tery­to­ria, 1996, s. 61.

4 Ten­że, Feno­me­no­lo­gia per­cep­cji, tłum. M. Kowal­ska, J. Miga­siń­ski, War­sza­wa: Fun­da­cja Ale­the­ia, 2001, s. 429.

5 Z. Król, Dro­ga przez łąkę…, s. 28.

6 Wię­cej na temat kon­struk­ty­wi­stycz­ne­go mode­lu Tade­usza Peipe­ra pisa­ła mię­dzy inny­mi Maria Tar­no­gór­ska. Zob. M. Tar­no­gór­ska, Poemat mię­dzy­wo­jen­ny. Stu­dium z poety­ki histo­rycz­nej gatun­ku, Wro­cław: Towa­rzy­stwo Przy­ja­ciół Polo­ni­sty­ki Wro­cław­skiej, 1997.

7 T. Peiper, Kwiat uli­cy [w:] tegoż, Pisma wybra­ne, oprac. S. Jawor­ski, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk: Zakład Naro­do­wy im. Osso­liń­skich, 1979, s. 303.

8 Tam­że.

9 M. Bień­czyk, Dro­ga ucie­ka za hory­zont. Sztu­ka gapie­nia się, „Książ­ki. Maga­zyn do czy­ta­nia” 2025, nr 6, s. 84–85.

10 Z. Król, Dro­ga przez łąkę…, s. 14.

11 Z. Sin­ko, Wstęp [w:] L. Ster­ne, Podróż sen­ty­men­tal­na przez Fran­cję i Wło­chy, tłum. A. Glin­czan­ka, Wro­cław: Zakład Naro­do­wy im. Osso­liń­skich, 2009.

12 L. Ster­ne, Podróż sen­ty­men­tal­na…, s. 81.

Ewelina Adamik, fot. Max Pflegel / Fundacja Olgi Tokarczuk

– doktora nauk humanistycznych.

więcej →

Zofia Król, fot. Małgorzata Kępa.

– współzałożycielka, redaktorka naczelna oraz redaktorka działu literackiego internetowego magazynu o kulturze „Dwutygodnik”, eseistka, literaturoznawczyni, krytyczka literacka.

więcej →

Powiązane teksty

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.